Wreszcie

Categories:  Czytanki

ide­alny wręcz do tego, żeby się­gnąć po:

i poby­czyć się przez 3h, czu­jąc ogromną radość nie tylko z tego, że Joe R. wresz­cie zna­lazł w Pol­sce swo­jego wydawcę ale i tłu­ma­cza, który potrafi wyci­snąć z niego wszyst­kie soki (tak, oczy­wi­ście, że jest moim kum­plem, ale to nie ma nic do rze­czy, podob­nie jak nie miało w przy­padku Bradbury’ego). Jako, że Lans­dale jest w kraju nad Wisłą wybit­nie nie­do­re­pre­zen­to­wany — jak dotąd uka­zał się jedy­nie Sezon na sza­leń­ców, któ­rego się nie da dopaść, parę opo­wia­dań poupy­cha­nych po sła­bych anto­lo­giach i wstęp do jed­nego z tomów Kazno­dziei, to należy mu się kilka słów wpro­wa­dze­nia. Choć wła­ści­wie spro­wa­dza się ono do jed­nego pro­stego stwierdzenia:

Joe R. jest kurwa mistrzem.

Żyje już pra­wie sześć­dzie­siąt lat, natłukł powie­ści tyle, że pew­nie sam nie pamięta ile, a zbiory jego opo­wia­dań zaj­mują lekko z dwie półki prze­cięt­nego regału, sie­dem razy zgar­niał Sto­kera za naj­lep­sze hor­rory (prócz tego dzie­więć razy był do niego nomi­no­wany), regu­lar­nie odbie­rał też liczące się nagrody dla twór­ców kry­mi­na­łów, dostar­cza co i rusz mate­riał fil­mow­com, z któ­rego potem powstają choćby takie mistrzow­skie wprawki:

YouTube Preview Image

albo i kul­towe kla­syki taniego horroru:

YouTube Preview Image

robi rów­nież w komik­sach (Bat­man, Jona­than Hex) i ogól­nie czego by się nie tknął to mu wycho­dzi. A jak nie pisze, to uczy ludzi jak zabić misia griz­zly gołymi rękami, bo przy tym wszyst­kim jest jakimś świa­towo uzna­wa­nym spe­cem od macha­nia koń­czy­nami w celach zabójczych.

A w pisar­stwie czarny pas ma bez wąt­pie­nia w dwóch kate­go­riach: dia­log i kon­struk­cja postaci. Zupeł­nie bez żadnej ściemy, nie znam chyba w ame­ry­kań­skiej lite­ra­tu­rze sensacyjno-kryminalnej dru­giego takiego autora u któ­rego dia­log byłby pod­sta­wo­wym źródłem napę­dza­nia akcji. Tak, jakby wziął i wyci­snął to co naj­lep­sze u Chan­dlera (wise­crac­king i one-linery) oraz Spillane’a (kon­struk­cja dia­lo­gów na zasa­dzie ping­ponga z coraz ostrzej pod­krę­ca­nymi pił­kami, pro­wa­dząca w końcu do wybu­chu) i stwo­rzył świat, w któ­rym roz­mowy nie mają prawa być nudne. I tu wła­śnie naj­le­piej widać tłu­ma­cza, który zro­bił wszystko, żeby w Lip­co­wym mro­zie hulały dokład­nie tak samo jak w ory­gi­nale, wycią­ga­jąc z tex-mexowego slangu boha­te­rów Lansdale’a cały ten nie­spieszny rytm i mor­der­czą iro­nię, która kryje się w prak­tycz­nie każ­dym zda­niu wypo­wia­da­nym przez boha­te­rów powieści.

Boha­te­ro­wie jego ksią­żek, to nato­miast macho na nowy wiek. Niby jest już jeden koleś, który pró­buje stwo­rzyć uber­twar­dziela z Tek­sasu i sprze­daje go jako nowy model męsko­ści — Lee Child i jego seria o Jacku Reache­rze — no ale nie ma co ukry­wać, że przy takim Jim Bobie Lukem czy obłęd­nym duecie Hapa Col­linsa i Leonarda Pine’a (ten drugi to Murzyn i gej), Reacher jest po pro­stu płacz­liwą cipą, która musi pole­gać głów­nie na bro­niach dużego kali­bru. Jim Bob Luke, który poja­wia sie tej powie­ści (i robi też za mostek łączący z cyklem o Hapie i Leonar­dzie), to były Zie­lony Beret, mistrz zabój­czego macha­nia koń­czy­nami, pry­watny detek­tyw i olbrzy­mia tłu­sta świnia, któ­rej wred­ność i sku­tecz­ność można porów­nać chyba tylko i wyłącz­nie z Fal­staf­fem (i to bar­dziej z tym z Roberta Nye’a niż z Szek­spira). Tu aku­rat pomaga czło­wie­kowi, który w obro­nie wła­snej ustrze­lił wła­my­wa­cza, co staje się źródłem wielu pro­ble­mów ze sko­rum­po­waną poli­cją i róż­nymi innymi nie­cie­ka­wymi postaciami.

Świat z ksią­żek Lansdale’a, to czy­sty noir, gdzie każdy każ­demu chu­jem, wła­dza to zło, poli­cja to narzę­dzie sza­tana, a ostatni uczciwy sze­ryf skoń­czył w wariat­ko­wie, dla­tego też jedyne war­to­ści jakie się liczą, to pry­watne kodeksy moralne oparte na wie­rze w honor, oraz przy­jaźń (męska oczy­wi­ście, kobiety Lansdale’a są czy­sto noirowe, zna­czy dużo pyskują, ale nie mają na nic wpływu). I działa ta mie­szanka nie­sa­mo­wi­cie (naj­le­piej w cyklu Hapa i Leonarda, który miejmy nadzieję też wyj­dzie, przy­naj­mniej kilka pierw­szych tomów), mię­dzy innym dzięki temu, że została wypro­wa­dzona z wiel­kich metro­po­lii na tek­sań­skie bądź louisiań­skie zadu­pia zamiesz­kane przez owco­jeb­ców, pedo­fili, seryj­nych mor­der­ców i inne postaci cha­rak­te­ry­styczne dla ame­ry­kań­skiego połu­dnia. I to wła­śnie tam boha­te­ro­wie Lansdale’a przy­wra­cają sta­ro­te­sta­men­towy porządek.

Oczy­wi­ście — lite­ra­tura eska­pi­styczna, tanie pocie­chy dla miesz­czu­chów, wycho­wa­nych na wester­nach i fil­mach z Clin­tem, tyle, że stwo­rzona w spo­sób abso­lut­nie mistrzow­ski, nie dająca nawet chwili na oddech w trak­cie lek­tury i nie pozwa­la­jąca czy­tel­ni­kowi w cza­sie czy­ta­nia zasta­na­wiać nad tym, że prze­cież świat z oko za oko jako naczelną zasadą, podobno się nie spraw­dza. Może w rze­czy­wi­sto­ści tak jest, nie wiem, w jego książ­kach zemsta jest zawsze pięk­nym aktem i dotyka tych, któ­rzy sobie na nią naprawdę zasłużyli.

Joe R. Lans­dale. Przy­wraca wiarę w pro­stotę i pod­sta­wowe war­to­ści. I chyba jako jedyny oprócz wie­leb­nego Jesse CusteraBilla Hicksa nadaje się na współ­cze­snego mora­li­stę. I w dodatku wie, jak napi­sać powieść sen­sa­cyjną, która nie obraża czy­tel­nika swoją głupotą.

A naj­le­piej się go czyta przy:
YouTube Preview Image

5 osób uznało, że da się to czy­tać.
Poślij w kosmos:
  • Wykop
  • Blip
  • Facebook
  • Twitter
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • Tumblr
  • Netvibes

6 komentarzy

  • At 2010.07.31 21:57, dr Charles Kinbote said:

    Dużo, gęsto, dobrze. Dajesz, zio­muś. A kolega trans­la­tor pęcz­nieje z dumy. (Cytuj)

    • At 2010.07.31 22:08, lotan said:

      Wygląda bar­dzo faj­nie, tylko mógł­byś, Mar­celi, przy oka­zji wyja­wić nazwi­sko tegoż tłu­ma­cza, skoro go tak chwa­lisz. Niech ma efek­towne tra­fie­nie w googlu :P (Cytuj)

      • At 2010.07.31 23:57, kolega Tetrix said:

        No co, no co, dys­kret­nie sie­dzę w kącie i się rumie­nię.
        Hap i Leonard jed­na­ko­woż raczej nie pójdą — z powo­dów już przez Mar­cela wymie­nio­nych, zna­czy się dokład­nie dla­tego, że Leonard to Murzyn (naj­bar­dziej pyskaty czar­nuch w Tek­sa­sie) i gej (acz­kol­wiek gotów wysko­czyć i z takim tek­stem: “Ty, ale ty serio pukasz go w dupala? Od tego ma się buławę w brą­zo­wym kółku!”). C&T może wyda­wać Connolly’emu powie­ści, w któ­rych dru­gie skrzypce gra Louis, także samo czarny gej, bo — wła­śnie — to rola dru­go­pla­nowa… (Cytuj)

        • At 2010.08.01 00:01, chiara76 said:

          no wła­śnie, tłu­macz! tłu­macz! czy tłu­macz jest na sali?:) (Cytuj)

          • At 2010.08.01 09:01, Marceli said:

            wyja­wić nazwisko

            tłu­macz! tłu­macz! czy tłu­macz jest na sali?

            Jest:) ale nie chciał sie nigdy deano­ni­mi­zo­wać, więc google search. (Cytuj)

            • At 2010.08.05 18:36, kolega Tetrix said:

              Zda­niem tłu­ma­cza (liczy się jako deano­ni­mi­za­cja?) jest jesz­cze lep­szy kawa­łek do czy­ta­nia Lansdale’a —

              (Cytuj)

              (Required)
              (Required, will not be published)

              Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.

              WP SlimStat