Pokolenie Pisania Manifestów Pokoleniowych

Śledź (rocznik 1979) pisze Na szybko spisane, Żulczyk (rocznik 83) pisze Radio Armagedon, Masłowska (rocznik 83) pisze Wojnę i Pawia, Dehnel (rocznik 80) pisze Lalę, Afrojaxx (rocznik 78) nagrywa z kumplami kolejne płyty Afrokolektywu. A pani Paulina Wilk z Rzeczypospolitej w tekście „My, dzieci transformacji” uznaje ich i całe to pokolenie, które przeżyło początkowy kawałek życia w późnym realsocu, za pokolenie zahamowane, obrosłe „socjalistycznymi kompleksami i wolnorynkowymi marzeniami”, zagubione na granicy starego z nowym, doświadczone niezrozumiała dla nich traumą przemiany. Pisze, że zmiana ustrojowa, którą przetrwaliśmy, na zawsze skaziła okołotrzydziestolatków, spowodowała, że dajemy się wyprzedzać, bo ponoć wciąż otrzepujemy się z gruzów poprzedniego systemu i nie potrafimy sobie znaleźć miejsca w dzisiejszym świecie.

Co jest tak totalną bzdurą, że jak normalnie tego nie robię, to się dziś pokłócę z artykułem z gazety.

Byliśmy dokładnie pośrodku, przecięci na pół niewidoczną kreską. Nasze oczy wędrowały w lewo i w prawo – śledząc dorosłych, którzy próbowali przenieść jakieś rzeczy z „wczoraj” do „jutro”, ale większość wyrzucali jako niepotrzebne rupiecie. Nasze dorastanie odbywało się przy okazji, było przejściowe. „Dziś” nie miało znaczenia – obowiązywał kurs w przyszłość. W nową rzeczywistość wpadliśmy wraz z hasłami o otwierającym się przed nami kosmosie możliwości, wolności, dobrobytu i sukcesu – o wszystkim, na co – jak mówili dorośli – ten kraj czekał od pół wieku.

W 1989 miałem 12 lat i to, co działo się w telewizji i gazetach nie miało najmniejszego znaczenia, chyba, że było kolejnym westernem czytanym przez Tadeusza Sznuka, albo następnym odcinkiem Sondy. Kumałem, że są jakieś wybory, bo się matka angażowała, ale zasadniczo – co wy mi tu będziecie pieprzyć o jakimś Wałęsie i Mazowieckim, jak właśnie wczoraj znalazłem pięć nowych włosów na jajach i dwa nowe pryszcze na czole? To, że coś się tam zmienia za oknem nie mogło być przecież ważniejsze od tego, że mój organizm chyba wziął i oszalał, Cary Grant idący do urny miał zerową charyzmę w porównaniu z Rambo oglądanym z kumplami na pierwszych magnetowidach, przemówienie charczącego pierwszego premiera było absolutnie niczym w porównaniu z charczącymi dźwiękami płynącymi z naszych pierwszych ośmiobitowców, a telewizyjne kłótnie miliarda kanapowych partyjek szybko wygnały nas sprzed telewizorów z powrotem na plac, dusić się fajkami za szkołą, grać w szukać i w gonić albo do książek, do świeżo wydanego Ludluma o okładkach z WYPUKŁYMI literami, czy sprzedawanego przez stolikowych geszefciarzy Mastertona, który obiecywał grozę nieznana dotąd w Polsce.

To był ten moment w którym dorośli stracili kontrolę nad tym, co układa nam porządek w mózgach, ten pierwszy zmasowany atak popkultem, za którym już nie mogli, nie chcieli, nie mieli czasu nadążyć, bo zajęci byli urządzaniem sobie życia na nowo. A my w nową rzeczywistość wpadliśmy obunóż, oburącz, z uśmiechem na dziecięcych twarzach, bo wreszcie przestało być szaro, wreszcie świat zaczął choć trochę przypominać to, co znaliśmy z ukradkiem oglądanych filmów, zdjęć od ciotki z Rajchu i katalogów zachodnich firm wysyłkowych, których postrzępione egzemplarze walały się w prawie każdym domu, zapewniając dzieciakom tanie wycieczki do lepszego świata. Oczywiście – była to parodia, satyryczna wersja kolorowego świata konsumpcji, jakaś zmutowana forma, w której pan Marek z 3 piętra, przed 89 sprzedający wszystkim sąsiadom prince polo i mięso kradzione z rzeźni, stawał się naszym pierwszym dostarczycielem pornioli, krwawych jatek i horrorów, oglądanych na grupowych seansach u kogoś w domu, które wypełniały czas po szkole i w trakcie lekcji. Nie mieliśmy czasu zastanawiać się nad tamtym, szarym, burym, nudnym systemem, w którym jedynym żywym kolorem były okulary jakiegoś tam generała, musieliśmy przecież ogarnąć tyle nowego, nasycić się wszystkimi barwami, obserwować wnętrza kolejnych wesoło rozświetlonych sklepów i próbować wszystkiego.

Wtedy nieludzkie było tempo zmian i to, że rzeczywistość zaczęła szczerzyć kły – szkolne korytarze już nie były wspólną przestrzenią podobnych dzieci. Kto nie miał kolorowej gumki i plecaka z odblaskami, zostawał w tyle. Nauczycielki upominały rodziców, by nie dawali nam na drugie śniadanie bananów, bo innym dzieciom, które wciąż przynoszą jabłka i śliwki, może być przykro.

Ale to były głosy wołających na puszczy. Bo wszyscy chcieli mieć. A wszyscy – to był tłum. Urodziliśmy się w latach wyżu demograficznego, do liceów, na studia i do pierwszej pracy szliśmy wystraszeni, że nie wystarczy dla nas miejsca

W szkole tak właściwie nic się nie zmieniło. Pojawiło się godło, co gorliwsze nauczycielki wieszały krzyże, podziały, które istniały przed 89 pozostały nienaruszone. Szpanowaliśmy nowymi plecakami, piórnikami, toksycznymi długopisami zapachowymi, chińskimi grami kieszonkowymi i gwiżdżącymi brelokami do kluczy, a zamiast dobranocek oglądaliśmy azjatyckie kreskówki, mając jednak ciągłą świadomość tymczasowości tej sytuacji. Wiedzieliśmy, że wczoraj był Reksio, dziś jest Yattaman, wiedzieliśmy też, mniej lub bardziej świadomie, że ta sytuacja wcale nie musi być trwała, widzieliśmy kątem oka na telewizorach naszych rodziców jakieś ciągłe strajki i rozpierduchy, słyszeliśmy wielogodzinne debaty jakiś szarych ćwoków, którzy chcieli układać Polskę, ledwie przed chwilą na własne oczy widzieliśmy, że świat się może zmienić praktycznie w mgnieniu oka, że rzeczywistość jest dokładnie tak samo chaotyczna, nieskładna, wędrująca własnymi ścieżkami, jak organizm 10-15 latka, jednego dnia daje ci twój pierwszy nocny wytrysk, albo miesiączkę, drugiego wita cię jakimś padackim wąsem z 10 kłaków sterczących pod nosem lub nowymi cyckami najlepszej koleżanki.

W tym świecie nic nie było trwałe, nie istniały żadne pewne odnośniki, więc dla bezpieczeństwa trzymaliśmy się w kupie – obok świata dorosłych, obok świata dzieciaków młodszych i starszych, obok rzeczywistości, która każdego dnia robiła się zdziwna i dziwniejsza i zdawała się nie trzymać żadnych zasad. Watahy 12-13 latków zasiadały przed commodorami, atari, magnetowidami, lakierowanymi numerami CATS’a, komiksami TM Semic, tysiącami zajebiście tanich książek, których pojawił się nieogarnialny ogrom.

W ten sposób absolutnie zniknęliśmy z radarów dorosłych, zagłębiając się w różnych światach, których nie dało się wytłumaczyć nikomu starszemu i nie wypadało tłumaczyć młodszym, bo co oni tam wiedzą. Tworzyliśmy kulty wokół New Kids On the Block, Limahla, AC/DC czy Michaela Jacksona, wierzyliśmy w Van Damme’a i Norrisa Lone Langera, rywalizowaliśmy między sobą w Spy vs Spy i wiedzieliśmy, że to tak właściwie wszystko, co rzeczywistość ma nam do zaoferowania. I to się w sumie nie zmieniło.

Kiedy w nowym tysiącleciu wchodziliśmy na rynek pracy (jeszcze studiując, bo wiedzieliśmy, że firmy poszukują „młodych z doświadczeniem”), on działał już jak dobrze rozpędzony mechanizm. To już nie była era szybkich fortun, tylko mało spektakularnych realiów. Wsiadaliśmy do wielkiego rynkowego bębna. I od tej pory przesuwamy się po kolejnych szczeblach według rozrysowanej – adekwatnie do struktury firmy – ścieżki kariery. Zgodnie ze schematem, zgodnie z procedurą.

Pracujemy nie od 8 do 16, jak kiedyś nasi rodzice, ale od 9 do 19 albo 22. Rzadko jadamy w domach, bo nas tam prawie nigdy nie ma. Sąsiadów nie znamy – zamiast pożyczyć szklankę cukru, jedziemy nocą do hipermarketu.

Wchodząc na rynek pracy doskonale widzieliśmy, że tu też nie istnieje nic trwałego. Wiedzieliśmy, że nie ma takich studiów, które zapewniają pracę, dlatego też w tych rocznikach jest chyba najwięcej ludzi, którzy dobierali studia według pasji i zainteresowań, a nie wymogów rynkowych, no bo po co się uczyć na kolejnego marketingoida, skoro i tak wiadomo, że roboty nie ma. To już lepiej mieć z tych studiów jakiś pożytek dla siebie.

To od tych roczników pęczniały poronione nauki humanistyczne, wszystkie kulturo, medio, muzyko- znawstwa, etnologie, etnografie i studia nad badaniem glacjałów, to te roczniki rozpoczęły boom na IT, przyzwyczajone do tego, że migocący ekran komputera zapewnia święty spokój od rzeczywistości i zarobek pozwalający się trzymać na powierzchni. To te roczniki trzydziestolatków tak naprawdę tworzą rynek freelancerski w Polsce, nauczone doświadczeniem ludzi nieco starszych, że etat to konieczność podporządkowywania się jakimś bucom, a nas przecież nikt nie uczył, jak się podporządkowywać. Mieliśmy się dostosowywać do zmian, to się dostosowaliśmy. Po swojemu – robiąc krok w bok i zachowując dystans; równie wielki nacisk przykładając do tego, żeby rzeźbić swoje, a jednocześnie zachować jakiś kontakt z systemem.

Rozglądając się wokół, po moich równolatkach z sieci i z życia, widzę wymarłą kategorię zwierząt. Dinozaurem tego pokolenia, stworzeniem które nadal jeszcze zdycha w bólach i czepia się resztek istnienia, jest zatrudniony. Działa tu ten sam mechanizm, który pchał nas na te nieżyciowe studia filologiczne, artystyczne czy głowologiczne – skoro widzieliśmy, że nie ma czegoś takiego jak kariera bez dawania dupy, to zdecydowaliśmy, że dupy warto dawać tylko sobie samemu, bo przy zatrudnieniu nawet bycie profi call girl na każde wezwanie szefa i tak nie gwarantowało stabilizacji, rozsądnych przychodów i bezpiecznej emeryturki po 50 latach zapierdalania przy jakiś idiotyzmach.

Wszystkie ścieżki kariery prowadziły mniej lub bardziej w stronę dupy, zawałów przed czterdziestką, przeszczepu wątroby po pięćdziesiątce i żałosnej zapomogi od państwa dziesięć lat później, więc chroniąc samych siebie zeszliśmy z tego toru, do kolejnych własnych światów, tworząc zawody typy komiksiarz, tester gier, twórca fleszówek, specjalista od komunikacji wizualnej czy socjolog Internetu. Zbudowaliśmy sobie własne nisze i kokony, bo od dzieciństwa wiemy, że nie ma co liczyć na to, że system przetrwa, że jedyne co możemy, to uszczelnić własny bunkier i spokojnie czekać, aż fala gówna kolejny raz przeleje się nam nad głowami.

Za kilkadziesiąt lat, jako ostatni żyjący świadkowie schyłku PRL, być może będziemy o nim mówić jak o doświadczeniu, które w kapitalizmie pomogło nam zachować wrażliwość i ludzkie odruchy. Opowiemy legendę o łagodnym i beztroskim czasie, którego nienawidzić nie możemy, choć pół wieku wyczekiwano jego końca.

Nie będziemy. Już to robimy. I nie ma w tym żadnych sentymentów, zresztą właśnie w tym celu przywołałem na początku tę grupkę autorów z tego właśnie pokolenia. Oni już dziś opisują komiksami, powieściami i rapem pokolenie przemiany, pokolenie Reksia, pokolenie gumy Turbo, pokolenie Bajtka i Secret Service, pokolenie płynu Lugola, pokolenie Polonii 1, pokolenie pałerpleja RMF FM, pokolenie TM Semic, pokolenie grupy Hey, pokolenie ery wczesnego grunge, pokolenie okołotrzydziestolatków. I u każdego z tych twórców widać wyraźnie jedno – nie ma, do kurwy nędzy, żadnego pokolenia. Są ludzie, jednostki, każda ze swoją szajbą, niszą, odjebką, zamknięta we własnym szczelnym kokonie, odchylona pod dziwnym kątem do obowiązujących systemów wartości, zafascynowana jakimś niewielkim wycinkiem świata wyobraźni i na nim koncentrująca swoje wysiłki. Nie głosujemy, nie bierzemy udziału w sporach publicznych, nie podpisujemy list, nie oglądamy wiadomości, nie wychodzimy grupowo na ulicę, bo wiemy, dowiedzieliśmy się tego w bardzo wczesnym, lub odrobinę późniejszym dzieciństwie, dostając pierwszego walkmana na komunię, że wystarczy ubrać słuchawki, włączyć komputer, odpalić film, a cała ta popieprzona rzeczywistość znika, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, przestaje nas dotyczyć i nawet jeśli się zawali, tak jak 20 lat temu, to i tak nie będzie to nas dotyczyło. My wiemy jak z niej uciec, wiemy, że popkultura nas zawsze przygarnie, otuli, pocieszy, potrafiliśmy się bez szwanku wymknąć wtedy, będziemy potrafili to zawsze. To my, jako nieistniejące, rozbite, fraktalne pokolenie utrzymujemy ostatnie księgarnie, kina, sklepy muzyczne, bo nauczyliśmy się, że tylko popkultura jest stabilna, że na dłuższą metę tylko jej można ufać, że tylko ona nie udaje, że chce czegoś dla naszego dobra i nie stawia nam żadnych wymagań. Wybieramy z niej, to co nam pasuje, budujemy sobie z tego tożsamość i identyfikację, odcinamy wszystko, co nam nie pasuje. W końcu 89 nauczył nas, że tak można.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

27 Responses to Pokolenie Pisania Manifestów Pokoleniowych

  1. macio says:

    bardzo zgrabnie to ujales. mialem tekst wilkowej przeczytac ale jakos do tego nie doszlo. jest wprawdzie miedzy nami kilka lat roznicy, ale znajduje wiele punktow wspolnych miedzy doswiadczeniami naszych rocznikow. no moze studia wybralem pod kariere, ale za to w wolnym czasie rozwijam sie we wszystkich mozliwych kierunkach – a z torow wszelakich wyscigow wysiadlem dawno temu. btw pamietam, ze na maturze z polaka w wypracowaniu zrobilem ladna paralele z motywu rozdratej sosny (ludzie bezdomni) do sytuacji pokolenia przedzielonego na pol umowa kreska roku 89. ale o co mi wtedy chodzilo to juz nie pamieta;p

  2. obly says:

    stop segregacji pokoleniowej!
    mix pokoleń jp2, mp3, generacji nic i naszej klasy..

  3. jakuzz says:

    oł łał. parę dni temu mnie ten artykuł z Rz bardzo pozytywnie rozwalił i nadal się tego trzymam. doskonale się w nim odnajduję, chociaż nigdy nie pracowałam od-do i gówno mnie obchodzi, że mnie ktoś wyprzedza. nawet mówię „że”, nie „czy”, bo na tle zjawisk opisywanych w Rzepie tak, czuję się wyprzedzana. pracuję w domu i chowam się w internecie nie dlatego, że tak sobie sprytnie wybrałam jako młoda, prężna przdstawicielka ’82. Tak sobie wybrałam, koniec. Znakomita większość licealnych kolegów i koleżanek nawet nie myślała o kulturo-cokolwiek; marketing i administracja to była w Polsce B podstawa. Mając kilka lat może nie wiedziałam, co się dzieje, ale ciężko było nie zauważyć, że jedno z rodziców wybiera amerykański sen, z którego nowe pokolenie może teraz szydzić, a drugie traci państwową posadkę i zaczyna się tułać po kursach księgowości. I pamiętam to wszystko – że nagle odstawałam bez tego kolorowego badziewia w piórniku, że lekarzowi trzeba było dać w łapę, zanim mi wyrostek eksploduje, że wszystko nagle było głośne i migotało, a w liceum zaczęło być nerwowo, bo na większość kierunków 10 osób na miejsce. No i- nie wiem, z czym się w art. z Rz nie zgodzić, bo wszystko pamiętam dokładnie tak samo i istotnie dziecka nie rodzę. Nie widzę też, gdzie pani Wilk miałaby przekreślać jakoś to nasze pokolenie i dlaczego ten ponury portret miałby uwzględniać Masłowską. I tak, też mnie wkurwiają określenia „pokolenie czegośtam”, ale z tym nie mogę się kłócić, bo widzę te wszystkie różnice. I to, w jaki sposób tę przywoływaną przez Ciebie popkulturę odbieramy my, a w jaki roczniki 90-te.

  4. gonzo says:

    jako przedstawiciel pokolenia IDDQD się zasadniczo mogę chyba podpisać się pod tym manifestem.

  5. Marceli says:

    @ Jakuzz

    Absolutnie nie zgadzam się z tezą o naszym zagubieniu, która przebija spod tego tekstu, nie zgadzam się na to, że czujemy się wyprzedzani, bo przede wszystkim, dawno temu przestaliśmy się gonić. To, że sobie wybrałaś frilanserkę i tak jak ja mieszkasz w necie, to są właśnie wyniki tego pokoleniowego odsunięcia się. Te wyścigi do 1 miejsca w liceum, 0,5 miejsca na studia też tylko pokazywały, że ten wyścig nie ma sensu, to była lekcja odbierana na jakimś maks wczesnym etapie, taka, którą zapamiętaliśmy, widząc, że zasady tego wyścigu są tak samo niejasne, jak cała reszta.

    Z tekstu w Rz wynika, że to są rzeczy, które robiliśmy nieświadomie, nawet można pociągnąć dalej – takie, które nam zrobiono, ale nie ma istotnego dopowiedzenia – ogarnęliśmy ten świat. Nie tak, jak się po nas spodziewano, nie tak, jak nam planowano, ale tak, że czujemy się w nim mniej więcej komfortowo, a czasami nawet dobrze.

    I stąd się tu wzięła i Masłowska, bo ona i Wojnie i w Pawiu opisuje tę egzystencję w niszach, mniej lub bardziej udaną, to ciągłe zdziwienie tym, że jest jakaś inna rzeczywistość poza popkultem i tą ciągła niechęć do włączania się w jakiś tam główny nurt.

    Nasza niedzieciowść (szybki skan pamięci – mam jednego dzieciatego kumpla w moim wieku i drugiego, który dostał parkę dzieci w spadku z żoną), to tez jest wynik tego, że nie wierzymy w stabilność systemu, ze wiemy o tym, ze w każdej chwili znowu ktoś zrobić może kuku całej rzeczywistości, więc nie ma co się zbytnio nastawiać na przyszłość, ewntualnie może kiedyś.

  6. mat says:

    ditto, marceli. ditto.

    m –
    komiksiarz, tworca fleszówek.

  7. mat says:

    a jeszcze przy okazji. mi tez sotatnio wpadl w rece jeden artykuł. o grach. nie, przepraszam, o INTERAKTYWNYM WIDEO. nie wiadomo czy smiac sie czy płakac.
    polecam:
    http://www.redakcja.pl/Tekst/Pop-Sztuka/532300,Kultura-interaktywnego-wideo-piec-minut-przed-rewolucja.html

  8. jakuzz says:

    @Marcel: no tak, my wiemy, ktoś tam wie, ktoś tam czyta komiksy. ale w Rz jest jakiś portret ogółu, ciężko żeby był trójwymiarowy. Wiadomo, że „jakoś ogarnęliśmy ten świat”. Każde pokolenie jakoś go ogarnia. Wyścig zaczął się akurat w naszym i trwa nadal – co z tego, że część przestała się gonić. możemy sobie odtrąbić zwycięstwo, super. ja jakoś nie widzę w jej artykule przeciwnej tezy – widzę tylko, że przypisuje nam cechy, które w nowym pokoleniu nie mają prawa się pojawić, a nie, że wyszliśmy z tego z tarczą czy na tarczy. Nie brakuje mi radosnego tonu, bo nawet bez kredytu, stałej pracy i złotego zegarka widzę się w tym nostalgicznym obrazku – i dobrze mi z tym.

  9. r. says:

    ale nie zapominaj, ze jednak wiekszosc osob z tego pokolenia pracuje na posadzie, frilansowcy to nisza – ilu jest w polsce komiksiarzy czy socjologow internetu. Dlatego kolejny raz potwierdza sie teza, ze nie ma zadnego wspolnego mianownika pokoleniowego, a wszystkie manifesty sa bardziej lub mniej naciagane.

    A btw. to ciekawy watek wyboru studiow. Jak upadal komunizm mialem niecale 4 lata, wiec nie pamietam nic z tego okresu, ja juz mialem bravo i disneya. Gdy wybieralem studia to w moim roczniku panowala postawa pol na pol- ci bez zainteresowan i niezdecydowani szli na marketingi albo jakies lansiarskie kierunki na politechnice. Inni z kolei juz wiedzieli, ze nie ma sensu sie scigac, robotow od marketingu jest nadmiar, wiec wybierali studia mniej wiecej zwiazane z zainteresowaniami. Obecnie sytuacja jest taka, ze do korporacji mozna isc po czymkolwiek, jak sie oczywiscie chce marnowac zycie. Wydaje mi sie wiec, ze zatarla sie juz ta roznica pomiedzy byc a miec, jezeli chodzi o studia, tak widoczna jeszcze w latach 90. Ja np. za kilka miesiecy bede socjologiem kultury, wiec kierunek niezbyt rynkowy, ale moi znajomi, ktorzy poszli juz do pracy, zatrudnili sie w jakichs bankach, firmach finansowych itp.

  10. Maciej P says:

    Marceli -> Jaka niedzieciowość? Na ten przykład komiksiarze się płodzą na potęgę. W przyszłym roku na MFK(iG) robimy już ustawkę z żonami i dzieciami.

    BTW, notkę Ci dedykowałem: http://maciejpalka.blogspot.com/2009/10/krl-auma-komiks-roku.html

  11. urbane.abuse says:

    @mix pokoleń jp2, mp3, generacji nic i naszej klasy
    uzupełnij ciąg: jp2, mp3… pp4?
    Respekt za tekst; jedna uwaga: dzieciatość wśród rówieśników jest powszechna, choć faktycznie im bardziej ktoś mieszka w necie,tym mniej dzieciaty.

  12. metody_cyryla says:

    @Marceli
    „w tych rocznikach jest chyba najwięcej ludzi, którzy dobierali studia według pasji i zainteresowań”

    Nie sprawdzałem w roczniku stat., więc niech mnie ktoś poprawi, ale wydaje mi się, że tendencja do studiowania Archeologii Lingwistyki, Filozofii Psychologii Socjologii czy Międzywydziałowych Studiów Euro-Gender-Humanizmu teraz jest mocniejsza niż dziesięć lat temu.

    Na niegdyś obleganych i (również teraz) nieźle ustawiających kierunkach technicznych wręcz ciężko skompletować rocznik.

  13. Marceli says:

    @ Jakuzz

    Z tekstu Wilkowej, chodzi mi o ten kawałek:

    Przeciętna polska 16-latka z dużego miasta nie ma powodów czuć się „niepełnoprawną” obywatelką świata. Wchodzi do kawiarni Starbucks jak do siebie, doskonale porusza się wśród specyficznego kodu, jakim oznaczono różne rodzaje kawy. Nigdy nie pojmie, dlaczego nas w latach 90. przywożono autokarami na wycieczki do pierwszego warszawskiego McDonald’sa ani dlaczego podekscytowani klienci wynosili stamtąd tace, nie wiedząc, że nie są wliczone w cenę.

    Natomiast my, choć korzystamy z wolności, najpewniej nigdy nie poczujemy, że świat należy do nas. I nigdy nie uznamy za oczywiste, że do Londynu można polecieć z samym dowodem osobistym.

    Nie jestem przeciętną polską szesnastolatką, jestem przeciętny, ale raz tyle starszy, nie pamiętam, żeby ktoś nas „uczył” kodów MacDonaldsa, PizzyHut, stylu kupowania w mallach, jedzenia paluchami w KFC – to były rzeczy, które ogarnialiśmy na wejściu, to był ten znajomy kolorowy świat, który najpierw dość dokładnie zmacaliśmy oczami, a potem, gdy się pojawił, przyjęliśmy go bez problemu, nauczyliśmy się go przez osmozę, czasem podejrzewam, że dzięki częstszym niż w poprzednich rocznikach kontaktom z Zachodem (rodzinne kulty cargo, przemyt na skalę pociagów), traktowaliśmy go już w dzieciństwie, dokładnie tak samo, jak późny realsoc, który nas otaczał, jako coś, co właściwie jest na wyciągnięcie ręki i prędzej czy później pojawi się też i u nas. Kiedy to wszystko nadeszło, jako jedyni byliśmy tak naprawdę choć odrobinę przygotowani, potrafiliśmy rodzicom chociażby pobieżnie odcyfrować instrukcję obsługi do telewizora, znając angielski z piosenek.

    Od początku było dla nas oczywiste, że do Londynu można polecieć i że będzie tam dokładnie tak, jak u nas, od zaraz praktycznie wiedzieliśmy, że ten świat należy do nas, bo nadawał naszymi kodami – kolorową reklamą, głośną muzą, ciuchami z idiotycznymi wzorkami, wreszcie wiedzieliśmy, że będziemy wyglądać jak reszta świata, a nie jak dzikie ludy ze wschodu, przestaliśmy się wyróżniać w masowym popkulcie brakiem popkultu, rzeczywistość się do nas dopasowała.

    I serio, jak się rozglądam, to wyszliśmy na tym lepiej niż ci o 10 lat starsi i ci o 10 lat młodsi.

    @ R.

    Podobnie jak pani Wilk, pozwoliłem sobie pociągnąć generacyjnym uogólnieniem, to co widzę z fotela, na którym spędzam 18 godzin dziennie, między innymi właśnie po to, żeby pokazać, że tamten tekst, tekst MRW, mój tekst i każdy inny generacyjny tekst próbujący uchwycić pokolenie, które zniknęło w swoich pokojach w 89, ludzi urodzonych (że tak se polecę arbitralnie) pomiędzy 75-84 zawsze będzie tylko pokazywał jakiś drobny kawałek, odkryje zdumionym oczom publiki kolejną niszę, w której kilka, kilkanaście, kilka tysięcy lub niech będzie, że kilkadziesiąt tysięcy osób, żyje sobie po swojemu. Przed wyjściem do korpu ściąga z twarzy pół kilo metaloplastyki, po opuszczeniu szarego kubika momentalnie zapomina o tym, że jakiś chuj w gajerze coś od niego chciał i dalej idzie własną ścieżką.

    @ dalej R i Metody

    Co do studiów, to ja podejrzewam, że teraz się ciągnie trochę nasze odkrycie. My widzieliśmy absolwentów ekonomii, marketingu i reklamy, podawali nam żarcie w MacDonaldach, kolejne roczniki, które z pasją przegrzebują się po gazetowych tekstach o najbardziej opłacalnych studiach, również widzą, tym razem nas, jak po skończeniu tych rożnych prestiżowych kierunków wykonujemy jakieś macjoby, albo w ogóle urywamy się z rynku pracy.

    Nie chcę twierdzić, że odkrycie zasady albo MacJob albo BlowJob albo NoJob, to jest zasługa naszych roczników, ale ta ścieżka się właśnie wtedy już ustaliła.

    @ Maciek i Urbane

    No taka niedzieciowość, że dzieci wokół siebie nie widzę. Nigdy nie liczyłem na palcach bliższych, dalszych znajomych, kumpli i ziomów, ale przyjmując, że mam ich około setki, to naprawdę dzieciate są tylko dwa przypadki, o których pisałem wyżej. A Wam, komiksiarzom, to tak od tych farbek na głowy idzie z tym płodzeniem :)

    Notkę czytałem, nawet Cię chyba pingałem na FB, na komiks czyham.

    @ Mat

    Miałeś być nawet w tej litanii pokoleniowych autorów na początku, ale jesteś kolejnym odklejeńcem, którego się nie da dopasować do tego i żadnego pokolenia, kolejna postacią, która się zamknęła w swoim pokoju i od czasu do czasu wysyła z stamtąd wieści o istnieniu innych światów. I tym samym potwierdzasz główną tezę mojej wrzuty :)

    Artykuł o grach sobie zostawiam na potem, ale dzięki za linka.

  14. Pijotr says:

    Chyba nie łapię się do ‚okołotrzydziestolatków’ [do I?], ale amen, brotha.

  15. jakuzz says:

    mhm, ma się ten siódmy zmysł, który każe zajrzeć tutaj chwilę po twojej reakcji:)
    no więc – ze Starbucksem i Londynem pojechała. To się akurat nadaje bardziej do podziału małe miasto-duże miasto, i to tylko w przypadku, gdy się nigdy wcześniej kraju nie opuszczało. Jasne, że kiedyś musiało nastąpić zderzenie z nowym i kolorowym i jasne, że to wchłonęliśmy – to nie były zmiany, których nie dałoby się w miarę szybko ogarnąć, zwłaszcza w wieku kilku(nastu) lat. Ja się w ogóle w każdym niemal punkcie z tobą zgadzam – po prostu zupełnie inaczej odebrałam artykuł z Rz i kompletnie mnie nie wkurwił. Nie uznałam go też za manifest, tylko taki luźny obrazek, trochę ckliwe zestawienie tego, co było i miało być, z tym, co mamy. I ja tam widzę pokolenie, które kiedyś wszystko miało takie samo. I teraz mamy nowe pokolenie, które ma niby milion szans już na starcie, ale też wszystko takie samo. I tylko my mamy trochę tego i trochę tamtego, i to doświadczenie wchłaniania nowego po drodze, które mnie się również wydaje pozytywne. Cytujesz też to: „Natomiast my, choć korzystamy z wolności, najpewniej nigdy nie poczujemy, że świat należy do nas”. Sounds harsh, ale nawet z tym się jakoś zgadzam. Świat nie należał do mnie, gdy 8 lat temu nielegalnie zapierdalałam w Londynie. Co z tego, że było tak samo, co z tego, że nawet ubrana nie byłam jakoś superżenadnie – to nadal było jakieś niesklejone przejście między starym a nowym i mnie uwierało. I choćbym nie wiem jaką niszę sobie znalazła i nie wiem z jakich kilogramów popkultury usypywała szańce, ta rzeczywistość tam jest i czasem trochę przeraża.

  16. Marceli says:

    @ Jakuzz

    na tym może się trochę zasadzać ta różnica między nami – ja nigdy nie szarpałem na zarobek za granicę, jakoś od chwili, kiedy się sam utrzymuję, czyli plus minus od 18-19 roku życia, zawsze chwytałem jakieś joby w bliskim zasięgu, a zagranica, to zawsze był wywczas, shopping orgy i wakacjonizm w pełni, bauns z równolatkami z innych krajów i odkrycie – kurde, znamy na pamięć te same filmy, nosimy na koszulkach te same komiksowe logosy, a w słuchawkach nam łoi te same Rage Against the Machine.

    Nigdy właśnie za cywilizowaną granicą, nawet przez chwilę nie czułem się ‚nie u siebie’, a pierwszy raz pojechałem do Germanii, Austrii i Szwajcarii, jak tylko było można, bo trzeba było na szybko nadrabiać kontakty z rodziną, którą wybyła w latach 80-tych i wcześniej. I tam właśnie widziałem to z maks bliska – matka z ciotkami i wujami leciały jakimś nostalgia tripem, przerzucały się klasyczną bipolarką od nareszcie! do co to teraz będzie!?, a my z kuzynami, jeśli akurat nie namawialiśmy kuzynek na zabawę w doktora, równo łoilismy na kompach i godzinami chłonęliśmy MTV, bo to był nasz świat, tu istniało momentalne porozumienie.

    @ Pijotr

    jak Fejsbuch nie kłamie to łapiesz się w te arbitralne granice, które sobie zakreśliłem, :)

  17. jakuzz says:

    no, no, dlatego moja sytuacja z teraz pasuje bardziej do twojej wersji, a ta z kiedyś – do płaczliwego gazetowego obrazka. toteż nie polemizuję, tylko mówię, że ja się w tym odnalazłam, a właściwie gdzieś pomiędzy.
    popkulturę w dużych ilościach też późno zaczęłam chłonąć, baj de łej. więc fajnie miałeś pod wieloma względami. ja się muszę zapisać do pokolenia szczęśliwych złamasów:)

  18. kubu says:

    pomijajac drobne bledy rzeczowe (Limahl po 89tym roku???) czuje sie bardzo dokladnie i rzeczowo zdiagnozowany :)

  19. Przeczytałem za Twoją sprawą i OK, niech będzie, choć osobiście czuję się w jeszcze głębszej (?) przepaści – gdzieś między opisywanym powyżej pokoleniem dzieci transformacji i tymi, którzy latają po świecie jakby jeździli metrem po stolicy.

    Pokolenie „między młotem a kowadłem”?

  20. Śledziu says:

    Nie czytałem arta z Rzepy, ale po fragmentach przytoczonych tutaj i po notce MRW chciałbym przekazać autorce tegoż, że nie musi się o ” nas” martwić. Och, i odmłodziłeś mnie o rok, Marceli. Co zawsze miłe jest.

  21. Marceli says:

    No, wiedziałem, że jedyny którego nie sprawdzam w Wiki, bo przecież wiem, będzie tym gdzie się walnę:)

  22. chiara76 says:

    fajnie podsumowałeś…artykułu wyjściowego czytać nie mam zamiaru bo czego nie lubię, to jak mnie ktoś wpieprza do jednego wora z ateistami, zagubionymi, wierzącymi, rudymi, mądrymi , głupimi, cwaniakami, nieudacznikami itd itd i czego serdecznie nienawidzę, to uogólnień wszelakich. Tak sobie myślę, że może po prostu autorka sama się tak czuje i chciała się wypisać (mówię o tym zahamowaniu itd).

  23. sutencje says:

    Zajebista odpowiedź. Ale to nie „my” tworzyliśmy zawody, tylko kopiowaliśmy z zachodu. I nie stajemy się freelancerami bo nie chcemy etatów, tylko inżynieria wewnątrz dupy, zwanej firmą, wytwarza takie toksyny poprzez niekompatybilne nastawienia braci dookolnej, że wybiermay freelance, poniekąd takze s powodu braku miejsca na „spokojnym” etacie [zaprawdę dużo funu może tam się wydarzać]. A mało osób opanowało specjalizację [choćby językowo-tłumaczeniową], żeby móc uwodzić klientelę.

  24. tysia says:

    Ja po rozglądnięciu się wokół widzę raczej to co autorka cytowanego tekstu. I kompleksy związane z traumą „juniorkowego dzieciństwa” i sentyment do tamtych czasów(teraz już się takich przyjaźni nie produkuje). No, mimo zmiany systemu to jednak niezbyt dynamiczne to pokolenie trzydziestolatków . Może dlatego się wydaje, że go nie ma.

  25. jacky100 says:

    Ciekawe, ale za długie i zawile napisane…

  26. Pingback:Mazur: Zmieńmy zasady gry | Jagielloński24.pl

  27. Milo mi czytac Twoje posty. Dodaja mi humoru.