
Ponad pięć lat grzebania, szukania, słuchania, marudzenia, chwalenia, znudzenia, rozmawiania, pisania, rekomendowania, odradzania, zasypiania w słuchawkach, zostawiania otwartych drzwi łazienki, żeby było słychać pod prysznicem i wannie, krążenia po mieście w kompletnym zahipnotyzowaniu jakąś melodią i spontanicznego wybijania rytmu na tramwajowych siedzeniach, gubienia discmanów, plejerek, zajeżdżania płyt i wrzucania ich na szafę z okrzykiem co za gówno, kilkunastogodzinnych maratonów z nagraniowym dorobkiem różnych świrów i krótkotrwałych romansów, wywołanych teledyskami i hajpem. Muzyka jako tapeta, muzyka jako nieustający sufler, generator reakcji i nastrojów, muzyka jako izolacja, muzyka jako środek motywujący, także do tego by wszystkim pierdolnąć, leżeć i słuchać, muzyka jako zagłuszacz ja, nieustające distraction derby w poszukiwaniu chuj wie czego, muzyka jak fajki i spid, pokazująca całą moc dopiero wtedy, kiedy próbujesz odstawić. Psychiczna zależność od dźwięku, fizyczny wstręt do ciszy i niezorganizowanych odgłosów, poczucie bezpieczeństwa, wynikające z wiedzy, że ktoś to wszystko wymyślił, kontroluje, że ma to jakiś sens, nawet jeśli wszystko inne jest bez sensu. Muzyka jako ostatni przystanek przed kompletnym urwaniem się od rzeczywistości, substytut emocji, źródło tanich kopów, pozwalających wierzyć, że wciąż jesteś zdolny do jakiś uczuć, nie będących cichym wkurwem lub znudzeniem. Muzyka jak tarcza, zbroja, nieustające ‘nie’ rzucane na wstępie wszelkim próbom nawiązania kontaktu, nieprzepuszczalna bańka, tymczasowa strefa autonomiczna, w której cały świat zostaje ograniczony do emocji wywołanych sekwencjami dźwięków. Bezpiecznych emocji, kontrolowanych emocji, emocji, które zawsze możesz wyłączyć.
Z drugiej strony — zawsze mogłem wziąć się za heroinę.
16 osób uznało, że da się to czytać.