Październikowa kraina

Państwo se pójdą po książkę do księgarni:

Kolega tłumaczył to raz i to taki, co mu wierzę, że potrafi, bo pokazał to nie raz, zwłaszcza w rewelacyjnie zrobionych opowiadaniach Machena, a dwa – Bradbury’ego nigdy dosyć, a po polsku nadal mało. A akurat w tym zbiorku sprzed 50 są chyba jego najlepsze krótkie teksty poza Kronikami Marsjańskimi – w uwielbiane przeze mnie The Lake. Do tego stopnia uwielbiane, że całkiem za free próbowałem się wcisnąć z moim tłumaczeniem do tego tomiku, tylko tego jednego tekstu, ale pan wydawca doszedł do wniosku, że nie chce mu się rozgrzebywać umów z powodu jednego opowiadania. W związku z czym wrzucę je sobie tu. A resztę to już sobie przeczytacie w książce.

Ray Bradbury – Jezioro

Fala odcięła mnie od świata, ptaków na niebie, plaży z matką i dziećmi. Ciemnozielona chwila ciszy. Sekundę później znów byłem na piasku pod niebem, pośród dziecięcych wrzasków. Wyszedłem z jeziora, a świat wciąż na mnie czekał, trwając nieporuszenie.

Pobiegłem po plaży.

Mama otuliła mnie puszystym ręcznikiem.

– A teraz czekaj aż wyschniesz – poleciła.

Stałem obserwując jak na mojej skórze gęsia skórka zastępuje znikające w promieniach słońca krople.

– Straszny wiatr się zrobił – zauważyła mama. – Lepiej włóż sweter.

– Jeszcze chwilę, przyglądam się gęsiej skórce.

– Haroldzie…

Wciągnąłem sweter i zapatrzyłem się w fale pluskające u brzegu. Była w nich jakaś zielona elegancja, przeciwieństwo niezgrabności.

Nawet upadający pijak nie potrafiłby zachować takiej gracji, jak te fale.

Był wrzesień. Rzeczywistość posmutniała ostatnio bez powodu. Plaża była ogromna i pusta, widać było jakieś pół tuzina ludzi. Nawet dzieciaki przestały rzucać piłką i siedziały smętnie na piasku wsłuchane w świst wiatru, patrząc jak nad bezkresne wybrzeże nadciąga jesień.

Za deskami którymi zabito witryny budek z hot-dogami, wciąż trwały wonie mięsa, cebuli, musztardy, zapachy długiego, radosnego lata. Tak, jakby próbowano złożyć lato do trumien.

Wszystkie interesy powoli się zwijały, na drzwiach zawisły kłódki, a wiatr skutecznie zacierał ślady pozostałe po lipcu i sierpniu. Teraz, we wrześniu, tuż przy samej wodzie widać było jedynie odcisk moich tenisówek i ślady bosych stóp Donalda i Delausa Arnoldów.

Nad chodnikami wirowały tumany piasku, karuzelę pokryła plandeka, a konie na mosiężnych rurkach zamarły, szczerząc zęby w wiecznym galopie. Przygrywał im tylko wiatr, wciskający się pod materiał.

Nie ruszałem się z miejsca. Wszyscy byli już w szkole. Ja nie. Jutro podążę na zachód, przemierzając pociągiem całe Stany. Po raz ostatni wybraliśmy się na plażę, wpadliśmy z mamą tylko na chwilkę.

Udzielił mi się nastrój tego miejsca, chciałem zostać całkiem sam.

– Mamo – poprosiłem, – mogę się przebiec kawałek plażą?

– Dobrze, tylko się pospiesz. I nie podchodź do wody.

Kiedy biegłem spod moich stóp unosiły się chmury piasku, czułem, jak niesie mnie wiatr. Sam wiesz, jak jest, gdy pędzisz z ramionami wyciągniętymi w tył tak, że strumienie wiatru opływają twoje palce niczym jakiś welon. Jakbyś miał skrzydła.

Siedząca na plaży mama zniknęła w oddali, zmieniając się w brązową kropkę. Byłem sam. Dla dwunastolatka samotność to niezwykłe doświadczenie. Wciąż otaczają go jacyś ludzie. Jedyne schronienie znajduje w głębi umysłu. Tak wielu ludzi próbuje dziecku wskazać właściwe drogi postępowania, że normalny chłopak musi odbiec spory kawałek plażą, choćby tylko wymyśloną, by móc samotnie pobyć we własnym świecie.

Nareszcie byłem całkiem sam.

Wszedłem do wody, czując chłodny nurt wspinający się aż do brzucha. Wcześniej, pośród tłumów nie miałem odwagi by zbliżyć się do tego miejsca, rozejrzeć się pośród fal i wykrzyknąć jej imię. Ale teraz… Woda to kraina iluzji. Przecina cię na dwie części, czujesz, jak cię rozpoławia, a dolna połowa rozpuszcza się niczym cukier, znikając bez śladu. Zimna woda i pojedyncze fale z gracją obmywające cię delikatnymi muśnięciami, przypominającymi dotyk koronki.

Zawołałem ją po imieniu. Wykrzyczałem je kilkanaście razy.

-Tally! Tally! Tally!

Kiedy jesteś młody, to naprawdę się spodziewasz, że ktoś odpowie na twoje wezwania. Wierzysz, że wszystko, co sobie wymyślisz, może być zupełnie prawdziwe. I czasem faktycznie tak się zdarza.

Przypomniał mi się maj zeszłego roku i podskakujące na wodzie blond kucyki Tally. Śmiała się, a słońce błyszczało na jej drobnych, dwunastoletnich ramionach. Pomyślałem o nagłej ciszy i skoku ratownika, rozpaczliwym skowycie jej matki i o tym, że Tally już nigdy nie wróciła na brzeg…

Ratownik próbował ją przekonać do wyjścia, ona się jednak nie zgodziła, wrócił więc z pustymi rękami, niosąc jedynie strzępy wodorostów, które uczepiły się jego sękatych palców. A Tally zniknęła. Już nie siądzie obok mnie w szkolnej ławce, nigdy więcej letnią nocą nie pobiegniemy za piłką, hałasując na brukowanej dróżce. Odpłynęła zbyt daleko i jezioro nie pozwoliło jej wrócić.

Pod ogromnym sklepieniem niebios, pośród wezbranych fal, rozbijających się o bezkresną plażę przyszedłem tutaj tej jesieni po raz ostatni. Sam.

Po raz kolejny zawołałem ją po imieniu.

– Tally, ach, Tally!

W moich uszach delikatnie świszczał wiatr, niosąc dźwięk przypominający szept, który wydobywa się z wpółotwartych szczelin w muszlach skorupiaków. Woda sięgnęła mi do piersi, chwilę później opadła poniżej kolan, w dół i w górę, tam i z powrotem, chlupocąc pod moimi stopami.

– Tally! Tally, wróć!

Miałem tylko dwanaście lat, ale wiem jak bardzo ją kochałem. Była to miłość, która pojawia się na długo przed tym, nim odkryjemy cielesność i moralność. Miłość równie niewinna jak wiatr, morze i piasek, splatające się w całość. Zbudowana z upalnych, niekończących się dni na plaży i dźwięczącej ciszy godzin lekcyjnych w szkole. Z tych wszystkich jesiennych dni, kiedy przez lata odprowadzałem ją ze szkoły do domu.

Tally!

Zawołałem ją po raz ostatni. Przeszły mnie dreszcze. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego mam mokrą twarz. Fale nie sięgały tak wysoko.

Zawróciłem w stronę plaży i stałem pół godziny na piasku, wypatrując jakiegokolwiek znaku, jakiegoś sygnału, czegokolwiek, co mogłoby mi o niej przypomnieć. Ukląkłem i zacząłem budować zamek z piasku, usypując jego kształty tak, jak wiele razy robiłem to z Tally. Wybudowałem tylko połowę, a potem wstałem z kolan.

– Jeśli mnie słyszysz, to przyjdź tutaj i to dokończ.

Ruszyłem z powrotem w stronę mamy, która wciąż przypominała plamkę na horyzoncie. Fale podeszły do zamku okrążając go delikatnie i kawałek po kawałku przywróciły plaży dawną gładkość.

Pogrążony w milczeniu szedłem wzdłuż wybrzeża. Gdzieś w oddali rozbrzęczała się karuzela, rozkręcona silniejszym podmuchem wiatru.

Następnego dnia wsiadłem do pociągu.

Pamięć pociągów jest krótka, o wszystkim zapominają w biegu. Nie pamiętają łanów zbóż w Illinois, rzek z dzieciństwa, mostów, jezior, dolin, wsi, obce są im radości i łzy. Zostawiają wszystko za sobą i znikają za horyzontem.

Moje kości robiły się coraz dłuższe, pokryła je grubsza warstwa ciała, młody umysł stawał się coraz dojrzalszy, wyrastałem z kolejnych ubrań, a po gimnazjum znalazłem się w szkole średniej a potem na studiach. I pojawiła się ta dziewczyna z Sacramento z którą wziąłem ślub, kiedy tylko się lepiej poznaliśmy. W wieku dwudziestu dwóch lat praktycznie zapomniałem o istnieniu wschodniego wybrzeża.

Margaret zaproponowała, żebyśmy właśnie tam spędzili miesiąc miodowy.

Pociąg, tak jak i pamięć, przemieszcza się w obie strony. Może cię błyskawicznie przywieźć do świata, który przed wieloma laty zostawiłeś za sobą.

Na horyzoncie wykwitły budynki dziesięciotysięcznego Lake Bluff. Margaret wyglądała cudownie w swoich nowych ubraniach, przyglądając się jak pozwalam by mój stary świat zagarnął mnie z powrotem. Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji, a na peronie pojawiły się nasze bagaże, ujęła mnie pod ramię.

Wszystkie te lata odcisnęły swój ślad na ciałach i twarzach mijanych ludzi. Podczas naszej wędrówki przez miasto nie zauważyłem nikogo znajomego. W niektórych twarzach pojawiały się echa. Echa wędrówek pośród wąwozów, śmiechu po zamknięciu szkoły, zabaw na huśtawkach zwisających z gałęzi i kołysania się na równoważniach. Z nikim jednak nie rozmawiałem. Szedłem i patrzyłem, czując jak wspomnienia gromadzą się w moim wnętrzu niczym stos jesiennych liści.

Zostaliśmy tam dwa tygodnie, razem zwiedzając okolicę. To były szczęśliwe chwile. Miałem wrażenie, że kocham Margaret tak jak trzeba. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Podczas jednego z ostatnich dni pobytu doszliśmy na wybrzeże. Nie było jeszcze tak późno, jak wtedy, przed wieloma laty, na plaży widać jednak już było pierwsze oznaki końca sezonu. Niewielu ludzi, kilka budek z hot-dogami zabezpieczonych przy pomocy desek i wiatr, który jak zwykle czekał, by zanucić nam swą pieśń.

Miałem wrażenie, że mogę dostrzec mamę siedzącą na piasku w swoim ulubionym miejscu. Po raz kolejny ogarnęła mnie potrzeba samotności, nie mogłem się jednak przemóc, by powiedzieć o tym Margaret. Czekając, trzymałem ją za rękę. Dzień miał się ku końcowi. Wszystkie dzieciaki wróciły już do domów, a na piasku prażyło się tylko kilka osób, nie zwracając uwagi na wiatr.

Do brzegu dobiła łódź ratownika. Mężczyzna wysiadł powoli, niosąc coś na rękach.

Zamarłem. Wstrzymałem oddech i poczułem, że znów mam dwanaście lat, jestem niewielki, nieskończenie mały i przerażony. Wycie wiatru nie ustawało. Nigdzie nie widziałem Margaret. Przede mną była jedynie plaża i ratownik wychodzący z łodzi z szarawym, niezbyt ciężkim pakunkiem na rękach. Jego twarz była równie szara i pokryta zmarszczkami.

– Zostań tu, Margaret – poprosiłem, nie bardzo wiedząc dlaczego.

– Ale…

– Zostań, proszę, tylko tyle…

Ruszyłem po piasku w stronę ratownika. Obrzucił mnie spojrzeniem.

– Co pan tam ma? – zapytałem.

Przez długą chwilę mężczyzna patrzył na mnie, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Złożył swój ciężar na piasku, gdzie z cichym chlupotem obmyła go wycofująca się fala.

– Co to jest? – nie przestawałem nalegać.

– Dziwne – wymamrotał pod nosem ratownik.

Wciąż czekałem.

– Dziwne – powtórzył szeptem. – Chyba najdziwniejsza rzecz, jaką widziałem. Chyba nie żyje od bardzo długiego czasu.

Z moich ust popłynęły te same słowa. Mężczyzna przytaknął.

– Z dziesięć lat, tak mi się widzi przynajmniej. W tym roku żaden dzieciak się nie utopił. Od 1933 utonął jakiś tuzin, wszystkie jednak wyłowiliśmy po paru godzinach. Wszystkie oprócz jednego, tyle przynajmniej pamiętam. Ciało musiało przeleżeć dziesięć lat w wodzie. To nie jest przyjemny widok…

Spoglądałem na szary pakunek w jego ramionach.

– Otwórz to – poleciłem, znów nie wiedząc, dlaczego to robię. Wiatr robił się coraz głośniejszy.

Mężczyzna zaczął niezgrabnie zmagać się z workiem.

– Pospiesz się! – wrzasnąłem. – Otwórz to!

– Wolałbym nie – wzbraniał się przez chwilę, później jednak dostrzegł wyraz mojej twarzy. – Ta dziewczynka była taka mała…

Odchylił tylko fragment materiału. Tyle wystarczyło.

Plaża była całkowicie opuszczona. Istniało tylko niebo, wiatr i samotność nadciągającej jesieni. Spojrzałem na nią.

W moich ustach pojawiły się słowa. Jej imię. Ratownik przyglądał się uważnie.

– Gdzie ją pan znalazł? – zapytałem.

– Tam dalej – wskazał. – W płytkiej wodzie. Musiała tam spędzić bardzo, bardzo dużo czasu, prawda?

– Prawda. Taka jest prawda, na boga.

Wydawało mi się, że ludzie rosną. Sam urosłem. Ona się jednak nie zmieniła. Wciąż była maleńka. Wciąż była młoda. Śmierć powstrzymuje dorastanie i zmiany. Wciąż miała złociste włosy. Na wieki już będzie młoda i na wieki będę ją kochał. Tak mi boże dopomóż, będę ją kochał bez końca.

Ratownik ponownie zawiązał worek.

Kilka minut później znów byłem sam na plaży. Zatrzymałem się wpatrując w pewien punkt. To tutaj właśnie ją znalazł, pomyślałem.

Tuż przy brzegu stał zbudowany do połowy zamek z piasku. Taki, jak te, które budowałem z Tally. Każde z nas stawiało swoją połowę.

Podszedłem bliżej i przyklęknąłem. Zobaczyłem ślady niewielkich stóp prowadzące od strony i jeziora i z powrotem. Nie wyłaniały się po raz kolejny.

I wtedy zrozumiałem.

– Pomogę ci to dokończyć – szepnąłem.

Tak też zrobiłem. Bardzo starannie dobudowałem drugą połowę, po czym podniosłem się i odszedłem, by nie widzieć, jak fale obracają zamek w ruinę, jak wszystko obraca się w ruinę.

Ruszyłem w górę plaży, gdzie czekała na mnie uśmiechnięta, nieznajoma kobieta o imieniu Margaret…

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

Comments are closed.