Połamany piątek

Na Karbido oczywiście nie zdążyliśmy, więc festiwalowej tradycji stało się zadość (jak się jarasz jakąś polską kapelą, to na pewno na nią nie dotrzesz) i tym samym pierwszą rzeczą jaka obejrzeliśmy, była kompletnie mi nieznana trójka psycholi, pod nazwą AIDS Wolf. I właściwie nie jestem w stanie sobie wyobrazić lepszego początku, bo Kanadyjczycy zadziałali, jak zjedzenie pojedynczej papryki chilli przed meksykańska fiestą – na tyle wypaliło mi zwoje, że na każde inne pojebaństwo widziane tego dnia mogłem zareagować tylko zblazowanym meh.

Po pierwsze: pani połknęła mikrofon (kilka razy), ale zupełnie nie przeszkadzało jej to w śpiewaniu, po drugie, jak nie żuła mikrofonu, to jeździła sobie nim po zębach, generując takie dźwięki, które przyprawiają Merzbowa o nocne polucje, po trzecie wyglądała jak uciekinierka z Arkham Asylum i tak też się przez cały koncert zachowywała, podobnie jak towarzyszący jej perkusista, który udowadniał, że poczucie rytmu w grze na bębnach jest zupełnie zbędne, ważne, żeby non-stop był totalnie popierdolony, połamany łoskot. Równy strumyczek uciekających w popłochu ludzi vs maniackie pogo pod sceną, elegancko ubrane panienki próbujące zakrywać uszy wszystkim co miały pod ręką kontra moja żona, która nie zważając na to, że główny trzon fanów AIDS Wolfa składał się ze stukilowych kolesi spadających sobie na głowy, wbiła na sam przód, skąd wróciła dopiero po koncercie, stwierdzając, że takiego natężenia chaosu i hałasu brakowało jej przez cały miesiąc wakacji i że wreszcie poczuła się, jak na wycieczce ze swoją klasą 10 latków. Niestety, okazało się też, że ten właśnie występ spalił nam kompletnie późniejsze Messugah, którzy w porównaniu z AIDS Wolfem okazali się harcerską kapelą rockową, grającą melodyjne i zupełnie nieporywające przeboje.

Wcześniej jednak zza bezpiecznej siatki całkowicie przypadkiem wysłuchaliśmy prawie całego koncertu Junior Boys, których właściwie do tej pory nie znałem, a od tej pory wolę już nigdy w życiu nie oglądać i nie słuchać.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=ks3SXfdluV8[/youtube]

Mimo tego, że jak donoszą przedstawiciele młodej polskiej radiofonii, zespół bardzo chętnie przed koncertem wchodził w barter, wymieniając limitowaną edycję swojego CD na każde narkotyki, jakie tylko dało się zdobyć w tak krótkim czasie, to przez godzinę grania brzmieli tak, jakby jedynymi środkami, jakie zapodali sobie dla kurażu, były waleriana i oxazepam. Paląc przez cały dzień dokładnie tego samego skuna co oni i czując się jak zwykle rześko i energicznie, nie mogę o to winić narkotyków, muszę uznać, że już chyba tak mają, że smęcą.

Chwilę później jednak zostało nam to w pełni wynagrodzone i trafiliśmy na pierwszy koncert na którym mnie poniosło, czyli Gangpol & Mit, których właściwie nie da się opisać inaczej, jak przez masowy name dropping i wyciąganie metafor z dupy, typu Madness coverowane przez Alvin & Chipmunks zafascynowane dokonaniami Mouse on Mars. Pierwszy raz na tej edycji festiwalu cały eksperymentalny namiot w powietrzu, wściekłe pląsy od sceny po stanowisko akustyka, no i perfekcyjne show w wykonaniu dwóch kolesi, którzy wiedzą, że laptop to nie wszystko. Do tego obłędnie genialne vizualki, spełniające rolę trzeciego (i wszystkich następnych) członków kapeli i nadające sens temu, co na płycie brzmi jak setka niepowiązanych ze sobą melodyjek i eksperymentów.

W bonusie nowe doświadczenie życiowe, albowiem po raz pierwszy pan Marceli i pani Żona mieli okazję zobaczyć 5-10 minutowy set przepięknej animowanej pornografii (takiej full wypas, typu animowane narządy w ruchu) w towarzystwie jakiegoś 1500 ludzi, a nie jak zwykle samotnie w domu.

Chwila przerwy, rytuały wziewno-wlewne i Czesław. Widziany po raz szósty, czy jedenasty, po raz drugi z Tesco Value, po raz pierwszy jako hedlajner masowej imprezy. I z jednej strony poważny wzrusz, usłyszeć te piosenki, których przez lata nikt nie słuchał, zagrane przed jakimiś 5 tysiącami ludźmi, z drugiej jednak lekkie WTF na formułę koncertu, bo trochę wyglądało tak, jakby Czesław postanowił na siłę urwać się od łatki kolesia z X-Factor i „tego gościa ze śmiesznym akcentem i wesołymi piosenkami” i pokazać swoje Pink Floyd, swoje King Crimson, swojego Zappę – mnóstwo ekstremalnych pomysłów, przetykanych konferansjerką zestresowanego Czesława i trochę żwawszych aranży starych kawałków, które i tak niezbyt poruszyły publikę, czekającą raczej Żabki w betonie.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=5TX0mcnka6w[/youtube]

Mistrzowska mademoiselle Karen, obsługująca 3 miliony instrumentów i bawiąca się operowymi zaśpiewami i jakiś dojmujący brak dramaturgii całego występu, który przez godzinę wahał się pomiędzy byciem wybitnym, a wybitnie męczącym. Co oczywiście nie przeszkodziło mi w darciu ryja przy wszystkich kawałkach.

To, że Czesław nie był mocniej rozbujany i przebojowo-taneczny okazało się prawdziwym zbawieniem zaledwie 10 minut później, bo po jakimś bardziej ekstatycznym występie, na Omarze Suleymanie wziąłbym wtedy i po po prostu umarł na zawał. A tak – he’s got me dancing, he’s got me clapping, he’s got me screaming. Po raz kolejny sprawdziła się zasada, którą wymyśliłem sobie na zeszłorocznym Offie – chcesz wiedzieć, czy koncert jest udany, to zwracaj uwagę na podłogę w namiocie. Po 3ch minutach występu kolesia, który wygląda i zachowuje się na scenie jak krzyżówka Muammara Kaddafiego z Krzysztofem Krawczykiem, drewniane dechy namiotu eksperymentalnego zamieniły się w elastyczny batut, a stanie w miejscu było po prostu niemożliwe. Sprawdziła się też zasada druga – jeśli chcesz, żeby ludzie naprawdę ocipieli ze szczęścia to przestań zapraszać na festiwale białych muzyków z gitarami, tylko daj publiczności coś z prostym rytmem, egzotycznym sznytem i kolorowym wokalistą. Podobnie jak podczas zeszłorocznego koncertu The Very Best taka mieszanka okazała się najskuteczniejszym narzędziem do rozkręcenia największej imprezy w trakcie całego wczorajszego dnia. Powietrze w namiocie dało się kroić, miejsca do tańca na jednostkę przypadało może z 10 cm kwadratowych, a próba wymuszenia bisu trwała dobrych 10 minut (bezskutecznie). Człowiek z wąsem królem piątku, a ja po raz pierwszy wyszedłem z koncertu całkowicie przemoczony, połamany i szczęśliwy.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=z1SMC8-JEg8[/youtube]

Sorry Jon Spencer Blues Explosion, mogłeś przyjechać 15 lat temu.

cdn

P.S: fotki z dupy, tubki z netu, bo nas pokusiło wziąć nowy aparat, który okazał się być tragicznym heblem. Czytelne zdjęcia mamy za to na głównej, bo Marta umie się wszędzie wcisnąć

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

5 Responses to Połamany piątek

  1. kolega Tetrix says:

    „walerianę i oxazepam” – kumpel podpowiedział jeszcze nalokson, po nim nawet placebo nie działa…

  2. offowicz says:

    świetna recenzja ;)

    Omar był mistrzem!

  3. sheik.yerbouti says:

    Omar rządził, świynta prowda!

  4. fan-terlika says:

    omar to był jedyny piątkowy gig. bo i tak przyszedłem dopiero na junior boys, którzy no właśnie. a ta twoje meszuga mnie tak wkurwiała, że nie masz pojęcia.
    na omarze, byłem na środkowoprawym przodzie, jakoś zrobił mi się półmetrowy bąbelek dookoła mnie i miałem miejsce. poza tym potem musiałem odpoczywać machając tylko jedną ręką.

  5. Anonim says:

    W sprawie dnia 1 – muszę się wyłamać, byłem na Spencerze i nie żałowałem. W ogóle się sprawa nie postarzała, może publika trochę sztywniejsza i mniej pląsowa niż w namiocie, ale i tak wystarczyło posłuchać dzikiego zakrzyku na koniec: „Ladies and gentlemen, the Blues Explosion!”, żeby było warto.

    Gangpol z Mitem też odjazdowi, w ogóle najwięcej końcertów 5kowych właśnie tego dnia (jeszcze Janerka i Warpaint). No i najładniejsza piosenka festiwalu, czyli „When I go deaf”

    Czesław za to pełną żenadą się okazał – jak można skasować tak dobre piosenki `ambitnymi aranżami’ i irytującą konferansjerką? Musiałem uciec po 15 minutach, żeby nie kasować po powrocie do domu Tesco Value z dysku. Trochę jednak byłoby żal.