Nowa Muzyka 2010 – 2

Koniec sierpnia w Polsce, czas na plenerowe festiwale dla hardkorów. Jest zimno, piździato, z nieba co chwile wali mokrym syfem, nie ma namiotów, a warstwa błota zmieszanego z warstwą plastikowych kubków po browarach przypomina najlepsze czasy Oktober Festów w Parku Kultury, bo ktoś zapomniał postawić na terenie festiwalu chociaż jeden kosz na śmieci. Przed budkami wymiany legalnych środków płatniczych na kupony trwa walka na śmierć i życie, bo organizatorów chyba zaskoczyła frekwencja, a przed punktami z gastronomią, najczęstszym słowem nie jest staropolskie smacznego tylko lekko zdziwione chyba was pojebało wypowiadane wielogłosowo na widok cen za tajemnicze potrawy ze zwierząt. W powietrzu fruwają balony, pod wszystkimi scenami unoszą się kłęby jamajsko-holenderskich dymów, mili ludzie próbują zasiać w nas paranoję ostrzegając przed policyjnym patrolem z psem, któremu to psu zaczynam momentalnie współczuć, bo tym razem trafiła mu się praca w stylu znajdź pedofila na konkursie Małej Miss, wypatrzenie po 23:00 jakichkolwiek oczu niezwężonych w szparki i bez przekrwień graniczy z cudem, w strefie dla prasy najbardziej kaloryczną potrawą jest łiskacz z lodem, który idealnie wchodzi przy takiej temperaturze i pozwala przetrwać.

A chcemy przetrwać, bo każdy jeden koncert na swój sposób urywa dupę. Ze względu na ostra obsuwę gdzieś na początku festiwalu plany piknikowania, życia towarzyskiego i posiadówek nad wódą idą w piździec, nie ma czasu na nic poza krótkim kaszlem nad chowanym w skulonych dłoniach blantem, który przemiło grzeje w ręce i totalnym odjechaniem przy muzyce, taktowanym szybkimi spacerami pomiędzy sceną główną a klubową.

Na dzień dobry wbijamy na Three Trapped Tigers i mimo wody napieprzającej na ukos i zamieniającej dość liczną publikę w stado kiwających się chujów ubranych w gumowe, wielobarwne kondony, po trzecim numerze panowie mają pozamiatane. Podwójny zestaw klawiszy, czasem gitara oraz perkusyjny kafar w okularach, który za pomocą dwóch rąk na luzie wbiłby w kompleksy Aphex Twina. Żona po trzykroć upewnia się – Marcelku, to jest dżez?, a kiedy po trzykroć potwierdzam, kiwa radośnie głową i podsumowuje filozoficznym pytaniem – To czemu w domu takie smuty puszczasz? Nie mam na to odpowiedzi, poza tym, że w domu trochę głupio samemu pogować do jazzu, a TTT pogo wymusza jakby na dzień dobry.

Nagły esemes od przedstawicieli młodej polskiej radiofonii, z prostym komunikatem Midas miażdży cyce, więc zrywamy się chwilę przed końcem Tygrysów i zapieprzamy pod wieżę wodną, gdzie Kevin Martin próbuje się zrehabilitować za zeszłoroczną dźwiękową sraczkę zaprezentowana pod szyldem The Bug. Zanim nawet zdążę zauważyć namiot dźwiękowca obrywam prosto na klatę megabasem od którego prostują mi się włosy na plecach i już wiem: zapalić, wbić w tłum, pląsać. Nagłośnienie ustawione jest jakoś dziwnie, bardziej czuję muzykę we flakach niż ją słyszę, pośród czerwonych cieni na scenie miota się jakaś kobieta, której wtóruje rzadkimi nawijkami facet w kapeluszu, dwadzieścia rzędów ludzi przed nami zalicza kompletną nirwanę, a kiedy startuje największy hiciak King Midas Sound, tańczy już dokładnie wszystko, łącznie z fosiarzami i obsługą budki dźwiękowca.

Po 40 minutach w głowie mam budyń, w uszach krew, u boku żonę z wyrazem twarzy – meh, pitolenie, więc zaliczamy pierwszy ciąg alkoholowy i Jaga Jazzist. Pierwsze dziesięć minut obserwowane spod szybu budzi trochę obaw, ponieważ wszystko wskazuje na to, że Jaga ma zamiar się uprzeć przy pokazaniu swojego King Crimsonowskiego oblicza, czyli stoimy, improwizujemy, chuja z tego wynika poza tym, że wszystkim robi się coraz zimniej.

Na szczęście wcale tak nie było, bo już parę minut później ze sceny popłynęło energetyczne dżezicho, poprzecinane parom solówkami i ekstatycznym wkrętem perkusisty, który naobiecywał rozradowanej publiczności mnóstwo rzeczy i w sumie wszystkie swoje obietnice spełnił. Nie był to taki wykop jakiego się spodziewałem (na co składa się też pewnie fakt, że wkurwiają mnie na ostatnich płytach niezmiernie), ale Jaga nadal potrafi udowodnić, dlaczego wciąż są jednym z najważniejszych zespołów na nowomuzycznej scenie.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=JOagHkGMwKs[/youtube]

O czym zapomniałem dokładnie pięc minut po odejściu spod sceny, namówiony przez kumpla, że noooooooooo, chodź żesz, cipo, Panta fajny będzie, nie bój się, więc w końcu dałem się przekonać, mimo tego, że szeroko hajpowana płyta Panthy du Prince wywołała we mnie brutalną reakcję z serii o kurwa, uciekać. Z koncertu uciec się nie dało wcześniej niż po 30 minutach pląsu z zamkniętymi oczyma i wchłaniania przez osmozę dużych dawek THC, bo jakoś trafiliśmy w takie miejsce pod sceną, gdzie każdy podawał blanty każdemu. Chwilę po otwarciu ócz zauważyłem, że Pani Żona też delikatnie pląsa, mimo wielokrotnie deklarowanej niechęci do muzyki z pornioli dla insektów (w tę kategorię wpada wszystko od Biosphere po Mount Kimbie) i już wiedziałem, że chyba właśnie zaliczyliśmy najlepszego seta pierwszego dnia.

Co było jednak oceną na wyrost, ponieważ po szybkim obniżeniu zawartości krwi w łiskaczu, główną scenę opanował tłum ludzi pod dowództwem Simona Greena i tym samym zaczął się 4 koncert Bonobo w moim życiu. I oczywiście, był to najlepszy jego koncert na jakim byłem, podobnie jak najlepszym będzie piąty, szósty i siedemset osiemdziesiąty dziewiąty występ Bonobo, bo jestem jednak beznadziejnym fanem tego kolesia i wszystkiego, co dotychczas nagrał i zrobił.

A skoro drugim numerem było Stay the Same, w którym po raz pierwszy zobaczyłem na żywo pannę Trianę i umarłem jeszcze bardziej niż słysząc ją na płytach, cały zaś koncert był zbudowany z The Greatest and Really Huge Hits of Bonobo, łącznie z materiałem z Days to Come i z wcześniejszych albumów, to absolutnie zero zdziwienia budził we mnie katatonicznie rozkołysany tłum pod sceną, reagujący żywiołowo na każdy kawałek. Fruwające w powietrzu bańki mydlane i chińskie lampiony, niebo wreszcie czyste z chmur, ciepła żona w ramionach, genialna muzyka na scenie, idealne zbalansowanie używek w organizmie – POZAMIATANE. Mogę każdego dnia chodzić na takie występy i nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=Iobh2yR5WF4[/youtube]

W związku z czym ominął nas całkiem kidkanevil (fuck!) bo bisy, a Autechre zasłużyło tylko na szybkiego blanta, równie szybkie ziew i meh, błyskawiczną refleksję, że tak właściwie od bardzo długiego czasu mam w głębokiej dupie ich dorobek i najzwyczajniej w świecie mnie nudzą, sieknąłem więc rytualne zdjęcie zaciemnionej sceny


(dwie zielone kropki – Autechre)

zgarnąłem żonę i resztę towarzystwa i grupowo uznając, ze nie mamy już piętnastu lat i dubstepy we wszelkich odmianach nas tak zasadniczo kompletnie jebią, stwierdziliśmy, że Mary Anne Hobbs nie dostanie od nas szansy i zakończyliśmy day one. Co jak widzę z porannych relacji chyba było jednak solidnym błędem, bo większość sprowadza się do stwierdzenia, że MAH pozabijała ludzi swoim setem. Trudno.

Ciąg dalszy nastąpi.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

24 Responses to Nowa Muzyka 2010 – 2

  1. Anonim says:

    podobno tu miała być sama prawda, a markieting emocjonalny na stronie festiwalu? coś się mijamy. ;)
    Esssio9

  2. Marceli says:

    nie, właśnie emocjonalnie to tu, na stronę Pan Profeska, ale ustalilim, ze pójdzie jedna, na koniec, podsumowująca.

  3. Esssio9 says:

    z biedą organizacyjną przykry fakt. spodziewałem się raczej rozwoju niż zwinięcia. ale przynajmniej grzane wino jest. :)

  4. Marceli says:

    pewnie za kupony. Musiałbym przyjechac 3h wczesniej, zeby je zdobyć:) We wógle – z braku kontakta telfono, to moze tak – o 20, przy bramce pod szybem, przed Dub Mafią?

  5. Esssio9 says:

    3/kubek. o 20 pod media friendly? wyniesiesz łyżki? ;D

  6. Marceli says:

    Wyniesę, będziemy grzac herę?:)

  7. Esssio9 says:

    na słupku widzę +15, więc wieczorem będziemy grzać dupy, nie herę. dozo. :)

  8. Spence says:

    „W związku z czym omi­nął nas cał­kiem kid­ka­ne­vil (fuck!) bo bisy”

    Jak Ty go ominąłeś, jak on grał dobrą godzinę ponad czas ustalony? :D I potwornie grał.

  9. Marceli says:

    no bo się jeszcze przy tym wszystkim pogubilim między scenami :( i nawet mnie nie denerwuj. liczę, że jak było zajebiscie, to ktoś zaryzykuje jego solo seta w jakims klubie.

  10. dr Charles Kinbote says:

    Muza muzą, ale jaki tekst. Marcel Es Thompson. Piękno.

  11. carmody says:

    fakin hejtju ol.

    tym bardziej, że po odpuszczeniu wszystkich festynów w 2010 myślałem, że jednak przyjadę. co rozbiło się stan konta jakiś tydzień temu i kalkulacja wyszła taka – kupujesz fajki i suchary i tak żyjesz do końca miecha, albo zostajesz fakirem i starczy Ci kasy na festyn. Na złość wczoraj w nocy przyszedł hajs z korpo. I chuj mnie muzyka obchodzi, muzyke to mam na plejerze. Stęskniłem się za Wami, chuje.

  12. jakwyzej says:

    „Pani Żona też deli­kat­nie pląsa, mimo wie­lo­krot­nie dekla­ro­wa­nej nie­chęci do muzyki z por­nioli dla insek­tów (w tę kate­go­rię wpada wszystko od Bio­sphere po Mount Kim­ble)”

    Chyba lubię Panią Żonę. Ładny ten wpis.

  13. Grecki_chor says:

    Pięknie się mijaliśmy zatem. Ja odżyłam pod wpływem dźwiękowych wwiertów Autechre, chociaż potem już mnie strasznie zmęczyli. Kiedy skupieniu powiedziałam dzięki odnalazłam wizualizacje na fasadzie namiotu – drzewo rzucało fantazyjne cienie – były dzieciaki wypadające z łona, wielki krab i lisek. Przysięgam, piłam tylko piwo i coś tam wiśniówki. Anna Maria wkręciła mnie w taneczne częstotliwości, których dawno już z siebie nie wykrzesałam. Bardzo poszukuję teraz wątku z omówieniem jej seta, może pojawią się jakieś numery których sama nie rozpoznałam. To była klasa. Bonobo mnie osobiście trochę znudził – ja jednak jestem sekcja syntetyczna, ale za to małżonkowi bardzo się podobał. Mocy wrażeń dzisiaj!

  14. Spence says:

    uwielbiam jak mówisz komuś, że byłeś na zajebistym koncercie a on mówi „nawet mnie nie denerwuj”D:

    i tak apropos pytanie za sto punktów- jak wymówić nazwę autechre? :D

  15. Marceli says:

    Zwłaszcza, że przez cały fest pacyfikowałem kumpele, która bardzo mi chicała opowiedzieć o koncercie Shadowa w Gdańsku, o którym z tych samych powodów nie chce wiedzieć absolutnie nic:)

    pyta­nie za sto punk­tów

    Ja jestem z twardej szkoły się pisze się wymawia, więc auteszre :)

  16. Plum Bum says:

    A co to takiego porniole dla insektów? (Żadna chora ciekawość, to tylko naukowe zainteresowanie światem.)

  17. Marceli says:

    Trudno to wytłumaczyć, ale np Isabella Rossellini widzi to tak:

    http://www.youtube.com/watch?v=zm4MvqVaVNA&feature=related

  18. Spence says:

    to Twoja wersja jest piątą, którą słyszę :D

  19. g99 says:

    Głęboka wtopa ze MAH olałeś i Kidkanevil! Zal.pl i tyle!

  20. Marceli says:

    no wiem, ale podstawa festiwalowa, zeby się nie smucić – nie żałujemy tego, na czym nie bylim, cieszymy się z tego, co widzielim:) No i wierzę, że kida ktoś jeszce ściągnie.

  21. Ole says:

    Dobra, pisać, hto się stęsknił za Carem.

    Ja.

  22. Esssio9 says:

    się wyraziłem w Dniu 3. :)

  23. czaszka says:

    pięknie, pięknie, ale mam wrażenie że panowie akustycy byli z jakiegoś gminnego ośrodka kultury.. Jaga była zupełnie unsłuchable…