Hypnotic Globetrotters

Koszykówka to zawsze był dla mnie sport, który jako jedyny mógł konkurować z piłką nożną w kategorii najnudniejsze zjawiska rozrywkowe świata, przebijając balet i operę razem wzięte. Przez cały okres nastoletni jednak byłem nią nękany, czy to przez kumpli, którzy w pewnym momencie mieli ostrą zajawkę na oglądanie NBA i bieganie z piłką pod prowizorycznymi koszami na dzielnicy i przez programy TV, które z jakiegoś powodu uparły się, żeby na początku lat 90-tych zrobić z tego nudziarstwa sport popularny, dlatego też Murzyn walący w kokos

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=b9pfkbRlvGc[/youtube]

pojawiał się w praktycznie każdym programie młodzieżowym, co zawsze było dobrą okazją, żeby pudło wyłączyć i zająć się czymś ciekawszym. I tak właściwie jedyne, co w pamięci zostało, to gigantyczny hype, jaki zrobił się bodaj w 91 r., gdy do kraju nad Wisłą miał zjechać koszykarski cyrk, znany pod nazwa Harlem Globetrotters. Pokazywano ich absolutnie wszędzie, media krztusiły się z zachwytu nad ich niesamowitymi wyczynami pod koszem i pełne były szortowych migawek, w których latający Murzyni zaprzeczali prawom grawitacji.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=7fAL8-adBeQ&feature=related[/youtube]

Nie bardzo wiedziałem po co, bo nadal kończyło się to wsadzeniem piłki do kosza, z którego nic nie wynikało, no ale ogólna opinia była taka, że to magicy, PRAWDZIWA AMERYKAŃSKA KOSZYKÓWKA, cuda wianki i w ogóle OMG, WTF, LOL. Nikomu nie przeszkadzała wiedza, że to simulacrum (nie mogła, bo książki Baudrillarda pewnie nikt wtedy jeszcze w Polsce nie znał), twór całkowicie sztuczny, zbudowany na hajlajtach ‚prawdziwej koszykówki’ (przepraszam za cudzysłów, ale zestawienia prawdziwy + [dowolny sport] go po prostu wymuszają) i wykorzystujący przegięcie, przerysowanie, jako główny nośnik atrakcji, dzięki czemu całość stawała się wiarygodna dla mieszkańców dzikich krain, dla których koszykówka w tym czasie to były wychudzone białasy w obwisłych koszulkach na ramiączkach, które niemrawo i bez celu snuły się po parkietach, nikogo tak naprawdę nie interesując. Harlem Globetrotters pokazywali, jak wygląda sport w cywilizacji, ile niesie ze sobą cyrku i radochy i co trzeba umieć, żeby osiągnąć perfekcję i mistrzostwo.

*

Jak to naprawdę działa, zrozumiałem tak właściwie dopiero wczoraj. W smutnym, brzydkim mieście Chorzów, gdzie dzisiejsze wybory wygra plastikowy koleś, który od dziesięciu lat skutecznie przemienia moje rodzinne miasto w slumsy brzydsze od Bytomia albo zapasiona blondyna, której jedyną zaletą jest bezkompromisowa głupota ujawniająca się w każdej wypowiedzi; w mieście gdzie dres jest obowiązkowym strojem wieczorowym, a główny ‚deptak’ po 23 zmienia się w ring wolny i ogólnodostępne jabol party; w mieście, gdzie ostatni fajny klub istniał 15 lat temu, a synonimem słowa rozrywka jest pogrzeb lidera grupy Uniwerse, którego największym sukcesem było to, że się powiesił (czujecie klimat miasta w którym wiesza się lider kapeli disco-polowej i dostaje za to pomnik). I to właśnie do tego miasta zrządzeniem losu i dzięki staraniom grupy obrotnych ludzi trafia Hypnotic Brass Ensemble – ośmiu czarnych bogów z dęciakami. Klub w którym graja jest typowo chorzowski, ze sceną trzy metry na dwa, dostosowaną raczej do eventów w stylu Andrzej Sikorowski śpiewa z gitarą krakowskie hymny, ludzi pojawia się opór, zakaz palenia po 20 minutach staje się niemiłym wspomnieniem z jakiejś kompletnie innej, zidiociałej rzeczywistości, bo jarają wszyscy i wszędzie, łącznie z muzykami a jedyna strefa dla niepalących pozostaje w okolicach baru i na dworze (gdzie ich miejsce, w końcu szukają świeżego powietrza). Warunki mocno partyzanckie:

zespół od publiki dzieli może 30 centymetrów, ale właśnie dzięki temu już po pierwszych pięciu minutach, Chorzów znika, pojawia się Chicago,

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=6ibSHF3uiW0&feature=related[/youtube]

a klub wypełniony białymi ludźmi w swetrach i zimowej odzieży zaczyna wyglądać jak miejsce z filmów Spike’a Lee czy hip-hopowych teledysków: z tłumem kołyszącym się jak drzewa w rytm dęciaków, z lasem rąk, robiących rytmicznie góra, dół, z ludźmi pląsającymi na wszystkich poziomach, z drewnianymi schodami, grożącymi w pewnej chwili powtórką masakry na Heysel, bo zupełnie nie przystosowanymi do tego, żeby tańczyło na nich pół setki ludzi. Każdy hiciak HBE to czysty ogień wyrywający z publiki okrzyki zachwytu, a całe półtora godzinne show nie ma nawet jednego słabego punktu.

I być może jest tak, jak pisze Mariusz, że HBE w dużej hali przywozi ze sobą show z cyklu „gwiazdy rocka” – nie wiem, nie miałem okazji zobaczyć. Wiem jednak, ze upchnięci w klaustrofobicznej salce, zamieniają się w Hypnotic Globetrotters, brassowy cyrk obwoźny, prezentujący dokładnie wszystko, co wcześniej widziałeś tylko na filmach, albo w ulubionych cut-scenkach z Grand Theft Auto: San Andreas – wyżyłowaną do perfekcji wersję czarnego klubu gdzieś z downtown Chicago, where’s party rocking all night long, powietrze jest siwe od dymu z blantów, a spoceni czarni kolesie krzeszą ogień z trąbek, nakręcając absolutnie wszystkich do maniackiego tańca.

Wystarcza parę minut i pierwszy wypocony hektolitr i już wiem, że HBE są produktem idealnym, spełnieniem erotycznych marzeń smutnych białasów z zamarzniętej północy, o tym by kiedyś, choć raz trafić na imprezę, gdzie brothas from da hood bawią się zupełnie poza kontrolą, grając genialną muzykę i czerpiąc z tego gigantyczna radochę. Już wiem, że synonimem HBE jest „fabryka radości”, ich głównym produktem przepiękne złudzenie, że nawet ty, białasie, możesz kiedyś bez stresu trafić do zadymionych knajp, w których czarni jadą najlepszym funkiem świata, gadając z publiką, wyrywając laski, tańcząc gdzie tylko się da i siejąc maksymalne dobro.

I nawet po opuszczeniu klubu chicagowski klimat nie znika całkowicie. bo piździ, wieje, a na opustoszałych ulicach stoją jedynie grupki dresów w kapturach. Zmienić tagi na murach, dać im spluwy do ręki i mamy panie Amerykę w Chorzowie. Choć właściwie chyba jednak wolę, żeby została na scenie małych klubów, nawet jeśli jest wtedy całkowicie wymyślona.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=Dto2kdmKwzw[/youtube]
(tubka nie moja)

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

17 Responses to Hypnotic Globetrotters

  1. wierzbi says:

    szkoda, że w wawie w hard rock cafe magia nie zadziałała w któreś z poprzednich wakacji… publiczność to jednak potrafi nie dać się rozkręcić.

    wogle, to harlem globetrotters całkiem niedawno było znowu w pl, ale magia chyba już nie ta, co w early 90s – jak się teraz na jutubie widzi, że wszędzie odstawiają ten sam szoł…

    a na Ryszardę Parasolkę się wybierasz?

  2. Marceli says:

    Ryszardę Para­solkę

    wydawało mi się, ze ona juz była? also widziałem ją raz, jakiś czas temu i to zdecydowanie nie jest moja bajka. smutne kobiety tylko w francuskich filmach mi wchodzą.

  3. wierzbi says:

    m.in w wawie będzie początkiem grudnia, ale chyba też w krakowie, wrocławiu i zielonej górze. Ja nie widziałem, a pierwsza płyta mi podeszła, i rozważam. Szkoda, że druga płyta podchodzi mniej, więc wybór mniej oczywisty.

  4. dr Charles Kinbote says:

    Znakomity tekst, Marcelu. Ale za koszykowkę, to masz grzech. Po prostu – kto nie siedział nocami i nie oglądał finałów Bulls-Jazz nie jest fajnym chłopakiem. :)

  5. login99195 says:

    Oj piknie ta dzisiejsza notka napisana. Aż se z wzruszenia googlne za tymi HBE.

  6. Marceli says:

    kto nie sie­dział nocami i nie oglą­dał fina­łów Bulls-Jazz nie jest faj­nym chło­pa­kiem

    No nie wiem, zawsze dużo lepiej dogadywałem się z tymi, co siedzieli po nocach, bo na Pro Sieben były cycki :)

  7. dr Charles Kinbote says:

    Koleżanki w klasie też je miały. Dlatego nocami można było się ekscytować taki rzeczami jak pick&roll,Scottie Pippen i „Listonosz”. :)

  8. scatteringer says:

    Mimo wszystko o ten pomnik Breguły to nie masz się co czepiać – jeżeli dużo ludzi tego chciało to czemu nie. Dopóki nie umieszczono go na Wawelu, albo przed Pałacem Prezydenckim jest nieszkodliwy. Moim skromnym zdaniem kiczkultura nie jest gorsza od popkultury dopóki rozpala serca i/lub umysły.

  9. Marceli says:

    o ten pomnik Bre­guły to nie masz się co cze­piać

    nie czepiam się, wydaje mi się po prostu symptomatyczny dla Chorzowa. Kurt Alder nie ma.

  10. Marceli says:

    ojej, też mi fun, cycki koleżanek, jak masz 13 lat i świadomość, że dostajesz je razem z zupełnie zbędną koleżanką.

  11. dr Charles Kinbote says:

    Etam. Od razu widać, że się nie znasz. Finały Bulls-Jazz były w liceum. Koleżanki już wtedy mówiły.

  12. Jack_the_Lurker says:

    Also this: http://www.youtube.com/watch?v=hHDP-SKqamw co wewogóle mówi wszystko w temacie kariery sportowej.

  13. Barts says:

    „kom­plet­nie innej, zidio­cia­łej rze­czy­wi­sto­ści, bo jarają wszy­scy i wszę­dzie, łącznie z muzy­kami a jedyna strefa dla nie­pa­lą­cych pozo­staje w oko­li­cach baru i na dwo­rze (gdzie ich miej­sce, w końcu szu­kają świe­żego powie­trza).”

    Umm, powoli zbliżasz się do poziomu Jacka Żakowskiego. Don’t, just don’t.

  14. Marceli says:

    sorry, Bartu, ale po Waszym smutnym pierdoleniu, którego wysłuchiwałem przez tydzień, naprawdę ucieszyło mnie empiryczne potwierdzenie faktu, że istnieją normalne miejsca, gdzie smutne pierdolenie jest tylko smutnym pierdoleniem, a martwe prawo jest martwe.

  15. Barts says:

    sorry, Bartu, ale po Waszym smut­nym pier­do­le­niu, któ­rego wysłu­chi­wa­łem przez tydzień, naprawdę ucie­szyło mnie empi­ryczne potwier­dze­nie faktu, że ist­nieją nor­malne miej­sca, gdzie smutne pier­do­le­nie jest tylko smut­nym pier­do­le­niem, a mar­twe prawo jest mar­twe. 

    To zabawne, bo na Kazimierzu i Starym Mieście w Krakowie to nie jest martwe prawo.

    Co do smutnego pierdolenia, to osuwasz się w otchłań Żakowskiego i Środy, czyli ludzi racjonalizujących nałóg. Myślałem że do swojego palenia masz większy dystans.

    Co zaś do wysłuchiwania smutnego pierdolenia, to, że pozwolę sobie na parafrazę, cóż jest tydzień smutnego pierdolenia wobec dziesiątek lat smrodu?

  16. Dobra relacja, tylko trochę za bardzo wieje z niej pesymizmem. Zamiast marudzić, rozkręcaj imprezy w Szufladzie15, Zanzibarze, Teatrze Rozrywki, czy Leśniczówce.

    Chorzów to nie jest złe miasto. Pustki na Wolności w weekendy po 23 faktycznie szokują, ale w Katowicach 4 lata temu kiedyś było podobnie. Mimo, że była sobota, na 3maja, Stawowej, Staromiejskiej przewijały się grupy wtajemniczonych, którzy wiedzieli, gdzie jest impreza. Na Mariackiej też początkowo hulał wiatr, ale koniuktura się zmieniła.

    To kwestia zmiany podejścia władz miasta do jego charakteru, nawiązania współpracy z działaczami kultury, zmiany godzin ciszy nocnej w poszczególnych częściach miasta (ul. Wolności!). W tym roku wiele osób po koncertach Ars Cameralis wracało tramwajem do Katowic. Czemu mieliby nie zostać w Chorzowie i iść do Szuflady15, Kocyndra, Zanzibaru czy Jazzhole (istnieje jeszcze?) i bawić się tam do rana?

  17. Marceli says:

    Zamiast maru­dzić, roz­krę­caj imprezy w Szufladzie15, Zan­zi­ba­rze, Teatrze Roz­rywki, czy Leśniczówce.

    Nie ma we mnie aktywisty, a nikt mi takiej pracy nie proponował:) Ale oczywiście masz rację – Chorzów nie jest aż tak dramatycznym miastem, żeby nie dało się w nim mieszkać i wciąż jest miastem, które lubię, przynajmniej za dnia – uwielbiam się włóczyć po chorzowskich zadupiach, bo są po prostu fajne. Nie zmienia to jednak, że od ponad dekady jest też miastem, które istnieje tylko na peryferiach, poza centrum, które to centrum systematycznie, dzięki kolejnym idiotycznym decyzjom władz miejskich lub brakowi jakichkolwiek decyzji zmienia się w absolutną pustynię. I tego nie zmienią nieliczne kluby, choćby tak prężnie działające jak Szufla czy Zanzi (Jazzohole już nie ma, jest coś innego zamiast, za to po drugiej stronie w Rozrywce jest całkiem fajne Jazz Caffe), bo do tego trzeba przerycia całego mentalu mieszkańców tego miasta, zdjęcia z niego odium miasta dresów i kiboli Niebieskich, pokazania, że w centrum może się dziać coś więcej niż Magda Anioł pierdzi kolędy. A co mamy: Chorzowskie Centrum Kultury, w którym nie dzieje się absolutnie nic, poza programami dla dzieci i klubu seniora i dogorywające MDKi. to nie są rzeczy, które da się zmienić bez pomocy władz miasta, a władze miasta od 20 lat mamy te same – koszmarnie nieudolne we wszystkim.