Deadline Addicts
Categories: Myślenie szkodzi
“I love deadlines. I like the whooooooooooooooooooooooshing sound they make as they fly by.”
Dobra, niby obiecywałem, że postów z myśleniem nie będzie, ale raz – trochę się wypstrykałem z pomysłów na podrzucanie rekomendacji, a dwa — obowiązująca formą blogową jest wyrzyg wewnętrzny, więc czasem można poflirtować z konwencją. Niby coś nadal czytam i oglądam, ale wcale nie wiem jeszcze, czy chcę to komuś wkręcać — o Ogrodach Kensington pewnie tu coś napiszę, jak tylko je skończę, ale że mam ostatnio koncentrację 3 latka siedzącego przed Cartoon Network, to mimo, że książka zajebiście mi się podoba, idzie mi z tym czytaniem, jak z przeżuwaniem kebabu w Sfinxie – niby dobre, ale kurewnie się wlecze i co chwila trzeba sobie robić przerwę na fajkę.
W związku z tym się snuję, klikam na fora i w różne blogi (znalazłem jeden cudowny – wylądował w Rzeczypospolitej Świrolskiej), patrzę na jakieś debilne klipy w tubie i w googlach, jaram fajki i piję czwarta kawę – i tak od ósmej rano, choć buk jeden wie po co się ostatnio o takiej hardkorowej godzinie budzę, skoro idę spać o 3 czy 4.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że mam co robić – mógłbym skończyć korektę merytoryczną idiotycznego przewodnika, z którym się już pieprzę od dobrych paru miesięcy. Mógłbym siąść i w trzy godziny mieć to z głowy, odesłać gotowe tłumaczenie i zapomnieć o tym cholerstwie raz na amen i nie brać już nigdy w życiu nic do tłumaczenia od tego wydawnictwa, tyle, że problem jest taki, że nie mam dedlajnu – pan przyślesz, kiedy skończysz i już.
Teoretycznie zajebisty układ, tylko, że nie dla mnie. Odkryłem po prostu, że jestem niewolnikiem dedlajnu i że generalnie nie mogę, tak jak Adams z tym cytatem na początku tego wrzutu. Tzn mogę, ale tylko do pewnego momentu i że tak czy tak, ktoś mi musi dać OSTATECZNY TERMIN. Paranoja jakaś posrana z góry na dół, ale przynajmniej wiem skąd mi się wzięła, więc uczęstuję was teorią, co ją kiedyś na okoliczność tego schorzenia wyknułem.
Bo jest tak, że dedlajn to jest dziejowa sprawiedliwość i kara boska za grzechy młodości, przynajmniej w moim przypadku. Nienawidziłem szkoły, do dziś zresztą mi się wydaje, że wynalazek przymusowej edukacji, to jakiś totalny kretynizm i cały czas, kiedy wtłaczano mnie w te lekcyjne ramki (a trwało to z krótkimi przerwami równe 20 lat) trafiał mnie szlag, że mnóstwo ludzi coś ode mnie chce i zawraca mi dupę jakimiś totalnymi pierdołami. A co gorsza ci ludzie mają jakieś wymagania, typu chcą sprawdzać, czego się nauczyłem – nie wiedzieć po co, bo po samej tępej mordzie było widać, że na wiedzę jestem impregnowany skutecznie. Ale nie – co chwila jakieś sprawdziany, kartkówki, testy, w latach późniejszych kolokwia, egzaminy i obrony. Non stop ten sam system – weź i tego dnia, o tej godzinie udowodnij jednemu z drugim, że ich starania nie były na psichuj. No szlag – po co? Co ich w końcu obchodzi, czy coś pamiętam z historii literatury XIX wieku albo co gorsza, co to jest logarytm. I oni i ja wiedzieliśmy, że ta wiedza jest bez sensu – jeśli będzie mi potrzebna, to ją zdobędę, jeśli nie, to o co chodzi? Ale nie – system is system, czyli o tej i o tej stawiasz się i głosisz albo piszesz, co tam wiesz z danej dziedziny, a jak dobrze napiszesz, to masz z tego jakiś profit, typu ocena. No to się z reguły nie stawiałem. Raz, drugi, trzeci, narastający wkurw wokół mojej osoby, plus otwarte konflikty w temacie ignorowania poleceń. (A wystarczyło po prostu spróbować mnie przekonać – nie ważne zresztą). Nauczyłem się przy tej okazji jednak, że nieistotne, jak długo stawiałbym opór i próbował się wywinąć, większość tego typu jazd kończyła się brutalnym narzuceniem OSTATECZNEGO TERMINU. Czasem to było żałosne, jak egzamin komisyjny z wu-efu, który musiałem zdawać praktycznie co roku, bo poza tymi dorocznymi okazjami noga moja na salach gimnastycznych nie postała, a czasem dość hardkorowe zabawy pod tytułem zmieńmy sobie przyszłość jednym głupim posunięciem, czyli „Dzień dobry, w imieniu Rektora informujemy, że został pan oficjalnie skreślony z listy studentów naszego wydziału, bo coś tam – papiery nie doniesione, egzamin olany, prace nie oddane, brak zalki z BHP” (tu zacząłem się przyzwyczajać, jak zostałem skreślony po raz 3 i okazało się, że to tylko kolejny bezsensowny straszak). Faktem jest, że OSTATECZNY TERMIN to jedyna rzecz, która działała na mnie mobilizująco – zabierałem się do roboty na dzień lub trzy przed i lecąc na wspomagaczach i silnej woli pakowałem sobie w czapę jakąś wiedzę, żeby w końcu iść i mieć to z głowy, przynajmniej na czas jakiś.
Dzięki temu generalnie, mimo że w końcu na studiach zaczęła mi się idea edukacji podobać, nie mogłem się doczekać, kiedy się wreszcie z tego systemu wyrwę. Że pójdę do jakiejś bezsensownej roboty typu 9–17, potem wrócę do chaty i kompletny reset: przytulanie Maj Lovli Łajf, wino, książka, filmy i ogólne forget about job.
I wszystko dobrze, tylko po 3 latach roboty seryjnej typu etat w różnych miejscach, okazało się, że sory – bez dedlajnu to ja już nie mogę. Nie mam wyznaczonego terminu – nie robię nic. Nie wisi nade mną kara za niedotrzymanie umowy – leżę do góry wentylem i kontempluję sufit. Siedziałem te 8 godzin każdego dnia i dotarło, że jeszcze chwila i naprawdę będzie dno kompletne – w robocie nie robiłem nic, bo to wystarczało do otrzymania pensji, w domu nie robiłem nic, bo byłem zmęczony po robocie. Spirala śmierci z nudów.
I co się okazało – wystarczyło, że walnąłem robotą i przeszedłem na tłumacko-dziennikarskie frilanserstwo, a w mym życiu znów znowu pojawiły się osoby, które coś ode mnie chcą, trują mi dupę i zawracają głowę via mail, talk i telefon, bym poczuł zew żywiołu. Dedlajn okazał się wybawieniem ze spirali śmierci z nudów. Znów mogę nienawidzić tych, co się upominają o swoje zlecenia, ale przynajmniej mam motywację do tego, żeby cokolwiek robić. 20 lat tresury edukacyjnej stworzyło potwora – jest termin, jest motywacja — jest robota. I jest generalnie jakaś tam satysfakcja z tej roboty, nie tylko finansowa. Normalny pies Pawłowa działający na gwizdek…
Z jednej strony mnie to przeraża – bo brak dedlajnu kończy się właśnie takimi jazdami, jak dzisiaj – baj de łej w ramach nicnierobienia i przerwy w pisaniu tej elabory, umyłem łazienkę, ręce mi walą domestosem i czuję jedność z klasą robotniczą – ale z drugiej strony, mam przynajmniej jakieś pattern recognition i świadomość, że są systemy w których działam jeszcze gorzej niż w systemie dedlajnowym. A w bonusie dodanym sprzedałem też tę teorię dzisiaj na jednym forum dziennikarskim i wyszła rzecz całkiem pocieszająca – ta mutacja nie jest aż tak rzadka, deadline addicts to nawet całkiem spora nisza…











11 komentarzy
wiesz, co? chyba faktycznie brak dedlajnu rzuca się na Twe samopoczucie;O)) To nie wiem, co, życzyć Ci tegoż? Z proletariackim pozdrowieniem (chociaż z Leninem tu nie dają) chiara76(Cytuj)
:)
Niekoniecznie, na razie czekam na ocenę paru próbek i potem znając moje tradycyjne szczęście znajdę się w świecie jednoczesnego tłumaczenia kilku rzeczy, wszystkich na wczoraj… Marceli(Cytuj)
Brain, ja mam bardzo podobnie. Musze miec jakies ograniczenia i jakies dedlajny. I to dedlajn nie moze byc zbyt oddalony w czasie. Mialam swego czasu trzy miesiace na napisanie pracy dyplomowej, skonczylo sie na tym, ze przez miesiac sie obijalam, bo jeszcze tyyyyleeeee czasu, drugi miesiac niby zbieralam literature, a pisalam dopiero w trzecim, i to tak raczej na “odwal sie”. Sama sobie czasem narzucam dedlajny, terminy itp. i to w kwestiach, ktore sa przyjemnoscia takze! Np. jesli wystawa jest dostepna do pierwszego tygodnia stycznia, to oczywiscie pojde na nia w weekend tuz przed zamknieciem jezeli sobie nie wyznacze konkretnej daty i nie zapisze jej w kalendarzu. Bo inaczej nigdy mi nie po drodze, a przeciez chce te cholerna wystawe zobaczyc!!! Masz na taki stan jakies usprawiedliwienie? Chyba jestem niewolnica samej siebie… Jakis taki control freak we mnie siedzi… chihiro(Cytuj)
Samemu sobie to ja mogę sobie ewentualnie wyznaczać cele bliskiego zasięgu, typu idź po flaszkę, kup po drodze fajki, a i tak zazwyczaj kończy się na przymilaniu do żony, żeby załatwiła te zakupy po drodze:) Jakieś idee typu, że za dwa miesiące pójdę na jakiś koncert (choć na przykład mam go zaznaczony w kalendarium eventów na last.fm) z reguły kończą się tym, że ostateczna decyzja zapada na pięć minut przed wyjściem (najczęście jest to p..dolę, nie idę, bo zimno, mokro, nie chce mi się, drinki drogie, muza taka niekonieczna etc — w kwesti usprawiedliwień, żeby czegos nie robić mam czarny pas po prostu). Za to z drugiej strony, w razie nagłej decyzji jestem w stanie 5 minut przed koncertem (sorry, że tylko o koncertach, ale od dłuższego czasu jest to dla mnie jedyna motywacja do wychodzenia z domu, nie liczac spacerów z psami) na tyle silnie się zmotywować, by nagle zacząc dopraszać się o wejściówki, szukać legitymacji prasowej i próbować się wkręcić na chama:)
Także sorry — żadnych usprawiedliweń, oprócz zaakceptowania własnego lenistwa i uczynienia z niego sposobu na zycie, podać nie mogę:) Guru byłby ze mnie raczej mocno słaby:) Marceli(Cytuj)
No sztary, jasne że bez terminu nie ma plonu. Też mam tak, odkąd pamiętam.
Ale czasami robi mi to bardzo źle. Bo czasem to uczucie, że powinienem coś zrobić, bo tu mam taki termin, a taki, tu się umówiłem tak a tak, czasem to mnie kompletnie niszczy. Nie moge robić nic. Czytam 60 zeszytów “100 naboi” jeden za drugim, bo mam napisać jakieś malutkie coś na zaliczenie przedmiotu. I dalej nie nic nie piszę. Rożnymi sposobami próbuję zebrać się do roboty, chociaż zacząć — alkohol, papierosy, dostępne w kuchni pobudzacze, epileptyczne wręcz dawki yerbamate lub kawey — wielki chuj. Im dłużej to trwa tym większa ogarnia mnie niemoc i depresja.
I teraz to się robi z tego jakiś dramat, bo magisterke powinienem stukać wieczorami, a mam pustego worda. Z promotorem nie zamieniłem zdania od zeszłej wiosny. Koszmar jakiś. Może by ktoś opracował jakieś ćwiczenie myślowe mające przekonać zwoje, że jak nic nie ma jeszcze, a termin się zbliża to można sobie poradzić inaczej jakoś, niż oddając się marzeniom o katalepsji. carmody(Cytuj)
damn… wsiadam i ja na kozetkę…
dzowni mama:
mama: co robisz maciek?
ja: uczę się, czytam, cos na zaliczenie piszę, no roboty po łokcie…
mama: a jadłeś obiad?
ja: tak jadłem, na uczelni
mama: dobra to nie przeszkadzam. zadzwonie później
ja: ok.… pa.…
wracam do leżenia, słuchania muzyki w pozycji embrionalnej przy małym głośniku, patrze w manitor i klikam po raz enty na te same blogi, zasysam kolejna płytę do niczego, wyrabiam sobie jeszcze większego garba…
teraz mam adhd (niezdiagnozowane), 30-godzinne maratony bez snu, weekendy wyrwane z życiorysu, prawie uzależnienie od tigerów, tracków i bullitów (bo redbull za drogi), a wszystko przez dedlajn!
w sumie to nie wiem czego nie kontynuuje trendu z peirwszego roku studiów. lubiłem leżeć, słuchać muzyki, szczególnie takich megapopowatych i pseudorockujących produkcji i na siłę doszukiwać sie w nich sensu, talentu, prawdy.
w sumie to nadal chodze zgarbiony…
ale za nic w świecie nie chciałbym wrócic do poprzedniego stylu życia.
DDL, niech będzie błogosławiony;p iammacio(Cytuj)
system mi powiedział, że za szybko komentarze pisze– to chyba najlepsza diagnoza ever;p iammacio(Cytuj)
no ładnie, kącik samopomocy psychicznej się nam tu wytwarza, może zawód na stare lata zmienię i strzelę se w chacie kozetkę, na której będę gnębił smutne stare baby niedyskretnymi pytaniami :)
Na pocieszenie powiem Wam, że na forum dziennikarskim tylko jedna dziewczyna stwierdziła, że jej dedlajny wiszą i oddaje wszystko przed terminem i ogólna reakcja była jak na białego słonia w centrum miasta, czyli jakeś ty się panienko uchowała :)
Pan Marceli jednakowoż postanowił pogdzić się z tym stanem i dalej nic nie robi. Następny dedlajn dopiero przecież na 20 grudnia… Marceli(Cytuj)
spoko, system tak ma :)
Macio, ty będziesz na tym Finku w końcu? Marceli(Cytuj)
@ fink
walcze z systemem, aby być iammacio(Cytuj)
Się zgodzę w przedpisaczami gdzieś tam wyżej — nie ma jak dedlajny, a najlepsze są takie na wczoraj — wtedy to się dopiero fajnie pracuje! Adrenalina na całego, pełna mobilizacja.
> Następny dedlajn dopiero przecież na 20 grudnia…
racja, dedlajn na zakup prezentów świątecznych. ech… martolka(Cytuj)