Patronat medialny

To książka bez sponsorów i patronów medialnych – wierzę, że jest na tyle wartościowa, że obroni się sama…

Sławek Pakos

(wydawca)

No więc to już nieprawda jest, bo właśnie postanowiłem ustanowić instytucję Samozwańczego Patronatu Medialnego i tymże niniejszą książkę objąć. Jest mi o tyle łatwiej, że na okładce i tak jest już blurb mojego autorstwa, a z objęcia SMP nie wynika tak właściwie nic, prócz tego, że teraz powiem o Obok – Ile Procent Babilonu parę miłych słów.

A początkowo nie miałem wcale zamiaru, bo polska scena punk-reggae z lat 80-tych interesowała mnie zawsze mniej więcej w takim stopniu jak irańskie filmy o szewcach, czyli wcale. Kojarzę nazwy Tilt, Armia, Dreadlock, wiem kto Tomasz Lipiński, brat katował mnie w dziecięctwie Brygadą Kryzys, czego nie wybaczyłem mu do dziś, a ostatnim objawem traumy było skwitowanie widzianego kątem oka występu Kryzysu na Offie, błyskawiczną oceną: ja pierdolę, zombie-party. Co ustaliwszy na wstępie, mogę przejść do opowieści, dlaczego książka o tych właśnie ludziach zrobiła mi ŁO! Zajebiste!

Bo na szczęście nie jest o nich. Znaczy trochę jest, ale nie nachalnie. Dużo bardziej jest o pokoleniu 5060 (urodzonych w latach 50-tych, dobiegających 60-ki) i ludziach, którzy wpadli w szczeliny*, nie mogąc się dopasować ani do komuny, ani do patriotyczno-solidarnościowych zrywów. I choćby właśnie z powodu tej perspektywy narracyjnej wkręca na maksa. No bo jednak gros dyskursu o latach 70/80, to są jakieś tam dyskusje wokół postaci z Onych i Mych Torańskiej, generujących w większości przypadków #smutnepierdolenie z okolic salonów czy styropianów, którego czytać na dłuższa metę się nie da, a tu dostajemy ‚opowieść’ (wytłumaczenie cudzysłowu potem) z życia mieszczan, w sporej części dzieci zarówno Onych, jak i Mych. Których jebał zarówno komunizm, jak i papizm (i którzy w ostatnich latach niezdrowo puścili się poręczy, ale to już kto inny taką książkę pewnie zrobi, mogę służyć opinią, jak żałośnie wygląda Izrael z perspektywy 30 latka w XXI wieku, oglądany podczas koncertu). Książka pokazuje małe inteligenckie getta w Warszawie, gdzie każdy kombinował na własną rękę, opisuje Żoliborz i elitarne licea, gdzie, rodził się polski pank, wraca do pierwszych koncertów i afer.

Wiem wiem, już teraz brzmi jak kombatanckie gówno, które parę miesięcy temu próbowali nam wcisnąć w formie Beats of Freedom, gdzie Kora z Sipowiczem przy pomocy Niedźwiedzkiego własnoręcznie zaatakowali Związek Radziecki i odnieśli druzgocące zwycięstwo. A ja się czułem jak przy wstępniakach Fantastyki z lat 90-tych, gdzie redaktorzy głosili, jak Zajdlem i ufoludkami zrobili to samo.

Na szczęście Obok się nie stacza w tę stronę. Tam nie ma bohaterów. Jest galeria freaków, ludzi zdrowo pierdolniętych, szamocących się pomiędzy miliardem wyborów dziennie, z których każdy mógł się skończyć tym,że ktoś cię uzna za chuja i szuję, albo niebezpieczny element. Trochę przypomina w tym inną piękna książkę, częściowo o tej samej epoce – Grupy na Wolnym Powietrzu Eliego Barbura – bo tak samo w centrum stawia tę klasę, która ponoć w komunizmie nie istniała – mieszczaństwo, warszawskie mieszczaństwo, gdzie nudy, marazmu, serwilizmu, konformizmu i kładzenia lachy na tych wszystkich izmach, rodziły się polskie reakcje na takie rzeczy, jak jazz, rock, punk, czy reggae. Opisuje środowisko 100-200 osób, z których większość dziś albo jest na etapie pokazywania cycków w Gali, albo nie żyje, albo pisze blogi, ludzi, którzy mieli w tamtych czasach dostęp do masskultu z zagranicy i zarażeni nim dogłębnie, starali się zarazić resztę społeczeństwa.

Opisuje jak średniej wielkości fejsbukowa grupa z 1978 roku rozrosła się w ideologię, dźwięki, teksty, które dotarły do sporej części pokolenia i bywają cytowane do dziś, choć głównie przez starszych ludzi z epizodem alkoholowym w życiorysie.

Ale to nie wszystko. Bo prawdziwego kopa tej książce nadaje forma. To, że będzie fajna, wiedziałem już, jak pan Makowski przysłał mi pedefekę z kawałkiem, zebym powiedział, czy się podoba.

No i jak miało mi się nie podobać? Tekst złożony w 99% z cytatów, zrobiony w dużej mierze metodą ctrl+c/ctrl+v z miliarda źródeł (na pierwszej stronie jest ich 7 i ta średnia rzadko spada), gdzie odautorski komentarz uwidacznia się przede wszystkim w doborze materiałów i ich układzie na stronie, pan Makowski i pan Szymański, wpadają do tekstu tylko wtedy, gdy trzeba czemuś nadać inną perspektywę (i tu perspektywa pana Makowskiego jest bezcenna, bo jest z samego środka), albo zadać pytanie (niektóre z nich musiały się okazać na tyle irytujące, że praktycznie żaden z bohaterów tekstu ostatecznie nie wyraził zgody na publikowanie swoich słów). Do tego mnóstwo fotek (parę ryzykownych rozwiązań graficznych i typograficznych, jak czarne literki na czarnym) i ogólne poczucie, że tak właściwie dostałeś do reki labirynt, przez który nikt cię nie przeprowadzi, sam się znajdź.

I to jest pomysł na 10/10. Historie tych ludzi musisz sobie poukładać sam. Wnioski na temat ich wyboru też należą tylko do ciebie. Całość obrazu nie istnieje, są tylko fragmenty, strzępki narracji, szkice życiorysów, polifoniczny strumień ludzi i mediów, któremu porządek nadaje dopiero odbiorca. Mimo tego, Obok nawet na sekundę nie zmienia się jakiegoś ekstremalnie awangardowego gniota edytorskiego o poziomie czytelności minus pięćset, bo czyta się bez żadnych zacięć, zastanawiania, gdzie ja teraz mam patrzeć. Ma jakiś rytm, który nie tyle pozwala się znaleźć w tych splątanych historiach, co nie pozwala się w nich zgubić. Niezależnie od tego, jak biegniesz wzrokiem po stronie (a mozliwych kombinacji jest pierdyliard), poszczególne fragmenty i tak siię ze sobą wiążą, wpływają na siebie, pozwalają na wielość odczytań. Z czysto czytelniczej perspektywy, olewając już to, że strasznie pana Makowskiego lubię, sama czynność czytania tego tekstu jest maksymalnie przyjemna.

I właściwie wyszło mi na to, że przeczytanie Dzienników Tyrmanda, Grup na Wolnym Powietrzu i właśnie Obok, to całkiem dobry sposób na poznanie (warszawskiego) PRLu z zupełnie innej perspektywy: ani władzy, ani opozycji, tylko ludzi tkwiących w szczelinach. Czyli, było nie było, w każdej epoce najciekawszych.

(na koniec chciałem jakaś tubkę z fajna muzyką robioną przez opisanych w tekście ludzi i wyszło mi na to, że jednak puszczę Falarka)

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=Na1hCUMgU84[/youtube]

Książkę tanio można tutaj

—–

*to jest z jakiegoś opowiadania/powieści, co mnie od lat nęka, o ludziach, którzy popadając w stagnację, osuwali się w szczeliny rzeczywistości – szare, budyniowe, gruzłowate. Była tam jakaś dziewczynka i jak przez mgłę pamiętam obrazki, więc istnieje możliwość, że komiks. Brzmi jak Marcel Ayme, ale raczej na pewno nie.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

11 Responses to Patronat medialny

  1. mrw says:

    @mogę słu­żyć opi­nią, jak żało­śnie wygląda Izrael z per­spek­tywy 30 latka w XXI wieku, oglą­dany pod­czas kon­certu

    Heeeej mam o tym notkę! http://mrw.blox.pl/2009/06/Bogowie-deszczu-SRF-Day-2.html

  2. iammacio says:

    add to wishlist? yes please. to jeszcze sie wypowiedz w sprawie ksiażeczki Konja o „scenie trójmiejskiej” o ile będzie szansa.

  3. kolega Tetrix says:

    Kiedy poprzednim razem zaufałem twojej rekomendacji z tego miejsca, oberwałem „Armią ślepców”. Teraz mam lęki, ty zły człowieku.

  4. makowski says:

    ŁO!

  5. Marceli says:

    ferstofol: ja się wciąż upieram, że AŚ to jest niezła książka
    sekondofol: Pana Makowskiego lubię inaczej niż Romka i.e. wcale go nie znam, tylko sobie wizytujemy blogi i mnie się u niego fest podoba
    Therd: – zajrzyj najpierw na http://ooops.pl/ – poczytaj, jak ci styl MRM podejdzie, to książka jest mniej więcej tak samo prowadzona.

  6. kolega Tetrix says:

    Oj dałbyś się podroczyć, stronę znam, żal, że blog jakby zniknął, więc Obok najdalej w marcu będę już poczytywał.
    Co do ferstofol – no to chyba tylko na tle reszty nowych dokonań autora. Wtedy 100% racji.

  7. Barts says:

    Szczeliny rzeczywistości, hmm, kojarzy mi się Momo Michaela Ende (Szarzy Ludzie) i Nigdziebądź (Londyn Pod), obydwa chyba były skomiksowane. Luźno kojarzą mi się opowiadania jakieś z Fantastyki, ale to już byś musiał precyzyjniej, bo takich było co najmniej kilka.

    A recenzja fajna, może nawet kiedyś sięgnę po książkę.

  8. Marceli says:

    O, Ende to może być dobry trop, bo to jest tekst z jakiś moich późno dzieciowych czasów. Dzięki za hinta.

    EDIT: jednak nie, Gaiman też nie, w NGB koleś sam się pakuje do tego świata, a w tym co pamiętam, było wyraźne osunięcie, bezwolne. Po prostu siedzieli katatonicznie i wreszcie inni przestawali ich zauważać, a oni wtedy osuwali się w szarą szczelinę. Nie pamietam co działo się dalej:(

  9. Pingback:nie deptać trawy, nie pluć na obcych. | pajeczaki

  10. Barts says:

    To dalej już mi się tylko opowiadania z F i NF kojarzą, ale to musiałbym zerknąć w kolekcję, którą mam w innym mieście. Also, jak znajdziesz, to mi powiedz co to było. :)

  11. Tomasz says:

    Bardzo ciekawa notka. Szkoda, że Pan Michał nic ostatnio nie pisze o literaturze.

    Pozdrawiam
    Tomasz z Warszawy