Nie wzruszam się

na filmach prawie wcale, nawet dokumenty się nie przebijają przez znieczulicę wyrobiona latami wciskania tanich kitów emocjonalnych przez popkulturę, mogę spokojnie patrzeć na Dzieci z Biesłanu, choć przy relacji na żywo moja rusofilia zdechła gdzieś po cichu w kącie, dlatego też fakt, że prawie się poryczałem na końcówce Mary and Maxa, momentalnie podbił ocenę tego filmu o 150%.

A przecież na początku dominującym uczuciem wobec pierwszego długiego metrażu Adama Elliota był wkurw. Bo Mary and Max, to film wtórny zarówno wobec trylogii, którą wrzucałem tutaj parę dni temu, jak i wobec Harviego Krumpeta. W warstwie technicznej, nie zmienia się nic – znów zdjęcia nasycone jednym czy dwoma wiodącymi kolorami, znów Barry Humphries jako wszechwiedzący narrator z offu, który prowadzi przez całą historię, opowiadając ją krok po kroku, znów mnóstwo zabawy drobiazgami i drugim planem z dziwacznymi zwierzątkami, podkreślającymi umowność tego świata. To wszystko już było, tyle, że nie trwało półtora godziny.

Historia początkowo też wydaje się typowo elliotowska. 8 letnia australijska dziewczynka, wyoutcastowana ze społeczeństwa przez tuszę, znamię na czole, matkę alkoholiczkę, podtrzymująca rzeczywiste kontakty tylko z sąsiadem-agorafobikiem, w dodatku niepełnosprawnym ruchowo, oraz gigantyczny grubas z Nowego Jorku, zamknięty w mieszkaniu model nora, z którego w razie wypadku trzeba wyciągać go dźwigiem, zupełnie przypadkiem nawiązują korespondencyjną przyjaźń.

Ona znajduje w nim człowieka zdolnego odpowiedzieć na wszystkie jej pytania, za co wysyła mu w podzięce coraz to nowe dziwactwa w czekoladzie, dla niego zaś, możliwość pisania do niej listów, to tak naprawdę pierwszy kontakt z żywym człowiekiem, jaki nawiązał w swoim 44 letnim życiu osoby dotkniętej ostrą postacią syndromu Aspergera. Nie potrafiąc sobie w żaden sposób poradzić z byciem w społeczeństwie, nie umiejąc odczytywać ludzkich reakcji, był jak dotąd skazany tylko na wymyślonego przyjaciela i dziesiątki konfundujących spotkań, które doprowadziły go w końcu do choroby psychicznej. Listy Mary dorzuciły swój kamyk do tego ciężaru, bo starając się je zrozumieć z wszystkich sił, wpadał w ostre ataki paniki, zakończone 18 miesięczną hospitalizacją.

Dziewczynka zaś, w czasie tej trwającej długie lata korespondencji, wyrywa się wreszcie ze swojego środowiska, pozbywa się znamienia, kończy studia, staje się jedną z pierwszych specjalistek od pomocy ludziom z Aspergerem, aż wreszcie publikuje swoją pracę, której główny trzon stanowią listy, jakie pisali z Maxem przez ostatnich 20 lat. I wtedy nadchodzi katastrofa. Bez opowiadania dalszej części filmu, mogę tylko zdradzić, ze sam finał, ostatnie 20 minut, to jest uderzenie emocjami w twarz z taką mocą, że wszystkie Rain Many i Piękne Umysły wyglądają przy tym, jak sentymentalne wprawki pensjonarek, nie można powstrzymać reakcji Elliot ty chuju, tak się nie robi!, mając jednak cały czas świadomość, że w życiu właśnie częstszy jest brak happy endu, niż szansa, że się trafi.

Elliot tradycyjnie ucieka od tanich wzruszeń, bynajmniej nie próbuje przedstawiać swoich bohaterów w charakterze ofiar, nie boi się z nich naśmiewać i pakować w sytuacje, z którymi na pewno sobie nie poradzą, ale nawet na chwilę nie traci do nich sympatii, co się natychmiast udziela. Oboje są do momentalnego zakochania się, a to co wypisują w listach, to jest czysta, genialnie ironiczna poezja. Film kupuje widza natychmiast, od pierwszej sceny i nie odpuszcza aż do końca. Jeśli geronci z Oskarowej akademii zadecydują, że jakikolwiek Pixar, czy inna tania podpierdolka dla Children of the Popkorn bardziej zasługuje na statuetkę za animowany długi metraż, to będzie to ostateczny dowód upadku znaczenia tej nagrody. Dla mnie w tym momencie jest to najlepszy tegoroczny film, jaki widziałem i to biorąc pod uwagę zarówno produkcje aktorskie, jak i animowane. Bez Oskara pewnie nie ma szans na jego premierę w Polsce, więc na razie jumajcie, jedźcie do kina w Berlinie czy gdziekolwiek do cywilizacji i zobaczcie. Mistrzostwo świata.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

21 Responses to Nie wzruszam się

  1. nogood says:

    Dzięki za polecenie następnej świetnej pozycji, dopiero się wkręcam w animacje. Zapytam z ciekawości: oglądałeś „The Fall” w reżyserii Tarsema Singha (gość od Celi z JLo)? Świetne obrazy i oryginalnie przeprowadzona narracja.

  2. Marceli says:

    Tak, podobało mi się mnóstwo obrazków z tego filmu, ale historia i sposób poprowadzenia narracji go jak dla mnie zabiły. Gdybym zamiast niego dostał slide-show, kompletnie bez treści, to byłbym zachwycony.

  3. dr Charles Kinbote says:

    O, dzięki za rekomendację. Poprzednia – „Moon” – wbiła mnie w fotel. Mam nadzieję, że teraz będzie podobnie.

  4. Marceli says:

    No, Moona nie chciałem rozpisywać na recenzję, bo nie da się o nim pisać bez spojlerowania, przynajmniej ja nie mam na to pomysłu, a tam jednak mnóstwo jest wygrane na niepewności. Ale odstawia całe tegoroczne kino SF o 3 długości sporego konia.

    W obu wypadkach się zresztą czaję już teraz na jakieś porządne DVD, bo oba zasługują na oglądanie z perfekcyjnej kopii.

  5. dr Charles Kinbote says:

    „Moon” działa, i to bardzo, na zmysły i duszę. Widomy myk odwala pół roboty – ale drugie pół to muzyka, wnętrze, looki na zewnątrz, no i gra Sama Rockwella. Aż sie człowiek dziwi, że może tak wciągać narracja w kilku pomieszczeniach i z jedną(hmm…) personą. I to w s-f gdzie normą są chmary, hordy i efekty w hd.

    Skończylem własnie czytać „Rok biblijnego życia” A.J.Jacobsa. Bardzo wkręcająca pozycja. Wiem, że tematyka może Cię nieco odstręczać, ale, moim zdaniem, warto. Ciekawy eksperyment, znakomity flow i ironia jak u młodego Allena.

  6. Marceli says:

    Moon mnie kupił całkowicie w momencie jak zobaczyłem efekty na miniaturach i makietach. A Rockwell idzie ostro na jednego z faworytów wśród młodszych aktorów.

  7. Manni says:

    Zgadzam się ze wszystkim co piszesz, ale Pixara nie porównywać mi do popcornowych popierdółek ;).

  8. chiara76 says:

    przeczytałam Twoją recenzję na głos sobie i P. i P. mówi „Jak Brejn coś takiego mówi, to musi być moc” i chyba musi.
    Nie wiem, czy to film na moje nastroje, obecnie raczej nie, ale w przyszłości chętnie bym to obejrzała, tym bardziej, że właśnie to animacja.
    A co do happy endów, to jak napisałeś, przez to pewnie film prawdziwszy się zdaje. W życiu nie ma happy endów. One są w gównianych produkcjach dla dzieci.

  9. Marceli says:

    Na dzisiaj film idealny, uwierz. A co do zakończenia, to dotarło do mnie, ze takie jest możliwe tylko w animacji. Gdyby to był film aktorski, Elliot w życiu by się nie zdecydował na takie rozwiązanie, bo położyłoby cały nastrój. z plastelinkami z jednej strony łatwiej to zrobić, z drugiej efekt jest dużo silniejszy.

  10. obly says:

    ja wręcz odwrotnie, bardzo dużo filmów wyciska ze mnie malo męskie zachowania.
    kurwa.
    własnie oglądam maxa i merry ale na razie luz, twardo i w ogóle! 27 minuta!
    jakby cos zaraportuje.

    adds free zatem polecanka do wymacania

  11. obly says:

    @W życiu nie ma happy endów. One są w gównianych produkcjach dla dzieci.

    A pro po happy endów w życiu, one są tylko życie toczy się dalej.
    Film kończy się wtedy kiedy następny powinien się zacząć ;)) więc luz, a życie (o ile mi wiadomo w jednym przypadku nie) zawsze konczy się happy deatch więc nie bój żaby. nic gorszego Cię już nie spotka. Prawda?

  12. obly says:

    dobra wytrzymałem do 1.24 i nie dałem rady dalej twardzielować

  13. obly says:

    a teraz po zapoznaniu się z chyba najlepszym filmem z jakim się spotkałem przez ostatnie co najmniej pół roku i w związku z czynnością jaką robiłem po zapoznaniu się z filmem odlot via gtalk brain mnie zobowiązał do pewnego statementu:

    NIGDY NIE BĘDĘ PRÓBOWAŁ WKRĘCAĆ MARCELOWI ŻE PIXAR JEST CACY

    no to tyle

  14. Marceli says:

    Godna to postawa i słuszna. Up bedę ogladał dzis jutro

  15. niceoldlady says:

    Szkoda, że takich objawień można w ciągu roku doliczyć się tylko na własnych palcach. Z mojej strony polecam absolutnie genialne MACHINARIUM ->
    http://machinarium.net/

  16. Obejrzane przed chwilą w większym gronie i wszyscy są pod wrażeniem, dzięki za inspirację.

  17. Pingback:Ziemia niczyja | Mariusz Herma » Blog Archive » Dolewka

  18. bart says:

    Może trochę spóźnione, ale 100% racji, panie redaktorze!

  19. arte says:

    zaraziłeś mnie tym elliotem, panie marceli, więc podrzucam:
    http://www.film.org.pl/prace/mary_i_max.html

  20. arte says:

    dzięki;)