Ulica Radosna

Ostatnio dużo pisałem, to teraz więcej oglądania będzie trochę. Na Suzan Pitt natknąłem się trochę przypadkiem w czasie oglądania klasycznego Liquid Television, gdzie w bodaj drugim odcinku pomieszczono trwający niecałe dwie minuty fragment jej najważniejszego szorta Joy Street. Trudno zaprezentować się w dwie minuty, to co jednak momentalnie przyciąga uwagę do animacji Pitt, to perfekcyjnie wykonany miks klasyki spod znaku Winsora McKay’a z psychodeliczną wyobraźnią spod znaku ciężkiego nadużycia środków halucynogennych. Z automatu załapałem, że pani Pitt idealnie się nadaje na kolejna postać cyklu psychodeliki i animacja i z automatu po zobaczeniu 3ch jej filmów, musiałem zrezygnować z tak uproszczonego przyporządkowania. Choć jedyny komentator na imdb, który wrzucił recki pod filmami Pitt nie potrafi jej czytać inaczej, niż przez perspektywę nabitej lufki z haszem, to jest to zdecydowanie próba zepchnięcia jej w banał kolorowych obrazków pozbawionych większego sensu.

A zdecydowanie tak nie jest. Joy Street nie dostało pierdyliarda nagród dlatego, że wszyscy jurorzy na festiwalach animacji ćpaja na potęgę, tylko raczej dlatego, że jest to jeden z ostrzejszych filmów o depresji ever. Sam początek, to już jest dosyć przytłaczający dół, w którym praktycznie nie ma animacji – są rysunki, jest trochę montażu i sugestie ruchu wywoływane przemieszczaniem kamery, ale ogólnie mniej więcej jedną trzecia filmu obserwujemy statyczną kobietę, pogrążająca się w coraz większej rozpaczy, najprawdopodobniej na tle miłosnym, pokazana przy pomocy grubych, ekspresjonistycznych krech, potęgujących ogólnie dołerski nastrój. I to nie jest porywające, ale jest niezbędne do tego, by kolejne dwie części tego szorta przejechały się przez głowę jak rozpędzony TGV. Bo mniej więcej po siedmiu minutach, cały film osuwa się z turboprędkością w hardkorowy surrealizm, przez który prowadzi nas małpka, ozdoba z popielniczki pokazana migawkowo w części pierwszej. W tej małpce kumulują się wszystkie emocje głównej bohaterki, stworzenie robi jednocześnie za symbol doła i nadziei i przez kolejnych 18 minut prowadzi nas przez oniryczny krajobraz mieszkania przy Ulicy Radosnej. I wtedy wychodzi całe mistrzostwo Pitt, która potrafi zawrzeć w niesamowicie kolorowych rysunkach przejechać się zarówno przez tradycję amerykańskiej animacji – bo oprócz McKay’a są tam wyraźne nawiązania do pierwszych disney’ów w rodzaju Steamboat Willie, czy klimatów z Fantazji 2000 albo animacji Maxa Fleischera, ale dorzucić do tego mnóstwo odniesień do sztuki malarskiej niekoniecznie powiązanej z ruchomymi obrazkami. Stąd w Joy Street łatwo natknąć się na kryptocytaty z Fridy Kahlo, Georgii O’Keffe czy nawet Gauguina wymieszane z obrazkową wyobraźnią ludów pierwotnych zamieszkujących tropikalna dżunglę. Główna część tego szorta to naprawdę jeden z najpiękniejszych przykładów absolutnego braku zahamowań i ograniczeń w animacji, wyobraźnia wizualna puszczona totalnie na żywioł, nie tracąca jednak nawet na sekundę związku z treścią całej opowieści. Mistrzowskie jest w tym filmiku również to, że cała ta psychodelia czemuś służy, prowadzi do i owszem prostego morału – cheer up! emo girl – ale robi to w sposób perfekcyjny, unikając pakowania się w banał taniej pociechy.

Rzecz do kilkukrotnego obejrzenia, najlepiej w zestawie z pozostałymi szortami Susan Pitt – Asparagus (który krążył jako double feature na nocnych seansach razem z Głową do Wycierania Lyncha), Jefferson Circus Song, czy teledyskiem do Big Time Petera Gabriela. Każdy z tych obrazków pokazuje autorkę wymykającą się spod etykietek, skoncentrowaną maksymalnie na operowaniu niesamowitymi kolorami i opowiadaniu zwartych, sensownych historii bez uciekania się do liniowej narracji czy innych standardowych chwytów. Jedno z tych odkryć, które chce się oglądać w kółko, dzieje się w tych filmach tyle, zarówno pod katem obrazków, jak i treści, że na pewno jednorazowe oglądanie nie wystarcza.

[youtube]http://www.youtube.com/view_play_list?p=2D453A1D6CBE66BA[/youtube]

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

4 Responses to Ulica Radosna

  1. ewenement says:

    Rewelacyjne.

  2. dr Charles Kinbote says:

    Weź spróbuj. A skończą się mordęgi przy korekcie i translacja jaszczurów z kosmosu.

    http://ksiazki.wp.pl/wiadomosci/id,39820,wiadomosc.html

  3. Marceli says:

    Dzięki za propozycję, ale żeby pisać, to trza mieć o czym (taka jest moja teoria/tak ja to widzę) a ja nie znam się absolutnie na niczym, co nadawałoby się na polski film.

  4. dr Charles Kinbote says:

    Mieszkasz na Ślasku – to gotowy materiał na film. :)