Tym żył świat

tri­bute to Carl­ton Mel­lick III

25 czerwca 2019 r. – Poja­wiają się pierw­sze pogło­ski o zmar­twych­wsta­niu Micha­ela Jack­sona. Rze­sze fanów gro­ma­dzą się pod murami Never­landu, ocze­ku­jąc na wystą­pie­nie swo­jego idola. W związku z zaist­nia­łymi wyda­rze­niami pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Geo­rge Clo­oney wpro­wa­dza w Kali­for­nii stan wyjąt­kowy. Do posia­dło­ści gwiaz­dora zmie­rzają oddziały Gwar­dii Narodowej.

26 czerwca 2019 r. – Ofi­cjalne potwier­dze­nie infor­ma­cji o zmar­twych­wsta­niu Jack­sona, wygło­szone przez rzecz­nika gwiazdy. Według tek­stu oświad­cze­nia, nie­spo­dzie­wany powrót zza grobu to wynik dłu­go­trwa­łej pracy haitań­skich naukow­ców, któ­rym udało się opra­co­wać nie­za­wodną for­mułę przy­wra­ca­nia zmar­łych do życia. Dzien­ni­ka­rze wciąż nie mają wstępu na teren ran­cha. Gwar­dia Naro­dowa odcina cały okręg Santa Barbara.

27 czerwca 2019 r. – Przed­sta­wi­ciele świa­to­wych sieci medial­nych uzy­skują wstęp na teren posia­dło­ści. Zgod­nie z ich rela­cjami, Jack­son podej­muje dele­ga­cję w oto­cze­niu leka­rzy i naj­bliż­szej rodziny, leżąc pod na wpół prze­źro­czy­stym namio­tem tle­no­wym. Ogól­no­świa­towe sieci infor­ma­cyjne publi­kują pierw­sze foto­gra­fie, które osta­tecz­nie roz­wie­wają wszel­kie wąt­pli­wo­ści – Król Popu Powrócił!

30 czerwca 2019 r. – Michael Jack­son poja­wia się w pro­gra­mie Oprah Win­frey. 5 miliar­dowa widow­nia na całym świe­cie może po dzie­się­ciu latach prze­rwy ponow­nie zoba­czyć cha­rak­te­ry­styczną szczu­płą syl­wetkę, czarny kape­lusz i twarz ukrytą za muśli­nową zasłonką. Miliardy komu­ni­ka­to­rów trans­mi­tują pierw­sze słowa zmartwychwstańca:

- Bra­aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaains!!!

2 lipca 2019 r. – Pogrzeb Oprah i 70 ofiar jej show gro­ma­dzi ogromny tłum, skan­du­jący wro­gie hasła prze­ciw nie­umar­łemu i nio­sący trans­pa­renty z hasłami „Jack­son do grobu,” „Powiedz nie zom­bi­fi­ka­cji!,” „Umarł Król, to umarł.” Jack­son prze­bywa tym­cza­sowo w aresz­cie domo­wym. Docho­dzi do pierw­szych starć pomię­dzy fanami Micha­ela i Gwar­dią Naro­dową strze­gącą dostępu do posiadłości.

3 lipca 2019 r. – Trwają pota­jemne narady pomię­dzy ame­ry­kań­skim rzą­dem a mana­ge­men­tem Jack­sona. W wyniku nego­cja­cji udaje się osią­gnąć poro­zu­mie­nie w spra­wie wyso­ko­ści odszko­do­wań wypła­co­nych rodzi­nom ofiar tra­gicz­nego show, sam Jack­son nato­miast zrzeka się ame­ry­kań­skiego oby­wa­tel­stwa i zobo­wią­zuje się do opusz­cze­nia kraju.

10 lipca 2019 r. – W trak­cie kon­fe­ren­cji pra­so­wej rzecz­nik Jack­sona infor­muje, że spo­śród setek ofert zło­żo­nych przez pań­stwa i orga­ni­za­cje chętne do zapew­nie­nia azylu kró­lowi popu, naj­cie­kaw­szą oka­zała się pro­po­zy­cja pre­zy­denta Pol­ski, Jacka Łaszczoka-Stachursky’ego, zapew­nia­jąca gwiaz­do­rowi cał­ko­witą swo­bodę dzia­łań oraz immu­ni­tet, w zamian za stwo­rze­nie war­szaw­skiego Jack­son­landu, według pro­jek­tów przy­go­to­wy­wa­nych jesz­cze za pierw­szego życia artysty.

31 lipca 2019 r. – Michael Jack­son ląduje na lot­ni­sku Bemowo, witany przez dele­ga­cję władz pań­stwo­wych, przed­sta­wi­cieli środo­wisk arty­stycz­nych i trudną do zli­cze­nia grupę fanów. W kościo­łach całej Pol­ski odczy­ty­wany jest List Paster­ski, w któ­rym biskupi i kar­dy­na­ło­wie wyra­żają gorący sprze­ciw wobec jego przy­jazdu i nama­wiają wier­nych do aktyw­nego dzia­ła­nia w celu jak naj­szyb­szego prze­ko­na­nia władz do rezy­gna­cji z tego pomysłu.

4 sierp­nia 2019 r. – Pierw­sze posie­dze­nie Komi­sji Trój­stron­nej, w skład któ­rej weszli przed­sta­wi­ciele władz, kościoła oraz mana­ge­mentu Jack­sona. Po wie­lo­go­dzin­nych nego­cja­cjach, kar­dy­na­ło­wie zga­dzają się odstą­pić od prze­ko­ny­wa­nia wier­nych do buntu prze­ciw wła­dzom w zamian za okre­ślone przy­wi­leje i rekompensaty.

8 sierp­nia 2019 r. – W cza­sie kolej­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej główny lekarz Jack­sona wygła­sza oświad­cze­nie, w któ­rym obie­cuje, że w ramach szczo­drego rewanżu za udzie­le­nie azylu, gwiaz­dor posta­no­wił uru­cho­mić w Pol­sce pierw­szą na świe­cie Kli­nikę Rezu­rek­cyjną, umoż­li­wia­jącą zmar­łym powrót do życia. Usta­lono rów­nież, że pierw­szym pacjen­tem nowo­otwar­tej kli­niki będzie Jan Paweł II, któ­rego ciało spro­wa­dzono spe­cjal­nie w tym celu z Waty­kanu.

23 sierp­nia 2019 r. – Wie­czorne wyda­nie popu­lar­nego bru­kowca Fakty Rze­czy­po­spo­li­tej otwiera repor­taż z posia­dło­ści Jack­sona w Wila­no­wie, w któ­rym po raz pierw­szy poja­wiają się pogło­ski o dzie­siąt­kach zagi­nio­nych osób, widzia­nych po raz ostatni w tej wła­śnie oko­licy. Arty­kuł koń­czy się wezwa­niem do utwo­rze­nia komi­sji śled­czej, mają­cej na celu wyja­śnie­nie wszyst­kich wąt­pli­wo­ści w tzw. „Trupgate.”

25 sierp­nia 2019 r. – Sieci medialne z całego świata wysy­łają dzien­ni­ka­rzy do Kra­kowa, gdzie w słyn­nym oknie przy ulicy Flo­riań­skiej, punk­tu­al­nie o godzi­nie 21:37 poja­wia się Jan Paweł II w towa­rzy­stwie Micha­ela Jack­sona. Kil­ku­mi­lio­nowy tłum reaguje z olbrzy­mim entu­zja­zmem, wita­jąc ponow­nie Naj­więk­szego z Pola­ków. Na oczach miesz­kań­ców całej pla­nety, pre­zy­dent Sta­chur­sky pod­cho­dzi do papieża z bukie­tem kwia­tów, a sekundę póź­niej pada na zie­mię ze zgru­cho­taną czaszką i wydłu­baną połową mózgu. Entu­zjazm zebra­nych sięga zenitu. Z ust sędzi­wego kar­dy­nała Dzi­wi­sza płyną kojące słowa:

- Nie lękaj­cie się! Oto wró­cił nasz Pan.

27 sierp­nia 2019 r. – Kli­nika Rezu­rek­cyjna otwiera swoje podwoje dla wszyst­kich klien­tów. Popu­lar­ność zabiegu prze­kra­cza naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia, choć wciąż nie wyja­śniono jesz­cze wszyst­kich wąt­pli­wo­ści doty­czą­cych kuli­nar­nych oby­cza­jów zmar­twych­wstań­ców. Tym­cza­sem Sejm jed­no­gło­śnie przyj­muje ustawę, dzięki któ­rej Jan Paweł II zostaje doży­wot­nim władcą Pol­ski, zastę­pu­jąc tym samym tra­gicz­nie zmar­łego pre­zy­denta. W swoim pierw­szym orę­dziu do Narodu, papież obie­cuje Nową Erę Dobro­bytu i War­to­ści, dzięki któ­rej Pol­ska ma uzy­skać pozy­cję świa­to­wego mocarstwa.

28 sierp­nia 2019 r. – Kraj ogar­nia fala zamie­szek i pro­te­stów, bru­tal­nie pacy­fi­ko­wa­nych przez służby porząd­kowe. Liczba ofiar sięga tysięcy osób. Naprze­ciw bun­tow­ni­kom stają rów­nież nowo­pow­stałe oddziały zmar­twych­wstań­ców, które, jak wyka­zały póź­niej­sze bada­nia histo­ryczne, spe­cjal­nie przy­go­to­wy­wano w tym wła­śnie celu w kruch­tach kościo­łów i na tere­nie Kli­niki. Michael Jack­son odma­wia komen­ta­rza. Pań­stwa Unii Euro­pej­skiej uchwa­lają rezo­lu­cję potę­pia­jącą nad­uży­cia pol­skich władz. Pol­skie wła­dze okła­dają Unię ekskomuniką.

30 sierp­nia 2019 r. – Decy­zją Jana Pawła II Sto­lica Apo­stol­ska zostaje prze­nie­siona do Kra­kowa, a aktu­al­nie panu­jący papież Jozue I musi zrzec się swo­jej funk­cji. Kato­licy całego świata przy­jeż­dżają zło­żyć hołd swo­jemu nowemu przywódcy.

5 wrze­śnia 2019 r. – Eska­la­cja kon­fliktu, na uli­cach pol­skich miast poja­wiają się czołgi i trans­por­tery opan­ce­rzone. Każdy zabity jest natych­miast trans­por­to­wany do polo­wych kli­nik rezu­rek­cyj­nych i w kilka godzin póź­niej staje ponow­nie do walki, tym razem po stro­nie prze­ciw­nej. Zdru­zgo­tani olbrzy­mią prze­wagą liczebną, ostatni opo­zy­cjo­ni­ści pró­bują się wymknąć przez polsko-czeską granicę.

11 wrze­śnia 2019 r. – Bitwa o Cie­szyn osta­tecz­nie przy­pie­czę­to­wuje zwy­cię­stwo nowych władz. Obli­cza się, że z począt­ko­wych 35 milio­nów Pola­ków zale­d­wie 1% nie uległ zom­bi­fi­ka­cji. Nad­zwy­czajne zgro­ma­dze­nie władz naj­wyż­szych ONZ decy­duje o obję­ciu Pol­ski cał­ko­wi­tym embar­giem. Pol­ski rząd odpo­wiada tra­dy­cyjną ekskomuniką.

1 listo­pada 2019 r. – Odcięta od świata Pol­ska ogła­sza swój nowy pro­gram gospo­dar­czy, oparty w olbrzy­miej mie­rze na prze­my­śle post­fu­ne­ral­nym. Pre­mier Pił­sud­ski obie­cuje naro­dowi świe­tlaną przy­szłość, poka­zu­jąc moż­li­wo­ści wyni­ka­jące z upo­wszech­nie­nia tech­no­lo­gii rezu­rek­cyj­nych. Nastę­puje cał­ko­wita rezy­gna­cja z gospo­darki rol­nej, za wyjąt­kiem nie­licz­nych upraw zbóż, prze­zna­czo­nych do pro­duk­cji wódki, skie­ro­wa­nej na eks­port, a pod­sta­wo­wym towa­rem w obro­cie han­dlo­wym stają się świeże mózgi, spro­wa­dzane z kra­jów Trze­ciego Świata, które zigno­ro­wały embargo.

1 stycz­nia 2020 r. – W uzna­niu olbrzy­mich zasług Micha­ela Jack­sona, Sejm podej­muje decy­zję o zmia­nie hymnu naro­do­wego. Od tej chwili pod­czas wsze­la­kich uro­czy­sto­ści pań­stwo­wych, kościel­nych i patrio­tycz­nych roz­brzmie­wają dźwięki kla­sycz­nego prze­boju Thriller.

25 lutego 2020 r. – Wła­dze naj­wyż­sze ONZ decy­dują o cof­nię­ciu embarga, moty­wu­jąc swoją decy­zję koniecz­no­ścią nawią­za­nia poro­zu­mie­nia z kra­jem zamiesz­ka­łym w 100% przez zmar­twych­wstań­ców, który w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy zdo­łał w pełni spła­cić swoje długi na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej i wyprze­dził resztę świata, wyka­zu­jąc dzie­się­cio­krotny wzrost PKB. Kilka dni póź­niej pol­skie wła­dze zno­szą cał­ko­wi­cie obo­wią­zek wizowy i roz­po­czy­nają olbrzy­mią kam­pa­nię wize­run­kową pod hasłem „Dru­gie życie tylko w Polsce.”

3 marca 2020 r. – Do portu w Gdyni zawija olbrzymi okręt Dead Eli­za­beth, wio­zący 50 tysięczną grupę bry­tyj­skich zmar­twych­wstań­ców, ucie­ka­ją­cych przed prze­śla­do­wa­niami na ojczy­stej ziemi. Przy­wra­cani do życia od wielu mie­sięcy przez dzia­ła­ją­cych w sza­rej stre­fie pol­skich emi­gran­tów, któ­rym udało się podej­rzeć wła­ściwe tech­niki w kli­ni­kach rezu­rek­cyj­nych, posta­na­wiają się cał­ko­wi­cie zrzec bry­tyj­skiego oby­wa­tel­stwa i zamiesz­kać w Pol­sce, gdzie pano­wały o wiele zno­śniej­sze warunki dla nie­umar­łych. To wła­śnie tę datę przyj­muje się za sym­bo­liczny począ­tek domi­na­cji Rze­czy­po­spo­li­tej w poli­tyce światowej.

25 lipca 2025 r. – Ku zdu­mie­niu leka­rzy i pie­lę­gnia­rek szpi­tala Arkham, Mar­celi Szpak wycho­dzi z trwa­ją­cego od 15 lat bad tripa, usta­na­wia­jąc tym samym nowy rekord świata i tra­fia­jąc do Księgi Rekor­dów Guinessa. Pytany o wra­że­nia, przy­znaje, że naj­gor­sza była walka z ape­ty­tem na świeży móż­dżek i wciąż powra­ca­jące wspo­mnie­nia o pierw­szej rocz­nicy śmierci Jacksona.

29 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Grafomania, autolans | 17 Comments »

Dziś

- Cibelle w Hip­no­zie, o 20:00, czyli Pan Mar­celi idzie poru­szać swoim sze­ro­kim zadem do turbo-elektro-latino i popa­trzeć na ładną kobietę, z która pró­bo­wał prze­pro­wa­dzić wywiad, ale wszyst­kie odpo­wie­dzi ogra­ni­czyły się do półzdań:

Oh yessss very hot!

więc pew­nie nad ranem będzie jakaś rela­cja werbalno-wizualna, a na razie tele­dysk, jeśli ktoś jesz­cze nie wie, czy powi­nien się wybrać:

YouTube Preview Image

- A ciut wcze­śniej pły­nął będzie na falach eteru (naj­pew­niej z tram­waju), roz­ma­wia­jąc z kolegą Kin­bo­tem na temat Ket­chuma, splat­te­rów i cięż­kiej doli tłu­ma­cza w pro­gra­mie Podróże Lite­rac­kie Radia Łódź, któ­rego można będzie posłu­chać jakoś po klik­nię­ciu TEGO LINKA. Pro­gram roz­po­czyna się o 20:10 i sta­nowi jedną z nie­licz­nych oka­zji do posłu­cha­nia mojego kaczego głosu na żywo.

Jesus Trans­la­tor Christ by Pani Żona (remi­xed by Edward Mruw­nica)

Jeden czło­wiek w dwóch miej­scach na raz. XXI wiek z każ­dego robi Ojca Pio.

7 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, autolans | 15 Comments »

Pomidory? W czwartek będą.

Ato­mowe tomaty*

nisz­czą całe wszechświaty

pod­stę­pem i na raty

przy­no­sząc olbrzy­mie straty

Jak zwy­kle nikt się nie spo­dzie­wał nad­cią­ga­ją­cej zagłady. Czwar­tek zaczął się jak każdy inny czwar­tek, jakąś chwilę po pół­nocy i wlókł się ku koń­cowi, nie zaska­ku­jąc niczym, poza obiet­nicą bli­skiego week­endu. Miesz­kańcy Ziemi krzą­tali się gorącz­kowo wokół swo­ich codzien­nych spraw, zwie­rzęta scho­dziły ludziom z drogi, a rośliny, jak to rośliny, mil­cząco asy­mi­lo­wały CO2.

Pierw­szy pomi­dor spadł w samo połu­dnie na rynek nie­wiel­kiego, hisz­pań­skiego mia­steczka Buñol, nie budząc więk­szych podej­rzeń. Kilka odzia­nych w czerń sta­ru­szek dzi­wo­wało się przez chwilę warzywu o ponad metro­wej śred­nicy, jed­nak natar­czywy łoskot kościel­nych dzwo­nów bły­ska­wicz­nie przy­wró­cił rów­no­wagę ich światu, zmu­sza­jąc do gru­po­wego przy­klęku i wznie­sie­nia oczu ku niebu, połą­czo­nego z mam­ro­ta­niem modli­twy na Anioł Pań­ski. Pomi­dor momen­tal­nie poszedł w zapo­mnie­nie, a kojące melo­dia odwiecz­nych słów wyczy­ściła ich mózgi z wszel­kich trosk i dociekliwości.

Pomi­dor, który spadł w mia­steczku Sitka na Ala­sce wzbu­dził nieco więk­sze zain­te­re­so­wa­nie, albo­wiem nawet naj­starsi miesz­kańcy tej oko­licy nie przy­po­mi­nali sobie, żeby kie­dy­kol­wiek jakie­kol­wiek warzywo ot tak, po pro­stu sobie spa­dło z nieba (co innego wie­lo­ryby, któ­rych gru­powe samo­bój­stwa sta­no­wiły praw­dziwą plagę tych tere­nów, gro­żąc natych­mia­stową śmier­cią wszyst­kim ludziom znaj­du­ją­cym się w bez­po­śred­niej stre­fie roz­bry­zgu kil­ku­to­no­wego ciel­ska). Bły­ska­wicz­nie zwo­łano obrady spe­cjal­nej komi­sji, która po wie­lo­go­dzin­nych roz­mo­wach, odby­wa­ją­cych się ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa w miej­sco­wej knaj­pie, usta­liła, że pomi­dor, choć dziwny, wyraź­nie poobi­jany i cał­ko­wi­cie nie­zna­nego pocho­dze­nia, wciąż jest tylko pomi­do­rem i jako taki nie sta­nowi bez­po­śred­niego zagro­że­nia, chyba, że jego twarda skóra przy­klei się komuś do ścian żołądka, powo­du­jąc krót­ko­trwałe bóle i uciąż­liwą bie­gunkę. Jed­no­gło­śnie uchwa­lono, że pomi­dor powi­nien zostać prze­nie­siony do budynku ratu­sza, podzie­lony na kawałki, które póź­niej zostaną roz­dane ubo­gim i potrze­bu­ją­cym, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem inu­ic­kich rodzin, wśród któ­rych foka w pomi­do­rach była daniem ota­cza­nym wręcz reli­gijną czcią. Zamó­wiono robot­ni­ków oraz dźwig, usta­la­jąc, że trans­port pomi­dora należy roz­po­cząć o godzi­nie 10:00 następ­nego dnia.

W tym samym cza­sie temat Toma­tiny, jak bły­ska­wicz­nie nazwano to nie­co­dzienne zja­wi­sko, wdarł się na czo­łówki sie­cio­wych por­tali i do pro­gra­mów infor­ma­cyj­nych. Paryż, Lon­dyn i Suwałki, a także wszyst­kie pozo­stałe mia­sta, wsie i osady na świe­cie odkryły, że rów­nież mają swo­jego pomi­dora. Warzywa spa­dały z olbrzy­mią czę­sto­tli­wo­ścią, tra­fia­jąc zazwy­czaj w cen­tralny punkt danej mie­ściny i leżały w bez­ru­chu, budząc coraz więk­szy niepokój.

Naj­bar­dziej czujne oka­zały się dzieci. Każdy czło­wiek przed ukoń­cze­niem 5 roku życia, odwra­cał się z wstrę­tem od pomi­dora i zano­sząc się histe­rycz­nym pła­czem, szu­kał pocie­chy w fał­dach sukni Opie­kuna A lub przy­wie­rał do noga­wek spodni Opie­kuna B. Nie poma­gały per­swa­zje, tłu­ma­cze­nia, mani­pu­la­cje i obiet­nice — wszyst­kie dzieci na świe­cie momen­tal­nie reago­wały paniką, jeśli tylko spro­wa­dzono je w pobliże tajem­ni­czego warzywa. To z kolei wzbu­dziło zanie­po­ko­je­nie wśród doro­słych – peda­go­dzy, pedia­trzy i pedo­file z orga­ni­za­cji reli­gij­nych natych­miast wyczuli, że sytu­acja może za chwilę wymknąć się spod kon­troli, dla­tego też, w poro­zu­mie­niu z Rzą­dem Świa­to­wym, momen­tal­nie zarzą­dzono izo­la­cję pomi­do­rów. Cała pla­neta zamarła przed ekra­nami komu­ni­ka­to­rów, obser­wu­jąc jak cięż­ko­zbrojne armie wkra­czają do miast, wsi i osad, narzu­ca­jąc szczelną kwa­ran­tannę i roz­cią­ga­jąc nad pomi­do­rami wiel­kie namioty z folii, mające chro­nić przed moż­li­wymi, choć wciąż jesz­cze nie­zba­da­nymi wapo­rami. I to wła­śnie był począ­tek końca.

Po śmierci pierw­szego żołnie­rza, majora Lieut­nanta z armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, który zmarł w męczar­niach, zapo­mniaw­szy o swo­jej aler­gii, narzu­cono natych­mia­stowe embargo na infor­ma­cje. Na całej pla­ne­cie ekrany pry­wat­nych i publicz­nych komu­ni­ka­to­rów wyświe­tliły komu­ni­kat Prze­pra­szamy za usterki, a następ­nie zga­sły, by już nigdy wię­cej nie zadzia­łać. Kilku dzien­ni­ka­rzy oby­wa­tel­skich pró­bo­wało co prawda prze­drzeć się w pobliże pomi­do­rów, aby nadać rela­cje bez­po­śred­nio ze stref obję­tych kwa­ran­tanną, ale była to tak wła­ści­wie ostat­nia infor­ma­cja, jaką zdo­łali komu­kol­wiek prze­ka­zać, nim wszelki słuch po nich zaginął.

Panika nara­stała. We Wło­szech roz­po­czął się bez­ter­mi­nowy strajk kucha­rzy, któ­rzy kate­go­rycz­nie odmó­wili dal­szych kon­tak­tów z pomi­do­rami pod każdą posta­cią, przy­naj­mniej do chwili wyja­śnie­nia całej sytu­acji. Z kart restau­ra­cyj­nych bły­ska­wicz­nie wyco­fano pomi­do­rową i Krwawą Mary, a super­mar­kety na całym świe­cie wstrzy­mały sprze­daż śledzi w sosie pomi­do­ro­wym. Kolej­nymi ofia­rami ogól­no­świa­to­wego wzbu­rze­nia stali się ostatni India­nie, któ­rych jako czer­wo­no­skó­rych pomó­wiono o współ­udział w tajem­ni­czym opa­dzie pomi­do­rów, a następ­nie wywle­czono na place, rynki i kle­pi­ska i przy­kład­nie powie­szono, z para­grafu za kola­bo­ra­cję z warzy­wem, dopi­sa­nego bły­ska­wicz­nie do wszyst­kich kodeksów.

Sytu­acja sta­wała się coraz bar­dziej napięta. Pomimo wysił­ków woj­ska i badań pro­wa­dzo­nych przez naj­wy­bit­niej­szych toma­to­lo­gów świata, wciąż nie usta­lono skąd się wzięły te wszyst­kie pomi­dory i jaki jest ich cel, choć przy­pusz­czano, że może być zło­wiesz­czy. W chra­mach, świą­ty­niach i świę­tych gajach zaczęły się gro­ma­dzić nie­prze­brane tłumy i bijąc się w piersi bła­gały o wyba­cze­nie wszel­kich krzywd, jakie dotych­czas wyrzą­dzono pomi­do­rom, począw­szy od prze­ra­bia­nia ich na zupę, skoń­czyw­szy na tok­sycz­nych opry­skach. To rów­nież nie przy­nio­sło żadnego efektu, choć kilku co bystrzej­szych teo­lo­gów momen­tal­nie rzu­ciło się do pracy nad sta­ro­żyt­nymi tek­stami, pró­bu­jąc usta­lić, czy w któ­rymś z nich nie zawarto wzmianki o tym, jakoby Bóg był tylko inną nazwą dla Wiel­kiego Pomidora.

Tym­cza­sem pod namio­tami z folii robota paliła się ludziom w rękach. Każde z gigan­tycz­nych warzyw zmie­rzono, zwa­żono, pobrano próbki z zewnątrz i ze środka, a następ­nie prze­ka­zano je polo­wym labo­ra­to­riom, w celu usta­le­nia auten­tycz­no­ści ich pomi­do­rzego pocho­dze­nia. Wszystko wska­zy­wało na to, że pomimo swo­ich roz­mia­rów i nie­ty­po­wego pocho­dze­nia, były to dokład­nie te same pomi­dory, które Kolumb przy­wiózł przed pię­cioma wie­kami z zamor­skich wojaży. Nic ich nie róż­niło od prze­cięt­nego owocu Lyco­per­si­con escu­len­tum Mill, zna­nego ludz­ko­ści od tak dawna, choć kilku naukow­ców spra­wiało wra­że­nie wyjąt­kowo zakło­po­ta­nych ilo­ścią i gaba­ry­tami pestek, jakie odkryto we wnę­trzu każ­dego z tych warzyw. Nie zdą­żyli jed­nak podzie­lić się tymi oba­wami z ogó­łem, a szkoda, bo to one wła­śnie były kluczowe.

***

Pla­neta Frug nie rzuca się jakoś szcze­gól­nie w oczy. Krąży to tu, to tam, raczej trzyma się w cie­niu, nie wabi księ­ży­cami wiel­kiej urody i nie kusi błę­ki­tem oce­anów, sta­wia­jąc raczej na zgrzeb­ność i pro­stotę, która w każ­dym przy­by­szu wzbu­dza natych­mia­stową reak­cję – e, nudno tu, jedźmy gdzieś dalej – co pozwa­lało jej przez bar­dzo długi czas pozo­stać w ogóle nie­zau­wa­żoną. Jej bogo­bojni i pra­co­wici miesz­kańcy żyli w ciszy i spo­koju, regu­lar­nie wypusz­cza­jąc kiełki i prze­sia­du­jąc gru­powo w swo­ich dorod­nych bul­wach. Ruchli­wość na pewno nie była ich powo­ła­niem, ist­niała raczej jako dosyć mgli­ste poję­cie, wywie­dzione z wie­lo­wie­ko­wej obser­wa­cji ruchu gwiazd i chmur prze­su­wa­ją­cych się po smar­ko­zie­lo­nym nie­bie. Żaden z nich nawet pod­świa­do­mie nie odczu­wał potrzeby zmiany miej­sca pobytu, a myśli za pomocą któ­rych się komu­ni­ko­wali, prze­ni­ka­jące przez splą­tane ze sobą korze­nie, pozwa­lały im orien­to­wać się w życiu całej pla­nety, bez koniecz­no­ści rusza­nia się gdzie­kol­wiek. Ich życiowe cele były pro­ste: trwać, a cywi­li­za­cja nie­skom­pli­ko­wana i pozba­wiona skłon­no­ści do waśni. Roz­wi­jali się w har­mo­nii, co kilka tysięcy poko­leń osią­ga­jąc taki poziom zbio­ro­wej inte­li­gen­cji, który pozwa­lał im na zbu­do­wa­nie sil­nika zdol­nego poru­szać całą pla­netą oraz taki poziom deka­den­cji, który prze­ła­my­wał ich przy­ro­dzone upodo­ba­nie do sta­gna­cji, zmu­sza­jąc do zmiany oto­cze­nia i wiary w to, że tylko w ten spo­sób można zapo­biec dal­szej dege­ne­ra­cji i moral­nej roz­pu­ście. Osie­dla­jąc się w nowej oko­licy, ponow­nie zapa­dali w inte­lek­tu­alny letarg, łącząc się z pobra­tym­cami i czer­piąc ener­gię nowego słońca.

Do czasu.

Nikt tak wła­ści­wie nie wie­dział, w jaki spo­sób pierw­sza bulwa ode­rwała się od powierzchni pla­nety, choć podej­rze­wano mło­dzień­czą głu­potę (działo się to tuż przed kolej­nym prze­miesz­cze­niem całego globu, sil­nik był już gotowy, a naj­więksi deka­denci doszli już do etapu myśli samo­bój­czych i flir­to­wa­nia ze śmier­cią), nie spo­sób było jed­nak zaprze­czyć kon­se­kwen­cjom takiego wyda­rze­nia – w nie­ru­cha­wym dotych­czas świe­cie poja­wiły się takie poję­cia jak eks­pan­sja, imi­gra­cja, przy­sta­nek i roboty dro­gowe. Pio­nier­ski przy­kład pocią­gnął za sobą wielu naśla­dow­ców, któ­rzy bły­ska­wicz­nie opa­no­wali tech­nikę sprę­ża­nia soków, tak by wytwo­rzone ciśnie­nie było zdolne wyrzu­cić bulwę poza strefę przy­cią­ga­nia planetarnego.

Tak zaczęła się era kosmicz­nego dryfu. Tysiące czer­wo­nych bulw w ciszy prze­mie­rzało bez­kre­sne prze­strze­nie, a ich miesz­kańcy w poznaw­czym amoku wymy­ślali coraz to nowe narzę­dzia do opi­sy­wa­nia wszech­świata, który tak nagle wykwitł wokół ich domostw. Po wielu nie­uda­nych pró­bach nawią­za­nia komu­ni­ka­cji pomię­dzy samot­nie dry­fu­ją­cymi bul­wami, które pozba­wione dobro­dziej­stwa korzeni, powoli prze­kształ­cały się odizo­lo­wane enklawy, pełné miesz­kań­ców odczu­wa­ją­cych nie­wy­tłu­ma­czalną tęsk­notę za więk­szą zbio­ro­wo­ścią umy­słu, zdo­łano wresz­cie opra­co­wać skom­pli­ko­wany zestaw sygna­łów, które korzy­sta­jąc z pew­nych nie­uży­wa­nych dotych­czas czę­sto­tli­wo­ści mogły dotrzeć do każ­dej bulwy we wszech­świe­cie. Sys­tem ten pomógł im wspól­nie eks­plo­ro­wać nowe pla­nety i galak­tyki i już wkrótce, gdzie tylko okiem się­gnąć, od Ursa Minor po Alfa Cen­tauri wszech­świat zaroił się od bulw. Osia­da­jąc w nowej oko­licy, Fru­go­wie wra­cali do sta­rych przy­zwy­cza­jeń i roz­po­czy­nali kolejny okres kieł­ko­wa­nia, kwit­nie­nia i trwa­nia, bez pro­ble­mów adap­tu­jąc się do więk­szo­ści nowo­po­zna­nych świa­tów. Jeśli któ­raś grupa wędrow­ców tra­fiała w nie­go­ścinne lub wro­gie regiony, wystar­czał jeden sygnał, by przy­była odsiecz, zdolna wyba­wić swych ziom­ków z każ­dej opre­sji. Nie nale­żało oczy­wi­ście liczyć na bły­ska­wiczną reak­cję, pew­nych ogra­ni­czeń nigdy nie udało się poko­nać a brak jakie­go­kol­wiek napędu rów­nież miał wpływ na moż­liwe opóź­nie­nia, pomoc jed­nak nad­cho­dziła za każ­dym razem.

Sygnał z Ziemi wędro­wał przez dłu­gie tysiąc­le­cia, budząc popłoch w miesz­kań­cach każ­dej z bulw, od kiedy tylko ujaw­niono pierw­sze dra­styczne szcze­góły. Fru­go­wie nie potra­fili pojąć w żaden spo­sób, jakim cudem natra­fiono na rasę, któ­rej jedy­nym celem zda­wało się być nisz­cze­nie ich pięk­nych pojaz­dów na dzie­siątki wymyśl­nych spo­so­bów i mor­do­wa­nie miesz­kań­ców, naj­więk­sze wzbu­rze­nie jed­nak wywo­łała infor­ma­cja o tym, że miesz­kańcy tej zielono-niebieskiej pla­nety naj­wy­raź­niej odkryli spo­sób znie­wo­le­nia ich pobra­tym­ców i wyko­rzy­stali go nie­cnie w celu ścisłej kon­troli popu­la­cji. Nikogo nie pozo­sta­wiło to obo­jęt­nym, a miliar­dowa eska­dra bulw skie­ro­wała się ku Ziemi, sta­ra­jąc się w mię­dzy­cza­sie ulep­szyć zawodny sys­tem zmiany środka cięż­ko­ści we wnę­trzu pojazdu, który w pew­nym stop­niu pozwa­lał kon­tro­lo­wać kie­ru­nek dryfu.

Dotarły w czwartek.

***

Resztę rela­cji znamy tylko ze strzęp­ków sygnału, który wciąż krąży w kosmo­sie, będąc gdzie­nie­gdzie fun­da­men­tem wie­rzeń, a gdzie indziej źródłem nie­wy­bred­nych dow­ci­pów o wydźwięku pro­re­pro­duk­cyj­nym. Pierw­szy Frug pod­dany oglę­dzi­nom przez ziem­skich naukow­ców, miał jakoby powiedzieć:

- Ha. Ha.

I wtedy roz­pę­tało się pie­kło. Ulice miast na całej pla­ne­cie spły­nęły krwią i pomi­do­ro­wym sokiem, a przy­pad­kowi obser­wa­to­rzy prze­by­wa­jący pod­ów­czas w tym zakątku wszech­świata do dziś twier­dzą, że nie spo­sób było jej odróż­nić w tam­tej chwili od Marsa. Przy­by­sze nie znali lito­ści, a jako stwo­rze­nia nader płodne igno­ro­wali ist­nie­nie poję­cia „straty wła­sne”, co w krót­kim cza­sie dopro­wa­dziło do roz­strzy­gnię­cia kon­fliktu na ich korzyść. Bez­li­to­sne pestki wpy­chały się w oczy, uszy, gar­dła i noz­drza Zie­mian, pene­tro­wały otwory godne i nie­godne, momen­tal­nie zapusz­cza­jąc kiełki i zamie­nia­jąc ciała pole­głych w wyso­ko­war­to­ściowy nawóz. Klę­ska ludz­ko­ści była osta­teczna, nie­uchronna i krwawa, jak naj­krwaw­sza Mary.

Toma­tina dobie­gła końca. Fru­go­wie na nowo odkryli radość letargu i trwa­nie poto­czyło się dalej. Jeśli gdzieś w odle­głych zakąt­kach galak­tyki natknie­cie się na czer­wono nie­bie­ską pla­netę szczę­śli­wych pomi­do­rów, to pamię­taj­cie, że rdzenni miesz­kańcy nazy­wali ją kie­dyś Ziemia.

*Ato­mowe Tomaty z głowy Urbane Abuse dziś na bli­pie. W związku z czym szlag mi tra­fił 4 z 6 tra­dy­cyj­nych godzin pracy.

15 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Grafomania, autolans | 9 Comments »

Last.fm Emo

Nie pla­no­wa­łem tym razem jakie­goś spe­cjal­nego święta z oka­zji prze­krę­ce­nia licz­nika na laście, ale skoro rano bez­wied­nie usta­wi­łem po całym secie Parov Ste­lara, przy któ­rym mi się zaje­bi­ście dobrze pra­cuje, dawno nie odku­rzane Camino del Sol Anteny, podej­rze­wa­jąc, że przyda się na wie­czór z zestre­so­waną egza­mi­nami żoną, to wła­śnie na tej pły­cie licz­nik osią­gnął 100k i choćby za to zasłu­żyła na szer­szy rekomend.

Choć oczy­wi­ście nie tylko, bo tak wła­ści­wie jest to jedna z nie­licz­nych płyt w moim posia­da­niu, co do któ­rych nie mam abso­lut­nie żadnego pomy­słu, dla­czego tak na mnie dzia­łają, jak dzia­łają. Wiem skąd się wzięła: szu­ka­łem wyko­naw­ców pozna­nych z Les Chan­sons Des Per­verts, skła­danki two­rzą­cej sound­track do naj­lep­szego por­niola na świe­cie, któ­rego nikt jesz­cze nie nakrę­cił, powo­du­ją­cej natych­mia­stowe obrzmie­nie wszyst­kich ciał jami­stych, bo pełno na niej obłęd­nie pięk­nych kawał­ków w wyko­na­niu arty­stów o zero­wej roz­po­zna­wal­no­ści, takich jak np ten:

Don Pau­lin feat. Siggi Schwab — Sugar Kane

I tam gdzieś pierw­szy raz siek­nął mnie po uszach tytu­łowy Camino del Sol Anteny. Zażarł oczy­wi­ście ide­al­nie, gra­jąc na moim uwiel­bie­niu do drin­ków z palemką i leże­niu nad wodą wen­ty­lem do góry, obie­cu­jąc Palm Beach i Flu­oridę oraz nama­wia­jąc do cie­sze­nia się hote­lo­wym luk­su­sem, który mnie — pro­stego chłopa o pro­le­ta­riac­kich gustach — zde­cy­do­wa­nie bar­dziej raduje niż odmra­ża­nie sobie cipy gdzieś na lodo­wa­tych zadu­piach i nazy­wa­nie tego ‘waka­cyjną przy­godą’. Piękna pieśń opie­wa­jąca roz­ko­sze tury­styki zor­ga­ni­zo­wa­nej, począw­szy od seksu w cudzych łóżkach, skoń­czyw­szy na poran­nych kacach, total­nie utknęła mi w uszach, zmu­sza­jąc do poszu­ki­wa­nia wiek­szej dawki podob­nych wrażeń.

Dopro­wa­dziły one do albumu wyda­nego w 1982 i 1986 i 1989 i 2004 i 2006 r. co momen­tal­nie wzbu­dziło odruch – łeeeeeeeeeeee, ejtisy, pfuj. Ale posłu­cha­łem i od tego czasu wła­ści­wie nie mam żadnego argu­mentu, żeby pluć na popowe ejtisy i muszę sam przed sobą uda­wać. Bo na tej pły­cie ejti­sowe jest wszystko – od zmro­żo­nych kla­wi­szy, sie­ką­cych syn­te­tycz­nym brzę­cze­niem, przez pła­skie basy bez żadnego echa, prze­ste­ro­wane, zmu­to­wane wokale, po moto­ryczne bity i cukro­wane melo­die jak u jakiś New Order czy innych Pet Shop Boys, któ­rym prze­cież od zawsze mówimy nie.

YouTube Preview Image

Tyle, że żadna z tych kapel nie nagrała nigdy płyty dla któ­rej mógł­bym być Mode­lo­wym Odbiorcą. A Antena tak i owszem. Bo poza Camino del Sol wszyst­kie pozo­stałe kawałki są o mnie — a przy­naj­mniej te śpie­wane w języ­kach zro­zu­mia­łych dla google trans­la­tora. Nie tylko The Boy From Ipa­nema, bo to już wie­dzia­łem wcze­śniej, gdy śpie­wała to boska Julie Lon­don, ale też On the Boat z depre­syj­nym peanem na cześć wrzu­ca­nia dra­gów na oko­licz­ność bez­stre­so­wej obser­wa­cji końca świata, czy Achil­les z któ­rym mam poważną iden­ty­fi­ka­cję z powo­dów róż­nych, zde­cy­do­wa­nie zbyt emo­cjo­nal­nych żeby pisać o nich tak sobie na blogu, nie dosta­jąc za to sutej wier­szówki. Wiem dla­czego pod­miot To Climb the Cliff musi na niego wejść i dla­czego dziew­czyna w Frantzu musi bła­gać o spa­cer i w dodatku robi to nie­miecku. Ogar­niam skąd bie­rze się mrok, ziąb i ponu­ria kry­jące się w lek­kich, zwiew­nych sam­bach i bos­sach i wiem, że jakimś zbie­giem oko­licz­no­ści utkwi­łem w świe­cie z Una­ble. Momen­tal­nie daję się nabrać na gorzki cukier słów w Silly Things i natych­miast dociera do mnie, że kobieta takiego pokroju, jak postać odgry­wana przez Isa­belle Antenę na tej pły­cie wyrzą­dzi­łaby mi ogromną krzywdę z któ­rej bym się pew­nie maniacko cieszył.

YouTube Preview Image

I takich płyt to ja się boję. Takich jak Ascen­seur Pour L’Echafaud, jak Blue Valen­tine, jak Orga­nism Jimiego Tenora. Nie chcę, żeby muzyka mi tak robiła, od tego mam książki, a jak prze­staną mi star­czać, to wyłożę na psy­cho­ana­li­tyka albo dużą por­cję psy­lo­cyb­ków. Wła­ści­wie jestem abso­lut­nie nie­przy­go­to­wany na to, żeby muzyka robiła mi wła­śnie tak i nie potra­fię ogar­nąć, czemu nie­które płyty potra­fią zmie­nić się w lusterko, w któ­rym widać tylko moją krzywą mordę, opi­saną sło­wami i dźwię­kiem, jakich sam bym na pewno nie wymy­ślił. Ten album, sta­no­wiący zresztą kolejny przy­pa­dek spi­sku prze­ciw fran­cu­skiej muzyce, tak ma na pewno. I zaczy­nam mieć podej­rze­nia, że reali­zu­jąc zamysł wysłu­cha­nia miliona kawał­ków, jako głów­nego argu­mentu za tym, że mia­łem po co żyć i że było mi w życiu dobrze, nadal będę go miał w swo­ich zbio­rach i być może znów wła­śnie na nim prze­kręcę licznik.

7 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, Myślenie szkodzi, autolans | 2 Comments »

Radkowiecki przeczytał

Ket­chuma

Histo­ria zdaje się wisieć w powie­trzu a boha­te­ro­wie są naszki­co­wani. Ale dosta­jemy za to, z jed­nej strony wyde­sty­lo­wane cier­pie­nie i pier­wotną, ani­ma­li­styczną wolę prze­ży­cia, a z dru­giej chłodny, pozba­wiony oceny, opis obcej formy życia, jaką są ata­ku­jący kani­bale. Pro­stota formy plus pro­stota tre­ści plus brak kom­pro­mi­sów autora, dało mie­szankę, która wybu­chła mi w twarz z siłą super­no­wej. I mam wra­że­nie, że gdyby to napi­sał King, to z całym sza­cun­kiem dla jego warsz­tatu, roz­cień­czyłby to do stop­nia, w któ­rym zamiast szklanki krwi ze skrze­pami dostał­bym szklankę luro­wa­tego soku mali­no­wego. Tym razem mniej zna­czyło lepiej.

a ja się przy tej oka­zji wda­łem w dys­ku­sję po co w ogóle się pisze takie książki, dzięki któ­rej poskła­da­łem sobie wresz­cie parę prze­my­śleń, wcze­śniej nie­prze­my­śla­nych. Dla­tego nie będzie dziś notki upa­mięt­nia­ją­cej 3 rocz­nicę zało­że­nia bloga, tylko prze­kie­ro­wa­nie. Innych recen­zji z Ket­chuma raczej nie będzie, a jak już, to na pewno nie takie fajne.

7 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: autolans | 5 Comments »
continue: Next

WP SlimStat