Bang on a Hang
Categories: Dźwięki, live

Nastukałem o Portico Quartet już trochę znaków za pieniądze, rozpropagowałem mema, że to następcy The Cinematic Orchestra (potęga anonimowych twórców press-packów), nakręciłem mnóstwo osób w najbliższym zasięgu, żeby posłuchały przynajmniej Knee-Deep in the North Sea, wrzuciłem ich dwie płyty do podsumowania zeszłorocznych debestów, więc czując się spełniony, już zupełnie prywatnie zachęcam, żeby się może Państwo wybrali na ich dzisiejszy koncert w Hipnozie.
Bo to jednak jest tak, że nawet odwalając na chwilę płatne emo, niezbędne przy reklamowaniu muzyki, trudno na tę chwilę znaleźć skład, który miałby wyraźniejszą wizję na takie dosładzanie jazzu, żeby ów wszedł każdemu, nawet tym uczulonym na cukier. Udaje im się to głównie dzięki pokazanemu wyżej hangowi, rzeźbie grającej, z której da się wykrzesać brzmienie lokujące się gdzieś pomiędzy stalowymi bębnami, a wibrafonem, nadające mocno wyluzowany klimat wszystkim kompozycjom, opartym głównie na rozpędzonym saksofonie i dosyć transowych rytmach.
Portico Quartet znalazło sobie wygodna niszę, gdzieś pomiędzy dobrą jazzową awangardą spod znaku Saundersa, tanecznymi odlotami Jaga Jazzist a muzyką filmową (skojarzenia z tematami z Badlands czy Prawdziwego romansu są raczej nieuniknione) i udowodniło trzema płytami, że w pop-jazzie wciąż jest jakiś potencjał, nieosiągalny dla Norah Jones, czy innej Anomalii Czopek.
Kroją się z dwie godziny naprawdę dobrych dźwięków, więc w sumie jeśli się nie chcecie obudzić z ręką w nocniku i przepłacać za nich jakieś 200 pln na imprezach dla zombie, typu Jazz Jambore, czy Warsaw Jazz, to warto się dziś wybrać.
APDEJT
Live z Portico Quartet robi się pewien problem. Nic nie tracą ze swojej zajebistości, czarują dokładnie tak, jak na płytach, tyle, że właśnie — “dokładnie tak, jak.” Koncertowo zespół idealny na wygodne krzesła i salę z dobrą akustyką, w klubie po jakimś czasie brak scenicznego szaleństwa zaczyna trochę nużyć.
Rodzi się dziwne wrażenie, że jeszcze dwie, trzy płyty i — jeśli nie uda im się znaleźć innego pomysłu na nowe brzmienie — to skończą tam, gdzie od 40 lat tkwi Jan Garbarek, grając mistrzowskie koncerty po zimnych pustych kościołach, gdzie starsze panie ubrane w wieczorowe kreacje walczą ze wszystkich sił ze snem. W związku z czym cieszę się, że zobaczyłem ich tu i teraz, w chwili totalnego nasycenia ich płytami i absolutnego wkręta w to, co grają. Mimo kurczowego trzymania się albumowych brzmień, ograniczenia improwizacji do minimum, tak, jakby ciągle starali się udowadniać, że tak, jesteśmy strasznie młodzi, ale naprawdę potrafimy zagrać na żywo te wszystkie skomplikowane konstrukcje, to jest jednak taka muzyka, która jak na razie porywa mnie w każdych warunkach. Za pół roku, kiedy ich albumy spadną mi ze stałej rotacji na winampowej plejliście, byłbym pewnie bardziej marudny. Całkiem bez sensu, bo to naprawdę obłędny kwartet, który przez półtora godziny potrafił zawładnąć nabitym po dach klubem.
Zapolujcie na nich jak najszybciej (odgrażali się, że znów przyjadą, lekko zaskoczeni publiką w ilości jakiś 400 osób, reagujących żywiołowo), bo za parę lat mama z babcia będą chciały was wyciągać na ich koncert.
Obrazek ruchomy trochę w wersji pixelartowskiej, bo jak zwykle nie sprawdziłem rozdziałki przed wciśnięciem start. Ale za to dźwięk się ładnie nagrał.


Pogłaskaj









6 komentarzy
a masz może wejście dla kolegi? sss9(Cytuj)
Pani Żona powiedzieli, że jak się nie będziemy całować, to możemy iść razem. Ja będę pkt 20:00, z góry odmawiam grejpfrutówki. Marceli(Cytuj)
oki, bez całusów i bez owoców będę o 20. ;) sss9(Cytuj)
Taaa, wiem do kogo było to o przepłacaniu! Ale trudno, na pewno jeszcze przyjadą, a być na Regenbogen Ball — bezcenne:) sheik.yerbouti(Cytuj)
Tak naprawdę to wcale nie chcę wiedzieć, ale zapytam — i jak? Mariusz Herma(Cytuj)
Już uzupełnione:) Marceli(Cytuj)