Skarpetki. Glany. Bluza z długim rękawem. T-shirt. Bluza z kapturem. Kurtka. Peleryna w plecaku. Grzane wino.
Lato. Gdzieś jest jeszcze na pewno ale raczej nie na terenach KWK Katowice pomiędzy 19 a 2 w nocy. Dlatego Bibio mimo całego zachwytu nad jego płytami przegrał w ciągu ułamka sekundy z O, jesteście, chodźcie się napić grzanego wina. Trudno, i tak nie wierzyłem, że będzie fajnie, bo w końcu dwa jego ostatnie albumy dla WARPa wylądowały w koszu, żegnane cichym westchnieniem, bleh, co za porażka. Niech ma, za karę.
Dlatego też kolejny dzień pląsów rozpoczął się dopiero od Dub Mafii. I był to najlepszy początek, jaki można sobie było wyobrazić, mimo deszczu, który po kilku kawałkach mocno przerzedził nie za duży tłum pod sceną. Właściwie za takie koncerty lubię ten festiwal najbardziej — nie wiesz o zespole nic, poza tym, co wyczytałeś w presspacku, który sam napisałeś, lub cynicznie zleciłeś to zadanie koledze, a oni po prostu przychodzą, startują i w ciągu godziny grania wkręcają ci kompletna korbę muszętomiećmuszętomiećmuszętomieć. A w bonusie, po 14 latach małżeństwa odkrywasz, że twoja własna żona uwielbia dramendbejsową najebkę. Kto normalny puszcza żonie dramy w domu? Nigdy nie zaryzykowałem, dlatego trochę mnie sparaliżowało, gdy obróciła się do mnie w radosnym pląsie, stwierdzając — Zajebista muza do seksu! — i popląsała dalej. Nie wiem czym się to skończy, w domu z dramów mam tylko Roniego Size’a. Boję się.

Grzane wino. W smaku paskudne, ale kubek zajebiście grzeje w ręce. Idziemy na Nosaj Thinga, jeszcze spoceni po Dub Mafii i przez 30 minut nie potrafimy się w niego wkręcić. Ma wszystko ładne — wizualki, bity, tempa, widać, że publika pod sceną się buja całkiem przyjemnie, a pan stara sie jak może, żeby nie było tak nudno jak na płycie, ale nic z tego. Pozostaję oziembłem.

Próbuję sprzedać żonę mojemu kumplowi za żywą lamę (bo ma wszystkie zalety kobiety, plus futro), ale interes nie dochodzi do skutku, więc rozpoczynamy set alkoholowy w strefie dla prasy. Dowiadujemy się o zasadach działania śląsko-zagłębiowskiej mafii polityczno-kulturalnej i zamieniając grzaniec na zimną wódkę doczekujemy do Prefuse 73. Chwilę później z cała brutalnością dociera do mnie, że tak właściwie nie wiem kiedy, ale zostałem psychofanem tego gościa, choć robi w trakcie tego seta wszystko, żeby to utrudnić.

Każdy kawałek posiekany na ostro, próby wyłapania rytmów trwających dłużej niż 30 sekund z góry skazane na porażkę, ale i tak czuję jak każde uderzenie w perkusje łamie mi kości, a dźwięki z maszynek do robienia ping prostują mi zwoje. Guillermo Scott Herren — człowiek potrafiący zachwycić mnie patentami, których nie znoszę u innych muzyków.

Ktoś nam mówi, że DMX KREW zabija na klubowej scenie. Jesteśmy gotowi pobiec, kiedy pada informacja uzupełniająca — zabija breakcorem. Brejkorom mówimy zdecydowane nie, słowo wódka jest łatwiejsze do wymówienia.
Dzięki temu oraz kilku solidnym buchom z fajeczki cały koncert Moderata godzinę później wygląda dla mnie tak:

a właściwie wcale nie wygląda, bo tańczę. Podobnie jak jakieś 4k ludzi w promieniu 200 metrów. Dostaję dokładnie to, po co chodzę na koncerty — absolutny reset mózgu, muzykę przechodząca prosto przez krwiobieg z pominięciem mózgu, wymuszającą kompletne zapomnienie o wszystkim innym. W nielicznych chwilach, kiedy otwieram oczy widzę ludzi, którzy odlecieli w dokładnie ten sam sposób i tylko rozglądają się czasem wokół z obłędem w oczach i z uśmiechem na twarzy, szukając obok siebie potwierdzenia, że wszystkim innym podoba się tak samo. Nie może się nie podobać — wszystkie smutne kawałki z albumu dostają potężnego kopa, który podnosi ludzi nad piaskiem i od sceny po budkę realizatora nie ma nawet jednej osoby, która stałaby spokojnie.

Już wiem, że piątą edycje Nowej Muzyki wygrali Niemcy i Murzyni, ale popełniam błąd i wkręcam sobie, że muszę zobaczyć Gonjasufi, muszę w końcu wiedzieć, co się ludziom podoba w tej muzyce i w tym kolesiu. Po drodze mijamy redakcję Ultramłyna, która udaje się w wielkim pospiechu w stronę przeciwną, więc żegnamy ich szyderą i pomawianiem o starość. Chwile później mijamy kolege Williamsa, w którego oczach również widać lekki popłoch. Jesteśmy twardzi, idziemy dalej.
Docieramy dotąd:

a w mózgu wyświetla mi się komenda error, error, error! Gonja stoi na głośniku i skrzeczy. Nie mam pojęcia, co skrzeczy, ale mam wrażenie, że skrzeczy na mnie personalnie, skrzeczy coraz głośniej i gwałtowniej, a ja się coraz bardziej boję, że zeskoczy z tej sceny, przebiegnie te 50 metrów i przypierdoli mi w ryja, tak za nic. Ludzie pod sceną robią żywioł, a ja zaczynam łapać niezdrową paranoję. 15 minut i realizujemy plan ucieczki. Gonjasufi ma definitywny zakaz wstępu do mojego domu i goszczenia na mojej plejerce. Nienawidzę jak muzyka wywołuje we mnie stany lękowe, a to jedyne, co potrafię w niej wyczuć.
Wisząc na rurce w tramwaju dzielnie wspierany przez żonę, bardzo szybko przypominam sobie, że jestem u siebie, na Śląsku, w samym centrum Hanystown, że żaden jogin z dredami nie zrobi mi tu krzywdy, bo jestem w miejscu gdzie w nocnym tramwaju trzech nawalonych dwudziestoparoletnich kolesi, puszcza sobie z komórki Złote Przeboje grupy Dżem i wtóruje im śpiewając. Czuję się bezpiecznie.
16 osób uznało, że da się to czytać.