30 minut

nie­zno­śnych dźwię­ków i mądrze gada­ją­cych głów, czyli w ramach misji edu­ko­wa­nia przy­pad­ko­wych czy­tel­ni­ków, dziś zapo­damy sobie bar­dzo przy­jemny doku­ment o Elec­tro­nic Music Stu­dios, pierw­szym bry­tyj­skim stu­dio nagra­nio­wym, które na sze­roką skalę zaczęło wyko­rzy­sty­wać kom­pu­tery i skom­pli­ko­waną elek­tro­nikę do two­rze­nia dźwięków.

Jeśli inte­re­suje Was jak powsta­wały dźwięki do Dr. Who, sta­rych hor­ro­rów z Ham­mer Stu­dios, gdzie i z kim pra­co­wali ludzie z legen­dar­nego BBC Radio­pho­nic Work­shop, jak Pink Floy­dzi rzeź­bili Dark Side of the Moon, na czy­ich instru­men­tach grali Brian Eno, Kra­ftwerk czy Klaus Schulze oraz gdzie powstał jeden z pierw­szych inte­rak­tyw­nych ter­mi­nali video, to ten fil­mik sta­nowi cał­kiem nie­złe wpro­wa­dze­nie do dzia­łal­no­ści EMS. A ja bym z chę­cią zoba­czył coś podob­nego o Stu­dio Eks­pe­ry­men­tal­nym Pol­skiego Radia (gdzieś mi się koja­rzy, że było coś takiego, chyba na TV Kul­tura, ale mogłem sobie wymyślić).

http://www.youtube.com/view_play_list?p=5D590EF5D554D180

A gdyby komuś było jesz­cze mało (tak, jest jesień, wró­cił na smak na ambienty), to na deser wygrze­bany na tub­kach i bar­dzo dobry doku­ment o Bria­nie Eno — Ima­gi­nary Land­sca­pes. I mimo tego, że nie mam do gościa jakie­goś szcze­gól­nie fanow­skiego podej­ścia, to nie da mu się odmó­wić umie­jęt­no­ści mocno fascy­nu­ją­cego gada­nia o swo­jej muzyce.

http://www.youtube.com/view_play_list?p=4E9DA0A334BB007E

3 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Cinema Torrent, Dźwięki | 1 Comment »

Jessica Alba Nago!

tak chyba zosta­nie zapa­mię­tany ten film przez popcor­now­ców, no chyba, że dotrwają do połowy, to może im utknąć w pamięci jako Jes­sica Alba ze zma­sa­kro­waną twa­rzą. A prze­cież tak naprawdę to chyba naj­lep­sza ekra­ni­za­cja jakiej­kol­wiek powie­ści Jima Thomp­sona jaką widzia­łem i to nawet bio­rąc pod uwagę silną kon­ku­ren­cję w postaci Ucieczki Gang­stera Sama Peckin­paha czy Coup de Tor­chon Ber­tranda Taver­niera, który dotych­czas robił za naj­bar­dziej udaną adap­ta­cję jego prozy.

Reży­ser Win­ter­bot­tom, po zmar­no­wa­niu czasu w zeszłym roku na bez­na­dziejną doku­men­ta­li­za­cję Shock Doctrine, pod­szedł do Thomp­sona od strony naboż­nej, co jest tak naprawdę jedy­nym wła­ści­wym podej­ściem, ponie­waż Kil­ler Inside Me to taka powieść w któ­rej strach zmie­nić choć jedno zda­nie, tak pre­cy­zyj­nie wszystko jest ze sobą pospi­nane i zro­bił adap­ta­cję typu 1:1, kie­ru­jąc wszyst­kie obiek­tywy na Lou Forda i two­rząc zgod­nie z wytycz­nymi Thomp­sona jed­nego z naj­bar­dziej uro­czych psy­cho­pa­tów w dzie­jach kina. Bar­dzo duża w tym zasługa Casey’a Afflecka, który ide­al­nie tra­fia w rolę 29 let­niego sze­ryfa, z gło­sem jak kastrat, mocno fleg­ma­tycz­nym i wylu­zo­wa­nym podej­ściem do świata, nęka­nego ogól­nym wkur­wem na wszystko i wszyst­kich, któ­rego oko­licz­no­ści zmu­szają do pod­ję­cia róż­nych nie­przy­jem­nych dzia­łań. Ford to jeden z tych ludzi, któ­rych zupeł­nie bez­in­te­re­sow­nie zaczyna się nie­na­wi­dzić zaraz na początku filmu/powieści, a każdy jego ruch, gest i dzia­ła­nie tylko w tej nie­na­wi­ści utwier­dza. To taka na maksa Thomp­so­now­ska postać, w nieco odmie­nio­nej wer­sji wystę­puje na przy­kład rów­nież w Pop. 1280 w/g któ­rego powstało Coup de Toro­chon, mały, wredny face­cik, który w ułamku sekundy potrafi się zmie­nić w zło abso­lutne, o tyle prze­ra­ża­jące, że cał­ko­wi­cie racjo­nalne. Każda jego zbrod­nia jest umo­ty­wo­wana “więk­szym dobrem” — czy­taj pra­gnie­niem osią­gnię­cia świę­tego spo­koju i jak­kol­wiek nie byłaby krwawa i okrutna, zawsze jest uspra­wie­dli­wiana przez boha­tera w spo­sób ściśle logiczny i dopa­so­wany do jego wizji świata.

YouTube Preview Image

Bo jakby pod­sta­wową cecha twór­czo­ści Thomp­sona jest to, że w jego świe­cie poję­cie dobra nie ist­nieje. Jego boha­te­rów inte­re­suje tylko i wyłącz­nie reali­za­cja wła­snych pra­gnień i są w sta­nie w tym celu zro­bić naprawdę wszystko, a potem umknąć przed kon­se­kwen­cjami. To nie jest pisarz, który nie­sie jaką­kol­wiek pocie­chę, ponie­waż jego twór­czo­ścią tak wła­ści­wie rzą­dzi tylko jeden dogmat: Skur­wy­syny wygry­wają. ZAWSZE. Nie­za­leż­nie od praw, kodek­sów i barier moralno etycz­nych, w świe­cie Thomp­sona wystar­cza być bez­względ­nym chu­jem, żeby wygrać z całym spo­łe­czeń­stwem kur­czowo trzy­ma­ją­cym się jakiś zasad. Pod­sta­wowy nurt filo­zo­ficzny u Thomp­sona to czy­sta anar­chia, ta taka definicyjno-słownikowa, ozna­cza­jąca reali­za­cję indy­wi­du­al­nych pra­gnień i potrzebę życia poza jakim­kol­wiek sys­te­mem, nie­za­leż­nie od tego, jak jest to widziane przez resztę spo­łe­czeń­stwa. Lou Ford jest wła­śnie kimś takim, choć pew­nie bar­dzo by się zdzi­wił, gdyby nazwano go anar­chi­stą — w końcu jest sze­ry­fem, pra­cuje dla sys­temu i dba o to, żeby jego try­biki równo zgrzy­tały. Tyle, że tak naprawdę to sys­tem pra­cuje dla niego. Samo to, że jako sze­ryf tak naprawdę dyk­tuje w mia­steczku, co jest pra­wem i porząd­kiem i może sta­wić czoła każ­demu uzbro­jony w odznakę i tomy kodek­sów kar­nych, gwa­ran­tuje mu prak­tycz­nie cał­ko­witą bez­kar­ność. I Ford potrafi to wyko­rzy­stać. Potra­fił to wyko­rzy­stać w dzie­ciń­stwie, kiedy poja­wiły się u niego pierw­sze objawy mor­der­czych skłon­no­ści i potrafi to teraz, kiedy jego życie zaczęło się mocno kom­pli­ko­wać z powodu braku kon­troli nad kom­pul­syw­nymi wzwo­dami (JESSICA ALBA NAGO! — kto by się tam kontrolował!).


Nothing for you, perverts!

Oczy­wi­ście nie obywa się bez pro­ble­mów — wyj­ście na solo z Sys­te­mem nigdy nie jest pro­ste, nawet u Thomp­sona, a cała gale­ria genial­nych postaci z dru­giego planu mocno się upiera przy tym, żeby zro­bić For­dowi koło dupy i pozbyć się psy­chola z mia­steczka, tyle, że tu wcho­dzi drugi dogmat Thomp­sona: Każdy ma coś za uszami. KAŻDY. A Ford dosko­nale wie, jak to wyko­rzy­stać do wła­snych celów.

I tylko kobiet żal. Bycie posta­cią kobiecą u Thomp­sona to pro­sze­nie się o wpier­dol, jak w życiu zresztą, ponie­waż pan pisarz przez 46 lat alko­ho­lo­wego ciągu miał swoją ulu­bioną maskotkę do kopa­nia i bicia, żonę Albertę, z któ­rej pró­bo­wał wytłuc całe dobro, ale bez któ­rej nie potra­fił zro­bić nawet jed­nego kroku (co zostało świet­nie opi­sane w rewe­la­cyj­nej powie­ści Mani­fe­sto for the Dead). Więk­szość kobiet w jego książ­kach jest mode­lo­wa­nych na Albertę, Kil­ler Inside Me nie jest tu żadnym wyjąt­kiem i więk­szość koń­czy źle, bar­dzo źle, lub kosz­mar­nie. Kobieta dla jego boha­te­rów jest czymś w co się łatwo kopie, a potem mówi się temu, że się to kocha i popra­wia z liścia. I ona zawsze zro­zu­mie tę miłość — będzie jedyną osobą zdolną do uspra­wie­dli­wie­nia przed sobą dzia­łań psy­cho­paty, ponie­waż po pro­stu go kocha, nie­za­leż­nie od tego, że poła­mał jej ręce, nogi, zma­sa­kro­wał twarz i oddał do wydup­cze­nia swoim kole­gom (to aku­rat nie w tej powieści/filmie). Obie boha­terki Kil­ler Inside Me ide­al­nie wpi­sują się w ten sche­mat — obie wie­dzą, że maja do czy­nie­nia z krań­co­wym świrem i obie zga­dzają się dla niego poświę­cić. I sceny z ich udzia­łem to jest czy­sta este­tyka hard­koru, nikt jesz­cze w hol­ly­wo­odz­kim fil­mie nie potrak­to­wał w ten spo­sób gwiazd żyją­cych z wize­runku słod­kiej laseczki, takich jak Alba i Kate Hud­son, a sceny, kiedy Ford w końcu włą­cza jedną i drugą do swo­jego mor­der­czego planu, dają po oczach rów­nie mocno, jak dotych­czas naj­lep­sza scena znę­ca­nia się faceta nad kobietą, czyli Patri­cia Arqu­ette vs James Gan­dol­fini w Praw­dzi­wym Romansie.

YouTube Preview Image

Film, jak więk­szość tek­stów Thomp­so­now­skich koń­czy się szy­derą. Sys­tem niby coś tam wygrywa, zło niby zostaje uka­rane, niby jest jakieś kathar­sis i love conqu­ers all, ale nad wszyst­kim unosi się zło­śliwy śmiech Forda, który odcho­dzi ze świa­do­mo­ścią, że zre­ali­zo­wał swój plan, co do mili­me­tra, osią­gnął swój upra­gniony święty spo­kój, wal­cząc z nie­sprzy­ja­ją­cymi oko­licz­no­ściami przy pomocy wszyst­kiego, co wpa­dło mu w rękę. Nie ma świa­do­mo­ści popeł­nio­nego zła, nie zmie­nia się wewnętrz­nie nawet tro­chę, wie, że dzia­łał tak, jak musiał i zdo­był to, czego pra­gnął. Prze­piękny obra­zek, rów­nie smutny, bez­na­dziejny i genialny jak powie­ści Thomp­sona, bar­dzo mocno koja­rzący się z Doty­kiem Zła, tyle, że jesz­cze bar­dziej depre­syjny i zbu­do­wany wokół czy­sto antycz­nego fatum. Udało się Win­ter­bot­to­mowi wydo­być to, co w Thomp­so­nie naj­lep­sze i poka­zać dla­czego ten nało­gowy alko­ho­lik, furiat i sce­na­rzy­sta kiep­skich tele­wi­zyj­nych seriali, był obok Ray­monda naj­lep­szym noirow­cem jacy kie­dy­kol­wiek pisali (kolega Tetrix mil­czy w tym momen­cie). W skali 1:1 odtwo­rzył Tek­sas z lat 50-tych, który niczym się nie różni od Tek­sasu z lat 1850-tych i tego, który będzie w 2050-tych — pustynną dziurę, w któ­rej zawsze wygrywa naj­więk­szy skur­wy­syn. I dzięki temu zro­bił naj­lep­szy film jaki na razie w tym roku widziałem.

YouTube Preview Image

18 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Cinema Torrent | 3 Comments »

Lovecraft

ważny jest dla mnie na tyle, że poświę­ci­łem mu jedną z pierw­szych notek na tym blogu, cie­sząc się przy oka­zji z książki Huel­le­be­cqua na jego temat. Dla­tego dziś, w 120 rocz­nicę uro­dzin HPL nie muszę za dużo pisać, bo wszyst­kie zachwyty wyra­zi­łem już tamże i mogę się ogra­ni­czyć do poka­za­nia mojej ulu­bio­nej ekra­ni­za­cji tek­stu psy­chola z Pro­vi­dence. IMDB listuje na dziś 96 prób fil­mo­wego zmie­rze­nia się z dorob­kiem czło­wieka, który pisał raczej słabo, ale zawsze tra­fiał w odpo­wied­nie zakoń­cze­nia ner­wowe czy­tel­nika, grze­biąc brud­nym palu­chem z obgry­zio­nym paznok­ciem w kolek­tyw­nej świa­do­mo­ści, naka­zu­ją­cej nam się bać tego, co rzą­dziło zie­mia przed wie­kami (oraz wła­snych sek­su­al­nych fru­stra­cji) i z tego, co zdo­ła­łem ogar­nąć, poza Re-AnimatoremCool Air nie­wiele z tego nadaje się do oglą­da­nia. Co wła­ści­wie da się wytłu­ma­czyć tym, że fabuły Love­cra­fta są słabe, a jak dotąd nie zna­lazł sie jesz­cze żaden Roger Cor­man, który potra­fiłby pro­stymi środ­kami wydo­być z niego to co naj­waż­niej­sze, czyli nastrój i kli­mat, jak to udało się z Poem.

Za to udało się zro­bić z niego nie­zły musi­cal — Moun­ta­ins of Mad­ness — za który odpo­wia­dają uwiel­biane na tym blogu Tygry­sie Lilijki, oraz prze­miły wariat Hacke Ale­xan­der, koja­rzony głów­nie z Ein­stürzende Neu­bau­ten. Oka­zało się wtedy, że tek­sty HPLa to świetny mate­riał na popowe hiciaki:

YouTube Preview Image

I musi coś krą­żyło w powie­trzu w tymże roku 2005, jakiś fluid kre­atywny, co przez eony czasu prze­mie­rzał nie­skoń­czone kosmiczne prze­strze­nie, bo dokład­nie w tym samym cza­sie w dale­kiej Ame­ryce powstała pierw­sza udana adap­ta­cja tek­stu Love­cra­fta i to od razu tego naj­waż­niej­szego: Zew Cthulhu. Oka­zało się, że patent na Love­cra­fta jest banal­nie pro­sty — film musi być rów­nie retro, co tek­sty. Co udaje się osią­gnąć naprawdę bez­wy­sił­kowo — robiąc film niemy, czarno-biały, prze­szar­żo­wany aktor­sko jak kino z lat 20-tych zeszłego wieku i korzy­sta­jący ze zna­nych wtedy tech­nik ani­ma­cji i minia­tur. Wystar­czyło — Call of Cthulhu wygląda jak coś, na czym sam HPL obgry­załby paznok­cie, a nasze pra­babki dosta­wa­łyby spa­zmów widząc ten film w kinach obwoź­nych, o ile oczy­wi­ście w ogóle by do nich tra­fił. Na razie w całej oka­za­ło­ści poja­wił się na vimeo i tym samym mogę go poka­zać w ramach obchodu uro­dzin HPLa. Pole­cam zosta­wić go sobie na wieczór.

6 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Cinema Torrent, W starym kinie | 9 Comments »

Aktywizm

Zro­bić film akty­wi­styczny, pro­pa­gan­dowy jest nie­zmier­nie trudno, w sen­sie takim, że jeśli idea prze­waży nad jako­ścią obrazka, to zawsze wycho­dzi gniot, czego ostat­nim przy­kła­dem jest choćby Shock Doctrine, czy oba sła­biu­teń­kie filmy o Yes Menach, które potra­fią na widzu wymu­sić tylko jedną aktyw­ność — roz­pacz­liwe zie­wa­nie i pomruki na melodię

nie­za­leż­nie od tego, że prze­cież doty­czą spraw istot­nych i takich o które można by było powal­czyć, gdyby tylko udało się je sprze­dać w pro­fe­sjo­nalny sposób.

W związku z czym, The Cove jest zna­czą­cym wyjąt­kiem. Bo przede wszyst­kim jest dobrym fil­mem, co zresztą zostało już doce­nione na kil­ku­na­stu festi­wa­lach i zwień­czone zeszło­rocz­nym Osca­rem za długi metraż doku­men­talny (choć uczci­wie należy przy­znać, że raczej z braku konkurencji).

Pierw­sze, co widać w tym fil­mie, to pie­nią­dze. I to jest ważna nauka dla wszyst­kich akty­wi­stów — chcesz o coś wal­czyć, zacznij od zna­le­zie­nia spon­sora. w tym wypadku było to Oce­anic Pre­se­rva­tion Society, non-profitowa pry­watna fun­da­cja, zało­żoną przez Jima Clarka, kolej­nego nerda z Doliny Krze­mo­wej, który zaro­bił tyle, że stać go na dzia­ła­nia cha­ry­ta­tywne i sfi­nan­so­wa­nie całego filmu. I to nie byle jakie, bo cho­ciaż nigdzie nie udało mi się zna­leźć kosz­tów pro­duk­cji, to sam sprzęt i logi­styka musiały kosz­to­wać nie­zły mają­tek — kamery ter­mo­wi­zyjne, heli­kop­tery, spora ekipa jeż­dżąca co i rusz do Japo­nii, sprzęt nur­kowy i różne inne cuda, dzięki któ­rym film w war­stwie tech­nicz­nej jest po pro­stu bez­błędny. Co nie było pro­ste, bo ze względu na tema­tykę, dużą część mate­riału trzeba było krę­cić z ukrycia.

YouTube Preview Image

Bowiem film w cało­ści doty­czy zabi­ja­nia del­fi­nów. Maso­wego i pozba­wio­nego jakich­kol­wiek regu­la­cji. Odby­wa­ją­cego się w uro­kli­wej zatoczce przy japoń­skim mia­steczku Tajii, gdzie rok­rocz­nie pomię­dzy wrze­śniem a mar­cem jakieś 20 tysięcy del­fi­nów idzie na rzeź.

W związku z czym nie jest miłym obraz­kiem. Bo del­fin jest stwo­rze­niem, które raczej wzbu­dza cie­płe uczu­cia, choć, jeśli mam być szczery, z tale­rza bym go nie wyrzu­cił (ale ja tak mam z każ­dym mię­sem) i bar­dzo łatwo go zan­tro­po­mor­fi­zo­wać, co zresztą twórcy filmu pró­bują zro­bić na każ­dym kroku. I tu jakby jest główna i jedyna wada tego filmu, albo dowód na to, że jestem skur­wy­sy­nem bez serca, bo jedyne co im się nie udało, to próba prze­ko­na­nia mnie, że del­fin czym­kol­wiek różni się od krówki czy świnki. No ale to ja, wyznawca teo­rii, że syno­ni­mem słowa zwie­rzę jest kotlet, a przy­roda powinna być z betonu. Dla tych, któ­rym ta teo­ria nie odpo­wiada jest w fil­mie cały wykład o inte­li­gen­cji, nie­prze­cięt­no­ści i zja­wi­sko­wo­ści del­fi­nów, który gra na mocno ame­ry­kań­skich nutach, pró­bu­jąc tra­fić do poko­leń wycho­wa­nych na Flip­pe­rze i patrząc na to z boku (oraz ogar­nia­jąc kątem oka reak­cje żony), muszę przy­znać, że robi to dość sku­tecz­nie. Zwłasz­cza, że głów­nym boha­te­rem filmu jest Richard O’Barry, czło­wiek, który w latach 60-tych współ­two­rzył w Sta­nach całą modę na del­finy, tre­su­jąc zwie­rzęta do wspo­mnia­nego Flip­pera i zaopa­tru­jąc pierw­sze del­fi­na­ria, pokroju Sea-World.

YouTube Preview Image

Tyle, że po dzie­się­ciu latach mu się odwi­działo. Chwila, kiedy opo­wiada o swo­jej epi­fa­nii, spo­wo­do­wa­nej samo­bój­stwem ulu­bio­nego del­fina (mało wia­ry­godna opo­wieść, która jed­nak bar­dzo mocno daje po emo) trzy­ma­nego w nie­woli, to jeden z klu­czo­wych momen­tów filmu, świet­nie wygrany for­mal­nie twist, w któ­rym nega­tywny boha­ter wkra­cza na ścieżkę pra­wych i spra­wie­dli­wych, by przez następne 35 lat mniej lub bar­dziej par­ty­zanc­kimi meto­dami wyzwa­lać del­finy z labo­ra­to­riów, oce­ana­riów i sieci rybac­kich na całym świecie.

A jego wyprawa do Japo­nii staje się czymś w rodzaju zma­so­wa­nego ataku na Gwiazdę Śmierci. Bo Japo­nia to jedyny kraj, który ze wzglę­dów kul­tu­ro­wych i eko­no­micz­nych dopusz­cza odłów wie­lo­ry­bów i del­fi­nów. A mia­steczko Tejii to samo cen­trum tej odnogi prze­my­słu rybac­kiego. Dzięki kasie od OPS udaje mu się zgro­ma­dzić ekipę naukow­ców, fachow­ców i nur­ków, która po wielu pery­pe­tiach, wycią­gnię­tych wprost z fil­mów z serii grupa bia­łych tra­fia w dziki rejon zamiesz­kały przez potwor­nych mutan­tów, skry­wa­ją­cych jakaś tajem­nicę, dociera nad tytu­łową zatokę i insta­luje się ze sprzę­tem. I to jest naj­lep­szy frag­ment całego filmu, z dyna­miką, mon­to­wa­niem i sce­na­riu­szem wprost z kla­sycz­nych hor­ro­rów, który ide­al­nie by hulał rów­nież w cał­ko­wi­cie wymy­ślo­nym fil­mie. Tyle, że tu to się dzieje naprawdę, pro­wa­dząc do:

10 minu­to­wej rzezi del­fi­nów, poka­zy­wa­nej z co naj­mniej 8 kamer (tyle nali­czy­łem, cał­kiem moż­liwe, że było tego wię­cej), która kopie w głowę obra­zami co naj­mniej tak, jak otwar­cie Sze­re­gowca Ryana.

(tu żona się zablo­ko­wała i przez kolej­nych dzie­sięć minut potra­fiła tylko syczeć przez zaci­śnięte zęby stwier­dze­niami w rodzaju poza­bi­ja­ła­bym tych skur­wy­sy­nów. i w sumie jej się nie dzi­wię, choć aku­rat nie cze­piał­bym się ryba­ków, któ­rzy tylko wyko­nują swoja pracę)

Na szczę­ście ekipa O’Barry’ego też nie poprze­staje tylko na cze­pia­niu się ryba­ków. Pró­bują poka­zać wła­dze, które są odpo­wie­dzialne za tę coroczna masa­krę (przed­sta­wia­jąc pod posta­cią Vadera Inter­na­tio­nal Wha­ling Com­mis­sion, orga­ni­za­cję zaj­mu­jąca się ochroną wie­lo­ry­bów, cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­waną przez Japoń­czy­ków i uchwa­la­jącą prawa przy­kro­jone pod ich potrzeby), sta­rają się rów­nież wyja­śnić, skąd się bie­rze popyt na mięso del­fina (z filmu wynika, że tak naprawdę nie ma popytu, del­finy giną, bo zagra­żają ryba­kom, kon­su­mu­jąc ponoć nad­mierne ilo­ści ryb prze­zna­czo­nych na odłów, a mięso, które zdo­bywa się dzięki masa­krze jest wci­skane gdzie tylko się da i nie trzeba dokład­nie opi­sy­wać skład­ni­ków, mię­dzy innymi do dar­mo­wych szkol­nych posił­ków), wresz­cie podej­mują znaczny wysi­łek, chcąc obrzy­dzić to mięso ewen­tu­al­nym kon­su­men­tom i przy­ta­cza­jąc bada­nia, potwier­dza­jące znaczną zawar­tość zabój­czej rtęci w potra­wach przy­go­to­wy­wa­nych z del­fina (i tu tro­chę pusz­czają się porę­czy, bo momen­tal­nie wytknięto im prze­sa­dyzm. [z dru­giej strony Blog de Bart pod­suwa, że jed­nak nie] Ale samo zesta­wie­nie obraz­ków z potęż­nej kata­strofy eko­lo­gicz­nej, która miała miej­sce w Japo­nii w latach 50-tych, gdy jakaś ważna fabryka przez 12 lat wypie­przała do wody ska­żone rtę­cią odpady, powo­du­jąc dzie­siątki strasz­li­wych cho­rób u miesz­kań­ców spo­rego mia­sta, z komen­ta­rzem o tym, jak bar­dzo del­finy są tru­jące, to świetna pro­pa­gan­dowa robota, która momen­tal­nie zapada w pamięć i ude­rza w instynk­towne lęki).

YouTube Preview Image

Film pozo­staje bez roz­wią­za­nia — rze­zie del­fi­nów trwają nadal, reak­cja Japoń­czy­ków na nie­liczne pokazy stresz­cza się w sumie do ‘a co nam tu jakieś bia­łasy będą pier­do­lić na co możemy polo­wać’ i zapewne nie będzie miał na nic wpływu, bo biz­nes jest tro­chę za duży, żeby upaść od czy­ich­kol­wiek pro­te­stów, ale i tak warto go zoba­czyć choćby tylko z tego powodu, żeby wie­dzieć jak się robi naprawdę mistrzow­ską pro­pa­gandę i dobre kino doku­men­talne. Jak łatwo się domy­ślić, seans jest mało przy­jemny (zwłasz­cza jeśli się ma cie­płe uczu­cia wobec del­fi­nów), jed­nak warto się prze­móc i zoba­czyć kilka obraz­ków, które ostro wypa­lają się w pamięci.

10 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Cinema Torrent | 5 Comments »

Czeko czeko czekolada

W ramach ogól­no­pol­skiej akcji odzy­ski­wa­nia głu­pich świąt i rocz­nic, zapo­cząt­ko­wa­nej przez kolegę MRW, postu­lu­ją­cego uzna­nie daty Bitwy pod Grun­wal­dem za oka­zję do świę­to­wa­nia jedy­nego momentu w dzie­jach, w któ­rej ten naród wyka­zał się mądro­ścią i spu­ścił wpier­dol zakon­ni­kom, wyjdę dziś do Pań­stwa sza­now­nego z ape­lem, żeby 22 lipca uczy­nić ogól­no­pol­skim świę­tem cze­ko­lady (dawne 22go lipca, dawne E.Wedel).

Bo z cze­ko­lady może być wszystko. Nawet papież:

YouTube Preview Image

Bo kobieta w cze­ko­la­dzie, to pro­dukt, któ­rego od zawsze bra­kuje na rynku:

Bo cze­ko­lada to samo zdro­wie i w dodatku działa na te same recep­tory, co pale­nie zioła:

Jedze­nie cze­ko­lady wpływa na sta­bi­li­za­cję pracy układu krą­że­nia i na odcią­że­nie serca. Dzieje się tak dzięki zawar­tym w niej m.in. fla­wo­no­idom. Cze­ko­lada wpływa na obni­że­nie ciśnie­nia krwi oraz na regu­la­cję poziomu cho­le­ste­rolu, zawiera dużą ilość anty­ok­sy­dan­tów, które sku­tecz­nie wal­czą z tzw. wol­nymi rod­ni­kami. W tych przy­pad­kach działa jed­nak zasada: im ciem­niej­sza cze­ko­lada (a tym samym więk­sza zawar­tość kakao na pozio­mie przy­naj­mniej 50%), tym lepiej. Kakao, bez któ­rego nie ist­niałby ten słodki pro­dukt, zawiera teo­bro­minę – alka­loid, który w medy­cy­nie sto­so­wany jest jako środek naser­cowy, moczo­pędny oraz przeciwastmatyczny.

Bo razem z bia­łym serem jest jedy­nym co pozwala prze­trwać w Pol­sce wega­ta­ria­nom nie­zno­szą­cym warzyw (naprawdę, da się prze­żyć 7 lat na milce i serku wiejskim).

Bo można z niej zro­bić wyje­bi­sty tort a’la Irvine Welsh, jako to zostało zgrab­nie opi­sane w Zupie Franza Kafki: Histo­rii Lite­ra­tury w 14 prze­pi­sach i ślicz­nie prze­tłu­ma­czone przez moja ulu­bioną tłu­maczkę u któ­rej w tym przy­padku robi­łem za kon­sul­tanta narkologicznego

ZNAKOMITY TORT CZEKOLADOWY

à la Irvine Welsh

250 g masła

500 g cukru

40 g kakao

250 ml kawy

150 g mlecz­nej czekolady

2 jajka

275 g samo­ro­sną­cej mąki*

375 ml porto

Polewa:

200 g gorz­kiej czekolady

100 g cukru-pudru

100 ml kremówki

100 ml kah­lui* (niekoniecznie)

Lezę po scho­dach do tej gów­nia­nej nory, którą nazy­wam domem, ze wszyst­kimi potrzeb­nymi kla­mo­tami, ale cóś kiep­sko mi idzie. Łeb napier­dala mi tak, jakby za chwilę miał się roz­puk­nąć i strze­lić w prze­chod­niów mie­szanką mózgu z kośćmi, a giry mam tak słabe, że lada chwila mogą trza­snąć jak zapałki. Żeby tylko jakiś piź­dzie­lec mnie nie wyczaił, bo nie mam zamiaru dzie­lić się żarciem z moimi tak zwa­nymi kumplami.

No więc wrzu­cam kostkę masła do ron­dla, pod­pa­lam gaz — i patrz­cie, już się topi! Sypię cukier i lukam, jak białe krysz­tałki zmie­niają się w zło­to­brą­zowy płyn. Cał­kiem fajny szajs wyszedł, nie powiem. Drżą­cymi rękami dodaję brą­zowy kaka­owy pro­szek, wrzu­cam tabliczkę cze­ko­lady… Ludzie, co za zaje­bi­sta wyżerka!

Masa bul­go­cze już i pry­cha, tylko, kurde, nie ma kawy. Bły­ska­wiczna rewi­zja pod sofą wykrywa kubek z wysty­głym paskudz­twem. Mam w dupie, nie będę latał w kółko po pier­do­lo­nych scho­dach — do gara z tym! Łupa­nie w gło­wie zaczyna prze­cho­dzić. Sam zapach pysz­nego żarełka i miły widok pło­mie­nia gazu wystar­czyły, by dać mi kopa.

Zdej­muję ron­del z ognia i wbi­jam do dzbanka dwa jajka. Dosta­tecz­nie długo wpa­try­wa­łem się w sko­rupki, by poznać datę waż­no­ści… a to skur­wiele, każą mi wyrzu­cić te jajka i kupić nowe! Może kura, która je znosi, leży już zamra­żarce w Scot­mid*, ale i tak wiem, że wytrzy­mają kilka mie­sięcy. Nie muszę ich ubi­jać – niech tylko pociąg 14.22 z Kings Cross prze­je­dzie pod oknem, to utrzę­sie wszystko, łącznie ze mną, na cacy. No dobra, odmie­rzam mąkę… na widok góry bia­łego proszku aż mnie kusi, żeby se poniu­chać. Dodaję ją razem z jaj­kami do gara i wle­wam kro­pelkę porto. Sam też łykam ociu­pinę; jest nie­złe, więc dole­wam do masy ciut wię­cej… w butelce za chwilę widać dno. Wypi­łem rap­tem połowę, drugą wchło­nęło to chciwe, pier­do­lone ciasto.

Puka­nie do drzwi; kurwa, mam to gdzieś. Łeb znów zaczyna mi pękać – naj­wyż­szy czas na jakiś bro­war. Spoko, dla sie­bie star­czy mi puszek, póki nie skoń­czę pich­ce­nia, tylko żeby żaden skur­czy­syn się nie napa­to­czył. Pukają znowu, tym razem głośniej.

- Ste­vie, wiem, że tam jesteś! Otwie­raj te pier­do­lone drzwi!

To Span­ner – tak zwany naj­lep­szy przy­ja­ciel. Nie zamie­rzam dopusz­czać go do koryta, co to, to nie, ale sku­ba­niec za chwilę wywali drzwi… Otwieram.

- O, Span, miło cię widzieć. Pożycz dwu­dzie­staka, co? Rano mam ode­brać socjał.

No, kurwa, mało bra­ko­wało, a by kupił! Wła­śnie robił w tył zwrot, kiedy nagle jego kinol zaczął zdra­dzać ślady funk­cjo­no­wa­nia, bo zadrgał mu jak u psa.

- Coś pich­cisz, Ste­vie. Już ja mam nosa.

I ładuje mi się do kuchni. Zanim zamkną­łem drzwi na klatkę, już zdą­żył otwo­rzyć jedną z moich puszek. Stał z nią nad ron­dlem, sapiąc jak loko­mo­tywa. I co z takim robić?

W ron­dlu pię­trzyła się góra brą­zo­wej mazi. Prze­la­łem ją do dwóch blach, które przed­tem wysma­ro­wa­łem tłusz­czem. Nie mogłem się już docze­kać. Kusiło mnie, żeby wpie­przyć od razu, na surowo, ale ostat­nia rzecz, jakiej mi trzeba to pier­do­lony cze­ko­la­dowy odlot. Bla­chy powę­dro­wały do pieca na 200 stopni. Wszystko piekę w tej tem­pe­ra­tu­rze; mam gdzieś dur­nych japi­szo­nów z ich bzdet­nymi gadże­tami i ter­mo­me­trami. Ważne, żeby upiec, a nie dupę zawracać.

- Ste­vie, długo jeszcze?

Oho, Span­ner też się już napalił.

- Koło godziny.

- Nie da się szybciej?

- Pie­cze się, ile musi, gówno na to poradzisz.

Span­ner w kuchni wart jest mniej wię­cej tyle, co ampu­to­wany kutas na kur­wim zlo­cie, zresztą zdą­żył się już zdrowo zapra­wić. Kiedy poszedł się odlać, wrzu­ci­łem do ron­dla gorzką cze­ko­ladę, wsy­pa­łem odmie­rzoną por­cję cukru-pudru, dola­łem kre­mówki i kah­lui. No wiem, kah­lua to gów­niany bab­ski drink, ale do cia­sta obleci. Chcia­łem cukier zwa­żyć, ale Span­ner był pierw­szy. Zoba­czył biały pro­szek i zaraz wsa­dził kinol. Nawet go nie obstu­ka­łem, sam się za chwilę poła­pał – puścił wią­chę i pole­ciał pod kran, a ja wsy­pa­łem cukier do rondla.

Nagle sły­szę, ktoś mnie woła. Przez chwilę myśla­łem, że to głos w moim łbie wzywa mnie z powro­tem na pla­netę Zie­mia, ale szybko zasko­czy­łem: to kolejny nie­pro­szony gość, bodaj go poje­bało! Pew­nie by sobie poszedł, ale Span­ner, niby taki nie­ru­chawy, już otwiera okno, wywie­sza się przez para­pet i drze ryja! Patrzę, na ulicy stoją Hiddy z Gavem – w gar­ni­tu­rach i butach, no Francja-elegancja. Piź­dzielce robią w zakła­dzie pogrze­bo­wym Gren­sona i wła­śnie zaje­chali pod dom fir­mo­wym wozem. Gavowi jestem krewny pięć­dzie­sią­taka, a on nie z tych, co zapo­mi­nają. Czego on się spo­dziewa? Gav i Hiddy to tylko biedni fra­je­rzy; socjałka poła­pała się, że figu­rują pod pię­cioma adre­sami, i koniec jazdy na zasiłku, musieli iść do roboty.

- Ste­vie coś pichci!

I czego to kła­pie pier­do­lo­nym dzio­bem?! Aż mnie łapy swę­działy, żeby go zła­pać za nogi i wypchnąć za okno, ale nie mia­łem tyle siły. Oczy­wi­ście za chwilę Gav i Hiddy byli pod drzwiami, razem z czymś, co wyda­wało odgłosy jak taran w akcji. Span­ner ich wpu­ścił, a ja, póki co, zła­pa­łem się za kolejną puszkę, zanim te ochla­pusy wychleją resztę. Pierw­szy, chwiej­nym kro­kiem wma­sze­ro­wał Gav – full wypas, w czar­nym ancugu i pod krawatem.

- Jak leci, Stevie?

Hiddy stoi z tyłu, i nagle widzę, co ze sobą tasz­czą: pier­do­loną trumnę!

- Sorki, Ste­vie, poprzed­nim razem ktoś nam gwizd­nął brykę. Udało się ją odzy­skać, ale bez nie­bosz­czyka. Jak teraz zgu­bimy i tego, to mamy przejebane.

Hiddy led­wie dychał – te schody o mało go nie wykoń­czyły. Jak tylko opu­ścili skrzy­nię na pod­łogę, padł na krze­sło. Skórę na twa­rzy miał nacią­gniętą jakby mu kto folią oble­pił. Mógłby zamie­nić się z tym tru­po­szem na miej­sca i nikt by się nie kap­nął. Idę zamknąć drzwi, a tu na progu jakaś laseczka. Ma na sobie czarny płaszcz na oko z pięć razy za duży i białą jak papier buźkę. Oglą­dam się na Gava.

- Ee, tego, to jest Deb­bie. W tym pudle mamy jej chło­paka. Właź, Deb­bie, to nie potrwa długo.

Wygląda jak jedna z tych dzie­wu­szek, co to czło­wiek zro­biłby wszystko, żeby jej spra­wić frajdę. Nie pysz­czy, że jej facet ma przy­mu­sowy przy­sta­nek w dro­dze do miej­sca ostat­niego spo­czynku. Siada grzecz­nie na sofie, obej­mu­jąc się ramio­nami. Nie­źle, chyba jest na ostat­nich nogach… Kurwa, trzeba tu zro­bić porzą­dek, i to szybko. Nagle widzę, że ona wcale nie sie­bie tak obej­muje; pod tym sze­ro­kim płasz­czem trzyma nie­mow­laka! Bachor zaczyna skrzy­pieć, więc gościówa wyciąga cycek i wtyka mu do dzioba. Jasne, w tym domu nie ma co liczyć na inne żarcie. Żarcie? Ożeż, muszę skoń­czyć pier­do­loną polewę. Gav i Hiddy zapo­mnieli już, że im się śpie­szy – spo­koj­nie cią­gną bro­war z nogami na drew­nia­nej jesionce faceta Deb­bie. Jeśli pasuje na niego tak jak ten płaszcz na Deb­bie, to bie­dak musi być mikry.

Godzina pra­wie minęła, więc pod­grze­wam polewę i wyj­muję bla­chy z pieca. Zakła­dam igłę do strzy­kawki, żeby spraw­dzić, czy środek nie jest surowy. Spoko, igła sucha, tylko wierzch się tro­chę przy­pa­lił. Odci­nam spa­loną war­stwę i ładuję polewę na gorące cia­sto; oba krążki poły­skują jak płyty z brązu. Span­ner tym­cza­sem wykoń­czył resztkę kah­lui i ska­cze jak ta wesz, żeby się dorwać do żarcia. Niech, kurwa, zaczeka. Żal mi dzie­wuszki, więc ona dosta­nie pierw­sza – oczy­wi­ście, po mnie samym. Kiedy wpa­ro­wuję do pokoju z wiel­kim tale­rzem cze­ko­la­do­wego zba­wie­nia, witają mnie same uśmie­chy. Facet Deb­bie w sam raz nada się na stolik.

Po chwili wszy­scy napy­chamy sobie gęby, cho­ciaż nie reko­men­do­wał­bym piw­ska jako ide­al­nej popitki. Mała Deb­bie zaczyna się roz­krę­cać. Poło­żyła dzie­ciaka na pod­ło­dze, dała mu kawa­łek cia­sta, żeby nie skrzy­piał, a sama też wpie­prza, prze­wra­ca­jąc oczami z zachwytu, jakby cze­ko­lada miała być lekar­stwem na wszel­kie smutki. Span­ner prze­giął, jak zwy­kle. Kah­lua z piw­skiem, cia­stem i tym, co zatan­ko­wał wcze­śniej, to dość pio­ru­nu­jąca mie­szanka. Widzę go znów przy oknie – kogo tam, kurwa, znów nie­sie? Ale tym razem Span­ner nie wrzesz­czy, tylko rzyga – wprost na ulicę, leniwe bydlę! Dwie minuty póź­niej, jak gdyby nigdy nic, łapie ostatni kawa­łek tortu, on tak może na okrągło.

- Nie­złe – powiada. – Ale to nie to samo, co hera.

Nie­złe?! Piź­dzie­lec zeżarł połowę!

Gav i Hiddy są już z powro­tem na nogach i pró­bują pod­nieść swego mil­czą­cego towarzysza.

- Dzięks, Ste­vie, będziemy spa­dać – mówi Gav. – Nie zapo­mnij o tym pięćdziesiątaku.

Led­wie zdą­ży­łem zabrać ze „sto­lika” talerz, zanim zmie­nił wła­ści­ciela, i już ich nie było. Ale zdo­by­łem adres Deb­bie. Wyglą­dam przez okno i widzę super kon­duk­cik, cały w czerni, tylko tak dziw­nie buja się boki, jak Archie Gem­mill na zwol­nio­nym fil­mie. Gorzej z bryką: Span­ner miał dobry cel i teraz autko wygląda, jakby jakiś dupek oblał je cze­ko­la­dową polewą. Ale Gav i Hiddy nic się nie ska­po­wali, zała­do­wali trupa i jazda. Co robić, to nie pierw­szy koleś, który nie mógł wyjść o wła­snych siłach z mojej meliny. I nie pierw­szy obrzy­gany. Ale przy­naj­mniej biedny fra­jer wniósł coś nowego do gry. Nie zro­zum­cie mnie źle, wcale go nie żałuję, sam pew­nie szybko pójdę w jego ślady. To sie­bie mi żal. Czy ja, kurwa, robię coś nowego? Wszy­scy uwa­żamy się za pępek świata, a to prze­cież nie­prawda. A zresztą, co to jest świat? Po pro­stu wielka pier­do­lona kula, po któ­rej bez końca drep­czemy w kółko i nic na to nie możemy pora­dzić. Żyjemy, aby umrzeć. Koniec pier­do­lo­nej opowieści.

No i — last but not liść — zna­ko­mi­cie wzbo­gaca poży­cie ero­tyczne, co może­cie zoba­czyć w poniż­szej tubce i dzie­się­ciu kolej­nych z paska, skła­da­ją­cych się na naj­lep­szy film Mike’a Leigha — Life is Sweet

YouTube Preview Image

Nor­mal­nie SAMO DOBRO™, które wiel­bić trzeba i wychwa­lać każ­dego dnia. A nawet jeśli nie, to 22 lipca nadaje się do tego idealnie.

8 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Cinema Torrent, Czytanki, Dźwięki | 5 Comments »
continue: Next

WP SlimStat