Nowa Muzyka 2010 – 3

Skarpetki. Glany. Bluza z długim rękawem. T-shirt. Bluza z kapturem. Kurtka. Peleryna w plecaku. Grzane wino.

Lato. Gdzieś jest jeszcze na pewno ale raczej nie na terenach KWK Katowice pomiędzy 19 a 2 w nocy. Dlatego Bibio mimo całego zachwytu nad jego płytami przegrał w ciągu ułamka sekundy z O, jesteście, chodźcie się napić grzanego wina. Trudno, i tak nie wierzyłem, że będzie fajnie, bo w końcu dwa jego ostatnie albumy dla WARPa wylądowały w koszu, żegnane cichym westchnieniem, bleh, co za porażka. Niech ma, za karę.

Dlatego też kolejny dzień pląsów rozpoczął się dopiero od Dub Mafii. I był to najlepszy początek, jaki można sobie było wyobrazić, mimo deszczu, który po kilku kawałkach mocno przerzedził nie za duży tłum pod sceną. Właściwie za takie koncerty lubię ten festiwal najbardziej – nie wiesz o zespole nic, poza tym, co wyczytałeś w presspacku, który sam napisałeś, lub cynicznie zleciłeś to zadanie koledze, a oni po prostu przychodzą, startują i w ciągu godziny grania wkręcają ci kompletna korbę muszętomiećmuszętomiećmuszętomieć. A w bonusie, po 14 latach małżeństwa odkrywasz, że twoja własna żona uwielbia dramendbejsową najebkę. Kto normalny puszcza żonie dramy w domu? Nigdy nie zaryzykowałem, dlatego trochę mnie sparaliżowało, gdy obróciła się do mnie w radosnym pląsie, stwierdzając – Zajebista muza do seksu! – i popląsała dalej. Nie wiem czym się to skończy, w domu z dramów mam tylko Roniego Size’a. Boję się.

Grzane wino. W smaku paskudne, ale kubek zajebiście grzeje w ręce. Idziemy na Nosaj Thinga, jeszcze spoceni po Dub Mafii i przez 30 minut nie potrafimy się w niego wkręcić. Ma wszystko ładne – wizualki, bity, tempa, widać, że publika pod sceną się buja całkiem przyjemnie, a pan stara sie jak może, żeby nie było tak nudno jak na płycie, ale nic z tego. Pozostaję oziembłem.

Próbuję sprzedać żonę mojemu kumplowi za żywą lamę (bo ma wszystkie zalety kobiety, plus futro), ale interes nie dochodzi do skutku, więc rozpoczynamy set alkoholowy w strefie dla prasy. Dowiadujemy się o zasadach działania śląsko-zagłębiowskiej mafii polityczno-kulturalnej i zamieniając grzaniec na zimną wódkę doczekujemy do Prefuse 73. Chwilę później z cała brutalnością dociera do mnie, że tak właściwie nie wiem kiedy, ale zostałem psychofanem tego gościa, choć robi w trakcie tego seta wszystko, żeby to utrudnić.

Każdy kawałek posiekany na ostro, próby wyłapania rytmów trwających dłużej niż 30 sekund z góry skazane na porażkę, ale i tak czuję jak każde uderzenie w perkusje łamie mi kości, a dźwięki z maszynek do robienia ping prostują mi zwoje. Guillermo Scott Herren – człowiek potrafiący zachwycić mnie patentami, których nie znoszę u innych muzyków.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=lqVDh7M2E3k[/youtube]

Ktoś nam mówi, że DMX KREW zabija na klubowej scenie. Jesteśmy gotowi pobiec, kiedy pada informacja uzupełniająca – zabija breakcorem. Brejkorom mówimy zdecydowane nie, słowo wódka jest łatwiejsze do wymówienia.

Dzięki temu oraz kilku solidnym buchom z fajeczki cały koncert Moderata godzinę później wygląda dla mnie tak:

a właściwie wcale nie wygląda, bo tańczę. Podobnie jak jakieś 4k ludzi w promieniu 200 metrów. Dostaję dokładnie to, po co chodzę na koncerty – absolutny reset mózgu, muzykę przechodząca prosto przez krwiobieg z pominięciem mózgu, wymuszającą kompletne zapomnienie o wszystkim innym. W nielicznych chwilach, kiedy otwieram oczy widzę ludzi, którzy odlecieli w dokładnie ten sam sposób i tylko rozglądają się czasem wokół z obłędem w oczach i z uśmiechem na twarzy, szukając obok siebie potwierdzenia, że wszystkim innym podoba się tak samo. Nie może się nie podobać – wszystkie smutne kawałki z albumu dostają potężnego kopa, który podnosi ludzi nad piaskiem i od sceny po budkę realizatora nie ma nawet jednej osoby, która stałaby spokojnie.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=NdVNgJ3hr4E[/youtube]

Już wiem, że piątą edycje Nowej Muzyki wygrali Niemcy i Murzyni, ale popełniam błąd i wkręcam sobie, że muszę zobaczyć Gonjasufi, muszę w końcu wiedzieć, co się ludziom podoba w tej muzyce i w tym kolesiu. Po drodze mijamy redakcję Ultramłyna, która udaje się w wielkim pospiechu w stronę przeciwną, więc żegnamy ich szyderą i pomawianiem o starość. Chwile później mijamy kolege Williamsa, w którego oczach również widać lekki popłoch. Jesteśmy twardzi, idziemy dalej.

Docieramy dotąd:

a w mózgu wyświetla mi się komenda error, error, error! Gonja stoi na głośniku i skrzeczy. Nie mam pojęcia, co skrzeczy, ale mam wrażenie, że skrzeczy na mnie personalnie, skrzeczy coraz głośniej i gwałtowniej, a ja się coraz bardziej boję, że zeskoczy z tej sceny, przebiegnie te 50 metrów i przypierdoli mi w ryja, tak za nic. Ludzie pod sceną robią żywioł, a ja zaczynam łapać niezdrową paranoję. 15 minut i realizujemy plan ucieczki. Gonjasufi ma definitywny zakaz wstępu do mojego domu i goszczenia na mojej plejerce. Nienawidzę jak muzyka wywołuje we mnie stany lękowe, a to jedyne, co potrafię w niej wyczuć.

Wisząc na rurce w tramwaju dzielnie wspierany przez żonę, bardzo szybko przypominam sobie, że jestem u siebie, na Śląsku, w samym centrum Hanystown, że żaden jogin z dredami nie zrobi mi tu krzywdy, bo jestem w miejscu gdzie w nocnym tramwaju trzech nawalonych dwudziestoparoletnich kolesi, puszcza sobie z komórki Złote Przeboje grupy Dżem i wtóruje im śpiewając. Czuję się bezpiecznie.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

19 Responses to Nowa Muzyka 2010 – 3

  1. Esssio9 says:

    ja się namolnie dopytuję, jakim cudem komukolwiek mogło się podobać Bonobo, które na scenie wypadło jak własny coverband, który nie tylko słabo opanował materiał, ale co zabawniejsze, nie bardzo opanował instrumenty? :)

  2. Marceli says:

    Ale kiedy to jest całkiem proste, zwłaszcza, jeśli jesteś fanem, od lat trzymającym się dogmatu NIE MA SŁABYCH KAWAŁKÓW BONOBO, dużo palisz i strasznie czekałeś na to, żeby go znowu zobaczyć.

  3. Plum Bum says:

    Pró­buję sprze­dać żonę mojemu kum­plowi za żywą lamę (bo ma wszyst­kie zalety kobiety, plus futro)

    Czyli za kilka lat relacja z festiwalu zabrzmi jak poniżej:

    …moja wła­sna lama uwiel­bia dra­mend­bej­sową najebkę. Obró­ciła się do mnie w rado­snym plą­sie, w jej oczach wyczytałem, że chciałaby powiedzieć — Zaje­bi­sta muza do seksu! — i poplą­sała dalej.

  4. Marceli says:

    I własnie po to potrzebna mi lama!

  5. Esssio9 says:

    czaję, że substancje, itd. ale nawet ślepa miłość musi w końcu usłyszeć, że dobrze, to im wychodzi tylko na płytach, a na żywo, to może tylko w windzie, choć ja już sprawdzać nie będę. ci, którzy nazbyt dużo wchłaniali powinni porównać zapis występów zespołu bez płyty DM (nie, nie ten znany i lubiany DM) i gwiazdy Ninja Tune. ten pierwszy też nie powalił, ale różnica jakościowa tłukła po gałach i uchach jak Diablo. :)

  6. Marceli says:

    eeee, zupełnie inne kategorie, bo na Bonobo idziesz jak na rolinkstonsów, usłyszec po raz 30 kawałki, które znasz na pamięć, więc ich tak naprawdę nawet nie słyszysz, a zespół bez płyty jest całkowita nowością i choćby z tego względu, jesli tylko dasz się zahaczyć na samym początku, to do samego końca już będziesz przekonany, że są doskonali. I byli – energetycznie, pomysłowo, dizajnowo lepsi niz Bonobo, tyle, ze oba zespoły startowały jak dla mnie w krańcowo różnych kategoriach.

  7. fan-terlika says:

    Zaciąłem się na tym, że Ambivalence Avenue to porażka. How come? Do tego nawet sam linkowałeś w poprzedniej notce do kawałka.

  8. Marceli says:

    posrało mi się – chodziło o Ovals & emeralds (dla Mush jednak)i The Apple And The Tooth (gdzie nie do końca jego wina, ze remiksy sa nudne strasznie)

  9. Esssio9 says:

    hehe… tylko, że RS potrafią grać i na scenie nie wyglądają jak tania podróbka siebie. wiesz, ja na B. czułem się tak, jak ty w tym swoim tramwaju (nieznośnie) bezpiecznie i znajomo. zresztą, zaczynam mieć coraz większe wątpliwości w sens nazwy i tego festu w ogóle. skoro większości publiczności najbardziej podoba się muzyka, którą już wcześniej wielokrotnie słyszała (poprzez reminiscencje), to… czy jest sens bawić się w eksperymenty..? ;D

  10. fan-terlika says:

    a to 100% racji

  11. Marceli says:

    ej, mieszkamy w Hanystown, gdzie nową muzyką jest wciąż grupa Dżem, a kultowym festiwalem Zombie Dance Party Rawa Blues (we wógle idziemy w tym roku – James Blood Kurwa Ulmer!), więc wszystko, co świeższe od tego zasługuje na etykietkę Nowej Muzyki. A co masz przy eksperymentach, to mogłeś zobaczyć przy Prefuse 73 (i pewnie dziś też zobaczysz) – ogólny chłód publiczny i paru radośnie kiwających się wariatów, dla których nie warto organizować solo koncertu

  12. zetzero says:

    właśnie, oczekiwanie sprawia, że widzi się cuda :)

  13. Grecki_chor says:

    Bardzo to jest świetnie napisane :)

  14. Esssio9 says:

    nooo, mówiłem, że zaczniecie chodzić na festyny ;) ale JBU z Reidem? może ja też, bo lata temu w mojej wsi był OK. jednak następne Festy potraktuję już jako okazję do się sponiewierania z koleżeństwem, bo jak słusznie zauważył Car, muzykie tomymamy w… a dawnośmy swych gęb nie widzieli. i to polecam zrealizować w przyszłym roku. :)

  15. 20_miles_to_highland says:

    @dramenbejs: zajebista muza do seksu – bój się. Z drugiej strony masz szczęście, że nie gabba albo jakieś hepirejvy :)

  16. oranvag says:

    HUH?! Czy my byliśmy na tym samym koncercie? Co to znaczy „słabo opanował materiał”? Słabo opanował instumenty? Kto?! No, chyba, że szanowny przedmówca, jest zdania, że dobre opanowanie materiału i instrumentów, to zagranie koncertu jak U2, Stonesi, czy Feel – tak jak na płycie. W takim wypadku nie mam dalszych pytań :-)

    Koncert genialny. Na szczęście jest już na tubce.

  17. pagaj says:

    mój informator twierdzi, a jest wiarygodny chłop, że DMX Krew zabijał, ale raczej oldskulowym elektro i acidem, a nie żadnymi brejkkorami.

    ja z przykrością zauważam, że koncerty generalnie mnie nudzo, najlepiej bawiłem się przy basowych miazgach MAH, Loops Haunt i przy housowych potańcówkach Floating Points.

    Jaga – całkiem żywiołowy, fajny koncert, tylko materiał nie ten; Bonobo – meh; Pantha – meh; Autechre – do dziś nie wiem co myśleć; Bibio wypadł zaskakująco sympatycznie na żywo, bo na płytach nudzi kurewsko; Prefuse słuchany z pozycji gastronomicznych był jednym wielkim niesłuchalnym jazgotem, niech on już skończy karierę; Nosaj Thing – poprawnie i bez reweli; Gonjasufi – veni, vidi, spierdolici.

    Jeśli o Moderata chodzi, to zauważam rosnący wśród ludzi jakiś niezdrowy kult i psychofaństwo nieadekwatne do muzycznej wartości, ale każdemu jego porno, c’nie. Postałem 15 minut i wycofałem się na z góry upatrzone pozycje.

  18. Marceli says:

    ja z przy­kro­ścią zauwa­żam, że kon­certy gene­ral­nie mnie nudzo

    Starość. Każdego dopada:)

  19. Esssio9 says:

    sorry, albo się słyszy, że instrumentaliści są słabi (technicznie i kreacyjnie), albo nie. w tym drugim przypadku wyznawcom nie pozostaje nic innego niż bezkrytyczny zachwyt. i ja właściwie jestem już tak leniwy, że takich słuchaczy też szanuję… :) tak więc bez obaw i napinek infantylnymi przykładami środowiskowo nielubianych odtwórców, bo gdyby wyznawcy Bonobo byli przytomni, to ten koncert wykopaliby na Bydgoszcz Smooth Festival. :)