Znowu Alicja
Categories: eyecandy
nadal nie będę jechał po Burtonie, ping-pong zresztą spadł na bloga MRW* i tam sobie pozwoliłem na delikatnego hejtspicza wobec nowej odsłony Wonderlandu (trzymając się zasady, że na tem bloku nie ma krytykanctfa), ale że premiera disneyowskiego cukiera tak czy tak stanowi doskonała okazję do nawracania ludzkości na alicjanizm, to pozwolę sobie na kolejną notkę w temacie, bo trafiłem na przemiłą wersję Alicji w wykonaniu samego Ralpha Steadmana.

Gonzo in Wonderland to zdecydowanie ciekawsze podejście, niż Disney in Wonderland, choćby dlatego, że Steadman pozwala Alicji być sobą — wstrętnym, wścibskim bachorem z setką pytań na sekundę, rozkapryszoną dziewczynką z przerostem ego, cierpiącą na dziecięcą wersję spleena, i pozbawioną zbawczego w takiej sytuacji dostępu do dragów, nie licząc przymulającego laudanum. Jego Alicja to mała paskuda, wijący się koszmar, źródło chaosu i totalnej rozpierduchy, jawiąca się oczom współczesnych dokładnie tak samo, jak jej literacki pierwowzór musiał wyglądać w oczach wiktorian.

Steadman idealnie wychwytuje obłęd, tkwiący we wszystkich postaciach wymyślonych przez Carrolla, nie rzuca go jednak na pierwszy plan, pozwala, żeby delikatnie zaburzył cały rysunek postaci, ale nie robi z niego głównej atrakcji. Białemu Królikowi trzeba przez chwilę czujnie spoglądać w oko skierowane na zegarek, żeby w pełni do nas dotarło, jak bardzo ta postać puściła się poręczy, jak mocno została zagarnięta przez obsesję na punkcie czasu i punktualności, jak bardzo przerażona jest ewentualnym spóźnieniem.

A Dżdżownicę przeklejam ot tak, bo fajny. Zdecydowanie przyjemniejszy niż niebieski robal, którego cała mądrość zdaje się polegać na nie trzymaniu w płucach tych wszystkich kłębów dymu, jakie wypuszcza na zlecenie disneyowskich producentów. Cokolwiek ci powie taki Pan Dżdżownica, na pewno będzie wymagało poważnych przemyśleń i głebokiego zastanowienia nad tym, czy tego rodzaju obłąkane stworzenie pociągające z charakterystycznej hunterowskiej fifki, na pewno może ci wskazać właściwą ścieżkę w życiu. Carroll wiedział, że tak, ja wiem, że tak, ale Steadman jest ostrożniejszy, w żaden sposób nie ukrywa, że Dżdżownica to lkawał rasowego ćpuna i lepiej nie ufać mu bezkrytycznie.

Wonderland Steadmana jest dokładnie taki jak ma być — utopiony w oparach halucynacji, mroczny, dziwaczny, niepokojący, odrzuca na pierwszy rzut oka i na pewno nie jest krainą, w której małe czy duże dziewczynki mogą cokolwiek zdziałać z pomocą uciesznych gadających zwierzaków. W jego wersji znudzenie Alicji, to jedyna broń przed wszechobecnym szaleństwem, jej działający wciąż na najwyższych obrotach umysł, to ostatnia tarcza przed światem, który trzyma się do kupy tylko dzięki temu, że wszyscy mieszkańcy zgodzili się na współudział w wariactwie i żyją w kompletnie wirtualnej, całkowicie wymyślonej nierzeczywistości. Alicja Steadmana to nie bajeczka dla popcornowców, tylko brutalna, hardkorowa jazda przez świat w którym nie ma pewników, nie ma żadnych racjonalnych punktów odniesienia i nie ma nikogo chętnego do bezinteresownego tłumaczenia, dlaczego zbiorowy obłęd, to gwarantująca sukces obrona przed krwawą tyranią.
I pod tym Carroll by się raczej podpisał.
(temat i obrazki kradzione z Uncommon Nonsense )
* spora część komentarzy jest zROTowana, żeby ukryć spojlery, więc ta maszynka może się przydać: http://www.rot13.com/











12 komentarzy
A grałeś w American McGee’s Alice? Tam to dopiero były odloty. Barts(Cytuj)
Oczywiście, jedna z tych gier, do których instalkę mam zawsze na jakiejś partycji. Przy okazji, jako, że platformers ze mnie żaden, to do dziś mam ją za jedną z najtrudniejszych gier w jakie grałem.
Plus pytanie na pytanie — widziałeś tragiczna porażkę McGee’a z Braćmi Grimm? Bo zagrałem 3 epizody i coś mi w środku umarło z przykrości. Marceli(Cytuj)
Nie, nie miałem przyjemności… Takie fatalne? Bo skriny wyglądały ładnie. Barts(Cytuj)
od środka trochę gorzej, choć scenografia ok. Ale cała gra by się idealnie nadawała na woistycznego ranta o słabych fleszówkach, bo naprawdę kompletnie niczego nie wymaga poza w sumie dość przypadkowym machaniem myszą. I jest nudna, znaczy całe bieganie niby ma jakis tam pretekst fabularny, tyle, że do niczego nie zachęca. Jak się bardzo bardzo nudzisz, to 7 pierwszych epizodów jest na torrentach (bo na gametapie blokada dla 3go świata), rzuć okiem, może wykryjesz w nich jakiś urok, który mi umknął. Marceli(Cytuj)
Thank you, but no, jak powiedział pewien lemur. Jeżeli mówisz że słabizna, to ja Ci wierzę i z pozycji “sprawdzić kiedyś” spada na “sprawdzić, jak już nie będę miał nic lepszego do roboty”.
Tym niemniej Alice była cool.
A co do filmu, to kurczę, jeszcze nie byłem i nie mam czasu w ten weekend i przez to mnie Wasz flejm omija, grrr (bo się boję spojlerów). Barts(Cytuj)
Śliczne. Na Walta Burtona gonię w weekend, wtedy szepnę słówko. Pijotr(Cytuj)
Steadmanowski pan gąsienica kojarzy mi się z tym stworem z “nagiego lunchu” Cronenberga. awitu(Cytuj)
Zastanawiam się, jak “literacki pierwowzór wyglądał w oczach wiktorian”, i wychodzi mi, że wyglądał tak, jak go narysował John Tenniel, z którym Carroll toczył (przegraną) wojnę o szczegóły i ogóły. A Alicja na powyższych rysunkach wygląda jak lekko zmodyfikowany cytat z Tenniela, w odróżnieniu (na szczęście) od reszty menażerii.
Co do Steadmana, bywa czarująco dosłowny, jak choćby tutaj:
Steadman jest bosko szalony. A jego przyjaciel, choć odszedł, ciągle miesza w głowach http://totallygonzo.org/ jah(Cytuj)
Wiem skąd ten wniosek:) Ale tennielowa Alicja jest trochę sympatyczniejsza, Steadman tymi kilkoma prostymi modyfikacjami podkreśla raczej tę jej gorszą stronę, tę która tak właściwie jest siła sprawczą całej fabuły. U Tenniela to jest zagubione dziecko, nieśmiało wyglądające zza zasłonek, ze wszystkich sił próbujące nie rozsadzić sobą małego pokoiku, ze zdumieniem wpatrzone w flaminga, a Steadman nadaje jej rys tej, która wiecznie coś knuje, takie dziecka, które da się i owszem zaskoczyć nagłym wzrostem, ale tez natychmiast się zacznie nad tym zastanawiać. I po mojemu taka Alicja jest bliższa książkowej Marceli(Cytuj)
A ja bym chciał zobaczyć najbardziej pojechaną wersję White Rabbita.
Frank Brunner też włożył swoje grosze do tematu. U niego w łonderlandzie Alis śmiga bez ciuchencji. sutencje(Cytuj)
Update: totalnie się zgadzam. Nawet to 3D nie było jakieś takie wypasione.
Pod koniec miałem wrażenie, że z filmu zrobi się dziwna, disturbująca wersja Indiany Jonesa.
Blargh. Forgetful stuff. Pijotr(Cytuj)