Jak nie zrobiłem wywiadu z Laurie Anderson

czyli pouczająca przypowiastka o tym, że w życiu psychofana nie ma cudów.

Opublikowany w 1997 roku 6 (311) numer Literatury na Świecie, z okładką przedstawiającą fragment lądownika księżycowego oraz hasłem Stiff Stuff. Please Don’t Bend jest odpowiedzialny za wiele rzeczy w moim życiu i nie licząc wydania 8/9 z 1992 r., zawierającego najpiękniejszy poemat powojennej literatury amerykańskiej, arcydzieło Johna Updike’a, zatytułowane „Pizdy”, jest to bez wątpienia mój ulubiony egzemplarz tego czasopisma.

Dlaczego tak?

Bo pomiędzy stroną 27 a 29 poczułem nieodpartą miłość do Ronalda Firbanka i jego polskiego tłumacza, Andrzeja Sosnowskiego, która to miłość w niezmienionej formie trwa do dziś. Bo na stronie 40 trafiłem po raz pierwszy na trudne w wymowie nazwisko Brautigan, Richard Brautigan, które 13 lat później potrafię już wymówić prawidłowo, razem z listą wszystkich dzieł autora i bonusową tyradą w temacie dlaczego Brautigan to geniusz i czemu zaliczam go tych pisarzy, którzy zrobili mi największą krzywdę w mózg. Bo dwie strony później odkryłem kolejnego autora, który został ze mną na zawsze, Kennetha Kocha i jego Tysiąc sztuk awangardowych, a po dotarciu do strony 57 mój wzrok po raz pierwszy w życiu pada na czarno-białe ilustracje i momentalnie zapadające w pamięć rymowanki, podpisane przez niejakiego Edwarda Gorey’a. Czym się to skończyło, widać na przykład tutaj. Dołożywszy do tego jeszcze fakt, że od strony 146 zaczyna się fragment Gniazda Dudków Johna Ashbery’ego i Jamesa Schulylera, na którą to powieść w tłumaczeniu wyżej wspomnianego Sosnowskiego oraz Tadeusza Pióro czekam wytrwale dokładnie od tej właśnie chwili (i wierzę, że doczekam) – nie mam innego wyjścia, jak uczciwie przyznać, że te 340 stron sporadycznika literackiego poważnie wstrząsnęło moim wtedy dwudziestoletnim światem, zarażając mnie autorami, których do dziś wielbię, a niektórych nawet zacząłem tłumaczyć.

A przecież kupiłem go z zupełnie innych powodów. Tak naprawdę zainwestowałem te 3 złote 50 groszy tylko dlatego, że pośród kilkunastu nazwisk zupełnie nieznanych, wypatrzyłem w spisie treści nazwisko, co do którego byłem podówczas przekonany, że tylko ja je znam (no i może paru redaktorów z zinów poświęconych muzyce niestrawnej i nieobecnej). Laurie Anderson. I fragmenty jej tekstów, zatytułowane Talk Normal.

Oh my god!

—-

Boska Laurie, której Bright Red było dokładnie w tym samym czasie moją najukochańszą płytą ever, najpiękniejszym nocnym albumem, katowanym bez ustanku, najważniejszym zestawem piosenek w moim życiu, źródłem najcudowniejszej kołysanki, jaką kiedykolwiek słyszałem:

In our sleep as we speak listen to the drums beat as we speak in our sleep as we speak listen to the drums beat in our sleep in our sleep as we speak listen to the drums beat as we speak as we sleep
In our sleep listen to the drums beat in our sleep in our sleep as we speak listen to the drums beat as we speak in our sleep as we speak listen to the drums beat in our sleep in our sleep where
Eet in our sleep where we meet

Laurie Anderson – In Our Sleep

I jednym z tych dzieł sztuki, w których nie zmieniłbym absolutnie niczego, czystą perfekcją. I nawet nie chodziło aż tak bardzo o muzykę, co o słowa – dobrane z obłędną precyzją, z doskonałym literackim słuchem, funkcjonujące dokładnie tak jak powinny, żeby opowieści Laurie momentalnie zapadały w pamięć. Bo jest to przede wszystkim album z historiami, anegdotami, zmyśleniami i relacjami z życia, zawierającymi taki ładunek cudowności i zdziwienia światem, jak najlepsze opowiadania Angeli Carter czy Francisa Scotta Fitzgeralda. To zresztą od zawsze była dla mnie najważniejsza cecha twórczości Anderson – nigdy nie była wybitną wokalistką, muzycznie robiła od zawsze, co tylko mogła, żeby jej utwory jak najmniej kojarzyły się z formułą przebojowej piosenki, za to literacko, tekściarsko wciąż stanowi niedościgniony wzorzec. Na tekstach takich, jak Love Among The Sailors uczyłem się, że słowa piosenki mogą działać na to samo emo, co najlepsze fragmenty powieści grozy:

There is a hot wind blowing.
Plague drifts across the oceans.
And if this is the work of an angry god
I want to look into his angry face.
There is no pure land now. No safe place.
Come with us into the mountains.
Hombres. Sailors. Comrades.

Laurie Anderson – Love Among The Sailors

a utwory pokroju You Speak my Language, były tak naprawdę pierwszymi rzeczami literackimi, nie licząc Waitsa i nawijek De La Soul, które zacząłem dla siebie tłumaczyć.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=K9JYX6cAKhU[/youtube]

No dobra, przyznam się – ta płyta zrobiła mi tak, że przetłumaczyłem z niej dokładnie wszystko. Bo musiałem wiedzieć, o czym ona mówi, wyje, krzyczy, szepce, mamroce, mruczy, kwili i pohukuje. Bo musiałem zrozumieć, dlaczego jej słowa działają na mnie tak jak działają, a tłumaczenie to w końcu najintensywniejsza forma czytania. Bo chciałem się upewnić, że czegoś sobie nie poprzekręcałem, a teraz sobie wmawiam, że to jest wielkie, tylko dlatego, że nic nie zrozumiałem*. Co skończyło się tym, że Laurie wrosła mi już w mózg na zawsze, a każdy jej kolejny album, jaki tylko wpadał mi w ręce, tylko utwierdzał w przekonaniu, że mam do czynienia z artystką całkowicie osobną, całkowicie nieprzewidywalną i całkowicie genialną. Niezależnie od tego, czy słuchałem debiutanckiego Big Science z jej jedynym hiciakiem – O Supermen,

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=vzYu88jIDYs[/youtube]

przebojowego Mister Heartbreak, gdzie pojawiał się między innymi sam Pan Bóg William S. Burroughs,

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=vxXVSBN2-Bw[/youtube]

czy kompletnie niespodziewanego The Ugly One with the Jewels, który okazał się być niczym innym jak zapisem literacko-filozoficznego stand-upu, uzupełnionego o skrzypce i modyfikatory wokalu

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=f5VUg9SoRA0[/youtube]

każda z jej opowieści trafiała do mnie idealnie, dając tę samą radość, co najlepsza literatura i poezja. Oprócz niej tylko Waits potrafił mi tak zrobić, nic więc dziwnego, że zostałem radykalnym psychofanem, kolekcjonującym wywiady, nagrania, bootlegi, rozmagnesowane VHSki i (później) porysowane płyty DVD, polującym na jej nieliczne publikacje samym tekstem i rozpaczliwie poszukującym książki dla dzieci, którą zadebiutowała jako artystka na początku lat 70-tych.

Aż tu nagle, dnia 14 października bieżącego roku na pasku zadań zaczyna mi mrugać na pomarańczowo Skype, oznaczając, że jak zwykle ktoś podszedł do swojego komputera z zamiarem trucia mi dupy. Klikam i:

Oh my kurwa god! **

Ekstaza 100%. Poziom stresu 105%. Ja. Mam. Zrobić. Wywiad. Z. Laurie!

—-

Uwielbiam robić wywiady, uwielbiam się chować za legitymacją prasową i zadawać pytania z dupy, na które w innym przypadku nie pozwoliłby mi wrodzony takt i obawa przed tym, że mój rozmówca poczuje się znudzony ciągłym indagowaniem, uwielbiam poznawać ludzi w czasie rozmowy i pozować na równego gościa, z którym da się pogadać o wszystkim. Nienawidzę się do nich przygotowywać, bo gdzieś gubię wtedy sporą część radości, płynącej ze spontanicznego ględzenia na tematy luźne, dlatego z reguły ograniczam się tylko do czytania o danej osobie i układania sobie paru rzeczy w mózgu, starając się niczego raczej nie zapisywać, żeby potem nie czytać z kartki. Najwyżej robię sobie kilka mentalnych myślników, że o to, to i to warto by było zahaczyć, a cała reszta rozmowy, to powinien być jak najbardziej naturalny flow.

Ale tym razem się zestresowałem. No bo przecież… O czym ja mam z nią rozmawiać? Mam w końcu tyle pytań! Tyle rzeczy chciałbym się dowiedzieć, tyle spraw wyjaśnić, o tyle tekstów zapytać, pogadać o Burroghsie (koniecznie!), o współpracy z Andym Kaufmanem i jego wpływie na program, podczas którego Laurie czytała Moby Dicka, zagaić ogólnie o literaturze i dowiedzieć się dlaczego tak właściwie nie została pisarką, dopytać o wynalazczość i te wszystkie ustrojstwa, które wykorzystuje w swoich wystąpieniach – talking stick czy smyczek taśmowy, wywiedzieć się, jak z jej perspektywy wygląda całkowicie multimedialny świat przenikających się mediów, który wieszczyła swoją sztuką jeszcze w latach 70-tych, podpytać o ulubionych pisarzy (Pynchon! Ale dlaczego?) i spróbować wyciągnąć z niej, czy mogłaby nawiązać współpracę z którymś z współczesnych literatów, równie owocną, co jej wieloletnia kolaboracja z Burroughsem.

Cztery dni rycia w necie, grzebania po półkach, ponownego odsłuchiwania płyt i wpatrywania się w inserty z tekstami (tak, miarą fanbojstwa jest to, że wszystkie jej płyty ma na cedekach, których co prawda nie słucham, ale zawsze) i przeglądania starych wywiadów, żeby przypadkiem nie zadawać tych samych pytań co zawsze. A plik w wordzie puchnie i się rozrasta.

– Wiesz – stwierdziłem kolejnego dnia, patrząc na żonę, – mam na razie 3,5 strony samych pytań. Myślisz, że mnie pojebało?

– A na ile znaków ma być tekst?

– No niby 3500, ale obiecałem im, że 3500 sobie puszczą na papier i za to zapłacą, a ogólnie to zrobię longa na jakieś 15 tysięcy i wrzucą na główną. Za free tego longa, oczywiście.

– No to pojebało.

Nic mnie jednak nie zraża, fanboje pracują za darmo i jest im z tym dobrze.

—-

Wreszcie pojawia się ustalona data wywiadu, udaje się wszystko zgrabnie dogadać, że w końcu przez telefon i że mamy jakieś 30 minut (Nie zmieszczę się z tym wszystkim, kurwa! Nie zmieszczę!), radość pozostaje na tym samym poziomie, stres narasta wykładniczo (jak ja z nią będę gadał z tym moim transylwańskim akcentem Draculi ze szczękościskiem? A jeśli nie zrozumie pytań i się wkurwi? W co ja się kurwa wpakowałem!), wreszcie nadchodzi Ten Dzień.

I całą redakcję Ultramłyna, oraz mnie dotyka niespodziewana klątwa Phileasa Fogga.

Pierdolona.

Zmiana.

Czasu.

Na.

Zimowy.

Połączona z kompletnym brakiem orientacji w strefach czasowych pomiędzy Nowym Jorkiem a Polską.

Wszystko byłoby jeszcze do uratowania, gdyby nie moja osobista telefonofobia, powodująca, że nie odbieram telefonów od nikogo poza żoną. Dopiero sięgając przed budynkiem redakcji po fajki spojrzałem na ekranik wyciszonego na amen aparatu, żeby stwierdzić, że ktoś od dobrych kilkunastu minut wściekle do mnie napierdalał. Wpadam więc pełnym pędem do szklanego akwarium robiącego aktualnie za redakcję Ultramłyna i widzę, że oho, chuj bombki strzelił – mocno podkurwiony Stefan i Marta, która też nie wygląda na szczęśliwą.

– Zjebało się – to pierwsza informacja jaką słyszę. – Popierdoliły się nam godziny, mieliśmy do niej dzwonić godzinę temu, ale nikt nie załapał, że była ta cholerna zmiana czasu.

– Aha.

– Na szczęście udało się to poprzesuwać – druga informacja jest zdecydowanie lepsza. – Teraz jest tak, że czekasz tutaj do 18 i punkt o tej godzinie do niej dzwonisz.

– Uff.

Jedna fajka, druga fajka, szybkie spojrzenia na ekran lapa, żeby sobie poprzypominać o co tak właściwie miałem pytać, wreszcie 17:59 – zaczynamy wystukiwać bezcenny numer prywatnego telefonu Laurie Anderson.

– Bip, bip, bip… Nie ma takiego numeru.
– Jeszcze raz.
– Bip, bip, bip… Nie ma takiego numeru.

K
U
R
W
A

M
A
Ć

– Co robimy?
– Czekaj, może mamy coś źle zapisane, spróbuj bez zera.
– Bip, bip, bip… Nie ma takiego numeru.

K
U
R
W
A

M
A
Ć

– Spróbuj bez jedynki…
– Spróbuj bez dwójki…
– Spróbuj bez tego wszystkiego z przodu…
– Czekaj, a może tak…

K
U
R
W
A

M
A
Ć

– A może spróbujemy na maila?
– A mamy?
– No tak, od organizatorów.
– No to dawaj, na co czekasz.

Poziom stresu 1500%. Sklecam na szybko jakieś szkolno-sztuczne zdania po angielsku, uprzejmie zapytując, czy nie nastąpił jakiś niespodziewany fakap, bo próbujemy, próbujemy i zero efektu, może mamy jakoś krzywo ten numer zapisany, czy mogłaby potwierdzić.

30 sekund i pół fajki później odpisuje do mnie. Sama. Laurie. Anderson.

Że z telefonem wszystko w porządku, że zupełnie nie wie o co chodzi, ludzie dzwonią do niej cały dzień bez problemu, chociaż faktycznie, druga polska redakcja umówiona tego samego dnia na wywiad, również zgłaszała problemy i nie potrafi się dodzwonić. I że czeka, i że Kisses.

Kisses (mhm)

W sumie miło, że nie tylko my jesteśmy ostatnie cipy, ale problemu to nie rozwiązuje. Próbujemy bezskutecznie po raz kolejny, wreszcie rezygnacja – Pierdolę, napiszę wam normalnego przedfestiwalowego szorta, bo z tego już raczej nic nie wyjdzie.

—-

Z lekkiej załamki wyrywa mnie kolejny mail:

A może po prostu przyślesz trzy lub cztery pytania, a ja odpowiem na nie mailowo?

Hell Yeah!

I momentalny stupor. Przecież ja mam w pliku 10 tysięcy pierdolonych pytań i kompletnie zerowe pojęcie, które z nich są najważniejsze. To miała być w końcu rozmowa, luźne popierdalanie o wszystkim i o niczym, okazja do pogadania z jedną z najważniejszych kobiet w moim życiu, a mailowo się tak nie da, mailowe wywiady na milę śmierdzą rozwiązywaniem quizów i klasówek, zbywaniem spamujących natrętów i pospiesznym odpisywaniem za pomocą standardowych formułek na pytania, które czyta się po raz tysiąc pięćsetny. Na mailowym wywiadzie nie zbuduję tekstu, bo brakuje mu życia, bo nie widzę rozmówcy, nie słyszę jego wahań, pauz, intonacji, nie wiem, czy się uśmiecha, czy mamroce wkurwiony, nie odczytam dodatkowego info z barwy głosu, ani nie opiszę gestykulacji, równie ważnej czasem, co słowa, zostaję z samym tekstem i nie mam ani grama mięsa, z którego można stworzyć historię. Gdybym miał chociażby jakieś przygody po drodze do redakcji, albo sama Laurie by się nie stawiła, to mógłbym zaryzykować jak Gay Talese, ścigający bezskutecznie Franka Sinatrę albo ta panna, której Lady Gaga samolotem uciekła, dzięki czemu powstał jak na razie najlepszy muzyczny tekst prasowy XXI wieku. A tu nic z tego, muszę dokonać tylko wyboru pytań i liczyć na to, że odpowiedzi będą na tyle długie, żeby dało się z nich sklecić 3500 znaków zajawki.

Po 15 minutach przed ekranem mam to z głowy. Lecą 3 pytania, wyrwane dosyć przypadkowo z całości i obowiązkowe indagacje o występ na Ars Cameralis.

Odpowiedzi przychodzą w nocy.

Pytam ją o to, dlaczego nie została pisarką, skoro słowa to najwyraźniej jej naturalny żywioł i posługuje się nimi z wprawą równą najlepszym autorom na świecie.

– First, thanks so much for your very kind words. Most of the text that I „write” does not begin with written words. But spoken, hummed, or projected. Don’t ask me why that seemed the right way.

I guess I love conversation and stories told out loud. I love the way you can change stories with your tone of voice. That’s real multi media! In answer to your question I have no idea why I didn’t become a writer. Maybe because I just did things without labeling them. In fact, I’m putting the stories together now in a book. It will be wild to see them in that form.

Próbuję potwierdzić własne domysły na temat wpływu Burroughsa na jej sztukę i dopytuję, czy słynny Głos Władzy, który wykorzystuje w swoich wystąpieniach, jest modelowany na charakterystyczny, skrzekliwym wokalu Williama.

– Yes I first used the so-called „Voice of Authority” when I was MC for the Nova Convention- a 3 day celebration of Burroughs in 1978. Originally it was modeled on Burroughs – in homage to him. I loved his cranky old geezer act. It was full of an immense irony. I liked him too as a fellow midwesterner. Not so much wise old man as the original salesman, a con man. Also he is master of the jump cut. And like other great American writers like Herman Melville, he creates great characters. Most of all he represents the spirit of rebellion. And this is very relevant to American culture in these extremely reactionary times.

Podpuszczam ją trochę stwierdzając, że ludzie traktują jej występy raczej jak coś w rodzaju akademickich wykładów, w czasie których poznają nowe pomysły i idee niż koncertów z muzyką oraz staram się dowiedzieć, dlaczego technologia odgrywa tak wielką rolę w jej sztuce.

– I hope not like to a lecture! I’m more about dreams than information. Or I hope so anyway.

I never tried to present myself as a new tech/high tech artist. I’ve always tried to say that my main interest is story telling and that sometime I use technology to tell them. In 2010 however, this is redundant. Almost all art goes through media at some point along the way. I do not worship technology (hmmm…or do I?)

I to właściwie wszystko. Dostaję jeszcze fragment presspacka zawierający opis programu Transitory Life, z którym pojawi się dziś o godzinie 20:00 w chorzowskim Teatrze Rozrywki, wymieniamy kilka uprzejmości i podziękowań i to tyle.

Na koniec otrzymuję maila, którego standardowa formułka w niczym nie przeszkadza, żebym przez chwilę poczuł się jak w niebie:

mina mi jednak trochę rzednie, gdy wrzucam tego printscreena na fejsbuka, żeby podzielić się radością i odkrywam, że ponad połowa znajomych była przekonana, że chodzi o niejakiego Hugha Laurie. I tak właściwie jedynym, co wynoszę z całego wywiadu, na który się tak mocno nastawiałem, jest fakt dołączenia do grupy „Nienawidzę dr. House’a.”

Bo na koncert raczej nie wejdę, z powodu wyprzedania wszystkich biletów i absolutnego braku wejściówek.

———–

* Pojęcia nie mam jak wyglądały te tłumaczenia, wszystkie kajeciki z wczesnymi wprawkami wyjebałem w piździec dobrych parę lat temu, żeby mnie przestały irytować

** Powtórzenie mające na celu pokazanie, jak nadmiar poezji i prozy nieodwracalnie zwulgaryzował mi język. Nie czytajcie amerykańskich poetów, drogie dziatki, błagam was.

—-

A szorciak na 3500 znaków tutaj. Longa na 18 tysięcy właśnie skończyliście czytać.

—-

APDEJT: Cuda się zdarzają nawet w życiu psychofana. Było tak:

czyli BOSKOŚĆ. Skrzypce, elektronika i 14 opowieści, w większości znanych i klasycznych, teatr pełny po brzegi i drobniutka kobieta, która przez 1h:20m potrafiła skupić na sobie absolutną uwagę wszystkich zebranych, przypominając prostą prawdę, że nie ma ważniejszego talentu na świecie, niż talent do opowiadania historii. Nie obchodzi mnie absolutnie ich autentyczność, czy związek z faktami, ważne było tylko to, że dzięki niezaprzeczalnej charyzmie, Laurie Anderson potrafi nadać im rys całkowitej szczerości i prawdziwości. I to chyba lubię w niej najbardziej.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

32 Responses to Jak nie zrobiłem wywiadu z Laurie Anderson

  1. macio says:

    wszystko fajnie ALE koleś od tekstu ‚Come Party With Gaga’ to ONA, Caitlin Moran
    http://entertainment.timesonline.co.uk/tol/arts_and_entertainment/music/article7129672.ece
    a nie jakiś tam Alexander, o czym zaświadcza zresztą scena w toalecie. buziaki!

  2. Barts says:

    Biedactwo. I feel you. *głasku, głasku*

  3. Marceli says:

    wszystko faj­nie ALE koleś od tek­stu ‘Come Party With Gaga’ to ONA,

    Dzięki, poprawione!

  4. mrw says:

    A ja akurat wiedziałem, że nie chodzi o Hałsa.

    I sobie wrzucę na talerz.

  5. kubu says:

    jak juz mowilem, pani Laurie mnie nie kreci, ale wyrazam wspolodczuwanie i wspolzalowanie :)

  6. 20_miles_to_highland says:

    za pierwszą część tego posta (LnŚ) dostajesz +∞ do being awsome i tyleż samo do „suhacz’s soulmate”. Laurie dla mnie już nie tak bardzo jak kiedyś, emocje jednak ostygły, niemniej rozumiem adrenalinę [czyt. znam z doświadczenia, choć w moim przypadku bohaterowie zdecydowanie mniejszego formatu] i tym bardziej współczuję, że nie udało się przeprowadzić wywiadu wg strategii 3500znaków

  7. Marceli says:

    za pierw­szą część tego posta (LnŚ) dosta­jesz +∞ do being awsome i tyleż samo do “suhacz’s soul­mate”

    :)

    Gdzieś na dnie mózgu wisi mi szkic notki LnŚ, mon amour, może coś się kiedyś z niego wykluje.

  8. ewenement says:

    Pieeękna historia. Tak się zaczytałam, że mi wykipiał makaron :-)

  9. fan-terlika says:

    Weź, jak przeczytałem jej pierwszą odpowiedź, to mi się zrobiło po ludzku smutno i przykro.

  10. ewenement says:

    PS. Widzę, że zostałeś speszyl gest star nowej notki WO ;-)

  11. carmody says:

    a wiesz co?
    a mnie to tak naprawdę mało obchodzi co pani Laurie by Ci powiedziała. O wiele większa frajdę mam z tego tekstu. To jest mój ulubiony typ dziennikarstwa. Obsrywkę zostawmy uczniakom i wyrobnikom.

  12. dzikow says:

    Ihaha, miło mi się zrobiło przy lekturze tegoż, bo raz, że ta LnŚ to mój debiut tłumacza (to ja wcisnąłem redakcji tego Brautigana – z pomocą Sosnowskiego) i też absolutne uczucie do Bright Red (i Coolsville ze Strange Angels). Homeland też spoko, szczególnie jak Anthony wchodzi w tym długim kawałku o Ameryce. Więc z racji tych koneksji pozdrowienia ślę.

  13. Marceli says:

    to ja wci­sną­łem redak­cji tego Brau­ti­gana

    Kocham Cię jak jeden tłumacz wciskający niesprzedażną literaturę gdzie tylko się da, drugiego tłumacza wciskającego niesprzedażną literaturę, gdzie tylko się da.

  14. Mnemosyne says:

    Your story with the interview was breathtaking :) I’m glad you managed to do the interview in the end! (I’m looking at it through the Google Translator)

    The performance was beautiful. And the violin solo at the end was pure magic.

    + dziękuję for the photo!

  15. Mnemosyne says:

    (hahaha, kurwa sounds exactly like in Hungarian! :))

  16. sheik.yerbouti says:

    I co, i co, i jak było?

  17. dr Charles Kinbote says:

    Piękne literki. Marcel, ajlawju.

  18. Marceli says:

    Your story with the inte­rview was bre­ath­ta­king

    Thanks, some photos of Laurie on your blog are really amazing :)

  19. blue.berry says:

    historia absolutnie cudna. w pierwszej części miłe wspomnienia bo okres młodości zdecydowanie upłynął mi przy muzyce pani Anderson (jak również Diamandy Galás czy Meredith Monk ale LA zdecydowanie najbardziej). w drugiej części tekstu jak już przestawałam się śmiać to chciałam mocno cię przytulić. a potem zrobiło mi się bardzo przykro jak się okazało że na koncert nie idziesz. ale na szczęście dzisiaj okazało się że jednak tak. i to jest zdecydowanie bardziej odpowiednie zakończenie tej historii.

  20. robur zdobywca says:

    Co do Twojego uwielbienia Sosnowskiego. Czytałeś przypadkiem „Takie tam” Macieja Malickiego?

  21. Marceli says:

    Nie, tego akurat nie – Kawałek Wody, Sagę Ludu i Kogo nie znam po którym trochę mi przeszła faza na Malickiego, bo rzadko która ksiązka mnie tak zmęczyła, jak te parędziesiąt stron

  22. robur zdobywca says:

    W dużych dawkach faktycznie męczy, ale i tak go uwielbiam. W każdym razie chodziło mi o to, że „Takie tam” składa się w połowie z dialogów Sosnowskiego z Malickim i resztą składu „Literatury na Świecie”. Tak mi się przypomniało, postanowiłem się podzielić.

  23. Marceli says:

    O, to chętnie. A ten Sosnowski jest tam wymyślany przez Malickiego, czy jakieś autentyki?

  24. robur zdobywca says:

    Autentyki. Książka składa się w większości z zapisanych dialogów, scenek, itd. Całkiem fajna rzecz.

  25. Barts says:

    No to u mnie masz już drugiego plusa, pierwszego za Strażnika Parku, którego nota bene wszystkim wciskam ostatnio.

  26. Mnemosyne says:

    Oh, thanks a lot. I’m really just the mediator of the goodness. :) Did you two meet in the end?

  27. Marceli says:

    No, of course not – as usual I was too shy to try to get really close and ask for an autograph :)

  28. Mnemosyne says:

    What a pity. :(

    I was afraid, too, but she is adorable and easy-going in person.

  29. MaciejP says:

    Hugh Lau­rie? Hudefak?

  30. dzikow says:

    Dzięki! Wiele mnie kosztował, więc dobrze, że komuś przypada.

  31. Mnemosyne says:

    Marceli, if you are interested in the audio of the lecture held at Katowice Academy of Fine Arts and ‚Transitory Life’, feel free to mail me.

  32. Pingback:Ziemia Niczyja | Mariusz Herma » 2010: Popisali się