Czarnobiali

czyli szkolna wprawka Cormaca McCarthy’ego w temacie bozia versus life seen as Kafka on wheels rozpisana na dwóch potężnych starców – Tommy’ego Lee Jonesa i Samuela L. Jacksona. Zrobiona po taniości, teatralnie, w jednym pomieszczeniu z becketowska scenografią wyjętą ze śmietnika, ciągnąca się przez prawie dwie godziny brutalnych zbliżeń na twarze i bezruchu i częściej wkurwiająca, niż nie. Mimo tego wielka – na tyle, że po zobaczeniu spektaklu, pomimo nadrannej pory poczułem się zmuszony do szybkiego przeczytania książki (70 stron w wordzie, szybko się czyta nawet z opadającymi powiekami).

A potem to już trochę spać nie mogłem. Bo po raz pierwszy od dawna poczułem, że ktoś powyciągał z mojej głowy parę myśli na temat wszechświata, życia i całej reszty, które jak dotąd miałem za własne i poukładał je na kształt Pierwszej Ateistycznej Czytanki, którą należałoby obowiązkowo wciskać każdemu. Co może się zresztą okazać zgubne w skutkach, ponieważ cormackowy nihilistyczny ateizm nie niesie absolutnie żadnej pociechy, jest najprostszą drogą do samobójstwa. Od tego się zresztą wszystko zaczyna: nim zaczynamy obserwować obu facetów zamkniętych w obskurnej norze, gdzieś w nowojorskim getcie, jeden z protagonistów, Biały, profesor nauk bliżej nieokreślonych, postanawia wejść w czołowe zderzenie z pociągiem. Przed czym ratuje go Czarny, który sam o sobie mówi: I’m just a dumb country nigger from Louisiana.

I właściwie już w pierwszej scenie widać, że McCarthy kręci sobie wygodnego chochoła, przygotowując grunt pod klasyczny pojedynek pacanów: durnego katola z zatwardziałym nihilistą. Na szczęście nie po to jest jednym z najbardziej cenionych amerykańskich pisarzy, żeby na tym poprzestać. Bo jednak jest tak, że moje czarne ateistyczne serduszko przez większość spektaklu i książki stoi po stronie sfanatyzowanego Murzyna, który wie o życiu tyle, co w Biblii przeczytał. Oczywiście – cool factor Samuela L. Jacksona jest zdecydowanie większy niż Tommy’ego Lee, stąd łatwiej podłapać identyfikację właśnie z nim, oczywiście, jego rola jest większa, ma więcej szans by przekonać odbiorcę do swojego punktu widzenia. I Samuel L. naprawdę pokazuje co potrafi, wcielając się w byłego skazańca, który ma na sumieniu między innymi poważne okaleczenie współwięźnia przy pomocy nogi stołowej, co zresztą było dla niego swego rodzaju epifanią i pierwszym krokiem do boga. Opowiada tę historię przez dobrych 10 minut, wznosząc się na mistrzowskie wyżyny aktorstwa i pokazując człowieka, który WIERZY NAPRAWDĘ, w niesamowicie wiarygodny, przekonujący sposób. Po prostu chcesz, żeby wszyscy katole, skoro już muszą wierzyć, byli przynajmniej do pewnego stopnia tak przekonujący, jak on.

No ale w końcu jesteś ateistą, więc nie możesz nie przyklasnąć jednozdaniowej reakcji Białego:

[It’s] The story of how a fellow prisoner became a crippled one-eyed halfwit so that you could find God”.

I tak to się toczy przez cały spektakl. Naprzeciw rozentuzjazmowanego fanatyka siedzi koleś, przy którym Sartre z Cioranem wyglądają na ujaranych piewców optymizmu, siedemdziesięciokilkuletni facet, który jest samym mrokiem, wcielonym NIE, SPIERDALAJ, nałogowym fanem śmierci. Postaci Jonesa nie da się polubić, przede wszystkim dlatego, że zawsze mówi PRAWDĘ. Dokładnie tę, której nie chce znać żaden wierzący. Wykłada Jacksonowi wszystkie podstawowe truizmy – że istnienie ludzkości nie ma sensu, że cierpienie i egzystencja to synonimy, że kultura, która kiedyś była w stanie nadać jakieś sensy naszym działaniom, dawno się już zdewaluowała, że szczęście to nieistniejąca abstrakcja. Nihilizm 101, upakowany w zgrabne, grzechoczące zdania McCarthy’ego. Postać absolutnie genialna w swojej spójności i całkowicie nie do przyjęcia dla większości ludzi, ponieważ ma dla nich tylko jedna ofertę: Zabijcie się. Już, natychmiast. Zestawiona z fanatykiem wyposażonym w o wiele więcej cech, które zwykło się przyjmować za pozytywne: pragnienie szczęścia, wolę walki i przetrwania, chęć zrozumienia drugiego człowieka, umiejętność cieszenia się każdym gównem, jakie mu się trafi, miłość do gatunku ludzkiego, jako pewnej całości.

Mocno nierówny pojedynek. Do czasu. Bo finał jednak należy do nas. Tam właśnie pojawia się kawałek, po którym uwierzyłem, że Cormack grzebie mi telepatycznie w głowie – przepiękna tyrada przeciwko najbardziej zjebanemu konceptowi, na jaki kiedykolwiek wpadła ludzkość – przeciw życiu wiecznemu. Nie dalej jak rok temu, kłócąc się z moim ulubionym katolikiem Bartsem na Blog de Bart, poukładałem sobie moją własną niechęć do tej idei mniej więcej tak:

Nie umiem sobie wyobrazić [życia wiecznego], nawet się nie staram, jak mnie kto pyta o wieczność, to odsyłam do joyce’a, u niego ptaszki kawałek wieczności w dzióbkach nosiły i taka definicja ‘w chuj długo’ mi wystarcza. nie potrafię sobie wyobrazić istnienia poza czasem, bez odbioru przepływających minut, lat i eonów, bo za bardzo mi to przypomina przeciągający się koszmarne zejście po szerokiej ścieżce spida, pogonionej pół litrem, kiedy też całe rano siedzisz i się zastanawiasz czy świat się jeszcze kiedyś zacznie ruszać. I boisz się że zacznie.

Oferta, że teraz wziąłeś, wykitowałeś i przez resztę twojego istnienia, czyli zawsze, będzie się w kółko działo to samo, to takie trochę zaproszenie nie wprost do zostania warzywem, nie chce się nawet nad tym zastanawiać, mogę przyjąć, że są ludzie, których to kręci, że ich świadomość istnieje wiecznie, ja mojej jednak wolałabym dać dychnąć, nawet nie za bardzo bym chciał, żeby ktoś ze mnie zrobił drugą Wintermute czy innego hala9000.

Zauważ, że te live forever sprowadza się tak właściwie do dwóch wyborów – albo tyrasz, albo wisisz gdzieś zawieszony w jakiejś próżni, która spoko, podobno cię uszczęśliwia, ale ja w to jakoś nie wierzę, nie dociera do mnie, co w tym takiego fajnego. nie prościej po prostu przyjąć, że i owszem bezruch, próżnia, ale bez odczuwania, bez narażania sie na jakieś tam bodźce – no bo ta świadomość musi jakoś reagować – i wszystko kończy sie tutaj normalnie w ziemi, na talerzu robalom? Naprawdę aż tak cię korci sprawdzać, jak to jest fajnie byc jakimś tam elektronem, czy innym mini pierwiastkiem duchowym, który gdzieś tam popierdala, bez pamięci o przeszłym życiu i może jest i z niego jakiś globalny pożytek, może lampy się od tego świecą, ale ty tak właściwie chuja z tego masz. Aż tak fajna jest ta perspektywa, że spokój jest nieosiągalny, ze zawsze coś musi się z tobą dziać? że nie możesz po prostu wziąć zniknąć, przestać sobie tym wszystkim zawracać dupę?

Na czym polega życie, masz okazję dowiedzieć się tu i teraz i jak najbardziej, fajnie skorzystać z takiej oferty i warto się jej trzymać wszystkimi zębami. Ale wcale nie wiem, czy wystarcza ona do tego, żeby się upierać przy trwaniu bez końca, niezależnie od formy. Koniec jest temu właśnie fajny, ze daje jakąś możliwą do ogarnięcia perspektywę, żyjesz ze świadomością, że jak już polecą creditsy z soundtrackiem, to nie ma już nic dalej, wszystko, co miałeś zobaczyć, już zobaczyłeś, twój haj skor zależy tylko od ciebie, a to, ze ominąłeś hidden bonusy to juz musisz sie z tym pogodzić, bo nie można wracać do sejwów.

(…)

to jest serio coś, czego się chyba jeszcze nie udało wymyślić żadnej religii z tych co kojarzę, a żadnej nie kojarzę za bardzo – co zrobić, żeby te przyszłe życia nie wyglądały, jak jakaś telenowela, albo film przyrodniczy.

to już serio wolę iść w jakiś pożytek, nawieźć ziemię, dokarmić robactwo, niż żyć ze świadomością, że ledwie się jedno skończy i se powiem uf, albo oj kurwa, już?, to znów ktoś się będzie dopierdalał, żebym kicał po chmurkach, dokładał do kotła, osiągał harmonię z materią wszechświata czy inny chuj.

Spierdalać. Spokój ma być.

A Cormack zmieścił mniej więcej to samo w dużo mniejszej ilości znaków:

WHITE (…) Well, here’s my news, Reverend. I yearn for the darkness. I pray for death. Real death. If I thought that in death I would meet the people I’ve known in life I don’t know what I’d do. That would be the ultimate horror. The ultimate despair. If I had to meet my mother again and start all of that all over, only this time without the prospect of death to look forward to? Well. That would be the final nightmare. Kafka on wheels.

BLACK. Damn, Professor. You don’t want to see you own mama?

WHITE. No. I don’t. I told you this would upset you. I want the dead to be dead. Forever. And I want to be one of them. Except that of course you can’t be one of them. You can’t be one of the dead because what has no existence can have no community. No community. My heart warms just thinking about it. Silence. Blackness. Aloneness. Peace. And all of it only a heartbeat away. (…) Show me a religion that prepares one for death. For nothingness. There’s a church I might enter. Yours prepares one only for more life. For dreams and illusions and lies. If you could banish the fear of death from men’s hearts they wouldn’t live a day. Who would want this nightmare if not for fear of the next? The shadow of the axe hangs over every joy.

Jak reaguje na to fanatyk, to już musicie zobaczyć sami. Ja się poczułem nad wyraz dobrze, choć bynajmniej nie mam po drodze z główną tezą głoszona przez Jonesa, ze jedynym wyjściem z tego ogólnego fakapu kondycji ludzkiej jest śmierć, zdecydowanie bardziej wierzę w to, że fajność samego faktu życia jest wystarczająca by się go trzymać ze wszystkich sił, nawet wtedy, albo i zwłaszcza wtedy, gdy nie masz w perspektywie 40 chutliwych hurys, które będziesz musiał dymać przez wieczność, czy udziału w Konkursach Piosenki Anielskiej. Tego u Cormacka nie ma, może dlatego, że jest już stary i fajność po prostu mu zbrzydła. Nie mam oczywiście pewności, czy za parę lat nie zrobi mi się tak samo i też nie uznam, że kurs samobójczy to jedyna droga do świętego spokoju, ale raczej w to wątpię. 70 czy 80 lat życia to jednocześnie trochę za mało, żeby się nim znudzić, a z drugiej strony optymalna ilość czasu, żeby nie zaczęło nas dogłębnie wkurwiać. Co dzieje się potem, wiemy z praktycznie 100% pewnością: mrok, robale, cisza, więc przyspieszanie tego jest trochę bez sensu. Lepiej skoncentrować się na tym, żeby przez te 80 lat tutaj było ci dobrze.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=l0MSitTAYyA[/youtube]

I to w sumie tyle refleksji po tym spektaklu, który zaburzył mi gospodarkę snem. Opłacało się.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

19 Responses to Czarnobiali

  1. sheik.yerbouti says:

    @zwłasz­cza wtedy, gdy nie masz w per­spek­ty­wie 40 chu­tli­wych hurys, które będziesz musiał dymać przez wiecz­ność,

    To by się akurat dało załatwić jednym nawróceniem ^^J.

  2. af says:

    a można tekst na mejla prosić? da radę?

    fan kormaka.

  3. Marceli says:

    a można

    poszło na gmaila.

  4. gaata says:

    inspajring txt. obawiam się jednak, że pomiędzy hurakatolicyzmem a mrocznym ateizmem istenieje parę odcieni, chociażby buddyjska idea reinkarnacji, gdzie strumień życia/energii kontynuuje w innych formach, mimo, że obumiera ego/pamięć/osobowość.
    pozdry

  5. Marceli says:

    Tak, ale każda (z tych co znam, nie jestem jakoś szczególnie biegły w religiach), zakłada, że czy nam się to podoba, czy nie, nie ma co liczyć na nieistnienie po śmierci, bo czeka na nas tam jakaś odmienna forma egzystencji. I to jest właśnie dla mnie niezrozumiałe: po pierwsze: skąd to przekonanie; po drugie: po co.

  6. archie says:

    Kurde, absolutnie mnie kupiłeś panie Marceli tą notką i podzielam również Twoje przekonania w kwestii życia wiecznego. Zobaczyłbym Sunset Limited jeszcze dzisiaj ale nie da rady się ściągnąć. Czuję, że będzie to mocarny seans bo paradoksalnie uwielbiam właśnie takie niefilmowe filmy czego przykładem może być również świetne Glengarry Glen Ross, które jest adaptacją sztuki Davida Mameta.

    PS. Można również prosić o e-booka?

  7. Barts says:

    Czuję, że zaczynam się czerwienić.

  8. flaneur says:

    Skuszony notką, obejrzałem (skończyłem oglądać przed chwilą) i właśnie przetrawiam. W sumie to na razie nawet nie wiem co tu sensownego napisać – siedzę i patrzę się tępym wzrokiem w monitor, a w głowie mi dzwoni jakby mi kto przywalił w nią kawałem żelastwa. Wnoszę z tego, że film zrobił na mnie wrażenie. Znaczy, że warto.

  9. themon says:

    Zassałem, włączyłem ,wyłączyłem. Uwielbiam takie filmy, ale niestety za krótka moja językowa kołderka – jak ciepło w głowę to wieje po nerkach. Napisy są tylko koszmarne i nie chcę nimi gwałcić filmu.

    Może sprokuruj jakoweś tłumaczenie na poziomie, w imię siania chaosu.

    • Marceli says:

      Myślę,że ktoś juz na pewno ma pl prawa do tego, nie chciałbym mu włazić w ogródek za bardzo.

  10. scattering says:

    Czyli według Ciebie życie jest całkiem fajne. A co powiesz kiedy tak naprawdę Cię ugryzie? Kiedy nie będziesz miał za sobą bliskich, ani nikogo, ani nawet siebie żeby się z nim dalej mierzyć? Myślisz, że dotychczasowe próby dały Ci prawo do przetrwania do końca bez zwątpienia i rezygnacji? Dalej będziesz się dobrze bawił?

  11. Marceli says:

    Eee, w ogóle kto mówi o braku rezygnacji. Rezygnacja jest piękna, zdrowa i można się nią nie przejmować.

  12. scattering says:

    Tak, jasne – można się nie przejmować dopóki jej nie ma, ale jak już dopadnie, to za bardzo nie masz wpływu na ten stan i rezygnacja jest po prostu stanem nie do kontrolowania. Argumentacja przestaje mieć znaczenie, zdrowy, czy niezdrowy rozsądek również.

  13. Patrycja says:

    Witam
    Czy mogę prosić również tekst „Sunset limited” na maila?
    Nie mogę jakoś w necie zlokalizować. Będę wdzięczna.

  14. semprini says:

    Pussies. Na Amazonie po sześć funciaków plus VAT.

  15. Anonim says:

    @ scattering:

    Czy zatem więc wiarę należało by traktować jako protezę kręgosłupa moralnego (egzegezoszkielet?). Jeśli rezygnacja odbiera rozsądek i pozostaje Ci gołe „ja” które nie potrafi się obronić bez umocowania w jakimś systemie wierzeń czy nie oznacza to, iż jest po prostu kiepskim „ja”? Koncepcja „odezwę się do Swaroga, on to załatwi” jakoś nie leży mi zbytnio, bo wolę problem przetrawić, poznać i załatwić na cacy (jeśli się da) zamiast obarczać nim kogoś ewentualnego. Takie działanie skończyło by się górzystym dywanem.

  16. themon says:

    Proszę wybaczyć pomyłkę. Powyższa wypowiedź jest mojego autorstwa, ale zapomniałem wypełnić okeinka.

  17. Rain says:

    Spoko, tylko ani jeden, ani drugi nie przedstawia żadnych logicznych racji. Można powiedzieć, że jest to rozmowa dwóch ludzi, gdzie jednemu smakuje jabłko, a drugiemu nie, z czego ten, któremu ono nie smakuje, myśli, że mówi logicznie, chociaż z logicznego punktu widzenia, mówi głupoty i posługuje się fałszywymi przesłankami.

  18. Anonim says:

    Spoko, tylko ani jeden, ani drugi nie przed­sta­wia żadnych logicz­nych racji. Można powie­dzieć, że jest to roz­mowa dwóch ludzi, gdzie jed­nemu sma­kuje jabłko, a dru­giemu nie, z czego ten, któ­remu ono nie sma­kuje, myśli, że mówi logicz­nie, cho­ciaż z logicz­nego punktu widze­nia, mówi głu­poty i posłu­guje się fał­szy­wymi przesłankami.

    Ale jaką głupotę mówi Biały poza przekonaniem, że każdy powinien skończyć tu i teraz?