Warto było pt I

posłu­chać w roku 2009.

Idąc za przy­kła­dem Mariu­sza (aka naj­bar­dziej wpły­wowy muzyczny blog­ger roku), ole­wamy ideę ran­kingu, żeby nie wplą­ty­wać muzyki w jakieś idio­tyczne rela­cje z cyfer­kami i uda­wać, że ist­nieją wspólne mia­now­niki pozwa­la­jące oce­nić, że ten album jest lep­szy od tam­tego, posta­no­wi­łem w tym roku poprze­stać na trzy­czę­ścio­wej reko­men­da­cji 15 albu­mów z zeszłego roku, któ­rych naprawdę warto było posłu­chać. A było czego słuchać.

Zaczy­namy jed­nak tra­dy­cyj­nie, od muzyki rodzi­mej, gdzie kon­ku­ren­cja była w zeszłym roku tak ostra, jak już od lat nie — prze­słu­cha­łem aż pięć pol­skich płyt: Mardi Gras — Podaj Dalej, Julia Mar­cell — It Might Like You, Gabe Kulkę — Hat, Rab­bit, Jacaszka — Pen­tral i oczy­wi­ście Ortega Car­tel — Lavo­rama. Jako, że Mar­cell, Kulka i Jaca­szek zamę­czyli mnie okrut­nie, to osta­teczne roz­strzy­gnię­cie w tema­cie która pol­ska płyta w tym roku podo­bała ci się naj­bar­dziej, zapa­dło pomię­dzy dwoma hip-hopowymi skła­dami, a po kil­ku­na­stu inten­syw­nych odsłu­chach decy­zja mogła być tylko jedna:

Naj­faj­niej­sza pol­ska płyta 2009:

Ortega Car­tel — Lavorama

No bo to jed­nak jest tak, że kanadyjsko-polskie bujaki zro­biły mi Pro­usta, wró­ciły mnie do lat 90-tych, przy­po­mniały mi dla­czego w ogóle kie­dy­kol­wiek wkrę­ca­łem się w hip-hop, poka­zały po raz kolejny, że potęga tego gatunku tkwi poza ławką i blo­kiem, a tek­sty wcale nie muszą brzmieć jak gra­fo­mań­skie wprawki upa­lo­nego lice­ali­sty. i mimo sen­ty­men­tal­nego odchyłu, jak zapre­zen­to­wa­nym niżej moim ulu­bio­nym kawałku, tra­fiają dokład­nie tam, gdzie powinny tra­fiać. Jeden z naj­lep­szych przy­kła­dów łącze­nia czy­sto hip-hopowych paten­tów z cał­kiem popową przy­stęp­no­ścią, w każ­dym nor­mal­nym kraj hulali by na przed­po­łu­dnio­wych radio­wych plej­li­stach, ale skoro nic z tego nie wyszło, to niech przy­naj­mniej w tym kawałku sieci zaro­bią na tytuł debeściaków.

YouTube Preview Image

Zała­twiw­szy się z pol­sz­czy­zną, prze­cho­dzimy do wyboru z ogól­no­świa­to­wej pro­duk­cji, któ­rej w tym roku, jak i w latach poprzed­nich, był nie­sa­mo­wity opór, więc bez zbęd­nych wstę­pów zabie­ramy się za pre­zen­ta­cję pierw­szej piątki.

Staff Benda Bilili – Très Très Fort — dowód na to, że muzyka jest wszę­dzie, w tym wypadku w kon­gij­skim ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym, gdzie miesz­kają wszy­scy muzycy tego składu. Miesz­kają tam dla­tego, że są bez­domni, kalecy, żyją z żebra­nia na ulicy, no i oczy­wi­ście z gra­nia. A graja tak, że powinni zara­biać wię­cej niż wszyst­kie gwiazdki gra­jące na ple­ne­ro­wych impre­zach syl­we­stro­wych. Na wła­sno­ręcz­nie two­rzo­nych instru­men­tach z odpad­ków i śmie­cia, potra­fią zaje­chać prze­pięk­nym blu­esem, afry­kań­skimi zaśpie­wami, rumbą i salsą, nie boją się też roz­hu­lać potęż­nego reggae.

YouTube Preview Image

Get Back Guinozzi — Car­pet Mad­ness — tro­chę guilty ple­asure roku, a tro­chę tak zupeł­nie po pro­stu popowy album, zawie­ra­jący wszystko, czego kie­dy­kol­wiek chcia­łem od popu — woka­listkę z dzi­waczną manierą, prze­ste­ro­wane gitary zaprząt­nięte do pro­duk­cji cukru i melo­dyj­nych dys­har­mo­nii, poskrze­ki­wa­nia dys­kret­nej elek­tro­niki i nastrój ogól­nie pozy­tywny, choć cokol­wiek pokręcony.

YouTube Preview Image

March­Fo­urth Mar­ching Band – Rise Up! — tu reko­men­da­cja tak wła­ści­wie nie wiem dla kogo i po co, bo jak na razie nie spo­tka­łem nikogo, kto podzie­lałby uwiel­bie­nie do ame­ry­kań­skich orkiestr parad­nych, któ­rych potęga opiera się na pro­sto­cie rytmu (10 bęb­nia­rzy) i sło­nio­wym brzmie­niu roz­bu­do­wa­nej sek­cji dętej (w pory­wach do 15 hor­nów), no ale nie ma co ukry­wać, że to wła­śnie przy March­Fo­urth naj­wię­cej w tym roku plą­sa­łem w zaci­szu wła­snego puebla.

YouTube Preview Image

Eliot Lipp — Peace Love Weed 3D — naj­now­szy album Lippa usta­wia go już chyba na zawsze w sek­cji abso­lutni mistrzo­wie instru­men­tal­nego hip-hopu. Tym razem mistrz Eliot się­gnął po kla­sykę obcia­chu — disco, syn­te­tyczne funky z lat 80-tych, pro­ste bity old­sku­lo­wego h-h i przy­go­to­wał kolek­cję dźwię­ków, która tkwiąc mocno w histo­rii, jest jed­no­cze­śnie tak świe­żym mik­sem róż­no­rod­nych paten­tów, że śmiało mogę stwier­dzić, że nigdy wcze­śniej nie sły­sza­łem niczego podob­nego. Jedna z tych płyt, które mają szanse defi­nio­wać muzykę pierw­szej dekady XXI wieku.

YouTube Preview Image

Clut­chy Hop­kins Meets Lord Ken­ja­min – Music is My Medi­cine — pierw­szą część zamyka płyta, która zeżarła mi całe lato, kawa­łek jesieni i wraca w zimowe wie­czory, poma­ga­jąc prze­trwać do kolej­nego lata. Mie­szanka tych sma­ków, co pod­cho­dzą mi naj­bar­dziej — duby, hip hop, spo­kojne funky, uto­piona w psy­cho­de­licz­nym brzmie­niu syn­te­za­to­rów i kla­wi­szy, ale nawet na chwilę nie wpa­da­jąca w jakieś popi­sowe zmuły z serii słu­chaj synek, jak gra wir­tuoz. Cie­pło, rado­cha i spon­tan, które momen­tal­nie się udzielają.

Clut­chy Hop­kins Meets Lord Ken­ja­min — Bro­ther John

Ciąg dal­szy nastąpi jutro.

Pogła­skaj
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, TPD | 1 Comment »

Skradak nr 13 — Happiness Will Be My Revenge

Ostatni tego­roczny skra­dak chyba nie ma myśli prze­wod­niej, choć zasad­ni­czo snuje się w try­bie mania­kalno depre­syj­nym wycho­dząc od para­no­icz­nych pio­se­nek o miło­ści wle­cze się przez smutne pio­senki o miło­ści, po to by w pod­sko­kach dotrzeć do ogól­nie weso­łych pio­se­nek, nie­ko­niecz­nie o miło­ści. Wła­ści­wie wyszedł taki zestaw na 1 w nocy i odro­binę wódki, choć oczy­wi­ście można go testo­wać w innych warun­kach też. Pra­wie żadnych hip-hopów tym razem, głow­nie panie mają głos, a pano­wie, jak to zwy­kle o tej porze roku, wpa­dają w bluesa.

Trac­kli­sta:

01) The Legen­dary Tiger Man & Maria de Mede­iros — These Boots Are Made For Wal­king
02) Méla­nie Pain — Heart Of Glass
03) Madrid De Los Austrias — Buscando
04) Casta­nets - The Night Is When You Can Not See
05) Dolphin Boy — Wham, Bam, Than­kyou, Ma’am
06) Chri­stian Prom­mers Drum­les­son — Hear Us Now
07) Get Back Guinozzi — Baby Baby
08) Cot­ton Jones — Nico­tine Cana­ries
09) Leaf - Hymn For The End
10) Sha­re­hol­der Tom — Push Away The Clo­uds
11) Naomi Shel­ton & The Gospel Queens — Lift My Bur­dens
12) The Swep­ta­ways & Jens Lek­man — Hap­pi­ness will be my revenge

TPD 13 — Hap­pi­ness Will Be My Revenge (48:40/66mb)

Pri­vju:
YouTube Preview Image

1 osoba uznała, że da się to czy­tać
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, TPD, mixtape | No Comments »

TPD" href="http://www.ultramaryna.pl/mkk/?p=847" rel="bookmark">TPD

dawno nie było w for­mie regu­lar­nej, więc dziś tra­dy­cyj­nie, choć tydzień mi ume­blo­wały trzy płyty, co raczej dość podobne są do się i nie wycho­dzą poza typowo letni trój­kąt hip-hop-funky-jazz. To jest chyba jed­nak coś bio­lo­gicz­nego, albo psy­cho­lo­gicz­nego, że beat addic­tion mi wraca co roku razem ze słoń­cem, uod­par­nia­jąc i zamy­ka­jąc na każda inna muzę. Niby snuły sie jakieś postroki przez plej­li­stę też, czy inne impro­wi­zo­wane rzę­że­nia, ale nic z tego, żaden nie wytrzy­mał wię­cej, niż jedną prze­jażdżkę — ma być pro­sto, z dobrym ryt­mem i bez żadnej awan­gardy. A żeby wyma­ga­nia jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wać, to całość dźwię­ków zgrać się musiała z pierw­szą od chyba 15 czy 16 lat powtórką z więk­szego wyboru Von­ne­guta, bo jakoś tak mnie natchło, żeby zre­fre­szo­wać w pam­nięci dziadka Kurta, co dawno temu zdrowo mi mózg prze­orał, a jak sobie pró­bo­wa­łem przy­po­mnieć czemu, to po pustym łbie krą­żyło led­wie parę wyrwa­nych z kon­tek­stu haseł.

Pierwsi solid­nie zain­sta­lo­wani w tym tygo­dniu w słu­cha­wach, to Secret Fre­qu­ency Crew, wrzu­ceni na dysk po wygrze­ba­niu wia­do­mo­ści, że udzie­lał sie w tym skła­dzie Michna — czło­wiek odpo­wie­dzialny za cudną, ubie­gło­roczna płytkę Magic Monday.

Michna — Tri­ple Chrome Dip­ped

Oka­zało się jed­nak, że nim Michna zde­cy­do­wał się na solo act, z dwoma kom­plet­nie nie­zna­nymi koleż­kami nagrał jeden album i parę epek pod szyl­dem Secret Fre­qu­ency Crew. No i wyszło szy­dło z worka, tak w sumie, bo i tak jak na solówce, tak i nagra­nia SFC, to hip-hop, który można by pusz­czać w ter­mi­nalu odpraw dla obcych przy­by­szów nawie­dza­ją­cych Zie­mię. Zgrały się obie płyty ide­al­nie z Kocią Koły­ską, głów­nie dla­tego, że pano­wie z SFC też krążą wokół tema­tów wod­nych i pod­wod­nych, a ich muzyka na pierw­szy rzut ucha jest rów­nie absur­dalna i pozy­tyw­nie pie­prz­nięta, co tezy Bokonona.

Secret Fre­qu­ency Crew — Sea Green


sea green — secret fre­qu­ency crew

Następny Von­ne­gut — Syreny z Tytana i płyta kolejna — Onra & Quet­zal — Tri­bute. Dobór zestawu przy­pad­kowy, oka­zał się jed­nak dość zna­czący. Metoda Von­ne­guta jest stała — zda­nie — pointa/ aka­pit — pointa, prak­tycz­nie żaden frag­ment tek­stu nie zostaje pozba­wiony jakie­goś zamknię­cia, które cał­ko­wi­cie i w prze­wrotny spo­sób odwraca zna­cze­nie poprzed­nich zdań albo wydo­bywa z nich zna­cze­nia dotąd ukryte. Oka­zuje się, że duet O&Q dość podob­nie pod­cho­dzi do muzyki, bio­rąc na przy­kład mocno wyświech­tany sam­pel z Walk on By (odpo­wied­nik tru­izmu i banału w lite­ra­tu­rze) i umiesz­cza­jąc go w mocno iro­nicz­nym kon­tek­ście pro­stej, albo nawet i pro­stac­kiej hip-hopowej kon­struk­cji, opar­tej na mono­ton­nym rymie i udo­wad­nia­jąc tym samym, że cała war­tość tego wie­ko­wego już hiciaka opiera się tak wła­ści­wie na wokalu i brzmie­niu trąbki, reszta kom­po­zy­cji może ulec nie­skoń­czo­nym mody­fi­ka­cjom, to co naj­waż­niej­sze pozo­staje jed­nak niezatarte.

Onra and Quet­zal — Stop (Walk on By)

Tri­bute jeży się od takich pomy­słów w dużym zagęsz­cze­niu, Onra udo­wad­nia dość sku­tecz­nie, że czas spę­dzony na słu­cha­niu J Dilla nie był cza­sem stra­co­nym, jed­nak w odróż­nie­niu od hame­ry­kań­skich naśla­dow­ców masa­kra­tora hip-hopu, typu Madlib, nie zapo­mina nawet na chwilę, że nawet eks­pe­ry­ment powi­nien nada­wać się do słu­cha­nia (przy kolej­nej pły­cie — Chi­no­ise­ries już nie­stety o tym zapo­mniał). Bez jakie­goś szcze­gól­nego zagłę­bia­nia się w war­stwę pomy­słów płytka ta jest po pro­stu porząd­nym albu­mem, nała­do­wa­nym soulowo fun­ko­wymi hookami, zamknię­tymi w minia­tu­ro­wych utwor­kach, trwa­ją­cych max 3 minuty. Tak jak każdy aka­pit Von­ne­guta jest zamkniętą cało­ścią, która można roz­pa­try­wać w ode­rwa­niu od fabuły i reszty tek­stu książki, tak i ta parada sam­pli i bitów zgrab­nie roz­sy­puje się na 20 kilka minia­tur, z któ­rych każda sta­nowi jakąś osobną wartość.

Onra and Quet­zal — Misun­der­stood

A naj­lep­szym sound­trac­kiem do Gala­pa­gos oka­zało się De la Soul, zapo­dane na zasa­dzie retro-tripa, bo dawno nie słu­cha­łem i też powoli zaczą­łem zapo­mi­nać, czemu kie­dyś był to skład dla mnie wielce ważny. Para­leli z Vone­gu­tem w tym wypadku nie da się prze­pro­wa­dzić w sumie żadnej, nawet tak nacią­ga­nej jak dwie powyż­sze, nie zmie­nia to jed­nak, że 3 Feet High and Rising orało mi nie­gdyś mózg rów­nie ostro, co sto­icyzm i shit hap­pens dziadka Kurta.

De La Soul — Satur­days

Może i jest to jakaś oznaka sta­gna­cji, że dalej mnie kręcą te same rze­czy, co pół życia temu, ale w sumie — czemu nie? Z 10 ksią­żek pana V. stoi jesz­cze na półce (leży na dysku), więc kolejny tydzień też będzie pew­nie powro­tem w szczę­śliwą arka­dię dzie­ciń­stwa, gdzie trzech auto­rów (Lewis Caroll, Hra­bal, Von­ne­gut) i 10 płyt na krzyż wystar­czyło, by w ciągu krót­kiego czasu usta­lić mi zabe­to­no­wany świa­to­po­gląd na życie, wszech­świat i całą resztę.

De La Soul — Brain Washed Fol­lo­wer

A niniej­szy wpis, nie­bez­piecz­nie skrę­ca­jący w stronę beł­kotu, jest na jakiś czas wpi­sem ostat­nim w kate­go­rii TPD, bo jed­nak rutyna i regu­lar­ność zwią­zane z tymi wrzu­tami, w licz­bie 73 zaczyna mnie już powoli a sku­tecz­nie wkur­wiać, tudzież prze­ra­dzać się w jakiś dziwny obo­wią­zek, któ­rego nie chce mi się wypeł­niać, zwłasz­cza w nie­dzielny pora­nek. Co oczy­wi­ście nie ozna­cza, że muzyka z bloka znik­nie — będzie się po pro­stu poja­wiać w innej for­mie, bar­dziej spon­ta­nicz­nej, tak jak wszyst­kie pozo­stałe wrzuty.

Pogła­skaj
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, TPD | 2 Comments »

TPD Skradak nr 10 — Grill Dances" href="http://www.ultramaryna.pl/mkk/?p=838" rel="bookmark">TPD Skradak nr 10 — Grill Dances

Zgod­nie z obiet­nicą, bar­dziej jazzy odsłona dwu­paka skle­jo­nego pospołu z O’le, choć słońce i cały tydzień sma­że­nia się z książ­kami na tara­sie spo­wo­do­wały, że raczej jaz­zo­wość tych kawał­ków jest umowna, chyba, że sza­cowni odbiorcy przy­chylą się do teo­rii, co z upału się wykluła, że jazz to każda muzyka przy któ­rej chce się tań­czyć. Ide­alne warunki odsłu­chu dla tego skra­daczka — grill, bro­war, grube blanty, dużo miej­sca do plą­sów, oraz leża­czek na podo­rę­dziu, żeby w spo­koju odsłu­chać tych wol­niej­szych nume­rów. Tro­chę kla­syki, tro­chę świe­ża­ków, zasad­ni­czo mie­szanka wie­lo­sma­kowa dotknięta lekko latino skazą, powinna się spraw­dzać w tem­pe­ra­tu­rze powy­żej 20°C.

grill.JPG

Trac­klist:
01 — Bus - Keep Life Right (Featu­ring MC Soom-T)
02 — Kero One — Bossa Sound­check
03 — Kyte­man - She Blew Like Trum­pets
04 — Insti­tuto Mexi­cano Del Sonido — Yo digo Baila
05 — Eliot Lipp — Glas­spipe
06 — Chi­nese Man — Skank In The Air
07 — C-Mon & Kyp­ski — Cir­cus (ft. Amster­dam Kle­zmer Band)
08 — Ruc­kus Robo­ti­cus — When I Grow Up
09 — The High Deci­bels — Crash With No Cushion
10 — Hocus Pocus — Malade
11 — Shin­Si­ght Trio — Pas­sin By
12 — DJ Vadim — Sol­dier (Featu­ring Big Red & 5’Nizza)
13 — Meta­form - I Feel Good

TPD nr 10 — Grill Dan­ces (60:08m/83MB)

Zachę­cacz:

Pogła­skaj
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, TPD, mixtape | 11 Comments »

TPD" href="http://www.ultramaryna.pl/mkk/?p=826" rel="bookmark">TPD

w mie­szance amerykańsko-latynosko-polskiej typu prze­krój tygo­dnia. nikt się tym razem spe­cjal­nie jakoś nie wybił, bo mnie naszło na odświe­ża­nie sta­roci i może wła­śnie dla­tego pierw­szy raz w tym roku łapie się pol­ska płyta jakaś do TPD.

Ale naj­pierw o sta­ro­ciach, z któ­rych sta­ro­ciem głów­nym był J Rawls, odświe­żony pra­wie w cało­ści, bo cie­pło jest, duszno, kolana pod lapem się pocą, więc czego tu słu­chać, jak nie mistrzow­sko zapo­da­nej czar­nej muzy.

J Rawls ft. J-Live — Great Live Caper

Pan Rawls działa juz od dobrych 15 lat, płyt cał­kiem sporo zdą­żył natłuc, pro­du­ko­wał dla takich ludzi, jak Talib Kweli i Mos Def (z któ­rymi nawet zało­żył kapelę), czy Beastie Boys i 9th Won­der, zara­bia­jąc sobie przy oka­zji na ety­kietkę jed­nego z naj­lep­szych hip-hopowych pro­du­cen­tów, co aktu­al­nie dzia­łają. I nie byłoby się tak w sumie czym pod­nie­cać, bo zgod­nie z nomen­kla­turą, śred­nio co drugi h-h pro­du­cejro jest naj­lep­szy, gdyby nie płyta, co ją pan Rawls nagrał przed czte­rema laty — The Essence of Soul.

J.Rawls feat. Eric Rober­son — Ple­asure before pain

I zde­cy­do­wa­nie czy­sta czarna magia się w uszy wkręca w trak­cie słu­cha­nia tych 15 kawał­ków, bo Rawls nie rezy­gnu­jąc z sil­nych, hip-hopowych podzia­łów i tłu­stych ryt­mów poka­zuje zestaw neo-soulowych pere­łek, z któ­rych każda jest inna, każda też może słu­żyć za wzo­rzec per­fek­cyj­nie skro­jo­nego soulo­wego hiciaka. Nie­za­leż­nie, czy sta­wia przed mikro­fo­nem czarne panny łkające o swo­ich smut­kach, czy kla­sycz­nego pimpa z getta, przy­stro­jo­nego w cekiny i wskrze­sza­ją­cego soul-disco, każ­den jeden numer wbija się w głowę natych­miast i długo z niej wyjść nie chce. Zasad­ni­czo album obo­wiąz­kowy dla tych, któ­rzy mieć by chcieli w jed­nym fol­de­rze prze­gląd przez wszystko, co w neo-soulowych odjaz­dach najlepsze.

J Rawls ft. Venus Malone and Word­sworth — Inhale Exhale

Sta­roć nr 2 z cał­kiem za to innej bajki się wziął i aż sam się zdzi­wi­łem, że dopiero nowa płyta przy­po­mniała mi o tym, ze prze­cież strasz­li­wie się kie­dyś w tę kapelę wkrę­ca­łem, potem jed­nak pan Her­ren mnie do sie­bie znie­chę­cił two­rząc coraz nud­niej­sze rze­czy pod szyl­dem Pre­fuse 73 i jakoś się ta nie­chęć prze­lała rów­nież tro­chę na jego doko­na­nia spod znaku Savath & Sava­las.

W promo-packach piszą wszę­dzie, że Her­ren, Bar­ce­loń­czyk z pocho­dze­nia, pró­buje w S&S wskrze­szać tra­dy­cje muzyki kata­loń­skiej, w co wie­rzyć muszę na słowo, bo tra­dy­cyj­nej muzyki kata­loń­skiej bym nie roz­po­znał, nawet jakby mnie ugry­zła w dupę z gło­śnym Olé! Za to sły­szę na tych pię­ciu pły­tach prze­gląd tego, co w nie­ner­wo­wych snu­ją­cych się dźwię­kach naj­lep­sze, a porów­na­nia cią­gną mi się od Boards of Canada, przez Bibio, po co wesel­sze pio­senki Matta Elliotta (i to nie jest oksy­mo­ron, Eliott ma naprawdę kilka nie depre­syj­nych piosenek).

Savath & Sava­las — Te Quiero Pero Por Otro Lado…

Wszyst­kie płyty S&S są do sie­bie dosyć podobne, można ich słu­chać ciur­kiem, nie zauwa­ża­jąc, że jeden album się koń­czy, drugi zaczyna, ale w tym wypadku aku­rat to żaden zarzut, bo ci pań­stwo nie scho­dzą poni­żej pew­nego, wyso­kiego raczej poziomu. Powolne, prze­pa­lone słoń­cem melo­dia, deli­katny wokal, który nie wdaje się w żadne popisy, tylko z reguły sta­nowi główny filar wokół któ­rego oplata się reszta dźwię­ków, aku­styczne brzmie­nia, wymie­szane ze spora ilo­ścią drob­nych szu­mow i hała­sów w tle, które nadają temu cza­sem dość nie­po­ko­jący kli­ma­cik, nie na tyle jed­nak, by zmu­szać czło­wieka do para­no­icz­nego roz­glą­da­nia się wokół (co robią pio­senki wspo­mnia­nego już Elliotta). Tego­roczna La Llama (drugi link) niczym nie odstaje od swych poprzed­ni­czek i podej­rze­wam, że naj­le­piej brzmi o 5 nad ranem na pustych ulicz­kach Bar­ce­lony (note to self — spraw­dzić przy okazji).

Savath & Sava­las — La Llama

Obie­cana pol­ska płyta, to Mardi Gras — Podaj Dalej, wykli­kane przy­pad­kiem na blo­gach i przy­jęte z moc­nym zdzi­wie­niem, że ktoś u nas w ogóle tak gra, zna­czy, że peł­nymi gar­ściami czer­pie z hip-hopowej kla­syki lat 90-tych i w dodatku potrafi z tego wykrze­sać kawał świe­żej muzy, brzmie­niowo w naj­lep­szych kawał­kach koja­rzą­cej się z Elio­tem Lip­pem. Dużo o nich pisano tutu, więc czuję się zwol­niony z koniecz­no­ści wale­nia peanów, sama płytę zaś można legal­nie zassać z maj­spejsa i warto. Kawa­łek z tuby nie jest może naj­lep­szy z całej płyty (bo musi kon­ku­ro­wać choćby z rewe­la­cyj­nym hicia­kiem — Takie Rze­czy Dzieją Się Naprawdę), daje za to dość dobry ogląd, jak dwóch emce i jeden pro­du­cent potra­fią poskła­dać zestaw naprawdę przy­jem­nie buja­ją­cych dźwię­ków. Duży plus przy oka­zji za tek­sty, bo ani nie lecą w blok, ani w nie­słu­chalne wybro­czyny umy­słowe typu Fisz, czy L.U.C. — pro­ste histo­rie, pro­stych chło­pa­ków opo­wie­dziane zgrab­nymi ryt­mami i z dużą dawką zdro­wego dystansu. Mała rzecz, a cieszy.

Mardi Gras — Melan­cho­lia

Pogła­skaj
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, TPD | No Comments »
continue: Next

WP SlimStat