Bo jest tak

że cza­sem fajna muzyka i pro­ste obrazki w zupeł­no­ści wystar­czają, żeby gra wcią­gnęła do samego końca. I jak coś ma fajny jaz­zu­jący sound­tracki i neo­nowe kró­liczki, to ja temu mówię zde­cy­do­wane TAK, nie zwra­ca­jąc więk­szej uwagi na banalną pro­stotę łami­głó­wek (łami­główki banal­nie pro­ste pozna­jemy po tym, że pan Mar­celi potrafi je roz­wią­zać). 10 minut czy­stej zabawy i zielono-fioletowej gra­fiki, która robi dobrze w oczy.

Easy Joe

Choć oczy­wi­ście muszę przy­po­mnieć, że Kró­liki są złe (i bar­dzo złe), więc warto pod­cho­dzić do nich z dystan­sem. Dla­tego też poni­żej dra­ma­tyczny film ostrze­gaw­czy — Night of the Lepus — opo­wia­da­jący prze­ra­ża­jącą histo­rię ataku setek ludo­żer­czych kró­li­ków na małe mia­steczko w Ari­zo­nie. 90 minut of pure bad­ness i cuda SF kiczu z lat 70-tych W bonu­sie gwiazda Psy­chozy, Janet Leigh, no i oczy­wi­ście mistrzo­stwo produkcyjne:

Dome­stic rab­bits were used for the film, which dif­fe­red gre­atly in appe­arance from the actual wild rab­bits that pla­gued the south­west at the time of the film, tho­ugh in the film this is expla­ined by noting that the rab­bits were descen­ded from rab­bits that esca­ped from a rab­bit farm a few years before the start of the film’s events. To depict the rab­bit attacks, a com­bi­na­tion of tech­ni­ques were used. For some sce­nes, the rab­bits were fil­med in close-up while stom­ping on minia­ture struc­tu­res in slow motion. For attack sce­nes, they had ket­chup sme­ared on their faces. For other sce­nes, human actors were shown wearing rab­bit costumes.

http://www.youtube.com/view_play_list?p=2D9FBD95A86AF587

2 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Flesze, W starym kinie | 6 Comments »

Sztuka?

Kolega Barts roz­pi­sał się jak sza­lony na Poly­ga­mii, tłu­kąc na dwa fronty ludzi, któ­rzy odwa­żyli się nasrać do jego ogródka hard­ko­ro­wego gra­cza i dopadł ogól­nie zna­nego kry­tyka fil­mo­wego Rogera Eberta oraz kole­sia, któ­rego nikt nie zna, ale też coś w tema­cie napi­sał. Bro­niąc gier przed ata­kiem pro­fa­nów roz­pi­suje się na mnó­stwo zna­ków, zamiast po pro­stu napi­sać, że ist­nieją gry, które jak każde inne dzieło sztuki są w sta­nie roz­pie­przyć odbiorcę emo­cjo­nal­nie, psy­cho­lo­gicz­nie i zmu­sić do prze­my­śleń w tema­tach roż­nych, naj­czę­ściej mocno egzy­sten­cjal­nych. Nie ma i nie było lep­szej defi­ni­cji sztuki, niż ta która twier­dzi, że sztuką jest każdy rodzaj eks­pre­sji, który zmu­sza odbiorcę do myśle­nia i/lub odczu­wa­nia i szu­ka­nie dalej jakiś dopre­cy­zo­wań mija się z celem.

I ja dziś o takiej grze — Pas­sage Jasona Roh­rera, która można sobie bez­płat­nie pobrać stąd (chyba, że was bozia poka­rała pro­duk­tami firmy Apple, to płat­nie przez apple store). Gra nie ma żadnej aneg­doty, nie przy­ciąga na pierw­szy rzut oka gra­fiką, sta­wia­jąc na 8 bitowy mini­ma­lizm, jej przej­ście nie wymaga wie­lo­go­dzin­nej roz­k­miny, a opa­no­wa­nie jej sensu zaj­muje uła­mek sekundy. Po pię­ciu minu­tach jest tak wła­ści­wie po wszystkim.

Zostaje tylko opad kopary, “o, kurwa, co on mi zro­bił?!” i mate­riał do prze­my­śleń. W odróż­nie­niu od gier pro­po­no­wa­nych przez Bartsa, tu zakoń­cze­nie jest tylko jedno i to wła­śnie na nim polega cała siła roz­grywki. Nie ważne, co robimy, nie można go unik­nąć. można tylko do niego dojść na nie­skoń­cze­nie wiele spo­sób (nie­skoń­cze­nie wiele jak na pro­stą, pixe­lową pro­duk­cję, ważącą 495 KB). Autor całą inter­pre­ta­cję prze­rzuca na gra­cza i robi to mistrzow­sko, bez­błed­nie tra­fia­jąc w lęki i powąt­pie­wa­nia, które każ­demu nor­mal­nemu czło­wie­kowi towa­rzy­szą przez całe życie. Roz­wala jedno z naj­więk­szych tabu w grach i robi to tak, że na koniec nie ma innej reak­cji — trzeba przy­znać, że ktoś musiał to w końcu zro­bić (na parę lat przez Modern War­fare). Pro­wo­kuje do zasta­no­wie­nia się nad sobą i nad świa­tem, poprzez dopro­wa­dze­nie pro­stymi środ­kami do peł­nej iden­ty­fi­ka­cji każ­dego gra­cza z boha­te­rem zło­żo­nym z kilku kolo­ro­wych pikseli.

Speł­nia wszyst­kie zało­że­nia sztuki.

11 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Flesze, anti-crap detector | 93 Comments »

Dziwne tripy Gregory’ego Weira

który chyba powoli wyrósł na kolej­nego twórcę fle­szó­wek, któ­rego spraw­dzam w ciemno. Zaczęło się od Bars of Black and White, pro­stego point’n’clicka z para­no­icz­nym twi­stem. Póź­niej przy­szedł czas na Maje­sty of Colo­urs, co do dziś cie­szy się u mnie zasłu­żo­nym tytu­łem jed­nej z naj­bar­dziej pory­tych gier w jakie kie­dy­kol­wiek gra­łem i i jest chyba jedyną grą, która pozwala się wcie­lić gra­czowi w coś w rodzaju mało­ru­cha­wego Cthulhu, wysła­nego na poszu­ki­wa­nie nar­ra­cji ukry­tej w inte­rak­cjach i dążą­cego do odkry­cia jed­nego z kilku zakoń­czeń tej w sumie zawsze smut­nej histo­rii o pozna­wa­niu świata.

Kolejna gra Weira — Silent Conver­sa­tion — też musiała mi się podo­bać, choć to plat­for­mówka. Tyle, że mocno lite­racka, w jak naj­bar­dziej dosłow­nym sen­sie tego słowa, bo w rękach gra­cza spo­czywa los samot­nej literki, prze­mie­rza­ją­cej kra­iny zbu­do­wane z tek­stów — Love­cra­fta czy Eliotta. Sens gry polega na cało­ścio­wym, uważ­nym odczy­ta­niu danego tek­stu, poprzez pod­kre­śle­nie wszyst­kich słów po dro­dze, naj­le­piej we wła­ści­wej kolej­no­ści i przy wyko­rzy­sta­niu bonu­sów ukry­tych w czer­wo­nych wyrazach.

A dziś mi wcięło dobre pół godziny przy ostat­niej jego grze Babies Dream of Dead Worlds. Bo ma wszystko, co gra z pik­se­lozą mieć powinna — dzi­waczną mecha­nikę: żeby prze­do­stać się z plat­formy na plat­formę trzeba się solid­nie roz­bu­jać w górę i w dół i spraw­nie przy­ce­lo­wać, (co k! nie jest pro­ste, bo wymaga jed­no­cze­śnie koor­dy­na­cji góra/dół, prawo/lewo), dobrą fabułę ukrytą w okien­kach dia­lo­go­wych, doty­czącą grze­ba­nia w pamięci śpią­cych dzieci, sta­no­wią­cych por­tale do świa­tów zamiesz­ka­łych przez dziwny gatu­nek Obcych, któ­rym zagraża jakaś trudna do spre­cy­zo­wa­nia kata­strofa, przy­jemną kon­struk­cję świa­tów, gdzie całe to buja­nie się na wszyst­kie strony zostaje zamknięte w dość labi­ryn­to­wa­tych struk­tu­rach. No i zakoń­cze­nie, do któ­rego serio warto dotrzeć.

Gre­gory Weir — czło­wiek, któ­remu zde­cy­do­wa­nie bra­kło miej­sca na literkę d w nazwisku.

4 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Flesze | No Comments »

Dokładnie tak

się dziś poczu­łem, jak wsia­dłem na rower, żeby sobie na spo­koj­nie posłu­chać w ple­ne­rze nowego Diego Ber­nala. Tyle, że nie byłem nago i nie było śniegu.

Icycle, czyli jakieś 20 minut dość bole­snego wci­ska­nia kla­wi­szy z odro­biną kom­bi­no­wa­nia, faj­nym pomy­słem i przy­jem­nymi gra­fi­kami. Poziom trud­no­ści bywa miej­scami dener­wu­jący (zwłasz­cza jeśli ktoś jest kom­pletną dupą w plat­for­mów­kach, jak ja).

2 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Flesze | 1 Comment »

Blasfemia

czyli kto powie­dział, że wielki tydzień bawi tylko katolików?

W komen­ta­rzach któ­rejś z poprzed­nich notek, kolega Tetrix pro­po­no­wał mi recen­zo­wa­nie fle­szy do Tygo­dnika Powszech­nego i wła­śnie dziś zna­la­złem gierkę, która ide­al­nie wpa­so­wa­łaby się w taką rubrykę. Run, Jesus, Run to 10 sekun­dowy prze­lot przez naj­istot­niej­sze bajki z ewan­ge­lii, w trak­cie któ­rego trzeba bie­gać (run) i robić jezu­sowe rze­czy spa­cją (do the Jesus things). Ładnie spi­xe­lo­wana grafa, zaska­ku­jąco wysoki poziom trud­no­ści. No ale to w końcu męka pańska.

Run, Jesus, run

A jeśli komuś mało, to oczy­wi­ście nie może zabrak­nąć mojej ulu­bio­nej wiel­ka­noc­nej pio­senki, w wyko­na­niu jak zwy­kle nie­za­wod­nych The Tiger Lillies.

YouTube Preview Image

I’m cru­ci­fy­ing Jesus, ban­ging in the nails,
And I am so happy, because old Jesus failed.
I’m cru­ci­fy­ing Jesus, nail him to the cross,
The poor old bastard ble­eds to death and I don’t give a toss.

I’m bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m cru­ci­fy­ing Jesus, in my piss he bathes.
I think I am a per­vert, I think I am depra­ved
I’m cru­ci­fy­ing Jesus, beat him to a pulp,
I stick my organ in his mouth and on it he must gulp.

I’m bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

You see that crown of thorns upon his head?
Well that was my idea.
I think I might be going to hell,
Oh dear!

I’m bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

I’m bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang, bang,
ban­ging in the nails.

8 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, Flesze | 19 Comments »
continue: Next

WP SlimStat