Pierwsze

i ostatnie spotkanie z Kapuścińskim, jakiego doświadczyłem na żywo, odbyło się na studiach i trwało dziesięć minut, w trakcie której silną i zdecydowaną w poglądach ekipą uznaliśmy, że lewacki dziadunio dukający coś z wysiłkiem coś o zagrożeniach globalizacji, jest zdecydowanie mniej atrakcyjny od blantów pod Korfantym i piwa w Króliku.

I tak mnie jakoś nie ciągnęło do książek, choć w domu stały, Cesarza co i rusz cytował któryś z brodatych wujków, ale traktowało się to raczej jaki uwielbienie do Maryli Rodowicz i Krzysztofa Krawczyka – skoro im się podoba, to ni chuja fajne być nie może. Fajny wtedy był Babel i jego Pierwsza Konna, bo zakochiwałem się w splatterowych opisach, zajebisty był wtedy Capote bo był LITERATURĄ, a Kapuściński na starcie sam się skreślał, pisząc o jakiś rewolucjach w krajach które nikogo nie obchodzą, w dodatku prowadzonych przez jakiś lewicowych świrów.

A potem kiedyś na ciężkiej zwale po domówce u kolegi, kiedy nos zapchany spać nie pozwalał, a tematy do rozmów skończyły się zarzyganiem podłogi, z nudów zgarnąłem z półki Kirgiza Schodzącego z Konia, bo co tu robić, skoro wszyscy padli, a do domu daleko.

I nagłe halo: ej, tu przecież nie ma polityki. Tu są zdania piękne, jak u pana Hrabala, umiejętność obłędnego fotografowania słowami ludzi dziwnych i normalnych, pokazywania odległych krajów, tak, że przez chwilę zdają się zrozumiałe, no i przeobłędne portrety. Wsiąkłem, ukradłem książkę (zawsze sobie wszyscy wzajemnie kradliśmy książki) i tak się zaczęło. Poszły klasyki, po Szachinszachu już miałem w głowie obraz gościa, który naprawdę potrafi składać takie zdania, że nie da się od nich urwać, że wchodzą do głowy na zawsze, mistrza w narzucaniu swojej perspektywy, zdolnego zmusić czytelnika, żeby całkowicie się poddał i zobaczył dokładnie to, co autor chciał pokazać. Jakaś podskórna ponurość tych wszystkich opowieści, totalny smutek wszystkich światów jakie opisywał, zgrzebność i ubóstwo kazały mi go kojarzyć z Conradem, na którego jak wszyscy na roku miałem lekkiego, indukowanego wkręta, bo opiekun naszych seminarek był i pewnie jest nadal jednym z najlepszych conradystów w Polsce i każde zajęcia były o Conradzie i tak, jak w przypadku Korzeniowskiego, od kilku tekstów pana Ryszarda się mocno uzależniłem.

Stąd też pomysł, żeby dziś dzień cały przepierdolić na leżeniu wentylem do góry, słuchaniu Mos Defa i czytaniu Kapuściński Non-fiction, spisanej przez pana Domosławskiego.

I zobaczył pan, że to dobry pomysł był, bo dowiedziałem się po skończeniu tego tomiszcza (tak gładko napisanego, że nawet nie wiadomo kiedy się przeczytało), jednej podstawowej rzeczy o Kapuściński – że należał do mojej ulubionej kategorii ludzi – Tych, Którzy Zawsze Dają Sobie Radę, niezależnie od okoliczności, systemów i ogólnego fakapu rzeczywistości. Historia dzieciaka z nauczycielskiej rodziny z Pińska, który dzięki czystemu uporowi i konsekwencji dochodzi do tytułu Dziennikarza Stulecia i staje w równym szeregu z noblistami, jest w całej swojej rozciągłości opowieścią o self-made manie, który wymyślił się od podstaw i praktycznie do samego końca w pełni kontrolował swój wizerunek, doskonale wiedząc, co i jak chce swoimi postawami przekazać. Z książki Domosławskiego wynika jedno – najpiękniejszym tekstem Kapuścińskiego był Kapuścinski, jego życie, nie twórczość, z której po odarciu z pięknych zdań niewiele tak właściwie zostaje, biorąc pod uwagę ogrom zastrzeżeń faktograficznych i ideologicznych, skrupulatnie w książce wymienionych, opisanych i skomentowanych. Ale w pisaniu opowieści o Ryszardzie Kapuścińskim, autor nie musiała trzymać się faktów, mógł się tworzyć i ubarwiać wedle woli, konfabulować, koloryzować, podkręcać, poświęcać prawdę dla pointy i wyrazistości obrazka, tworząc obraz ideowca bez skazy, dziennikarza, który wszędzie wejdzie, mentora, mistrza i znawcy.

I choćby za to należał mu się przez te lata Nobel. Za przepiękne życie, które sobie wymyślił i w miarę możliwości starał się realizować, za umiejętność znalezienia się wszędzie i z wszystkimi, bez wchodzenia w konfrontacje, konflikty i waśnie. Nie za książki, bo popularną książkę może napisać każdy, ale za to, że zdołał przekonać wszystkich, że jest z własnej książki postacią. Nie naginając się do żadnego systemu, w który nie wierzył, potrafił w każdym z nich znaleźć sobie niszę, w której nadal mógł wymyślać Kapuścińskiego i jego przygody.

I to piękne jest. Właściwie chyba druga książka w Polsce po Grupach na wolnym powietrzu Barbura, która pokazuje, że naprawdę przez 50 lat socjalizmu istnieli Ludzie, Którzy Sobie Radzą – nie mendzą, nie modlą się pod kruchta, nie płaszczą przed partyjnymi, tylko po prostu robią swoje i realizują swoje pasje. Ktoś by mógł się pokusić kiedyś o większą monografię takich postaci, bo to oni chyba jako jedyni nadają się na wzorce z tamtej epoki. Nie partyjni i nie zbuntowani, tylko właśnie tacy, którzy nie wchodząc w drogę jednym i drugim, potrafili żyć po swojemu. Po tych wszystkich wyrzygliwych kombatanckich biografiach, onanistycznych laurkach opozycjonistów i mętnych tłumaczeniach byłych władców, właśnie tacy ludzie jak Barbur czy Kapuściński okazują się najciekawsi, potrafiąc konformizmem osiągnąć o wiele więcej niż buntem, czy pchaniem się na awans w strukturach władzy.

Może książka Domosławskiego spowoduje, że o takich postaciach będzie się wspominało z większą sympatią. Bo im się niewątpliwie należy.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

9 Responses to Pierwsze

  1. eli.wurman says:

    A Królik to jeszcze istnieje?

  2. dr Charles Kinbote says:

    Widzisz, a autorytety taki szum robiły o „Non-fiction”. I rzeczywiście – czyta się jedwabiście.

    Chociaż, chyba przyznasz, pod koniec życia sam Kapuściński chciał zzuć kostium tego Kapuścińskiego, który tak Ci się podoba i zakuć się w zbroję Mędrca i Poety. Co dobre nie było – bo mądrości z kolejnych Lapidariów to Koeljo, a wiersze to zdania połamane enterem.

  3. Marceli says:

    Kró­lik

    Nie, zabite dechami, życie studenckie już nie jest jak kiedyś, teraz obok uczelni jest wegebar…

    Lapi­da­riów

    O, własnie, zapomniałem o tym zupełnie, ze były jeszcze przecież te straszne kawałki w wyborczej wtedy, które wybitnie zniechęcały do czytania Kapuścińskiego.

  4. dr Charles Kinbote says:

    Wiersze też bolą, uwierz mi. Byłem nimi indoktrynowany przez uszy podczas zajęć z retoryki. Pani profesor prowadzaca była bezrefleksyjnym czcicielem R.K. [Swoją droga to częsta postawa w kręgach akademickich.]

  5. chiara76 says:

    biografia mnie nie interesuje, generalnie w ogóle grzebanie w cudzych życiorysach mnie mało interesuje (znam osoby, które odwrotnie, szalenie wielbią biografie wszelakie) natomiast muszę Ci powiedzieć, że zdziwiłeś mnie, jak wyczytałam, że przez dłuższy czas wzdragałeś się przed spotkaniem z jego książkami. Nie wiem, dlaczego, ale byłam przekonana, że kto jak kto, ale Ty byś był zainteresowany.

  6. Marceli says:

    bio­gra­fia mnie nie inte­re­suje, gene­ral­nie w ogóle grze­ba­nie w cudzych życio­ry­sach mnie mało inte­re­suje

    ja też jakims szczególnym fanem nie jestem, w zyciu przeczytałem może z 5 biografi – Hitchcocka, Wellsa, Capote’a, Dicka i kogos tam jeszcze, ale w tej akurat fajne jest to, że się ją czyta po prostu jak kolejna książkę Kapuścińskiego – taką, której nigdy nie napisał i raczej by nie mógł, ale za to różne kawalki przemycał we wszystkich innych.

    A co do samych książek, to w pewnym momencie próbowało mi wkręcić zachwyt nad nimi za dużo osób, którym nie wierzę jak psom jak mówia i piszą o książkach i tak przez długi czas absolutnie mnie nie ciągnęło. Pewnie gdyby nie to znudzone spotkanie z Kirgizem, to do dziś bym miał je nie przeczytane.

  7. macio says:

    nabylem rzecz w zewszlym tygodniu i dlubie powoli. dokpuilem tez brakujace ksiazki mistrza i mam miesiac z Kapustą.

  8. dr Charles Kinbote says:

    Marcel, nie tłomacz się. Jak można w ogóle postawić takie założenie, że biografia pisarza to grzebanie w czyimś życiorysie? Ksiązki nie powstaja w próżni. Piszą je żywi ludzie, którzy z innymi – najczęściej nie mniej żywymi – wchodzą w mniej lub bardziej ciekawe interakcje, mają romanse, nieudane dzieci, udane zwierzęta domowe, bywaja w różnych miejscach i w różnych grach społecznych uczestnicza. Można się ot tak po prostu napawać Dostojewskim, Kafką, Plath, Joycem nie wiedzac – i nie chcąc wiedziec – jakim ciśnieniom podlegali? Przecież bez tego odczytanie ich dzieł nie jest pełne. Mnie wiele dało zaznajomienie się z J.J poprzez Ellmanna, wiedza o katordze, padaczce i domowych obsesja wujka Fiedki, fakt, że Franz zasuwał w ubezpieczeniach i że Ted Hughes raczej by nie wygrał plebiscytu na męża roku. Oczywiście, wielcy pisarze wznoszą się ponad środowiskowe ploteczki i małżeńskie perturbacje, dążą do uogólnienia własnych doświadczeń i zamykają je w metaforze, ale impuls do napisania czegoś – czegokolwiek – zawsze płynie z najbliższego otoczenia tfurcy. I najczęściej to otoczenie jest mięsem, na którym żeruje.

    Tym bardziej u Domosławskiego zarzut grzebania i wywlekania tajemnic był tylko grymasem ze strony warszawsko-krakowskiego kołtuna, który lub stawiać kapliczki i przerabiać autora w autorytet. Pozamałżeńskie związki Kapo zajmują w „Non-fiction” rozdział – i to cieniutki. Ciężkie relacje z córką – jedną stronę.

  9. Barts says:

    Hmm, a może by tak kiedyś pan Marceli się zawziął i walnął tę recenzję Grup na wolnym powietrzu, co to się kiedyś pan Marceli odgrażał że ją popełni? Ja nie mówię że do wykorzystania na pewnym martwym blogu, ale choćby dla coponiektórych zainteresowanych, jak to na przykład ja?