No Future

end2

Dzię­kuję.

Tu. Tu. Może póź­niej jesz­cze gdzieś. Tu już nie.

Be the first to like.

19 Comments

Cała Szkocja biega

Tytuł oczy­wi­ście nie jest praw­dziwy i służy tylko lep­szemu pozy­cjo­no­wa­niu notki z zapo­mnia­nego (głów­nie przez zało­ży­ciela) bloga, no bo po pierw­sze: nie cała, a jeden czło­wiek; po dru­gie: nie tylko Szko­cja, bo prze­bieżka objęła swoim zasię­giem także głę­bo­kie połu­dnie Anglii; po trze­cie wresz­cie: nie biega, a bie­gała, bo było to lat temu sto (równe). Czło­wiek ten nazy­wał się Richard Han­nay i jak zaczął biec w roku 1914, tak zatrzy­mała go dopiero Druga Wojna Świa­towa, choć tak wła­ści­wie w nie­któ­rych miej­scach bie­gnie do dziś, co chwilę poga­niany dopin­giem nowych kibi­ców. Nie żeby tylko biegł: cza­sem kryje się w krza­kach, cza­sem zabie­rze się z kimś autem, cza­sem zabie­rze komuś auto, nie pogar­dzi rów­nież rowe­rem, nie obca jest mu także wspi­naczka po ska­łach, głów­nie jed­nak zawie­rza jak sam mówi „sile swo­ich nóg i pojem­no­ści płuc” i biegnie.

HannayPaper_1_t670

Bie­gnie, jak każdy dobry Anglik, przede wszyst­kim dla Ojczy­zny. Tro­chę wyide­ali­zo­wa­nej, bo jest szkoc­kim re-emigrantem z afry­kań­skich kolo­nii i wymy­ślił sobie Anglię z ksią­żek, pod­czas gdy po powro­cie przy­szło mu żyć w nud­nej, poste­dwar­diań­skiej Anglii z dupy, peł­nej makle­rów, ban­kow­ców, skle­pów zawa­lo­nych luk­su­so­wymi towa­rami, nowi­nek tech­nicz­nych, szyb­kich samo­cho­dów i pozba­wio­nej jakich­kol­wiek pod­niet poza kon­sump­cyj­nymi. A Han­naya nosi. Jest jed­nym z tych ludzi, któ­rzy po pię­ciu minu­tach w gdzieś, wole­liby już być gdzie indziej, zwłasz­cza, że w Afryce miał sporo oka­zji, żeby pobie­gać – głów­nie strze­la­jąc do Mata­be­lów, potem do Burów, zaś z braku ciem­no­skó­rych lub obco­ję­zycz­nych ludów do pacy­fi­ko­wa­nia, rów­nież do zwie­rząt. Ogól­nie bie­ga­nie i strze­la­nia to praca, do któ­rej przy­wykł, jako pro­sty inży­nier górnictwa/ ofi­cer bry­tyj­skich wojsk w epoce, kiedy Impe­rium kwi­tło za afry­kań­skie złoża. Nie ukrywa jed­nak, że lepiej biega niż strzela.

Na szczę­ście w Lon­dy­nie rów­nież tra­fia mu się oka­zja do biegu. I to wła­śnie od chwili, gdy wypada zdy­szany w prze­bra­niu mle­cza­rza z miesz­ka­nia przy Por­t­land Place, pozo­sta­wiw­szy za sobą trupa zaczyna się jego wła­ściwa histo­ria – spi­sana w 1915 przez Johna Buchana, rów­nież Szkota, któ­remu zdro­wie oraz kariera poli­tyczna nie pozwa­lały zbyt dużo bie­gać, nad­ra­biał to jed­nak wystu­ku­jąc miliony liter, nie tylko o Han­nayu. Jed­nak to wła­śnie Han­nay oka­zał się jego naj­lep­szym pomy­słem. Gra­jąc na swo­jej repu­ta­cji cenio­nego repor­tera wojen­nego, Buchan był jed­nym z pierw­szych pisa­rzy, któ­rzy obie­cali czy­tel­ni­kom wgląd za kulisy naj­śwież­szych wyda­rzeń, ujaw­nie­nie spi­sków, który kryły się wybu­chem toczą­cej się aktu­al­nie od roku I Wojny Świa­to­wej, któ­rej nikt jesz­cze wtedy tak nie nazy­wał. Zaofe­ro­wał odbior­com krótką, dosko­nale skon­stru­owaną powieść gro­szową, któ­rej boha­ter — Han­nay wła­śnie, postać nosząca zarówno cechy kla­sycz­nych boha­te­rów opo­wie­ści awan­tur­ni­czych, która świet­nie czu­łaby się też u Rid­dera Hag­garda ‚jak i prze­ja­wia­jąca zupeł­nie nie­ty­powe dla przy­go­do­wych hero­sów cechy, na przy­kład skłon­ność do auto­iro­nii i popa­da­nia w kata­to­niczne stu­pory z powodu tysięcz­nych wąt­pli­wo­ści, nęka­ją­cych ją na każ­dym kroku – wplą­tany zostaje dość przy­pad­kowo w ostat­nią roz­grywkę mocarstw, szy­ku­ją­cych się do od dawna prze­wi­dy­wa­nej wojny.

I zaczyna biec. Nie narzu­ciw­szy sobie jakie­goś szcze­gól­nie ostrego tempa, ma czas żeby poroz­wo­dzić się nad uro­kami szkoc­kiego kra­jo­brazu, przy­to­czyć kilka aneg­do­tek z poprzed­niego życia w Afryce, wyszy­dzić bywal­ców lon­dyń­skich klu­bów i przed­sta­wi­cieli klasy śred­niej, doce­nić uroki pro­stej wiej­skiej egzy­sten­cji i pole­żeć przez dwa tygo­dnie w łóżku z ata­kiem mala­rii. Cią­gle przy tym gada­jąc, bo Richard Han­nay oprócz tego, że jest bie­ga­czem, jest także zapa­lo­nym gadułą. Nawija non stop, o wszyst­kim, do sie­bie, do kogoś, milk­nie tylko kiedy musi zapa­lić cygaro, albo sto­jąc na cza­tach przed szpie­gow­ską kry­jówką. Buchan ma tego świa­do­mość i nie pró­buje hamo­wać gadul­stwa swo­jego boha­tera, wręcz prze­ciw­nie – wie­lo­krot­nie w „39 stop­niach” a póź­niej także kolej­nych tomach cyklu skła­da­ją­cego się w cało­ści na pię­ciok­siąg, pozwala Han­nay­owi prze­ła­my­wać czwartą ścianę, zwra­cać się wprost do czy­tel­nika opo­wie­ści, dzięki czemu bły­ska­wicz­nie powstaje nić sym­pa­tii mię­dzy odbiorca, a boha­te­rem, któ­rego prze­cież dość łatwo z dzi­siej­szej per­spek­tywy uznać za dość wąt­pli­wego moral­nie koleżkę (lub też impe­ria­li­stycz­nego skur­wy­syna, jak raczył to okre­ślić, choć nie napi­sać Woj­tek Orliń­ski w swoim Posło­wiu do naj­now­szego wyda­nia „39 scho­dów”, o któ­rym za chwilę).

Mam z Han­nayem podob­nie jak z Bon­dem, dla któ­rego zresztą postać wykre­owana Buchana była jed­nym z naj­waż­niej­szych pre­kur­sor­skich wzor­ców i pomimo pro­stoty tych histo­rii, iry­tu­ją­cych cech cha­rak­teru u boha­te­rów i całej szafy naj­kosz­mar­niej­szych fabu­lar­nych roz­wią­zań, wycią­ga­nych z bóg wie jakiego lamusa zarówno przez Buchana, jak Fle­minga, nie potra­fię prze­stać lubić tych typ­ków. Han­naya uwiel­biam wła­śnie za to gadul­stwo, za to, że nawet ścigany przez stado nie­miec­kich szpie­gów (póź­niej też przez islam­skich ter­ro­ry­stów, demo­nicz­nych demiur­gów, pory­wa­czy i mor­der­ców), cią­gle patrzy na sie­bie z lek­kiego ukosa i opo­wia­da­jąc o tym, co robi, zaczyna w momen­cie powąt­pie­wać w zasad­ność swo­ich czy­nów, teo­rii i pomy­słów, bo jest w końcu tylko pro­stym gościem, któ­rego autor wrzuca w coraz to nowe donio­słe i histo­ryczne zda­rze­nia. W odróż­nie­niu od tra­dy­cyj­nych boha­te­rów przy­go­tó­wek, któ­rzy sta­wiają na dyna­mikę i dzia­ła­nie, Han­nay obiera drogę zapę­tla­nia się wąt­pli­wo­ściach i dzia­ła­nia tylko pod przy­mu­sem. Choć całym jego życiem rzą­dzi pra­gnie­nie przy­gody i cią­gle ku nowym przy­go­dom dąży, to kiedy już wplą­cze się znowu w jakąś awan­turę, przy­po­mina mu się nagle, że jed­nak kap­cie, fajka i dział gieł­dowy w „The Times” mają swój nie­od­party urok. Jest w nim coś z sym­bolu chy­lą­cego się powoli ku upad­kowi Impe­rium: awan­tur­nik, zdo­by­wa­jący się na ostat­nie dzielne porywy, nim jego świat skur­czy się do roz­miaru gabi­netu, oto­czo­nego ze wszyst­kich stron przez nie­zro­zu­miała już zupeł­nie rze­czy­wi­stość, w któ­rej nie ma miej­sca na przy­godę, a Anglia ponow­nie skur­czyła się do roz­mia­rów kilku wyse­pek, nie odgry­wa­ją­cych więk­szej roli w dzie­jach świata poza ryn­kiem muzycz­nym. Tak jak Bond repre­zen­tuje w pew­nym sen­sie bez­sil­ność post­Im­pe­rial­nej Anglii, która miast rzu­cać całe armie i floty na kon­ty­nenty, jak to miała w zwy­czaju, musi się wysłu­gi­wać podej­rza­nym mizo­gi­nem, by zała­twić naj­waż­niej­sze sprawy, tak Han­nay jest jedną z pierw­szych postaci w popkul­cie, w któ­rej zostaje pod­wa­żona zasad­ność budo­wa­nia Impe­rium. Lata wojen w imię Anglii nie przy­nio­sły mu niczego poza skrom­nym mająt­kiem, a przy­gody w któ­rych bie­rze udział, mają na celu ochronę ojczy­zny przed wpa­ko­wa­niem się wojnę, po któ­rej Impe­rium nie­wąt­pli­wie się roz­pad­nie. To poczu­cie nie­współ­mier­no­ści podej­mo­wa­nych dzia­łań do roz­mia­rów nad­cią­ga­ją­cej kata­strofy, która osta­tecz­nie zmie­cie świat Richar­dów Han­nayów, to rów­nież jedna z tych cech, dzięki któ­rej boha­ter Buchana zaskar­bił sobie tak wielką sym­pa­tię na całym świe­cie, a książki o jego przy­go­dach wciąż są wznawiane.

Tyle, że nie po pol­sku. I tu wkra­czam ja. Oraz Adam Pluszka, naj­uko­chań­szy redak­tor na świe­cie, nie­zrów­nany tro­pi­ciel zbęd­nych zaim­ków i idio­tycz­nych kon­struk­cji sty­li­stycz­nych. Buchan męczył mnie od lat, od momentu jak zoba­czy­łem ekra­ni­za­cję Hitch­cocka i jak to zwy­kle bywa prze­czy­ta­łem pier­wo­wzór, który oka­zał się zupeł­nie inny niż dzieło Hit­cha. Mistrz Alfred wziął z Buchana wszystko co fil­mowe, two­rząc wzor­cowy film o bie­ga­niu i ucieczce przed złymi, który od tej pory oglą­damy w co naj­mniej kilku nisko– i wyso­ko­bu­dże­to­wych wer­sjach co roku, mnie jed­nak urze­kło to, czego fil­mie nie ma, czyli Han­nay­owe gadul­stwo. Oka­zało się jed­nak, że gadul­stwa nie ma też w jedy­nym jak do tej pory wyda­niu „39 stopni”, opar­tym na tłu­ma­cze­niu z 1928 roku, prze­re­da­go­wa­nym w 1992 r. Nie mając poję­cia jak wyglą­dał pro­ces tłu­ma­cze­nia i redak­cji w 1928 roku, podej­rze­wam, że tak jak dziś ( – kom­pu­tery), nie będę się znę­cał nad tym prze­kła­dem, stwier­dza­jąc jedy­nie, że spo­śród wielu jego wad tą naj­bar­dziej nie­wy­ba­czalną, jest fakt wywa­le­nia jakichś 3–4 tysięcy słów ory­gi­nału, skła­da­ją­cych się głów­nie nie­stety z prze­my­śleń i żarci­ków Han­naya oraz mru­gnięć do odbiorcy.

Poczu­łem potrzebę, żeby to napra­wić. Choć tro­chę. Aku­rat na setną rocz­nicę opi­sy­wa­nych wyda­rzeń. Spró­bo­wać poka­zać, dla­czego Buchan, choć u nas prak­tycz­nie znany jedy­nie z hitch­coc­kow­skiej adap­ta­cji, zasłu­guje na miano kla­syka porów­ny­wal­nego z Doy­lem. Że jego styl pisa­nia, choć stu­letni, wciąż jest świeży, bar­dzo współ­cze­sny, że budu­jąc pier­wotny wzo­rzec uciecz­ko­wego thril­lera, jed­no­cze­śnie roz­sa­dza go od środka, każąc swo­jemu boha­te­rowi wąt­pić, zwle­kać i iro­ni­zo­wać na temat wła­snych moż­li­wo­ści. Że wymy­ślone przez niego spi­ski, sytu­acje i poli­tyczne napię­cia, odbi­jają się bar­dzo dziw­nymi echami dziś, sto lat póź­niej, które spra­wiają, że czy­ta­jąc o wyda­rze­niach z przełomu/maja czerwca 1914 roku, dość czę­sto możemy odnieść wra­że­nie, że dzieją się tu i teraz, w rze­czy­wi­sto­ści geo­po­li­tycz­nej prze­łomu maja/czerwca 2014 r., choć Impe­ria pew­nie byłby ciut inne.

Mam nadzieję, że się udało. Spraw­dzić to może­cie naj­now­szym pakie­cie BookRage, gdzie oprócz Buchana, także pol­skie kry­mi­nały (oraz kry­mi­nały kaj goda­jom po ślon­sku!). Byłoby mi nie­zmier­nie miło, gdyby spodo­bało się na tyle, aby zabrać się za tłu­ma­cze­nie kolej­nych tomów i wpro­wa­dzić całość przy­gód Han­naya w pol­sz­czy­znę. Mogę obie­cać, że tempo biegu narzu­cone w pierw­szym tomie, to tylko przygrywka.

Be the first to like.

2 Comments

Jazz aus Polen

czyli wzięło mnie na auto­edu­ka­cję, czę­ściowo z powodu takiego, że tubka pod­su­nęła mi do patrze­nia cie­kawe dzi­wa­dło z wcze­snych lat 60-tych

YouTube Preview Image

wyre­ży­se­ro­wane przez Janu­sza Majew­skiego na potrzeby Niemca z Zachodu, przy któ­rym to doku­men­cie mia­łem cią­głą reak­cję “o, znam tych ludzi. Ale pra­wie wcale nie znam ich płyt (nie licząc Komedy i Stańki)”.

A prze­cież grają zaje­bi­ście (zde­cy­do­wa­nie lepiej niż mówią po nie­miecku [i nie, nie­za­leż­nie jak bar­dzo mocno by się wam wyda­wało, że gość pro­wa­dzący pro­gram to Tyr­mand, to nie jest Tyr­mand tylko jakiś jego nie­miecki klon]), więc wła­ści­wie czemu nigdy się nie zabra­łem za kon­kretne odsłu­chi­wa­nie? Nie zna­la­zł­szy odpo­wie­dzi na to pyta­nie, zna­la­złem 79 płyt z serii Polish Jazz (część na wła­snych dys­kach) i posta­no­wi­łem spę­dzić przy nich naj­bliż­sze tygo­dnie. Po trzy dzien­nie, żeby nie przedaw­ko­wać i mieć czas na inną muzykę. Gdyby ktoś miał ochotę dotrzy­mać mi towa­rzy­stwa, to fan­pejdż (nie piszę za dużo, bo się na tym nie znam, raczej poka­zuję). A jeśli nie, to War­saw Stompers.

YouTube Preview Image

Be the first to like.

1 Comment

This is Popetown

czyli nadal ucie­kamy przez pol­sko­ję­zycz­nymi mediami.

This is Pope­town, where money, power and cor­rup­tion are the name of the game, and everyone’s play­ing. With an all-star cast, Pope­town takes you into the side-splittingly sur­real world of the Vati­can as the long suf­fe­ring and good-hearted Father Nicho­las strug­gles to walk the nar­row path of righ­te­ousness, whilst sur­ro­un­ded by money grab­bing car­di­nals and a pogo-stick-riding infan­tile pope.

Począ­tek tutaj:

YouTube Preview Image

Reszta na kanale.

Miłej nie­dzieli z ogól­no­na­ro­do­wym pier­dol­cem życzy MKKM.

Be the first to like.

2 Comments

Weekend kanonizacyjny

środki samo­obrony przez tor­rent albo krótki porad­nik, gdzie scho­wać się przed tele­wi­zją, par­ty­cy­pu­jąc jed­no­cze­śnie w nastroju wznio­słym i pobożnym:

The Devils, reż. K Russell

YouTube Preview Image

Matka Joanna od Anio­łów, reż. J. Kawalerowicz

YouTube Preview Image

Bells form the Deep, reż. W. Herzog

YouTube Preview Image

Sale­sman, reż. A. & D. Maysles

YouTube Preview Image

Wise Blood, reż. J. Houston

YouTube Preview Image

(jako, że wszyst­kie już widzia­łem, chęt­nie przy­tulę w komen­tach jakieś inne pro­po­zy­cje z tego klucza).

Be the first to like.

8 Comments