Wreszcie
Categories: Czytanki

idealny wręcz do tego, żeby sięgnąć po:

i pobyczyć się przez 3h, czując ogromną radość nie tylko z tego, że Joe R. wreszcie znalazł w Polsce swojego wydawcę ale i tłumacza, który potrafi wycisnąć z niego wszystkie soki (tak, oczywiście, że jest moim kumplem, ale to nie ma nic do rzeczy, podobnie jak nie miało w przypadku Bradbury’ego). Jako, że Lansdale jest w kraju nad Wisłą wybitnie niedoreprezentowany — jak dotąd ukazał się jedynie Sezon na szaleńców, którego się nie da dopaść, parę opowiadań poupychanych po słabych antologiach i wstęp do jednego z tomów Kaznodziei, to należy mu się kilka słów wprowadzenia. Choć właściwie sprowadza się ono do jednego prostego stwierdzenia:
Joe R. jest kurwa mistrzem.
Żyje już prawie sześćdziesiąt lat, natłukł powieści tyle, że pewnie sam nie pamięta ile, a zbiory jego opowiadań zajmują lekko z dwie półki przeciętnego regału, siedem razy zgarniał Stokera za najlepsze horrory (prócz tego dziewięć razy był do niego nominowany), regularnie odbierał też liczące się nagrody dla twórców kryminałów, dostarcza co i rusz materiał filmowcom, z którego potem powstają choćby takie mistrzowskie wprawki:
albo i kultowe klasyki taniego horroru:
robi również w komiksach (Batman, Jonathan Hex) i ogólnie czego by się nie tknął to mu wychodzi. A jak nie pisze, to uczy ludzi jak zabić misia grizzly gołymi rękami, bo przy tym wszystkim jest jakimś światowo uznawanym specem od machania kończynami w celach zabójczych.
A w pisarstwie czarny pas ma bez wątpienia w dwóch kategoriach: dialog i konstrukcja postaci. Zupełnie bez żadnej ściemy, nie znam chyba w amerykańskiej literaturze sensacyjno-kryminalnej drugiego takiego autora u którego dialog byłby podstawowym źródłem napędzania akcji. Tak, jakby wziął i wycisnął to co najlepsze u Chandlera (wisecracking i one-linery) oraz Spillane’a (konstrukcja dialogów na zasadzie pingponga z coraz ostrzej podkręcanymi piłkami, prowadząca w końcu do wybuchu) i stworzył świat, w którym rozmowy nie mają prawa być nudne. I tu właśnie najlepiej widać tłumacza, który zrobił wszystko, żeby w Lipcowym mrozie hulały dokładnie tak samo jak w oryginale, wyciągając z tex-mexowego slangu bohaterów Lansdale’a cały ten niespieszny rytm i morderczą ironię, która kryje się w praktycznie każdym zdaniu wypowiadanym przez bohaterów powieści.
Bohaterowie jego książek, to natomiast macho na nowy wiek. Niby jest już jeden koleś, który próbuje stworzyć ubertwardziela z Teksasu i sprzedaje go jako nowy model męskości — Lee Child i jego seria o Jacku Reacherze — no ale nie ma co ukrywać, że przy takim Jim Bobie Lukem czy obłędnym duecie Hapa Collinsa i Leonarda Pine’a (ten drugi to Murzyn i gej), Reacher jest po prostu płaczliwą cipą, która musi polegać głównie na broniach dużego kalibru. Jim Bob Luke, który pojawia sie tej powieści (i robi też za mostek łączący z cyklem o Hapie i Leonardzie), to były Zielony Beret, mistrz zabójczego machania kończynami, prywatny detektyw i olbrzymia tłusta świnia, której wredność i skuteczność można porównać chyba tylko i wyłącznie z Falstaffem (i to bardziej z tym z Roberta Nye’a niż z Szekspira). Tu akurat pomaga człowiekowi, który w obronie własnej ustrzelił włamywacza, co staje się źródłem wielu problemów ze skorumpowaną policją i różnymi innymi nieciekawymi postaciami.
Świat z książek Lansdale’a, to czysty noir, gdzie każdy każdemu chujem, władza to zło, policja to narzędzie szatana, a ostatni uczciwy szeryf skończył w wariatkowie, dlatego też jedyne wartości jakie się liczą, to prywatne kodeksy moralne oparte na wierze w honor, oraz przyjaźń (męska oczywiście, kobiety Lansdale’a są czysto noirowe, znaczy dużo pyskują, ale nie mają na nic wpływu). I działa ta mieszanka niesamowicie (najlepiej w cyklu Hapa i Leonarda, który miejmy nadzieję też wyjdzie, przynajmniej kilka pierwszych tomów), między innym dzięki temu, że została wyprowadzona z wielkich metropolii na teksańskie bądź louisiańskie zadupia zamieszkane przez owcojebców, pedofili, seryjnych morderców i inne postaci charakterystyczne dla amerykańskiego południa. I to właśnie tam bohaterowie Lansdale’a przywracają starotestamentowy porządek.
Oczywiście — literatura eskapistyczna, tanie pociechy dla mieszczuchów, wychowanych na westernach i filmach z Clintem, tyle, że stworzona w sposób absolutnie mistrzowski, nie dająca nawet chwili na oddech w trakcie lektury i nie pozwalająca czytelnikowi w czasie czytania zastanawiać nad tym, że przecież świat z oko za oko jako naczelną zasadą, podobno się nie sprawdza. Może w rzeczywistości tak jest, nie wiem, w jego książkach zemsta jest zawsze pięknym aktem i dotyka tych, którzy sobie na nią naprawdę zasłużyli.
Joe R. Lansdale. Przywraca wiarę w prostotę i podstawowe wartości. I chyba jako jedyny oprócz wielebnego Jesse Custera i Billa Hicksa nadaje się na współczesnego moralistę. I w dodatku wie, jak napisać powieść sensacyjną, która nie obraża czytelnika swoją głupotą.














6 komentarzy
Dużo, gęsto, dobrze. Dajesz, ziomuś. A kolega translator pęcznieje z dumy. dr Charles Kinbote(Cytuj)
Wygląda bardzo fajnie, tylko mógłbyś, Marceli, przy okazji wyjawić nazwisko tegoż tłumacza, skoro go tak chwalisz. Niech ma efektowne trafienie w googlu :P lotan(Cytuj)
No co, no co, dyskretnie siedzę w kącie i się rumienię.
Hap i Leonard jednakowoż raczej nie pójdą — z powodów już przez Marcela wymienionych, znaczy się dokładnie dlatego, że Leonard to Murzyn (najbardziej pyskaty czarnuch w Teksasie) i gej (aczkolwiek gotów wyskoczyć i z takim tekstem: “Ty, ale ty serio pukasz go w dupala? Od tego ma się buławę w brązowym kółku!”). C&T może wydawać Connolly’emu powieści, w których drugie skrzypce gra Louis, także samo czarny gej, bo — właśnie — to rola drugoplanowa… kolega Tetrix(Cytuj)
no właśnie, tłumacz! tłumacz! czy tłumacz jest na sali?:) chiara76(Cytuj)
Jest:) ale nie chciał sie nigdy deanonimizować, więc google search. Marceli(Cytuj)
Zdaniem tłumacza (liczy się jako deanonimizacja?) jest jeszcze lepszy kawałek do czytania Lansdale’a —
kolega Tetrix(Cytuj)