And the Hugo goes to

Peter Watts, co nas cie­szy, bo od czasu jak mnie kolega Tetrix namó­wił do prze­czy­ta­nia Ślepo­wi­dze­nia, pan mi się wywin­do­wał bar­dzo szybko na jed­nego z SyFo­wych pierw­szo­li­gow­ców. Tym razem zgar­nął nagrodę za naj­lep­szą nowelkę — Wyspa — co pozwala mi w ramach walki z nie­rów­no­ściami pomię­dzy cywi­li­zo­wa­nym świa­tem, a Pol­ską, zlin­ko­wać ją w cało­ści i wypeł­nić tym treść notki:

You sent us out here. We do this for you. We break this pain­sta­king trail, crawl across the uni­verse while time itself runs down; we spin the webs and tie the knots and open the doors, then scut­tle away before the light of your coming turns us into plasma.

Is it too much to ask, that you might talk to us now and then?

I know about evo­lu­tion, and engi­ne­ering. I know how much you’ve chan­ged over a bil­lion years. I’ve seen our por­tals give birth to gods and demons and cre­atu­res we can’t begin to com­pre­hend. I’ve seen things I still can’t believe were ever human; alien hit­chi­kers, per­haps, riding the rails we’ve left behind. Alien conquerers.

Exter­mi­na­tors too, if I’m not mistaken.

But I’ve also seen those gates stay dark and empty until they faded from our sight. We’ve infe­red die­backs and dark ages, civi­li­za­tions bur­ned to the gro­und and others risen from their ashes— and some­ti­mes, the things that come out after­wards look a lit­tle like the ships we might have built, back in the day. They speak to each other— radio, laser, car­rier neu­tri­nos— and some­ti­mes their voices sound some­thing like ours. There was a time we dared to hope that they really were like us, that the circle had come round again and clo­sed on beings we could talk to. I’ve lost count of the times we tried to break the ice.

I’ve lost count of the eons since we gave up.

More

Opo­wia­da­nia, Bri­de­sicle Willa McIn­to­sha, które zgar­nęło nagrodę dla szor­tów jesz­cze nie zdą­ży­łem prze­czy­tać, ale też jest w cało­ści na sieci, więc pew­nie nad­ro­bię po odgrze­ba­niu się z robotą (i Assa­sins Cre­edem 2), a gdyby ktoś potrze­bo­wał na już, to włala, zapo­wiada się raczej ciekawie:

Sho­uld she tell Red she was gay? Surely not. He would lose inte­rest, and maybe report it to who­ever owned the faci­lity. But why hadn’t who­ever owned the faci­lity known she was gay? Maybe that was to be part of the orien­ta­tion she’d mis­sed. Wha­te­ver the reason, did she want to risk being taken out of cir­cu­la­tion, or unplug­ged and buried?

Would that be the worst thing?

The tho­ught jan­gled some­thing long for­got­ten. Or more like deeply for­got­ten; eve­ry­thing in her life was long for­got­ten. She’d tho­ught some­thing along those lines once, and there had been so much pain that the pain still echoed, even without the memory. She reached for the memory, but it was sunk deep in a tur­gid goo that she enco­un­te­red whe­ne­ver she tried to remem­ber some­thing. Had she really been able to effor­tles­sly pull up memo­ries when she was alive, or was that just how she remem­be­red it?

More

Tym jed­nak, co cie­szy mnie naj­bar­dziej, to nagroda dla Nathana Par­kera za sce­na­riusz do Moon, który po roz­wa­że­niu wszyst­kich za i prze­ciw posta­no­wi­łem sobie umie­ścić na pierw­szym miej­scu naj­lep­szych SF-owych dłu­gich­me­traży jakie powstały przez ostat­nie 10 lat, bo ma abso­lut­nie wszystko, czego wyma­gam od filmu SF i nie pró­buje pokry­wać swo­ich bra­ków tanim efekciarstwem

YouTube Preview Image

oraz nagroda Best Pro­fes­sio­nal Artist dla Shauna Tana, o któ­rym pisa­łem tutaj i który wszedł mi w oczy tak mocno, że od tego czasu zdą­ży­łem się jesz­cze zaopa­trzyć w Tales from Outer Sub­ur­bia i The Red Tree i zako­chać się na amen, trak­tu­jąc jako naj­lep­szego autora w przy­padku prze­ko­ny­wa­nia do komik­sów ludzi, któ­rzy komik­sów nie zno­szą. A w ogóle ma facet dobry rok do nagród, bo The Lost Thing, 15 minu­towa ani­ma­cja oparta na jego książce, zdo­była rów­nież główną nagrodę w tego­rocz­nym Annecy. Filmu oczy­wi­ście nigdzie nie ma, po co mie­liby publi­ko­wać dobre ani­ma­cje, jest tylko trailer:

YouTube Preview Image

Ale za to jakaś dobra dusza na jutub­kach wzięła na sie­bie ciężką rolę prze­wra­ca­nia stron w ory­gi­nal­nym, książ­ko­wym wyda­niu i obro­bie­nia ich w pro­stym pro­gra­mie do ani­ma­cji, więc przy­naj­mniej w ten spo­sób można to tro­chę liznąć:

YouTube Preview Image

Pełna lista nagród tutaj, a gdyby ktoś miał ochotę mnie prze­ko­nać, dla­czego warto czy­tać Chinę Miéville’a, który na tyle mnie wymę­czył Dwor­cem Per­dido, że nie się­ga­łem po resztę, a teraz zgar­nął nagrodę za naj­lep­szą powieść, to chęt­nie przeczytam.

5 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Czytanki, Komiks, animacja | 1 Comment »

§-ówki

Kon­sola kon­solą, ale tak mi się przy­po­mniało, że mia­łem się podzie­lić ostrą pod­jarką, która mi zarwała ostat­nio parę nocek nie spę­dza­nych na szczę­ście nad pracą, bo zupeł­nym przy­pad­kiem udało mi się wró­cić do jed­nej z ulu­bio­nych roz­ry­wek wcze­snego nasto­lac­twa, zna­czy do para­gra­fó­wek.

Tak jak teraz, tak i wtedy była to jedna z nie­licz­nych rze­czy, co potra­fiły mnie ode­rwać od gra­nia na kom­pie, no bo kurde — książka i gra w jed­nym? do pełni szczę­ścia bra­kuje tylko gołej baby! Nie można mieć jed­nak wszyst­kiego, a para­gra­fówki wcią­gały nawet bez gołych bab, dając bar­dzo przy­jemne złu­dze­nie wpływu na czy­taną treść. Pierw­szy był oczy­wi­ście Dreszcz, opu­bli­ko­wany w tygo­dniku(?) Razem (kupo­wa­nym oczy­wi­ście tylko i wyłącz­nie z powodu gołych bab na ostat­niej stro­nie), a póź­niej wydany osobno z jakąś kosz­marną zie­lo­no­burą okładką.


(okładka z nowego wydania)

I tak wsią­kłem, bo zabawa miała kilka ele­men­tów, które mocno wkrę­cały: po pierw­sze można było samemu (a zebra­nie ekipy żeby w coś pograć było zawsze strasz­nie trudne), po dru­gie sama histo­ria o błą­dze­niu po labi­ryn­cie była cał­kiem cie­kawa z per­spek­tywy 10–11 latka, po trze­cie wcale nie było gwa­ran­cji wygra­nej i można było dostać naprawdę okrutny wpier­dol lub sku­tecz­nie się zapę­tlić, co powo­do­wało, że wra­cało się do tej gry maks czę­sto, żeby za każ­dym razem przejść ją innym sposobem.

Potem rze­czy­wi­stość zro­biła jebu­dup i nastał kapi­ta­lizm, a na sto­li­kach ulicz­nych han­dla­rzy obok Master­tona, Kinga i cyc­ków, poja­wiły się rów­nież kolejne para­gra­fówki — przede wszyst­kim Wehi­kuły Czasu, z moim ulu­bio­nym Ostrzem Gilo­tyny na Czele

gdzie wymia­tała czy­sto duma­sow­ska opo­wieść o skra­dzio­nym naszyj­niku i Rewo­lu­cji Fran­cu­skiej, a także, opu­bli­ko­wana nieco póź­niej seria Wojow­ni­ków Auto­strady. I to wła­śnie dzięki tej serii zała­pa­łem się teraz na retro­tripa, bo odgrze­baw­szy na półce wszyst­kie 4 tomy

posta­no­wi­łem spraw­dzić, co dalej się działo z moja ulu­bioną serią opo­wie­ści o zma­ga­niach w posta­po­ka­lip­tycz­nych loka­cjach. Oka­zało się, że nic, jak były 4 tomy tak są, ale za to odkry­łem, że Joe Dever twórca Wojow­nika, był auto­rem mocno płod­nym i zasły­nął przede wszyst­kim serią para­gra­fó­wek Lone Wolf — napi­sał ich jak na razie 28 i opy­lił światu w ponad 10 milio­nach egzem­pla­rzy. I po zagra­niu trzech pierw­szych tomów zro­zu­mia­łem dla­czego — mimo set­tingu mocno fan­tasy i zmu­sze­nia czy­tel­nika do wcie­le­nia się w bojo­wego mni­cha (jakoś łatwiej mi idzie wcie­la­nie sie w post­nu­kle­ar­nych har­ley­ow­ców, histo­ria dosko­nale wciąga, a wybory nie ogra­ni­czają się tylko do jeśli chcesz iść w lewo, przejdź na stronę 7, jeśli w prawo — str 64 i fak­tycz­nie w wielu miej­scach uru­cha­mia się mecha­nizm podej­mo­wa­nia decy­zji. Zna­le­zio­nego na sieci pod­czas tych poszu­ki­wań Dresz­cza ola­łem po 15 minu­tach, sen­ty­ment z dzie­ciń­stwa nie prze­trwał star­cia z rze­czy­wi­sto­ścią, a na HTML-owych wer­sjach ksią­żek Deavera utkną­łem już jakiś tydzień. Z Wojow­ni­ków jest tylko jedynka — Pie­kło na auto­stra­dzie (reszta w zapo­wie­dziach), ale Lone Wolfy dosko­nale wypeł­niają czas ocze­ki­wa­nia na ten moment. I wresz­cie nie trzeba pamię­tać o tym gdzie się podziało kar­teczki z cha­rak­te­ry­styką boha­tera, bo wer­sja sie­ciowa ma wszyst­kie tabelki pod ręką — wygod­nie, este­tycz­nie i nie da się oszu­ki­wać samego sie­bie, a przy papie­ro­wych zawsze jest spora pokusa. Zima idzie, więc myślę, że taka roz­rywka, ide­alna na sie­dze­nie pod kocem z cie­płym lapem na kola­nach, może się komuś spodobać.

9 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Czytanki, Smoke'n'Play | 12 Comments »

Piękny stary człowiek

To jest taka książka, o którą obra­żają się żony w ostatni dzień waka­cji, bo zamiast na laj­cie spę­dzić czas z nimi, uła­twia­jąc kosz­mar jutrzej­szego powrotu do pracy, leżysz w wyrze jak kłoda, reagu­jąc na każda próbę kon­taktu deli­kat­nym weź się odjeb, kocha­nie, czy­tam chcę skoń­czyć i nie dajesz się przez bite 6h ode­rwać, tylko auto­ma­tycz­nie wsa­dzasz do ryja kolejne fajki i chłoniesz.

To nie jest tak, że Tomasz Stańko jest dla mnie szcze­gól­nie ważny jakoś, choć pew­nie i tak jest moim ulu­bio­nym jazz­ma­nem, z tych któ­rych już nie słu­cham, ale za to, co zro­bił mi Pey­otlem, kiedy w liceum po raz pierw­szy szu­ka­łem na poważ­nie jakiejś muzyki dla sie­bie, takiej która coś mi robi, a nie tylko sobie pitoli nie­szko­dli­wie w tle, albo daje się wyry­czeć na kon­cer­cie i tak ma u mnie pomni­czek trwal­szy od spiżu, bo to aku­rat Pey­otl stał się u mnie płytą rytu­alną do odsłu­chi­wa­nia na samym początku dorocz­nych kwa­so­wych tri­pów (a Tri­bute to Jack John­son Milesa je rytu­al­nie koń­czy), mate­ria­łem, który wpro­wa­dza w świat prze­pięk­nego poje­ba­nia, takiego, jakiego nigdy bym nie potra­fił z sie­bie wykrze­sać, bo na niczym nie gram, ale gdy­bym grał, to wła­śnie tak. I tak trzyma się mnie ten Stańko od dobrych 18 lat, z lek­kimi odsko­kami, maca­niem innych płyt, krót­ko­trwa­łym zachwy­tem Fre­elec­tro­nic i dłu­go­trwa­łym aran­żo­wa­niem roman­tycz­nych wie­czo­rów z żoną przy dźwię­kach z Soul of Things, z czę­stymi powro­tami do naj­bar­dziej kaco­wej płyty świata jaka znam, czyli Matki Joanny i nieco rzad­szymi, ale też inten­syw­nymi odsłu­chami Bal­la­dyny. Nie znam więk­szo­ści z tego, co nagrał, nie czy­ta­łem z nim pew­nie żadnego wywiadu, bo rzadko czy­tam wywiady z muzy­kami, są nudni z reguły i nic na to nie pomaga, w życiu bym nie powie­dział, że jestem fanem.

No ale kurwa jestem. Od dziś nie ma szans na wypar­cie. Ja się bły­ska­wicz­nie zako­chuję w pięk­nych ludziach, a Stańko jest PRZEPIĘKNY w tym wywia­dzie rzece, jest cudow­nym ego­ty­kiem i mega­lo­ma­nem w pełni świa­do­mym tego, że to co osią­gnął zawdzię­cza tylko i wyłącz­nie sobie, temu, że w paru momen­tach osią­gnął naj­au­ten­tycz­niej­sza zen-wyjebkę na wszystko dookoła i robił swoje, tak jak chciał. Oczy­wi­ście wiem, ze to może być poza, w końcu taki wywiad rzeka, zaty­tu­ło­wany w dodatku auto­bio­gra­fia momen­tal­nie wymu­sza sko­ja­rze­nie z auto­bio­gra­fią Milesa, usta­wia­jąc Stańkę w tej samej lidze i to, co w tym wszyst­kim naj­pięk­niej­sze, to to, że obie książki kopią w głowę dokład­nie tak samo — opi­su­jąc oso­bo­wo­ści, któ­rych nie spo­sób ogar­nąć, które same się nie ogar­niają, ale dosko­nale sobie z tym wła­snym nie­ogar­nię­ciem radzą, two­rząc jakieś nie­spre­cy­zo­wane cele i dążąc do ich osią­gnię­cia bez jakiej­kol­wiek spiny. Są w tej książce kawałki, które mógł­bym wycią­gnąć z wła­snego łba, jak 12 let­nia dzie­wica prze­pi­sać je sobie do sztam­bu­cha ozdo­bio­nego różo­wymi jed­no­roż­cami i innymi sym­bo­lami fal­licz­nymi, no ale auten­tycz­nie koleś mi rzuca w druku pro­sto w twarz kawał­kami z cze­goś, co jak dotąd uzna­wa­łem za pry­watną filo­zo­fię życiową:

Oczy­wi­ście, w chuj w tej książce mówi o muzyce, używa mądrych okre­śleń pro­sto z pod­ręcz­ni­ków kom­po­zy­cji, z któ­rych gówno rozu­miem, bo nigdy nie chcia­łem niczego wie­dzieć o muzyce, nie chcę jej roz­kła­dać na czę­ści jak książki czy filmy, z któ­rymi już nie potra­fię ina­czej, chcę, żeby była czy­sta, pozwie­dzowa, emo­cjo­nalna, kom­plet­nie pomi­jała mózg, bo mózg mi tylko prze­szka­dza w słu­cha­niu, ale nawet te kawałki nie nużą, słu­cha się go (czyta) jak kum­pla pier­doły z zajawką o któ­rej musi glę­dzić, bo to jest JEGO zajawka, naj­waż­niej­sza, a ja wła­ści­wie mam samych takich kum­pli, więc przy­wy­kłem, cze­goś się od nich nawet uczę cza­sem. Z tej książki niczego się nie nauczę, za to wbiła mnie w potwier­dze­nie słusz­no­ści wła­snego pro­gramu życio­wego (a raczej słusz­no­ści braku takiego pro­gramu), wywlo­kła na wierzch jakieś moje intu­icje na temat życia wszech­świata i całej reszty, pogła­skała mnie po mózgu tak pięk­nie jak opo­wieść Milesa o Mile­sie i w dodatku zro­biła to ustami sta­rego kole­sia, który nawet na sekundę nie pozuje na guru, po pro­stu popier­dala luźną roz­mowę z dzien­ni­ka­rzem (i tu duża wiązka pochwał w stronę Księ­żyka, do któ­rego sto­su­nek mam emo­cjo­nalny, bo to w końcu na jego tek­stach w Ante­nie Krzyku się uczy­łem czy­tać i zro­zu­mia­łem, że nigdy nie chce tak pisać o muzyce tak jak on, a tu zamie­nia się w per­fek­cyj­nego dyry­genta, który nawet na sekundę nie pró­buje przy­tło­czyć boha­tera swoją muzyczna eru­dy­cją i nawet jak wcho­dzi we wła­sne odloty i zaczyna nawi­jać o Le Monte Youngu, to służy to tylko temu, żeby wpu­ścić Stańkę w kolejną impro­wi­za­cję, pod­rzu­cić mu temat, na który muzyk może się nakrę­cić i pociągnąć).

Wyrywa z butów te parę­set stron. Ist­nieje poważna obawa, że prze­ciągu paru lat sta­nie się ta książka kul­to­wym towa­rem wśród mło­dych pol­skich ćpunów, ich Coehlo i Whar­to­nem, opra­wio­nym w opo­wie­ści o ćpaniu, dupach i jaz­zie, bo wszyst­kie trzy tematy zapo­dane są bez żadnej mora­li­za­torki, a pan Tomasz nie udziela nikomu dobrych rad, tylko mówi o sobie i życiu bez słowa ‘wyha­muj’, co się pięt­na­sto­lat­kom zawsze w chuj podoba, no ale taki już los opo­wie­ści o wybit­nych oso­bo­wo­ściach — ktoś w końcu sobie z nich two­rzy sztam­powy wzo­rzec i podaje dalej, aż do kom­plet­nego roz­my­dle­nia. I w sumie nawet bar­dzo by mnie taki los tej książki ucie­szył, bo zawsze to zdro­wiej, gdy dzie­ciom pier­doli w gło­wie pan Stańko niż pan ksiądz, czy pan poli­tyk. Wła­ści­wie jedna z waż­niej­szych ksią­żek edu­ka­cyj­nych jakie się uka­zały po pol­sku w ostat­niej deka­dzie, pod­ręcz­nik prze­trwa­nia siłą woli i tekst, z któ­rym pod­biję do pana Stańki, jak tylko pojawi się oka­zja, żeby pier­dol­nął mi auto­graf, jak 12 let­niej dziew­czynce. Chcę go mieć na swoim egzem­pla­rzu, tak samo jak chciał­bym auto­graf Milesa na jego bio­gra­fii i pod­pis Waitsa na cedeku Sword­fi­sh­trom­bo­nes. Nigdy w życiu nie chcia­łem żadnych innych autografów.

YouTube Preview Image
19 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Czytanki | 10 Comments »

Krótka notka o rozpowszechnianiu perwersji

Pięć­dzie­siąt osiem lat temu Phi­lip Jose Far­mer omal nie spło­nął za coś takiego na sto­sie i zdo­był tytuł pierw­szego czło­wieka, który opi­sał seks mię­dzy­ga­tun­kowy — pomię­dzy czło­wie­kiem a nie­ziemką o kar­mi­no­wych sutkach:

They kis­sed and ran their hands over each other and said the things lovers have always said.

Between kis­ses, Jean­nette poured more of the pur­plish liquor, and they drank this. Hal had no tro­uble swal­lo­wing it. He deci­ded that it wasn’t the idea of drin­king alco­hol so much as it was the odor that sic­ke­ned him. When his nose was dece­ived, his sto­mach was also. And every drink made it easier for the next one.

He downed three tall glas­ses and then rose and lifted Jean­nette in his arms and car­ried her into the bedroom. She was kis­sing the side of his neck, and it seemed to him that an elec­tric charge was pas­sing from her lips to his skin and on up to his brain and on down thro­ugh his beating chest and war­ming sto­mach and swel­ling geni­tal and on down thro­ugh the soles of his feet, which, stran­gely, had become ice. Cer­ta­inly, hol­ding her did not make him want to with­draw as when he had car­ried out his duty toward Mary and the Sturch.

Yet, even in his ecstasy of anti­ci­pa­tion, there was a stron­ghold of retreat. It was small, but it was there, dark in the mid­dle of the fire. He could not com­ple­tely for­get him­self, and he doub­ted, won­de­ring if he would fail as he had some­ti­mes when he had craw­led into bed in the dark and reached out for Mary.

There was also a black seed of panic, drop­ped by the doubt. If he failed, he would kill him­self. He would be done forever.

Yet, he told him­self, it could not possi­bly hap­pen, must not. Not when he had his arms aro­und her and her lips were on his.

He put her on the bed and then tur­ned off the ceiling light. But she tur­ned on the lamp over the bed.

Why are you doing that?’ he said, stan­ding at the foot of the bed, feeling the rise of panic and the fall of his pas­sion. At the same time he won­de­red how she could so swi­ftly, unseen by him, have unc­lo­thed herself.

She smi­led and said, ‘Remem­ber what you told me the other day? That beau­ti­ful pas­sage: God said, Let there be light.’

We do not need it.’

I do. I must see you at every moment. The dark would take away half of the ple­asure. I want to see you in love.’

She reached upward to adjust the angle of the bedlamp, her bre­asts rising with the move­ment and sen­ding an almost into­le­ra­ble pang thro­ugh him.

There. Now I can see your face. Espe­cially, at the moment when I will know best that you love me.’

She exten­ded a foot and touched his knee with her toe. Skin upon skin… it drew him for­ward as if it were the fin­ger of an angel gen­tly direc­ting him toward destiny. He knelt upon the bed, and she drew back her leg with her toe still pla­ced upon his leg as if it had grown roots into his flesh and could not be dislodged.

Hal, Hal,’ she mur­mu­red. ‘What have they done to you? What have they done to all your men? I know from what you have told me that they are like you. What have they done? Made you hate instead of love, tho­ugh they call hate love. Made you half-men so you will turn your drive into your­self and then outward aga­inst the enemy. So you will become fierce war­riors because you are such timid lovers.’

That’s not true,’ he said. ‘Not true.’

I can see you. It is true.’

She remo­ved her foot and pla­ced it beside his knee and said, ‘Come clo­ser,’ and when he had moved clo­ser, still on his knees, she reached up and pul­led him down aga­inst her breasts.

Place your mouth here. Become a baby again. And I will raise you so you for­get your hate and know only love. And become a man.’

Jean­nette, Jean­nette,’ he said hoar­sely. He put out his hand to pull the cord of the bedlamp and said, ‘Not the light.’

But she put her hand on his and said, ‘Yes, the light.’

Then she took her hand away and said, ‘All right, Hal. Turn it off. For a lit­tle while. If you must go back into the dark­ness, go far back. Far back. And then be reborn… for a lit­tle while. Then, the light.’

No! let it stay on!’ he snar­led. ‘I am not in my mother’s womb. I do not want to go back there; I do not need to. And I will take you as an army takes a city.’

Don’t be a sol­dier, Hal. Be a lover. You must love me, not rape me. You can’t take me, because I will sur­ro­und you.’

Her hand clo­sed gen­tly on him, and she arched her back sli­gh­tly, and sud­denly he was sur­ro­un­ded. A shock ran thro­ugh him, com­pa­ra­ble to that he had felt when she kis­sed his neck, but com­pa­ra­ble only in kind and not in intensity.

He star­ted to bury his face aga­inst her sho­ul­der, but she put both hands on his chest and with sur­pri­sing strength, half-raised him.

No. I must see your face. Espe­cially at the time I must, for I want to see you lose your­self in me.’

And she kept her eyes wide open thro­ughout as if she were try­ing to impress fore­ver upon every cell of her body her lover’s face.

Hal was not discon­cer­ted, for he would not have paid atten­tion to the Archu­rie­lite him­self knoc­king on the door. But he noti­ced, tho­ugh he did not think of it, that the pupils of her eyes had con­trac­ted to a pen­cil point.

The Lovers (po klik­nię­ciu w tytuł przy­miot­nik “krótka” traci na zna­cze­niu odno­śnie do notki, bo opo­wia­da­nie ma 31 trój­e­kra­no­wych skroli, ale warto całość)

W roku 2000 ten sam temat poru­szony w tele­dy­sku Hoover­pho­nic nikogo nie obu­rzył, a opo­wieść o mię­dzy­ga­tun­ko­wych per­wer­sjach dotarła nawet na 8 miej­sca wło­skiej listy przebojów:

http://video.google.com/videoplay?docid=-2281668063984420917

Nato­miast dzie­sięć lat póź­niej, cywi­li­za­cja śmierci pró­buje nam wci­snąć to obrzy­dliwe zbo­cze­nie pod posta­cią mat­czy­nej miło­ści, pró­bu­jąc sprze­dać jako coś “naturalnego”

YouTube Preview Image

TYLKO CZEKAĆ, AŻ WYLEZĄ NA ULICĘ I ZACZNĄ SIĘ DOMAGAĆ!

8 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Czytanki, eyecandy | 2 Comments »

kkpp nr 1

Kolega Sut­kacy pod­rzu­cili mi w komen­tach ideę na ciąg notek co naj­mniej dzie­się­ciu, w któ­rych szczy­cił się będę oczy­ta­niem i pole­cał książki, co do któ­rych mam sto­su­nek nabożny, bowiem w trak­cie lek­tury robiły mi nie­usta­jące ‘kurwa mać, #coja­czy­tam” i od lat albo do nich regu­lar­nie wra­cam, żeby się dowie­dzieć, czy dalej są mi w sta­nie tak zro­bić i zro­zu­mieć choć tro­chę, dla­czego mi tak wła­ści­wie robią. I jak się tak zaczą­łem nad tym zasta­na­wiać, to wyszło mi na to, że są dwa kanony w tym nur­cie – Kanon Ksią­żek Przy­jem­nie Pier­dol­nię­tych Kanon Ksią­żek Nie­przy­jem­nie Pier­dol­nię­tych — w obu miesz­czą się tytuły dla mnie ważne z róż­nych przy­czyn, choć zupeł­nie odmienne w odbio­rze. Dziś pierw­szy przed­sta­wi­ciel KKPP Baku­nowy Fak­tor Johna Bartha.

Egzem­plarz, który czę­ściej leży gdzieś przy moim łóżku, niż stoi na regale wygląda tak:

I jak widać wzbu­dza olbrzy­mie zaufa­nie niczym nie zmą­coną czer­nią okła­dek (obwo­luty, jak zawsze już pierw­szego dnia pole­ciały do kar­tonu w piw­nicy, bo nie ma głup­szego wyna­lazku niż obwo­luta), zapo­wia­da­jąc dzieło solidne, poważne i zaj­mu­jące dłuż­szą chwilę w czy­ta­niu. Tyle, że żadne z tych okre­śleń nie ma nic wspól­nego z tym, czym Baku­nowy Fak­tor jest naprawdę. Bo po pierw­sze – jest to tekst, który za każ­dym razem czyta się jed­nym, dwoma zry­wami, co zaj­muje do 2–4 dni abso­lut­nego wyłą­cze­nia się z rze­czy­wi­sto­ści, nie ma jed­nak innego wyj­ścia, bo już od pierw­szego zda­nia nie da się urwać:

W ostat­nich latach sie­dem­na­stego stu­le­cia, wśród fir­cy­ków i głup­ców z lon­dyń­skich kawiarń zna­leźć było można dłu­go­no­giego, ner­wo­wego chu­dzielca, nazwi­skiem Ebe­ne­zer Cooke, bar­dziej ambit­nego niż zdol­nego, a mimo to bar­dziej zdol­nego niż ostroż­nego, który, podob­nie jak towa­rzy­sze jego swa­woli — a każdy z nich powi­nien był kształ­cić się w Oxfor­dzie lub Cam­bridge — stwier­dził, że cie­kaw­sze są igraszki z dźwię­kami angielsz­czy­zny niż ślęcze­nie nad jej sen­sem, i miast spo­so­bić się do tru­dów nauki, wyuczył się kle­ce­nia wier­szy, szli­fu­jąc, zgod­nie z panu­jącą modą, arku­sze kuple­tów, w któ­rych pełno było Jowi­szów i Jupi­te­rów, zgrzy­tli­wie dźwię­czą­cych rymów i napię­tych jak struna porów­nań, nacią­ga­nych do gra­nic wytrzymałości*.

Wystar­czy po pro­stu pierw­szy rzut oka na to zda­nie, zaj­mu­jące równą połowę pierw­szej strony, żeby w uszach zabrzmiała jedna z naj­cu­dow­niej­szych melo­dii na świe­cie – melo­dia głosu czło­wieka, zabie­ra­ją­cego się do opo­wia­da­nia fascy­nu­ją­cej histo­rii, po któ­rej można się spo­dzie­wać miliarda nie­spo­dzie­wa­nych atrak­cji i sza­leń­czej jazdy przez wyda­rze­nia i fakty, niby znane, ale nigdy nie obser­wo­wane z tego wła­śnie kąta. I dokład­nie to dosta­jemy przez następ­nych 732+435 stron (do the math). Bo w swo­jej pod­sta­wo­wej war­stwie dzieło Bar­tha to histo­ria Ame­ryki obser­wo­wana oczami jed­nej z naj­bar­dziej żało­snych męskich cip w dzie­jach całej lite­ra­tury świa­to­wej, poety i pra­wiczka Ebne­zera Cooke’a, z któ­rym przez bar­dzo długi okres czasu mia­łem iden­ty­fi­ka­cję na pozio­mie jakiś 80%, czyli zga­dzało się wszystko poza lekką obse­sja na punk­cie kobiet i seksu (któ­rej mu bra­ko­wało). To wła­śnie on, świeżo i zupeł­nie przy­pad­kowo mia­no­wany poetą lau­re­atem stanu Maryland:

- (…) A teraz, jeśli wolno, panie czy nie byłoby z mej strony aro­gan­cją i próż­no­ścią przy­pu­ścić, że przy­pad­kiem będę pierw­szym, naj­pierw­szym, nie uprze­dzo­nym i praw­dzi­wie ory­gi­nal­nym poetą, który postawi stopę na Terra Mariae? Pierw­szym, który złoży hołd muzie Mary­landu?
– Nie śmiem zaprze­czać — odparł Char­les [Lord Bal­ti­more, nowy władca Mary­landu w imie­niu Korony] – że jeśli tylko tam oddy­cha dziewka taka, jak Muza Mary­landu, to możesz pan sobie wziąć jej wianek.

wyru­sza na wielką wyprawę do swo­jej nowej ojczy­zny, z zamia­rem spi­sa­nia jej rodzą­cej się histo­rii i dorów­na­nia Wergi­lemu, Home­rowi i resz­cie sta­ro­żyt­nych paste­rzy kóz, któ­rzy zabi­jali nudę mówiąc do sie­bie wier­szem. Pla­no­wana przez niego Mary­lan­diada, któ­rej pełny tytuł zaj­muje ¾ strony i na pewno nie chce mi się go teraz prze­pi­sy­wać, ma być dzie­łem, które przy­nie­sie mu sławę i uzna­nie na lon­dyń­skich salo­nach i to wła­śnie z jego powodu dzielny Ebe­ne­zer wypusz­cza się w daleką podróż pod­czas któ­rej, mie­dzy innymi:

- pozna tajem­ni­cze zasto­so­wa­nie obe­rżyny
– zosta­nie porwany przez pira­tów
– dołą­czy do pira­tów
– zosta­nie ponow­nie porwany przez kolej­nych pira­tów
– będzie żył w cią­głym lęku przed tym, że ktoś chce zapiąć go w dupę bez jego zgody (nader uspra­wie­dli­wio­nym)
– zako­cha się
– zoba­czy Indian, któ­rzy dep­czą sobie po brzu­chach.
– wysłu­cha opo­wie­ści o Poca­hon­tas, która na zawsze zmieni jego życie
– spo­tka wędrowną kurwę z Dor­set
– straci, odzy­ska, straci, odzy­ska mają­tek
– pozo­sta­nie pra­wicz­kiem. Men­tal­nym.
– i nie napi­sze zbyt wiele i wła­ści­wie nic na temat.

Przy oka­zji tych przy­gód przyj­dzie nam poznać drugą istotna postać tej powie­ści – Henry’ego Burlingame’a – nauczy­ciela, awan­tur­nika i opie­kuna, który od naj­wcze­śniej­szego dzie­ciń­stwa towa­rzy­szy Ebne­ze­rowi i jego siostrze-bliźniaczce, sta­ra­jąc się na różne spo­soby obja­śnić im dzia­ła­nie świata. I jest w sumie tak: za pierw­szym razem Barth kupił mnie samą opo­wie­ścią, histo­rią, którą czyta się tak dobrze jak Małego Wiel­kiego Czło­wieka; za dru­gim odkry­łem, że muszę leczyć w sobie Ebne­zera; za trze­cim (i każ­dym kolej­nym – książka czy­tana w odstę­pach raz na dwa lata) odkry­wa­łem, że Bur­lin­game mnie wyle­czył, poka­zu­jąc nie­za­prze­czalne war­to­ści wyni­ka­jące z potrzeby kre­owa­nia cha­osu, wro­dzo­nego cyni­zmu i prze­my­śla­nego do per­fek­cji skur­wy­syń­stwa. Nie wiem, czy poza Magiem Johna Fow­lesa (o któ­rym też będzie w tym cyklu) jaka­kol­wiek książka tak bar­dzo skrzy­wiła mi obraz świata, że co chwilę się łapię na tym, że myślę Bur­lin­ga­mem i sta­ram się mniej lub bar­dziej sto­so­wać jego metody w podej­ściu do rze­czy­wi­sto­ści. To wła­ści­wie od niego się dowie­dzia­łem, że nie­przy­go­to­wa­nie jest pod­stawą uda­nej zabawy, że nie ma sensu abso­lut­nie niczego pla­no­wać, bo to się i tak nigdy nie spraw­dza, a w dodatku zapla­no­wane zawsze = nudne i że ludziom można wmó­wić tak prak­tycz­nie wszystko, wystar­czy tylko samemu w to nie wie­rzyć. Jeśli cho­dzi o poka­za­nia sku­tecz­nej moral­no­ści, znacz­nie uła­twia­ją­cej zma­ga­nie się z życio­wymi pro­ble­mami, nie ma i nie było bar­dziej porad­ni­ko­wej powie­ści – wszyst­kie rady Burlingame’a spraw­dzają się na sto pro­cent. I w osta­tecz­nym roz­ra­chunku Baku­nowy Fak­tor staje się wła­śnie histo­rią o tym, jak uni­kać nie­wy­god­nych sys­te­mów moral­nych i jak stwo­rzyć sys­tem wła­sny, odporny na więk­szość wstrząsów.

Choć oczy­wi­ście i tak naj­bar­dziej liczy się styl i opo­wieść. To wła­śnie od Bar­tha zaczą­łem jakieś szer­sze grze­ba­nie w ame­ry­kań­skich post­mo­der­ni­stach i waria­tach z mar­gi­ne­sów lite­ra­tury i to wła­śnie on tak wła­ści­wie pozo­stał jedy­nym, do któ­rego wra­cam w regu­lar­nych odstę­pach (warto jesz­cze Sabat­ti­cal, Let­ters i Lost In the Fun­ho­use). Mogę cenić Pyn­chona, Vone­gutta, zachwy­cać się Tho­ma­sem Ber­ge­rem i cze­kać na każdą kolejną książkę T.C. Boyle’a, ale żaden z nich nigdy nie zro­bił mi tego, co Barth – nie napier­do­lił mi do tego stop­nia w gło­wie, że zaczą­łem zwra­cać uwagę na różne rze­czy, które wcze­śniej były mi obo­jętne, albo mia­łem je za nor­malne, mimo, że wcale takimi nie były. I w dodatku zro­bił to w taki spo­sób, że przy prak­tycz­nie każ­dym zda­niu wyłem ze śmie­chu. A tak wyglą­dał z obwolutą:

Czy­taj­cie Bar­tha, dziew­częta i chłopcy. Po 50 latach wciąż działa i ma mnó­stwo do powie­dze­nia w tema­tach, o któ­rych więk­szość nawet jesz­cze nie pomy­ślała, że mogłyby być kontrowersyjne.

*(wszyst­kie cytaty z tłu­ma­cze­nia Sła­wo­mira Magali)

12 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Czytanki, KKPP | 19 Comments »
continue: Next

WP SlimStat