Bo z czekolady może być wszystko. Nawet papież:
Bo czekolada to samo zdrowie i w dodatku działa na te same receptory, co palenie zioła:
Bo razem z białym serem jest jedynym co pozwala przetrwać w Polsce wegatarianom nieznoszącym warzyw (naprawdę, da się przeżyć 7 lat na milce i serku wiejskim).
Bo można z niej zrobić wyjebisty tort a’la Irvine Welsh, jako to zostało zgrabnie opisane w Zupie Franza Kafki: Historii Literatury w 14 przepisach i ślicznie przetłumaczone przez moja ulubioną tłumaczkę u której w tym przypadku robiłem za konsultanta narkologicznego
ZNAKOMITY TORT CZEKOLADOWY
à la Irvine Welsh
250 g masła
500 g cukru
40 g kakao
250 ml kawy
150 g mlecznej czekolady
2 jajka
275 g samorosnącej mąki*
375 ml porto
Polewa:
200 g gorzkiej czekolady
100 g cukru-pudru
100 ml kremówki
100 ml kahlui* (niekoniecznie)
Lezę po schodach do tej gównianej nory, którą nazywam domem, ze wszystkimi potrzebnymi klamotami, ale cóś kiepsko mi idzie. Łeb napierdala mi tak, jakby za chwilę miał się rozpuknąć i strzelić w przechodniów mieszanką mózgu z kośćmi, a giry mam tak słabe, że lada chwila mogą trzasnąć jak zapałki. Żeby tylko jakiś piździelec mnie nie wyczaił, bo nie mam zamiaru dzielić się żarciem z moimi tak zwanymi kumplami.
No więc wrzucam kostkę masła do rondla, podpalam gaz — i patrzcie, już się topi! Sypię cukier i lukam, jak białe kryształki zmieniają się w złotobrązowy płyn. Całkiem fajny szajs wyszedł, nie powiem. Drżącymi rękami dodaję brązowy kakaowy proszek, wrzucam tabliczkę czekolady… Ludzie, co za zajebista wyżerka!
Masa bulgocze już i prycha, tylko, kurde, nie ma kawy. Błyskawiczna rewizja pod sofą wykrywa kubek z wystygłym paskudztwem. Mam w dupie, nie będę latał w kółko po pierdolonych schodach — do gara z tym! Łupanie w głowie zaczyna przechodzić. Sam zapach pysznego żarełka i miły widok płomienia gazu wystarczyły, by dać mi kopa.
Zdejmuję rondel z ognia i wbijam do dzbanka dwa jajka. Dostatecznie długo wpatrywałem się w skorupki, by poznać datę ważności… a to skurwiele, każą mi wyrzucić te jajka i kupić nowe! Może kura, która je znosi, leży już zamrażarce w Scotmid*, ale i tak wiem, że wytrzymają kilka miesięcy. Nie muszę ich ubijać – niech tylko pociąg 14.22 z Kings Cross przejedzie pod oknem, to utrzęsie wszystko, łącznie ze mną, na cacy. No dobra, odmierzam mąkę… na widok góry białego proszku aż mnie kusi, żeby se poniuchać. Dodaję ją razem z jajkami do gara i wlewam kropelkę porto. Sam też łykam ociupinę; jest niezłe, więc dolewam do masy ciut więcej… w butelce za chwilę widać dno. Wypiłem raptem połowę, drugą wchłonęło to chciwe, pierdolone ciasto.
Pukanie do drzwi; kurwa, mam to gdzieś. Łeb znów zaczyna mi pękać – najwyższy czas na jakiś browar. Spoko, dla siebie starczy mi puszek, póki nie skończę pichcenia, tylko żeby żaden skurczysyn się nie napatoczył. Pukają znowu, tym razem głośniej.
- Stevie, wiem, że tam jesteś! Otwieraj te pierdolone drzwi!
To Spanner – tak zwany najlepszy przyjaciel. Nie zamierzam dopuszczać go do koryta, co to, to nie, ale skubaniec za chwilę wywali drzwi… Otwieram.
- O, Span, miło cię widzieć. Pożycz dwudziestaka, co? Rano mam odebrać socjał.
No, kurwa, mało brakowało, a by kupił! Właśnie robił w tył zwrot, kiedy nagle jego kinol zaczął zdradzać ślady funkcjonowania, bo zadrgał mu jak u psa.
- Coś pichcisz, Stevie. Już ja mam nosa.
I ładuje mi się do kuchni. Zanim zamknąłem drzwi na klatkę, już zdążył otworzyć jedną z moich puszek. Stał z nią nad rondlem, sapiąc jak lokomotywa. I co z takim robić?
W rondlu piętrzyła się góra brązowej mazi. Przelałem ją do dwóch blach, które przedtem wysmarowałem tłuszczem. Nie mogłem się już doczekać. Kusiło mnie, żeby wpieprzyć od razu, na surowo, ale ostatnia rzecz, jakiej mi trzeba to pierdolony czekoladowy odlot. Blachy powędrowały do pieca na 200 stopni. Wszystko piekę w tej temperaturze; mam gdzieś durnych japiszonów z ich bzdetnymi gadżetami i termometrami. Ważne, żeby upiec, a nie dupę zawracać.
- Stevie, długo jeszcze?
Oho, Spanner też się już napalił.
- Koło godziny.
- Nie da się szybciej?
- Piecze się, ile musi, gówno na to poradzisz.
Spanner w kuchni wart jest mniej więcej tyle, co amputowany kutas na kurwim zlocie, zresztą zdążył się już zdrowo zaprawić. Kiedy poszedł się odlać, wrzuciłem do rondla gorzką czekoladę, wsypałem odmierzoną porcję cukru-pudru, dolałem kremówki i kahlui. No wiem, kahlua to gówniany babski drink, ale do ciasta obleci. Chciałem cukier zważyć, ale Spanner był pierwszy. Zobaczył biały proszek i zaraz wsadził kinol. Nawet go nie obstukałem, sam się za chwilę połapał – puścił wiąchę i poleciał pod kran, a ja wsypałem cukier do rondla.
Nagle słyszę, ktoś mnie woła. Przez chwilę myślałem, że to głos w moim łbie wzywa mnie z powrotem na planetę Ziemia, ale szybko zaskoczyłem: to kolejny nieproszony gość, bodaj go pojebało! Pewnie by sobie poszedł, ale Spanner, niby taki nieruchawy, już otwiera okno, wywiesza się przez parapet i drze ryja! Patrzę, na ulicy stoją Hiddy z Gavem – w garniturach i butach, no Francja-elegancja. Piździelce robią w zakładzie pogrzebowym Grensona i właśnie zajechali pod dom firmowym wozem. Gavowi jestem krewny pięćdziesiątaka, a on nie z tych, co zapominają. Czego on się spodziewa? Gav i Hiddy to tylko biedni frajerzy; socjałka połapała się, że figurują pod pięcioma adresami, i koniec jazdy na zasiłku, musieli iść do roboty.
- Stevie coś pichci!
I czego to kłapie pierdolonym dziobem?! Aż mnie łapy swędziały, żeby go złapać za nogi i wypchnąć za okno, ale nie miałem tyle siły. Oczywiście za chwilę Gav i Hiddy byli pod drzwiami, razem z czymś, co wydawało odgłosy jak taran w akcji. Spanner ich wpuścił, a ja, póki co, złapałem się za kolejną puszkę, zanim te ochlapusy wychleją resztę. Pierwszy, chwiejnym krokiem wmaszerował Gav – full wypas, w czarnym ancugu i pod krawatem.
- Jak leci, Stevie?
Hiddy stoi z tyłu, i nagle widzę, co ze sobą taszczą: pierdoloną trumnę!
- Sorki, Stevie, poprzednim razem ktoś nam gwizdnął brykę. Udało się ją odzyskać, ale bez nieboszczyka. Jak teraz zgubimy i tego, to mamy przejebane.
Hiddy ledwie dychał – te schody o mało go nie wykończyły. Jak tylko opuścili skrzynię na podłogę, padł na krzesło. Skórę na twarzy miał naciągniętą jakby mu kto folią oblepił. Mógłby zamienić się z tym truposzem na miejsca i nikt by się nie kapnął. Idę zamknąć drzwi, a tu na progu jakaś laseczka. Ma na sobie czarny płaszcz na oko z pięć razy za duży i białą jak papier buźkę. Oglądam się na Gava.
- Ee, tego, to jest Debbie. W tym pudle mamy jej chłopaka. Właź, Debbie, to nie potrwa długo.
Wygląda jak jedna z tych dziewuszek, co to człowiek zrobiłby wszystko, żeby jej sprawić frajdę. Nie pyszczy, że jej facet ma przymusowy przystanek w drodze do miejsca ostatniego spoczynku. Siada grzecznie na sofie, obejmując się ramionami. Nieźle, chyba jest na ostatnich nogach… Kurwa, trzeba tu zrobić porządek, i to szybko. Nagle widzę, że ona wcale nie siebie tak obejmuje; pod tym szerokim płaszczem trzyma niemowlaka! Bachor zaczyna skrzypieć, więc gościówa wyciąga cycek i wtyka mu do dzioba. Jasne, w tym domu nie ma co liczyć na inne żarcie. Żarcie? Ożeż, muszę skończyć pierdoloną polewę. Gav i Hiddy zapomnieli już, że im się śpieszy – spokojnie ciągną browar z nogami na drewnianej jesionce faceta Debbie. Jeśli pasuje na niego tak jak ten płaszcz na Debbie, to biedak musi być mikry.
Godzina prawie minęła, więc podgrzewam polewę i wyjmuję blachy z pieca. Zakładam igłę do strzykawki, żeby sprawdzić, czy środek nie jest surowy. Spoko, igła sucha, tylko wierzch się trochę przypalił. Odcinam spaloną warstwę i ładuję polewę na gorące ciasto; oba krążki połyskują jak płyty z brązu. Spanner tymczasem wykończył resztkę kahlui i skacze jak ta wesz, żeby się dorwać do żarcia. Niech, kurwa, zaczeka. Żal mi dziewuszki, więc ona dostanie pierwsza – oczywiście, po mnie samym. Kiedy wparowuję do pokoju z wielkim talerzem czekoladowego zbawienia, witają mnie same uśmiechy. Facet Debbie w sam raz nada się na stolik.
Po chwili wszyscy napychamy sobie gęby, chociaż nie rekomendowałbym piwska jako idealnej popitki. Mała Debbie zaczyna się rozkręcać. Położyła dzieciaka na podłodze, dała mu kawałek ciasta, żeby nie skrzypiał, a sama też wpieprza, przewracając oczami z zachwytu, jakby czekolada miała być lekarstwem na wszelkie smutki. Spanner przegiął, jak zwykle. Kahlua z piwskiem, ciastem i tym, co zatankował wcześniej, to dość piorunująca mieszanka. Widzę go znów przy oknie – kogo tam, kurwa, znów niesie? Ale tym razem Spanner nie wrzeszczy, tylko rzyga – wprost na ulicę, leniwe bydlę! Dwie minuty później, jak gdyby nigdy nic, łapie ostatni kawałek tortu, on tak może na okrągło.
- Niezłe – powiada. – Ale to nie to samo, co hera.
Niezłe?! Piździelec zeżarł połowę!
Gav i Hiddy są już z powrotem na nogach i próbują podnieść swego milczącego towarzysza.
- Dzięks, Stevie, będziemy spadać – mówi Gav. – Nie zapomnij o tym pięćdziesiątaku.
Ledwie zdążyłem zabrać ze „stolika” talerz, zanim zmienił właściciela, i już ich nie było. Ale zdobyłem adres Debbie. Wyglądam przez okno i widzę super kondukcik, cały w czerni, tylko tak dziwnie buja się boki, jak Archie Gemmill na zwolnionym filmie. Gorzej z bryką: Spanner miał dobry cel i teraz autko wygląda, jakby jakiś dupek oblał je czekoladową polewą. Ale Gav i Hiddy nic się nie skapowali, załadowali trupa i jazda. Co robić, to nie pierwszy koleś, który nie mógł wyjść o własnych siłach z mojej meliny. I nie pierwszy obrzygany. Ale przynajmniej biedny frajer wniósł coś nowego do gry. Nie zrozumcie mnie źle, wcale go nie żałuję, sam pewnie szybko pójdę w jego ślady. To siebie mi żal. Czy ja, kurwa, robię coś nowego? Wszyscy uważamy się za pępek świata, a to przecież nieprawda. A zresztą, co to jest świat? Po prostu wielka pierdolona kula, po której bez końca drepczemy w kółko i nic na to nie możemy poradzić. Żyjemy, aby umrzeć. Koniec pierdolonej opowieści.
No i — last but not liść — znakomicie wzbogaca pożycie erotyczne, co możecie zobaczyć w poniższej tubce i dziesięciu kolejnych z paska, składających się na najlepszy film Mike’a Leigha — Life is Sweet