I’m a Wabbit!

Jak­bym miał wybie­rać tekst, który w naj­więk­szym stop­niu wpły­nął na moje poglądy poli­tyczne (a raczej ich brak), to pew­nie poza Jedy­nym i Jego Wła­sno­ścią Maxa Stir­nera oraz Haki­mem Beyem, cała reszta jest albo bez­po­śred­nią jumą z Try­lo­gii Illu­mi­na­tus, albo jakimś kryp­to­cy­ta­tem z tegoż dzieła, zre­mik­so­wa­nym pod wpły­wem innych ksią­żek, które zdą­ży­łem od tam­tego czasu prze­czy­tać. To mię­dzy innymi stam­tąd ukra­dłem sobie dogłębne prze­ko­na­nie o tym, na czym polega rewo­lu­cja i kto nadaje się na jej jedyny symbol:

Simon dec­la­red that “cul­tu­ral revo­lu­tion” was more impor­tant than poli­ti­cal revo­lu­tion; that Bugs Bunny sho­uld be adop­ted as the sym­bol of anar­chi­sts eve­ry­where; that Hoffman’s disco­very of LSD in 1943 was a mani­fe­sta­tion of direct inte­rven­tion by God in human affa­irs; that the nomi­na­tion of the boar hog Piga­sus for Pre­si­dent of the Uni­ted Sta­tes by the Yip­pies had been the most “trans­cen­den­tally lucid” poli­ti­cal act of the twen­tieth cen­tury; and that “mass orgies of pot-smoking and fuc­king, on every street-corner” was the most prac­ti­cal next step in libe­ra­ting the world from tyranny.

Sym­bol dwa dni temu skoń­czył 70 lat, co dla każ­dego rewo­lu­cjo­ni­sty jest raczej zabój­cze i dla Bugsa też było, dziś jest tylko kolejną fran­szyzą War­ne­rów, jed­nak jego poja­wie­nie się 27 lipca 1940 r. było kopem w twarz establishmentu.

YouTube Preview Image

Bo co tutaj mamy? Opre­syjne pań­stwo pod posta­cią Elmera, które pró­buje, jak to pań­stwa, uzbro­jone w regu­la­cje myśliw­skie i strzelby, wykoń­czyć spo­koj­nego, nikomu nie wadzą­cego kró­lika, który sobie nor­mal­nie żyje w norce. Elmer jako przed­sta­wi­ciel wła­dzy myśli, że ma do tego prawo, ba tak wła­ści­wie się nawet nad tym nie zasta­na­wia, ma mun­dur, nie musi myśleć, prawo do prze­śla­do­wa­nia innych zdaje mu się czymś cał­ko­wi­cie natu­ral­nym, nie­zby­wal­nym i przyrodzonym.

Oczy­wi­ście wiemy, że to nie­prawda, gdyby nie strzelba (pań­stwowy apa­rat opre­sji), Elmer byłby nikim, jego prawa nie mia­łyby żadnego zna­cze­nia, może je egze­kwo­wać tylko prze­mocą, nic za nimi tak naprawdę nie stoi. I tu wła­śnie poja­wia się anar­chi­styczna moc kró­lika, który nie wie­rzy w takie prawa, za to wyznaje prawo do samo­sta­no­wie­nia i decy­do­wa­nia o tym, gdzie powinna być jego norka i kto może mu zakłó­cać spokój.

W odróż­nie­niu od Państwa-Elmera, Bugs nie ucieka się do prze­mocy, wyko­rzy­stuje spryt i rozum, by poka­zać kom­pletną nie­sku­tecz­ność praw narzu­ca­nych przez pań­stwo. Po kolei — poka­zuje bez­u­ży­tecz­ność broni, wią­żąc na niej kokardkę; deko­duje cał­ko­witą bez­rad­ność pań­stwa w pro­ce­sie iden­ty­fi­ka­cji swo­ich oby­wa­teli i ich potrzeb; ata­kuje jego skost­niałą hete­ro­nor­ma­tyw­ność (zauważ­cie, że bro­nią po jaką naj­czę­ściej sięga w tym odcinku jest Big Wet Kiss, wpę­dza­jący Elmera w kom­pletne pomie­sza­nie, które z cza­sem będzie się jesz­cze zwięk­szało, ponie­waż Bugs nader czę­sto sięga po prze­bie­rankę i wal­czy z sys­te­mem jako rady­kalna drag queen); wresz­cie cynicz­nie paro­diuje postawę wszel­kich świę­tych, męczen­ni­ków i innych idio­tów goto­wych “umrzeć za sprawę” (wszystko jedno jaką), usta­wia­jąc się pod drze­wem i dając swoją pierw­szą wielką, osca­rową scenę śmierci.

Ten sche­mat powtó­rzy się w jesz­cze wielu odcin­kach, Bugs będzie wal­czył z każ­dym opre­syj­nym sys­te­mem (choć, nie­stety nie ma co ukry­wać, zosta­nie też włą­czony do dzia­łań pro­pań­stwo­wych i wysłany na wojnę), sto­su­jąc metody, które przez lata inspi­ro­wały róż­no­rod­nych anar­chi­stów, od chi­ca­gow­skich sur­re­ali­stów po Anar­chist Pie Thro­wers, któ­rzy przy­wra­cają buców roż­nej maści do rze­czy­wi­sto­ści, obrzu­ca­jąc ich cia­stem. Jego metody, to kla­syczna ścieżka trick­stera, roz­siew­nika zamętu i cha­osu, bez ustanku testu­ją­cego racjo­nal­ność wszel­kich sztucz­nych praw i reguł, repre­zen­to­wa­nych czy to przez Elmera, czy Yose­mite Sama czy faszy­stow­skiego Daffy’ego, który sta­nowi jego cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo i jest arche­ty­piczną repre­zen­ta­cją pro­pań­stwo­wego, pra­wi­co­wego przy­głupa, który każ­demu chciałby narzu­cić swoja poje­bana wizję świata, gdzie wszy­scy seple­nią. Jako trick­stera nie inte­re­sują go sztuczne roz­róż­nie­nia mię­dzy prawdą a kłam­stwem, dobrem a złem, jest w tym sen­sie posta­cią bar­dzo stir­ne­row­ską — jedy­nym, który dba tylko o swoje dobro, wie­dząc, że nic innego się nie liczy i że tylko w ten spo­sób może też poma­gać innym.

Co waż­niej­sze jed­nak, jego anar­chia zawsze musi być celowa — prze­ciw komuś. Nie może być czy­sta kre­acją cha­osu, lub próbą pod­krę­ce­nia sobie ego, co naj­le­piej widać w chyba naj­bar­dziej anar­chicz­nym odcinku kla­sycz­nych Mer­rie Melo­dies — Rebel Rab­bit — jedy­nym, w któ­rym Bugs prze­grywa swoją walkę.


Vezi mai multe video din Animatie

To wła­śnie tutaj naj­le­piej chyba poka­zano, że koniecz­ność ogra­ni­cza­nia wła­snej wol­no­ści nie bie­rze się zni­kąd, że są prawa i reguły z któ­rymi nie ma sensu wal­czyć na wła­sna rękę, ponie­waż pań­stwo, sys­tem, dys­po­nuje nie­współ­mier­nie wiel­kimi środ­kami reak­cji i taka walka z góry ska­zana jest na prze­graną. Ten odci­nek (chyba mój ulu­biony w ogóle), udo­wad­nia, że jedyną sku­teczną metodą jest zamę­cza­nie jed­no­stek, kon­wer­to­wa­nie każ­dego buca po kolei, walka z poje­dyn­czymi przed­sta­wi­cie­lami cho­rego pań­stwa, takimi jak Elmer czy Sam (sym­bo­li­zu­jący anar­chię, która prze­ro­dziła się w jed­no­oso­bową dyktaturę).

Bugs Bunny — uczy, bawi, wycho­wuje. Zgod­nie z naukami Beya two­rzy tym­cza­sowe strefy auto­no­miczne i wal­czy przy pomocy poetyc­kiego ter­ro­ry­zmu. I tak naprawdę, pomimo skoń­czo­nych 70 lat, nadaje się na wycho­wawcę i prze­wod­nika tysiąc­kroć lepiej niż jaki­kol­wiek papież, poli­tyk czy pro­rok. I oby tak było jesz­cze przez następne sto lat.

(A zupeł­nie poza tema­tem, przy­po­mi­nam o Kon­kur­sie, który koń­czy się jutro. Jesz­cze zdą­ży­cie coś wymy­ślić, choć kon­ku­ren­cja jest ostra)

27 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Myślenie szkodzi, animacja | 13 Comments »

Engrish, mon amour

(czyli takie tam smętne popier­da­la­nie w ramach odre­ago­wa­nia ostat­nich zleceń)

Powiedzmy, że mam wywiad ze spe­cja­li­stą w swo­jej dzie­dzi­nie, posłu­gu­ją­cym się na co dzień ojczy­stym języ­kiem, na przy­kład afry­kań­skim, pro­wa­dzony przez dzien­ni­ka­rza, który mówi zazwy­czaj po pol­sku. Dla obu angielsz­czy­zna jest czymś ze szkoły, być może uży­wa­nym, ale z koniecz­no­ści, żaden z nich nie potrafi w niej skle­cić zda­nia wycho­dzą­cego poza pod­miot, orze­cze­nie i dopeł­niacz i obaj brzmią, jak dzie­ciaki duka­jące zda­nia przed panią w szkole.

Ale oka­zuje się, że mają strasz­nie dużo do powiedzenia.

Tyle, że nie mie­ści się im to w sło­wach, wyra­sta ponad nie, zamie­nia się w chrząk­nię­cia, hmyk­nię­cia i zapę­tle­nie się w powtór­kach, you know, you know, które mają uła­twić prze­brnię­cie przez co bar­dziej skom­pli­ko­wane tezy i wepchnię­cie je w kon­struk­cje zdań z kla­sówki, a nie z życia, które odbie­rają sło­wom całą siłę prze­ko­ny­wa­nia i zamie­niają roz­mowę w dłu­gie chwile zakło­po­ta­nia. Wiesz, że ci ludzie nie są idio­tami, nie potra­fisz jed­nak prze­stać ich w ten spo­sób odbie­rać, choć sam masz świa­do­mość, że uży­wa­jąc obcego języka mówisz 10 razy mniej niż chcia­łeś powie­dzieć, bo mecha­nizm nie działa, nie skle­cisz w natu­ral­nym tem­pie pro­stego zda­nia, w któ­rym niu­anse wystar­czą za resztę prze­kazu, ale dosko­nale zda­jesz sobie sprawę z tego co chcia­łeś powie­dzieć, z całej zło­żo­no­ści, którą chcia­łeś poka­zać i masz tylko nadzieję, że roz­mówca zdo­łał to wywnio­sko­wać z two­jego and I said, you know, it was like hmmm i sam pró­bu­jesz to zde­ko­do­wać w jego sure, I know.

I nagle robi się pro­blem tłu­macki, zwłasz­cza przy trans­kryp­cjach zapi­sów dźwię­ko­wych, które eli­mi­nują cały język ciała i mimikę, a into­na­cje i akcenty nikną w cyfro­wym szu­mie tła. Bo staję przed decy­zją, co ja mam w końcu z tego wywiadu wycią­gnąć? Zda­nia pokroju Napi­sa­łem w moim tek­ście, że on powie­dział, że ja popeł­ni­łem błąd, czy zaba­wić się we wróżkę, odkrę­cać ich nie­zna­jo­mość języka, gra­ma­tyki, słow­nic­twa i składni, spró­bo­wać wejść na chwilę w głowę afry­kań­skiego spe­cja­li­sty i wyczuć, co bym powie­dział na jego miej­scu, nie mogąc zna­leźć wła­ści­wych słów, a mając mnó­stwo do powie­dze­nia? Prze­cież w życiu nie byłem afry­kań­skim spe­cja­li­stą, znam sche­mat wywiadu z ‘inte­re­su­ją­cym czło­wie­kiem’, mogę się domy­ślać, do czego dąży dzien­ni­karz i jakie powinno być następne pyta­nie w takiej roz­mo­wie, doczy­tam w wiki czym się dany spe­cja­li­sta tak naprawdę zaj­muje, ale nie wejdę w jego głowę, nie dowiem się czy naprawdę chciał to powie­dzieć i czy przy­pad­kiem, kie­ro­wany jak naj­lep­szymi inten­cjami nie wci­sną­łem mu w usta cze­goś, czym by się zadła­wił. Jedyne co mam, to czuja, zna­jo­mość formy i zużyte kli­sze szkol­nej angielsz­czy­zny, pod któ­rymi musi prze­cież kryć się jakaś treść odpo­wia­da­jąca ‘pozio­mowi inte­lek­tu­al­nemu’ roz­mów­ców. Tekst ma się dać czy­tać, ma jakoś odtwo­rzyć kli­mat roz­mowy, pro­blem w tym, że nie da się tego zro­bić bez uda­wa­nia i wcie­la­nia się w posta­cie, o któ­rych nie ma się poję­cia, któ­rych się nie widziało i które dzia­łają w jakiejś wąskiej spe­cja­li­za­cji. Co gor­sza, robić to ze świa­do­mo­ścią, że w odróż­nie­niu od fik­cyj­nych boha­te­rów ksią­żek (któ­rym o wiele łatwiej wymy­ślić wła­ściwy język, bo masz przed sobą wszyst­kie dane w tek­ście), ci ludzie żyją naprawdę.

Fajna robota, takie trans­kryp­cje wywia­dów, ale jak na koniecz­ność zbu­do­wa­nia sobie w gło­wie całego teatru i roz­pi­sa­nie docu­dramy, sta­now­czo za mało za nią płacą…

8 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Myślenie szkodzi | 9 Comments »

Recycling

Tro­chę mi smutno, że nie dam rady doje­chać na Euro­Pride, bo z dziką ochotą prze­szedł­bym się przy tak pięk­nej pogo­dzie z kolo­ro­wym tłu­mem w zboż­nym celu wyrów­ny­wa­nia debil­nych nie­rów­no­ści wyni­ka­ją­cych w dużej mie­rze z reli­gij­nego poje­ba­nia garstki krzy­kli­wych bura­ków zamiesz­ku­ją­cych ten kraj, no ale dedlajn jest dedlajn i nie da rady tego prze­sko­czyć, nawet nie mam czasu się roz­pi­sać czemu każdy hete­ro­sek­su­alny facet powi­nien jak naj­moc­niej anga­żo­wać się w obronę praw gejów i les­bi­jek. Dla­tego też dziś zamiast notki, maleńki recyc­ling dys­ku­sji z bloga MRW, w któ­rym pró­bo­wa­łem wyja­śnić kole­dze Obłemu (z któ­rym kie­dyś razem zro­bi­li­śmy stripa, wrzu­co­nego w tę notkę:) dla­czego walka o prawa homo­sek­su­ali­stów, to nasza życiowa szansa.

YouTube Preview Image

obly
2010÷06÷29 23:45:53
Orien­ta­cja sek­su­alna to za mało aby sto­su­nek do niej okre­ślał moją świa­do­mość. oso­bi­ście wolę uczest­ni­czyć w świe­cie hetero niż homo, choć mnie nikt nie drażni z tych innych (bo w zasa­dzie co to za inność). Razi mnie to że z natury rze­czy zbyt lekko uzna­jemy że Pol­ska jest kra­jem nie­to­le­ran­cyj­nych durni na pod­sta­wie kilku pism które czy­tamy bez spraw­dze­nia tego na sobie (ja nie spo­tka­łem się z przy­pad­kami homo­fo­bii (poza pod­sta­wów­ko­wym: ty pedale)). Dra­maty homo czy hetero są bar­dzo podobne i nie można z tego faktu jed­nej grupy bar­dziej wyróż­niać tylko dla­tego że jest inna i na siłę poka­zy­wać jakim się jest nowo­cze­snym, homo dobrze się ma od począt­ków ludz­ko­ści nie­za­leż­nie od obo­wią­zu­ją­cej dok­tryny. homo­fob to nie może być ten co nie jest homo­fi­lem i zdaje mi się że dzie­limy to zbyt ostrą żyletą na nas (oświe­co­nych) i innych (mohe­rów). Nato­miast ja ma mam w dupie (nomen omen) rozu­mie­nie homo bo ich pro­blemy zasad­ni­czo nie róż­nią się od moich.

bra­ine­ater
2010÷06÷30 02:00:04
Obły, chodź, wytłu­ma­czę Ci to jak hete­ryk heterykowi:

@ ja nie spo­tka­łem się z przy­pad­kami homo­fo­bii (poza pod­sta­wów­ko­wym: ty pedale)).

Nie spo­tka­łeś się, bo nie jesteś ciotą, nie zwra­casz na to w ogóle uwagi. ja też się nie spo­tka­łem, poza rela­cjami z dru­giej ręki, ale przez szkołę, środo­wi­sko i tym podobne pier­doły dość wcze­śnie się dowie­dzia­łem, na czym polega bycie dziw­nym zje­bem w oczach zupeł­nie przy­pad­ko­wych osób, któ­rym nic nie zro­bi­łeś, od któ­rych nic nie chcesz, masz je w głę­bo­kiej piź­dzie i jedy­nym twoim życze­niem jest vice versa, ale one i tak przyjdą i ci powie­dzą, że jesteś dziw­nym zje­bem, bo maja już taki poryw serca, że jak nie pasu­jesz w sche­mat, to trzeba ci to powie­dzieć, opa­mię­tasz się i wró­cisz do pionu, a ich świat prze­sta­nie się wygi­nać pod nie­spo­dzie­wa­nymi kątami, o któ­rych wola­łyby nie wie­dzieć. jako, że moje odchyły zawsze były w miarę nie­winne i nie miały nic wspól­nego z bio­lo­gią, to mogę się tylko domy­ślać, że w przy­padku, gdy swoim życiem zaprze­czasz jakimś ich bar­dzo sil­nym wie­rze­niom na temat czło­wie­czeń­stwa, natury i tym podob­nych ciężko defi­nio­wal­nych ter­mi­nów, które se aku­rat zde­fi­nio­wali raz na zawsze w beto­no­wych ram­kach, to ich reak­cja jest tym sil­niej­sza i bar­dziej agre­sywna — w końcu samym swoim ist­nie­niem srasz im w fun­da­ment jakiś prze­ko­nań o któ­rych oduczyli się myśleć, mają je za pew­nik i nie pozwolą, by ktoś im go zmie­niał. przy­po­mnij sobie jak byłeś mło­dym pan­ko­wym basi­stą i każdy łysy koleś się na cie­bie krzywo patrzył i szybko prze­łóż sobie to na jestem ciotą, a tych poje­ba­nych nazioli jest jakieś 30 pier­do­lo­nych milio­nów w naj­bliż­szej oko­licy i tak wła­ści­wie naj­bez­piecz­niej nie mieć przy sobie nawet agrafki, bo dosta­niesz wpier­dol od nad­gor­liw­ców. a nawet jeśli nie są nazio­lami, to są Gosią i Olkiem, któ­rzy NAPRAWDĘ wole­liby, żebyś se tego panka odpier­da­lał gdzieś w lesie, a nie tak przy ludziach, fuj, bo oni tu idą do filcharmoni.

2 teo­ria dla wspie­ra­nia homo przez hete­ry­ków, zwłasz­cza płci męskiej, jest taka, że jak już wszy­scy ładni chłopcy okażą się cio­tami i zaczną się dup­czyć tylko mię­dzy sobą, to te wszyst­kie biedne śliczne laski — do któ­rych teraz nie mamy dostępu, bo wylo­so­wa­li­śmy brzu­chy, krzywe zęby i przy­kry zapach z ryja, a nasze konta oscy­lują wokół dna — jeśli tylko nie pójdą po rozum do głowy i nie zostaną szczę­śli­wymi les­bij­kami, będą musiały w celach repro­duk­cyj­nych zwró­cić uwagę wła­śnie na nas — gar­ba­tych, prysz­cza­tych i poje­ba­nych. dla­tego obo­wiąz­kiem każ­dego męż­czy­zny powinno być prze­ko­ny­wa­nie wszyst­kich innych face­tów, że bycie gejem jest zaje­bi­ste i uła­twia­nie im tego jak się tylko da. w przy­padku kobiet działa ta sama zasada.

yzek
2010÷06÷30 10:10:43
“będą musiały w celach repro­duk­cyj­nych zwró­cić uwagę wła­śnie na nas — gar­ba­tych, prysz­cza­tych i pojebanych.”

Tak się nie da: repro­duk­to­rami będą jak zwy­kle samce alfa, przy­szczaci poje­bańcy dostar­czy­cie­lami mię­cha do jaskini.

@brain:

Czy wystar­czy dla odchyła zna­leźć bio­lo­giczne uwa­run­ko­wa­nie, ab spo­łe­czeń­stwo miało moralną powin­ność go zaakceptować?

bra­ine­ater
2010÷06÷30 10:45:16

@ Tak się nie da:

E tam, się nie da, wystar­czy, że sam­cem alfa nie będzie już ten koleś z pla­ka­tów, z przy­li­zaną grzywką i umię­śnioną klatą (BO JEST CIOTĄ! OD RAZU TO WIEDZIAŁEM!), tylko mały brzu­chaty misio z plat­fu­sem, bo tylko on zwraca uwagę na laski a nie na kolegów.

@ Czy wystar­czy dla odchyła zna­leźć bio­lo­giczne uwa­run­ko­wa­nie, ab spo­łe­czeń­stwo miało moralną powin­ność go zaakceptować

Skoro żaden inny racjo­nalny argu­ment nie działa? Tak. Przy czym jak dla mnie spo­łe­czeń­stwo może sobie wsa­dzić moralną powin­ność w dupę, niech se po pro­stu wyli­czy korzy­ści. Ja, jako hete­ryk widzę same korzy­ści z akcep­ta­cji związ­ków homo­sek­su­al­nych, bo oprócz tego, o czym juz pisa­łem, czyli eli­mi­na­cji atrak­cyj­niej­szych kon­ku­ren­tów (albo po pro­stu w ogóle eli­mi­na­cji kon­ku­ren­tów poprzez zachę­ca­nie ich do homo­sek­su­ali­zmu), mam jesz­cze taki argu­ment, że jak już dzięki temu uzy­skam dostęp do tych wszyst­kich pięk­nych lasek, zapa­trzo­nych aktu­al­nie w przy­stoj­nych chło­pa­ków i napło­dzę z nimi dzieci, któ­rymi nie będzie mi się chciało zaj­mo­wać, bo to w chuj roboty, to zawsze będzie cze­kała jakaś para homo­sek­su­alna, chętna do zaadop­to­wa­nia tychże dzieci i wycho­wy­wa­nia ich dla dobra spo­łe­czeń­stwa. Win-Win situ­ation — dup­czę, pło­dzę, nie usu­wam, roz­daję, przy­rost się utrzy­muje, a ja se nie muszę dupy zawra­cać opieką.

Jak mi jakaś reli­gia tak zde­fi­niuje raj, to pro­szę bar­dzo, jestem pierw­szy do świe­ceń kapłańskich.

yzek
2010÷06÷30 11:07:03
“Skoro żaden inny racjo­nalny argu­ment nie działa?”

Szu­ka­łem tutaj paliwa na dal­sze flej­mo­wa­nie, w odwo­dzie mia­łem kontr­diss na myśli­wych, któ­rych się prze­cież fle­kuje że takie ujście znaj­dują dla instynk­tów, z któ­rych prze­cież powinni zre­zy­gno­wać w imię Cywilizacji.

No ale skoro cho­dzi o to, żeby zna­leźć pałę na dupę gene­rała publicznego…

A swoją drogą: twój ego­istyczny uty­li­ta­ryzm w prze­bie­gach odpada w zesta­wieni z pro­spo­łeczną agi­ta­cją anty­pe­dal­ską — ty myślisz o wła­snej dupie, oni o Spo­łe­czeń­stwie i Naro­dzie. Na podob­nej zasa­dzie każdy przy zawzię­tym eko­lo­gi­ście wyj­dzie na buca, który zatruwa Matkę Zie­mię ego­istyczną chę­cią wygod­nego woże­nia tyłka w samochodzie.

No i w kon­se­kwen­cji wycho­dzi na to, że bio­lo­gicz­nym źródłem homo­fo­bii są repro­duk­cyjne inte­resy kobiet! Dodge that :

bra­ine­ater
2010÷06÷30 11:24:37
@ twój ego­istyczny uty­li­ta­ryzm w prze­bie­gach odpada w zesta­wieni z pro­spo­łeczną agi­ta­cją anty­pe­dal­ską — ty myślisz o wła­snej dupie, oni o Spo­łe­czeń­stwie i Narodzie

Wcale nie, bo mój ego­istyczny uty­li­ta­ryzm idzie łeb w łeb z Korzy­ściami dla Narodu — przede wszyst­kim pozwala na to, żeby spło­dzone przeze mnie dzieci były wycho­wy­wane przez ludzi, któ­rym naprawdę na tym zależy i się w to na serio zaan­ga­żują, nie mogąc mieć wła­snych. I na sto pro­cent homo­sek­su­alna para zapewni im lep­sze środo­wi­sko, niż ja, hete­ryk z plat­fu­sem, który nie ma czasu, bo naraz tyle pięk­nych samot­nych panie­nek się poja­wiło, co nie mogą zna­leźć part­nera. I to jest naprawdę olbrzy­mia korzyść spo­łeczna — dzie­ciaki wycho­wy­wane przez ludzi, któ­rzy je kochają, a nie trak­tują jako uboczny pro­dukt wytrysku.

@ w kon­se­kwen­cji wycho­dzi na to, że bio­lo­gicz­nym źródłem homo­fo­bii są repro­duk­cyjne inte­resy kobiet

A to jest cał­kiem zgrabne wytłu­ma­cze­nie, chyba nie mam kontr­ar­gu­mentu, poza tym, że być może Misie z Plat­fu­sem są nieco mniej przy­ja­zne este­tycz­nie, ale mate­riał gene­tyczny trans­por­tują mniej wię­cej ten sam. Wystar­czy tylko zmiana poglą­dów na este­tykę, żeby­śmy nagle stali się celem chu­tli­wych pogoni napa­lo­nych lasek (i tym spo­so­bem osią­gnęli utopię)

YouTube Preview Image
10 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Myślenie szkodzi | 11 Comments »

Translating is reading with your fingers

to tylko jedno z pięk­nych zdań, jakie padają w wywia­dzie z André Mar­ko­wi­czem, czło­wie­kiem, który na nowo prze­tłu­ma­czył Dosto­jew­skiego na fran­cu­ski i mimo braku zna­jo­mo­ści języka, zmie­rzył się rów­nież z Szek­spi­rem, aby nadać mu w języku Wol­tera brzmie­nie i oddzia­ły­wa­nie zbli­żone do oryginału.

Naj­waż­niej­sza jest tutaj pierw­sza część wywiadu, w któ­rej Mar­ko­wicz opo­wiada o pod­sta­wach tłu­ma­cze­nia, się­ga­jąc do zgrab­nych metafor -

Trans­la­tion stri­kes me as being like dri­ving. Taken up with the need to keep an eye on a hun­dred dif­fe­rent things at once.

i zwra­ca­jąc uwagę na coś, na co z reguły się uwagi nie zwraca:

In order to trans­late, you don’t just have to know the lan­gu­age, but life. For instance, I tal­ked about the smell of hay in the rain. I’d trans­la­ted lite­rally, without reali­zing that hay left out in the rain is a sign of dere­lic­tion, of famine to come.

dopro­wa­dza­jąc do tego, że w tłu­ma­cze­niach giną całe war­stwy zna­czeń i obra­zów, zabite filo­lo­gicz­nym 1:1 i kom­plet­nym bra­kiem zna­jo­mo­ści kon­tek­stów kul­tu­ro­wych oraz cie­nio­wa­nia poszcze­gól­nych zna­ków i konstrukcji.

Przy oka­zji dał mi ten wywiad też pewną pocie­chę, po nie­szczę­snym eks­pe­ry­men­cie nie­dziel­nym, kiedy to w ramach idio­tycz­nych pomy­słów na week­end, posta­no­wi­łem prze­czy­tać ostat­nio prze­tłu­ma­czo­nego Ket­chuma, mając jed­no­cze­śnie przed oczami i w pamięci osta­teczną wer­sję, jaką popchną­łem do wydaw­nic­twa i dwie poprzed­nie, z któ­rych wycio­sa­łem to, co poszło. Co oczy­wi­ście skoń­czyło się ogól­nym wkur­wem, bo dopiero widząc swoje słowa mię­dzy okład­kami, zaczą­łem odkry­wać, że to co było pierw­sze, było naj­czę­ściej dużo lep­sze, niż to, co w końcu wysła­łem, a naj­le­piej w ogóle by było, jak­bym siadł nad tym jesz­cze raz i zro­bił to cał­ko­wi­cie od nowa.

I tu w sukurs przy­cho­dzi pan Mar­ko­wicz, tłu­ma­czący od 30 lat Euge­niu­sza Onie­gina, który stwierdza:

You can’t learn how to trans­late, any more than you can learn how to live. All you can do is make disa­strous mista­kes, cor­rect them, and try to do bet­ter in future.

Co zosta­wia nadzieję, że może nadej­dzie chwila, kiedy jakieś moje tłu­ma­cze­nie mnie w końcu zado­woli (i zna­jąc moje szczę­ście, nie będzie się wtedy podo­bać nikomu innemu).

Warto czy­tać całość, zwłasz­cza jeśli kręci Was Dosto­jew­ski, bo jemu poświę­cona jest druga część wywiadu, świet­nie poka­zu­jąca koniecz­ność oddzie­la­nia autora od tek­stu, tak by jakieś oso­bi­ste sprze­ciwy wobec postę­po­wa­nia twórcy, nie miały wpływu na prze­kład (co mnie oso­bi­ście na przy­kład bar­dzo prze­szka­dzało przy tłu­ma­cze­niu Whi­tleya Strie­bera, któ­rego mia­łem, mam i będę miał za kre­tyna wie­rzą­cego, że książki dyk­tują mu Obcy, co nie pozo­stało bez wpływu na cał­ko­witą drew­nia­ność prze­kładu jego powie­ści). A prze­cież wystar­czyło się sku­pić na najważniejszym:

You don’t just read the story, but the words as well. It’s more accu­rate. Trans­la­ting invo­lves keeping up two levels of reac­tion simul­ta­ne­ously, emo­tion and detail, without ever cho­osing one over the other.(…) Trans­la­ting is reading in action, tur­ning what you read into actuality.

Bo prze­cież to jest wła­śnie naj­istot­niej­sze– umie­jęt­ność wyczu­wa­nia che­mii pomię­dzy sło­wami w tym wła­śnie zda­niu, które masz przed sobą, umie­jęt­ność zapo­mnie­nia o tym, co wiesz ze słow­nika i pamię­ta­nia o tym, co znasz z czy­ta­nia, z fil­mów, z roz­mów; umie­jęt­ność wyczu­cia nastroju całego aka­pitu i próby sku­tecz­nego odda­nia go przy pomocy zupeł­nie innych liter i słów, tak, by nic nie stra­cił, by zacho­wał ten sam smak i barwę.

Dys­ku­sja, która roz­go­rzała po tłu­ma­cze­niach Mar­ko­wi­cza, poka­zuje, że on to wła­śnie ma. A ja będę dalej pró­bo­wał się tego nauczyć.

15 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Myślenie szkodzi | 8 Comments »

Siusiakizm

Poję­cie z zakresu filo­zo­fii, zakła­da­jące, że każda roz­mowa pomię­dzy dwoma lub więk­szą liczbą męż­czyzn spro­wa­dza się do mie­rze­nia roz­miaru siusiaka.

Istotne w tym poję­ciu jest uży­cie eufe­mi­zmu “siu­siak” i brak odwo­ła­nia do syno­ni­mów nace­cho­wa­nych god­nie, takich jak pyta, kutas czy chuj. Siu­sia­kizm cechuje się dużym upo­wszech­nie­niem (ist­nieją bada­nia cenio­nych ame­ry­kań­skich naukow­ców, suge­ru­jące, że dotyka on 100% męskiej popu­la­cji) i wykształca się na bar­dzo wcze­snym eta­pie roz­woju psycho-fizycznego, naj­póź­niej w szkol­nej szatni. Siu­sia­ki­ści cha­rak­te­ry­zują się bar­dzo niską samo­oceną, nie­bez­piecz­nie połą­czoną z cią­głą koniecz­no­ścią wysta­wia­nia się na próbę, aby móc zmie­rzyć roz­miar swo­jego siu­siaka w oczach Innego (por: Roland Bar­thes, Frag­ment Dys­kursu Miłosnego).

Onto­lo­giczny błąd siu­sia­ki­zmu (który jest jedną z wielu odmian Gry) polega na tym, że zga­dza­jąc się choć raz na mie­rze­nie siu­siaka, bio­rąc udział w tego rodzaju zawo­dach, jego posia­dacz auto­ma­tycz­nie zamyka przed sobą moż­li­wość prze­nie­sie­nia na wyż­szy poziom, zastrze­żony dla posia­da­czy chu­jów, pyt i kuta­sów, któ­rzy nie muszą mie­rzyć swo­ich narzą­dów, samym nazew­nic­twem pod­kre­śla­jąc, że to wła­śnie ich czło­nek jest naj­więk­szy. Aby ochro­nić się przed zsiu­sia­cze­niem należy aktyw­nie odma­wiać udziału w rytu­ałach mie­rze­nia, naj­le­piej poprzez for­mu­ło­wa­nie pro­stych postu­la­tów — “mam to w dupie”, czy “chyba was poje­bało.” Posia­dacz chuja, kutasa lub pyty, który nawet jed­no­ra­zowo pozwala się wma­new­ro­wać w mie­rze­nie, traci prawa do tych dum­nych okre­śleń i do końca życia jest ska­zany na życie z siu­sia­kiem, choćby nawet i półmetrowym.

Siu­sia­kizm bywa pod­stępny, prze­ni­ka­jąc umy­sły nawet naj­bar­dziej roz­gar­nię­tych jed­no­stek, na nim jed­nak ufun­do­wano inter­net i za to należy mu się nasza pamięć. W nowych cza­sach, u progu XXI wieku kul­ty­wo­wa­nie siu­sia­ki­zmu wydaje się jed­na­ko­woż na tyle dużym ana­chro­ni­zmem, że warto roz­wa­żyć zastą­pie­nie go jakąś nową filo­zo­fią, nie mającą związku z szat­nia­nymi kom­plek­sami. Wszyst­kie pro­po­zy­cje mile widziane, obie­cu­jemy, że jak zwy­kle wygra ten z naj­dłuż­szym chujem.

(Współ­twórcy: ^dawi­do­wicz, ^name­ste, ^fan-terlika)

APDEJT: teo­ria roz­wija się i dopre­cy­zo­wuje w komentach

17 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Myślenie szkodzi | 20 Comments »
continue: Next

WP SlimStat