Nowa Muzyka 2010 – ostatni

i w dodatku najkrótszy, bo o takiej muzyce, jaką zapodał Prefuse 73 z towarzyszeniem Orkiestry Aukso, to całkiem pisać nie potrafię. Wyglądało to tak:

brzmiało tak:

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=u83TxSo__lk[/youtube]

Podobało się żonie i dość licznej publiczności, a mnie się jak zwykle włączyły mechanizmy Pana od Literek i Ruchomych Obrazków, które powodują, że za każdym razem, gdy słyszę tego rodzaju muzykę – ilustracyjną, narracyjną, filmową (jak zwał tak zwał), to domagam się ilustracji, narracji lub filmu do niej, bo inaczej nie ogarniam, siadam na ziemi i sam sobie w myślach zaczynam kręcić ten film. Z Prefusowych Preparations wyszedł mi jakiś tani amerykański blockbuster, osadzony w lokalizacjach podobnych do tych z beznadziejnych Kronik Portowych, z morzem w kolorze wody po myciu garów i romantyczną opowieścią o marynarzach sowieckiej łodzi podwodnej, którzy rozbijają się u Nowofundlandzkich wybrzeży, trafiając do wioski lesbijek okutanych w futra. Dużym ułatwieniem było to, że pan Guillermo zbudował całe Preparations na klasycznych patentach z muzyki filmowej, dało się rozróżnić stałe klisze, typu kawałek do pościgów, kawałek do pocałunków, kawałek do dramy z telefonem w tle, kawałki z długimi najazdami na krajobraz i elementy symboliczne, ale podstawowy mój problem polega jednak na tym, że posiadając bardzo mocno upośledzony mechanizm koncentracji, gubię się w takiej muzyce po dziesięciu, maksymalnie piętnastu minutach i kompletnie przestaje mi działać na jakiekolwiek emocje. Pasuje mi w domu, gdy służy za tapetę do roboty, mogę sobie wtedy ustawić nawet osiem godzin pitolących smyczków, delikatnie potraktowanych elektronicznymi demolkami, ale na koncercie błyskawicznie tracę wątek i zaczynam gdzieś błądzić we własnych myślach. Tym razem przynajmniej udało mi się dzięki kompozycjom Prefuse’a zakochać się ponownie we wnętrzach Szybu Wilson, bo te wszystkie delikatne, zwiewne dźwięki o wiele lepiej pasowały do stalowych dźwigarów i surowego betonu, niż słyszane w tym samym miejscu taneczne rzeźnie w wykonaniu Autechre, czy Crystal Castles.


(Znalezione, nie moje)

Podsumowując 4 dni: jest dobrze. Mniej kameralnie niż w zeszłym roku, co z jednej strony może być wadą, z drugiej jednak stanowi w miarę pewną gwarancję, że w przyszłym roku też całkiem nieźle zarobię współpracując przy organizacji; z lineupem, po którym nie spodziewałem się niczego specjalnego, ale przynajmniej dwa razy okazało się, jak bardzo się pomyliłem – Moderat/Bonobo, a i na pozostałych koncertach (poza Gonjaufim, który w Wilsonie stanął w pewnej chwili pięć metrów ode mnie i znów się wystraszyłem, że mi przypierdoli) nie miałem ochoty na nic narzekać oprócz zimna; z dość chaotyczną, ale nie przekraczająca granic wkurwienia organizacją; no i oczywiście z tego rodzaju publicznością, pośród której czuję się najbardziej u siebie i wcale mi nie przeszkadza, że stanowię część jakiegoś stada, co zdarza się w chuj rzadko.

Obrazki, które zapamiętam najbardziej: ludzie klaszczący ekipie, która wdrapała się na szyb, a potem grała w kotka i myszkę z ochroniarzami; toi-toie wyglądające jak skład pustych butelek po żołądkowej gorzkiej; dłonie ogrzewane styropianowym kubkiem z grzanym winem; opowieść Froty o podestach dla niepełnosprawnych na Off Festivalu; długowłosy koleś na granicy orgazmu, tańczący przede mną na Moderacie; ludzie odpowiadający grupowo na pytania wyświetlane na monitorze w autobusie odwożącym dziki tłum po koncercie w Wilsonie.

W skrócie – było tak:

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

9 Responses to Nowa Muzyka 2010 – ostatni

  1. frota says:

    opowieść z podestem rozwala wszystkich. A jest prawdziwa. Trzeba jakaś historię z tego ukuć ;))

  2. panopticum says:

    A o co chodzi z podestem?

  3. Marceli says:

    ja bym chętnie opowiedział, ale tak jak Frota, jako foto nie kradnie cudzych zdjęć, tak ja mam zasadę, że nie sprzedaję cudzych opowieści :)

  4. frota says:

    Oj tam – żadna historia. Ot wyjebałam się kulturalnie o wjazd na podest dla niepełnosprawnych. Efekt – stłuczona noga, kula w ręku, obity łokieć i aparat w serwisie. A zawsze pisze, żeby wszędzie były udogodnienia dla niepełnosprawnych:))))

    Kurtyna w dół.

  5. sheik.yerbouti says:

    yje­ba­łam się kul­tu­ral­nie o wjazd na podest dla nie­peł­no­spraw­nych.

    Jakby były po bokach przepisowe brzydkie barierki z podwójnym pochwytem, to byś się może nie wyjebała, o.

  6. Marceli says:

    The Story z mojej perspektywy:

    Stoję z żoną i kumpelą, piję spokojnie grzane wino, naraz patrzę, nadciąga Frota niosąc drabinkę i podpierając się kulą. Myślę sobie – mam cie wreszcie, tyle razy się mijaliśmy na koncertach, podejdę, wreszcie łapę podam, więc porzucam żonę i kumpelę, mówiąc zaraz wracam i podbijam. Oczywiście jak zwykle mam lekkiego stresa, bo znajomi z internetów, zawsze niespodzianka, ale idę, przedstawiam się, uśmiechy, nareszcie, a to tak wyglądasz! i nagłe szukanie kolejnego tematu, więc łapię się pierwszego z brzegu – A co ci się stało?
    – Wyjebałam sie o podest dla niepełnosprawnych na Offie.
    – Rzeco?
    – No wyjebałam. Najpierw przez dwa lata pisałam do Rojka, żeby zrobili podesty, więc w tym roku zrobili. A potem się o taki podest wyjebałam.
    W tym momencie podchodzi moja porzucona żona oraz kumpela, a ja rozpaczliwie próbuję być poważny, ale nie mogę.

  7. frota says:

    oj tam. z tym rojkiem to skrót myślowi – zawsze mówiłam obsłudze i pisałam wszędzie, że mi brakuje takich RIL FING podestów a nie wprowadzania niepełnosprawnych do fosy (która w 09 i 08 była slabu rozwiązana bo także mogły wejść tam vipy).

    pooozaaatyyyymmm panie, my bysmy wspólnego temata nie znaleźli?:>

  8. panopticum says:

    To by chyba była ta ironia losu cała.

  9. frota says:

    nie. To po prostu moja głupota i brak światła w tym miejscu :)