Kunio Kato

Categories:  Flesze, animacja

opo­wieść z gatunku nikt nic nie wie. Ist­nie­nie fil­mów Kato zauważa jeden blog poświę­cony azja­tyc­kim ani­ma­cjom, ale nawet z niego nie da się dowie­dzieć niczego o auto­rze. Kilka wia­do­mo­ści jest zapewne na jego stro­nie autor­skiej, ale tam wszystko w krzacz­kach. Jego twór­czo­ścią zachwy­cił się sam Waren Ellis: “[It’s] like Renee French went back to 1973 to get really inca­pa­bly sto­ned with Moebius and the young Terry Gil­liam”, a naj­now­szy film, który od początku do końca Kunio wyko­nał sam, zna­lazł się w ofi­cjal­nej selek­cji poka­zo­wej festi­walu w Annecy. Nor­mal­nie azja­tycki Pynchon.

Mnó­stwo natych­miast można napi­sać o jego fil­mach. Pierw­szy, który wrzucę — The Diary of Tor­tov Rod­dle — naj­le­piej cha­rak­te­ry­zuje chyba zda­nie otwie­ra­jące jedną z czę­ści: kiedy coś mi się śni, chciał­bym o tym jak naj­szyb­ciej zapo­mnieć. Od pierw­szego uję­cia lądu­jemy w prze­dziw­nym, oni­rycz­nym świe­cie, prze­świe­tlo­nym zie­lo­nie­bie­skim świa­tłem, w któ­rym, jak oka­zuje się w ciągu tych 16 minut, wyda­rzyć się może total­nie wszystko — w kawie zaczną poja­wiać lata­jące ryby, dwu­me­trowe kró­liki odlecą na księ­życ a mia­sta na grzbie­tach gigan­tycz­nych ropuch zacznął wie­czo­rem taplać się w sta­wie. Pełen odjazd, w dodatku zapo­dany gra­fiką wzo­ro­waną na kla­syce dzie­cię­cej ilu­stra­cji ksiąz­ko­wej, odro­binę w rysunku postaci koja­rzącą się z tym, co robił Gorey. Całość pier­wot­nie funk­cjo­no­wała jako sześć epi­zo­dów sie­cio­wego fle­sza, ale ze względu na to, że wer­sja googlowa ma napisy w angiel­skim (istotne), to na nią się zdecydowałem.

The Diary of Tor­tov Rod­dle

Obej­rza­łem to w ciągu ostat­nich paru dni trzy­krot­nie, naj­pierw nie­przy­tom­nie zachwy­ca­jąc się gra­fiką i kom­plet­nie odcza­po­wymi poin­tami tych minia­tu­rek, aż w końcu coś mnie ude­rzyło — komuś pra­wie, że ide­al­nie udało się oddać w ani­ma­cji lite­racki styl podróż­ni­czych opo­wie­ści Nico­lasa Bouviera (jeśli, sza­cowny Czy­tel­niku onego bloka, nie znasz przy­naj­mniej Kro­niki Japoń­skiej, to wiedz, że I spit in your gene­ral direc­tion:) Dokład­nie ta sama epi­zo­dyczna kon­struk­cja, oparta naj­czę­ściej o poje­dyn­cze wyda­rze­nie, czy kątem oka zoba­czony obraz, ide­al­nie ten sam brak chęci wyja­śnia­nia wszyst­kich cudow­no­ści i zja­wisk, które się w trak­cie podróży zoba­czyło, plus kli­mat nie­do­łu­ją­cej melan­cho­lii zwią­zany z samą kon­cep­cją podró­żo­wa­nia bez celu. I spoko wiem/rozumiem, że to może być inter­pre­ta­cja na wyrost a pan Kunio mógł nawet nie sły­szeć o Bouvie­rze, ale nie mogę się tych sko­ja­rzeń nijak pozbyć. Sami zresztą sprawdźcie.

Żeby zaś cały dzi­siej­szy wrzut nie spro­wa­dzał się do dużej pseu­do­in­te­lek­tu­al­nej ona­nii i jed­nego cudow­nego obrazka, to teraz jesz­cze dwa kró­ciut­kie filmy Kato. Pierw­szy to Fan­tasy — pię­cio­mi­nu­tówka zło­żona z pię­ciu epi­zo­dów połą­czo­nych główną boha­terką, w któ­rej Kunio jesz­cze lepiej wygrał kli­mat ksiąz­ko­wej ilu­stra­cji (nawet układ kadru został zasto­so­wany taki, by jak naj­bar­dziej książkę przy­po­mi­nać) i w któ­rym udało mu się stwo­rzyć 5 wizu­al­nych haiku. Serio — zobacz­cie ten obra­zek, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie w gło­wie uło­żyć sobie kla­sycz­nego 17 syla­bowca opo­wia­da­ją­cego o tym, co widzi­cie. Tra­fie­nie ide­alne, każda z tych pię­ciu histo­rii jest dokład­nie tak wła­śnie zbudowana.

Fan­tasy

Obra­zek drugi i ostatni zaś, to The Apple Inci­dent, czyli, hmm, powiedzmy 3 minu­towy short SF. Pod wpły­wem tego filmu pró­bo­wa­łem wczo­raj Carmody’emu wytłu­ma­czyć, że japka to broń przy­szło­ści, ale któ­ryś z nas naj­wy­raź­niej był za trzeźwy. Znów tra­fiamy w sytu­ację czy­sto sur­re­ali­styczną, obser­wu­jąc, jak ludz­kość pró­buje stara się zare­ago­wać na inwa­zję gigan­tycz­nych jabłek z kosmosu. Kon­cept mocno Via­now­ski, roz­wią­za­nie też pod­szyte pata­fi­zycz­nym sty­lem ucieczki w bok od tematu, a całość po pro­stu uro­cza, choć sty­li­stycz­nie wyraź­nie odmienna od dwóch pozo­sta­łych filmów.

The Apple Inci­dent

Kim­kol­wiek nie jest Kunio Kato, to już go lubię. Kolejny gość, który poka­zał, że w maks trud­nej dzie­dzi­nie, jaką są fle­szowe ani­ma­cje, gdzie siła rze­czy sporo środ­ków wyrazu musi być strasz­li­wie uprosz­czo­nych, można nie rezy­gno­wać z fabuły i wcale nie trzeba się decy­do­wać na slap­stic­kowe pointy, by widza wcią­gnąć na amen. Mam nadzieję, że zrobi jesz­cze parę więk­szych rze­czy i wresz­cie się będe mógł dowie­dzieć kto zacz.

Pogła­skaj
Poślij w kosmos:
  • Wykop
  • Blip
  • Facebook
  • Twitter
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • Tumblr
  • Netvibes

Brak komentarzy

(Required)
(Required, will not be published)

Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.

WP SlimStat