posłuchać w roku 2009.
Idąc za przykładem Mariusza (aka najbardziej wpływowy muzyczny blogger roku), olewamy ideę rankingu, żeby nie wplątywać muzyki w jakieś idiotyczne relacje z cyferkami i udawać, że istnieją wspólne mianowniki pozwalające ocenić, że ten album jest lepszy od tamtego, postanowiłem w tym roku poprzestać na trzyczęściowej rekomendacji 15 albumów z zeszłego roku, których naprawdę warto było posłuchać. A było czego słuchać.
Zaczynamy jednak tradycyjnie, od muzyki rodzimej, gdzie konkurencja była w zeszłym roku tak ostra, jak już od lat nie — przesłuchałem aż pięć polskich płyt: Mardi Gras — Podaj Dalej, Julia Marcell — It Might Like You, Gabe Kulkę — Hat, Rabbit, Jacaszka — Pentral i oczywiście Ortega Cartel — Lavorama. Jako, że Marcell, Kulka i Jacaszek zamęczyli mnie okrutnie, to ostateczne rozstrzygnięcie w temacie która polska płyta w tym roku podobała ci się najbardziej, zapadło pomiędzy dwoma hip-hopowymi składami, a po kilkunastu intensywnych odsłuchach decyzja mogła być tylko jedna:
Najfajniejsza polska płyta 2009:
Ortega Cartel — Lavorama
No bo to jednak jest tak, że kanadyjsko-polskie bujaki zrobiły mi Prousta, wróciły mnie do lat 90-tych, przypomniały mi dlaczego w ogóle kiedykolwiek wkręcałem się w hip-hop, pokazały po raz kolejny, że potęga tego gatunku tkwi poza ławką i blokiem, a teksty wcale nie muszą brzmieć jak grafomańskie wprawki upalonego licealisty. i mimo sentymentalnego odchyłu, jak zaprezentowanym niżej moim ulubionym kawałku, trafiają dokładnie tam, gdzie powinny trafiać. Jeden z najlepszych przykładów łączenia czysto hip-hopowych patentów z całkiem popową przystępnością, w każdym normalnym kraj hulali by na przedpołudniowych radiowych plejlistach, ale skoro nic z tego nie wyszło, to niech przynajmniej w tym kawałku sieci zarobią na tytuł debeściaków.
Załatwiwszy się z polszczyzną, przechodzimy do wyboru z ogólnoświatowej produkcji, której w tym roku, jak i w latach poprzednich, był niesamowity opór, więc bez zbędnych wstępów zabieramy się za prezentację pierwszej piątki.
Staff Benda Bilili – Très Très Fort — dowód na to, że muzyka jest wszędzie, w tym wypadku w kongijskim ogrodzie zoologicznym, gdzie mieszkają wszyscy muzycy tego składu. Mieszkają tam dlatego, że są bezdomni, kalecy, żyją z żebrania na ulicy, no i oczywiście z grania. A graja tak, że powinni zarabiać więcej niż wszystkie gwiazdki grające na plenerowych imprezach sylwestrowych. Na własnoręcznie tworzonych instrumentach z odpadków i śmiecia, potrafią zajechać przepięknym bluesem, afrykańskimi zaśpiewami, rumbą i salsą, nie boją się też rozhulać potężnego reggae.
Get Back Guinozzi — Carpet Madness — trochę guilty pleasure roku, a trochę tak zupełnie po prostu popowy album, zawierający wszystko, czego kiedykolwiek chciałem od popu — wokalistkę z dziwaczną manierą, przesterowane gitary zaprzątnięte do produkcji cukru i melodyjnych dysharmonii, poskrzekiwania dyskretnej elektroniki i nastrój ogólnie pozytywny, choć cokolwiek pokręcony.
MarchFourth Marching Band – Rise Up! — tu rekomendacja tak właściwie nie wiem dla kogo i po co, bo jak na razie nie spotkałem nikogo, kto podzielałby uwielbienie do amerykańskich orkiestr paradnych, których potęga opiera się na prostocie rytmu (10 bębniarzy) i słoniowym brzmieniu rozbudowanej sekcji dętej (w porywach do 15 hornów), no ale nie ma co ukrywać, że to właśnie przy MarchFourth najwięcej w tym roku pląsałem w zaciszu własnego puebla.
Eliot Lipp — Peace Love Weed 3D — najnowszy album Lippa ustawia go już chyba na zawsze w sekcji absolutni mistrzowie instrumentalnego hip-hopu. Tym razem mistrz Eliot sięgnął po klasykę obciachu — disco, syntetyczne funky z lat 80-tych, proste bity oldskulowego h-h i przygotował kolekcję dźwięków, która tkwiąc mocno w historii, jest jednocześnie tak świeżym miksem różnorodnych patentów, że śmiało mogę stwierdzić, że nigdy wcześniej nie słyszałem niczego podobnego. Jedna z tych płyt, które mają szanse definiować muzykę pierwszej dekady XXI wieku.
Clutchy Hopkins Meets Lord Kenjamin – Music is My Medicine — pierwszą część zamyka płyta, która zeżarła mi całe lato, kawałek jesieni i wraca w zimowe wieczory, pomagając przetrwać do kolejnego lata. Mieszanka tych smaków, co podchodzą mi najbardziej — duby, hip hop, spokojne funky, utopiona w psychodelicznym brzmieniu syntezatorów i klawiszy, ale nawet na chwilę nie wpadająca w jakieś popisowe zmuły z serii słuchaj synek, jak gra wirtuoz. Ciepło, radocha i spontan, które momentalnie się udzielają.
Clutchy Hopkins Meets Lord Kenjamin — Brother John
Ciąg dalszy nastąpi jutro.
Pogłaskaj




