Sobotnie snucie

zaczęło się od nostalgia tripa z Kurami do czasów, kiedy Tymański w moim panteonie bóstw pomniejszych pełnił rolę najlepszego tekściarza, boga dżezu i postaci, której się ufa. Dziś jest już raczej w kategorii „ja pierdolę, daj se spokój”, ale koncert ze sceny głównej przypomniał mi, czemu byłem skłonny ślepo w niego wierzyć, mając 20 lat. Chcąc nie chcąc porównywałem pierwszy koncert Kur na jakim byłem gdzieś pod koniec lat 90-tych, w małym chorzowskim klubie, nabitym 60 najebanymi kolesiami, którzy wdawali się w długotrwałe dyskusje z Tymonem, z tym, co wydobyli z parutysięcznego tłumu pod sceną i w sumie trzeba uznać, że te 13 lat przerwy w graniu Polovirusa wyszło im tylko na dobre.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=urG6gwsLPik[/youtube]

Jaki kraj, taki Les Claypool, jaka publiczność taki Primus, tym razem jednak obyło się bez zazwyczaj mocno żenującej konferansjerki Tymona, a większość numerów została przearanżowana na kawałki z naprawdę mocnym pierdolnięciem zdolnym ruszyć cały tłum. Moment absolutnego piękna: parę tysięcy ludzi śpiewających Szatan, Szatan. I nawet nie jest mi smutno, że nie dotarłem w końcu na YACHT, choć podobno dali jeden z najlepszych koncertów na festiwalu.

Później, jako, że nie znaliśmy praktycznie żadnej z kapel wypełniających line-up pomiędzy Kurami a Primal Screamem, wdrożyliśmy z panią Żoną model spacerowo-piknikowy, przechadzając się krokiem dostojnym niczym lordowie od sceny do sceny i sprawdzając, czy któryś z nieznanych, a masowo obleganych artystów zdoła nas porwać.

Okazało się, że praktycznie każdy. Począwszy od zajebiście miłego Neon Indian, wysłuchanego w pozycji leżącej z trawki pod sceną, bo okazali się idealną kapelą do horyzontalnych pląsów

(czytaj: leżenia, kiwania nóżką i przytulania żony), generującą rozmazane, słodkie melodyjki, podbite nienachalnym bitem i uzupełnione wyjątkowo, jak na synth-pop niewkurwiajacym wokalem…

…przez Gang of Four, którym daliśmy 30 minut spod budki akustyka i którzy okazali się ostatecznie zjawiskiem z kategorii emeryci na wczasach, schodząc po początkowym pierdolnięciu, zbudowanym z brutalnie traktowanego basu i mocno hymnicznych piosenek o niedolach proli w okolice show w którym starszy pan wyczyniał nudne cuda z gitarą i najśmieszniejszej, choć jak podejrzewam całkowicie niezamierzonej, parodii Kraftwerka jaką dane mi było widzieć.

Taka kapela, która bez basu była by pewnie lewicową partią kandydującą do brytyjskiego sejmu, bo właściwie poza basem nie mają nic ciekawego do zaoferowania, chyba, że kogoś jarają agitki wykrzyczane ze sceny kaznodziejskim tonem, ale w sumie uciekliśmy na tyle wcześnie, że pozostali w kategorii zespoły śmieszne, ale jeszcze nie żałosne.

Żując azbestową kiełbasę, smażoną prawdopodobnie na benzynie dotarliśmy po raz pierwszy (i prawdopodobnie ostatni) na scenę Trójki, na której tym razem nie grały żadne przemęczone polskie gwiazdy niszowego smęcenia, tylko trójka ludzi pod nazwą Gable i natychmiast pożałowaliśmy tych 30 minut, które sprezentowaliśmy starcom z Gang of Four, bo trzeba je było spędzić właśnie z Francuzami.

Do namiotu praktycznie nie dało się wbić, a w środku pełne szaleństwo – koleś łamiący deski, gitara na sznurku, punk, disco i krasnoludzkie zaśpiewy, gitarowe przestery, elvisowe wokale i plastikowe ściany, ociekające skumulowaną radochą jakiegoś 1500 ludzi, którzy fruwali w powietrzu. Gable zdecydowanie dopisani do listy kapel „zobaczyć na osobnym koncercie”.

Destroyera, na którego doszliśmy zaraz potem i wysłuchaliśmy w obszernym fragmencie, ponownie rozwalając się na trawie i gapiąc w niebo, bo skusili nas brzmieniem trąbki i saksofonu, pewnie bez tego festiwalu nigdy bym nie poznał,

bowiem słysząc męczący wokal, kojarzący się trochę z Tindersticksami, wyłączyłbym każdą ich piosenkę, jaką zaatakowałoby mnie radio, ale w takich warunkach wszedł całkiem dobrze, pozwalając nam odpocząć przed nadciągającym szaleństwem.

Które zaczęło się od tego, że wyszedł Gilespie, klasnął i znów miałem 15 lat. 20 lat od nagrania Screamdeliki Primal Scream nadal nie potrafi grać tej płyty na żywo (nic dziwnego, skoro w dniu premiery nie poznali własnych kawałków), ale nic to – usłyszenie live numerów, które ryły ci mózg tam i z powrotem w czasach kiedy byłeś początkującym nastoletnim degeneratem, dopiero zaczynającym rozumieć, że muzyka to nie tylko Exploited, Beastie Boys i Toy Dolls, wynagrodziło mi te wszystkie trudne chwile sprzed lat, kiedy to wielu ludziom próbowałem wciskać ten album, spotykając się z oziębłą reakcją z serii „ić pan f chuj z tym techno”.

Ze sceny poleciało absolutnie wszystko, co piękne i wielkie, przy Higher Than The Sun miałem jeden z tych obłędnych momentów, że przestałem wiedzieć gdzie jestem, kompletnie wkręcony w wycie razem z wokalistą, a Come Together rozciągnięte w grubo ponad dziesięciominutowego potwora i zakończone chóralnie śpiewającym tłumem spowodowały, że wybaczyłem Rojkowi i Myslovitz i Lenny Valentino.

Z tym, że pięć minut później okazało się, że chuja tam brytolscy klasycy dla sentymentalnych emerytów, którym z radości życiowych pozostały jedynie spontaniczne fleszbeki po niegdysiejszych kwasach i że liczy się tylko spocony grubas, którego nie widać i jego rozchwiany stolik obstawiony machinami totalnego chaosu.

Dan is the One, Dan is the Fun, Dan Came to My Town. I tak zupełnie po prostu, naciskając dwoma palcami parę klawiszy dał absolutnie najlepszy koncert całego Offa i trudno to komukolwiek będzie przebić. Pełne panowanie nad tłumem, maniacki konkurs tańca, po którym w promieniu 50 metrów nie było ani jednej osoby, która stała i godzina, w czasie której wypociłem z siebie tyle, ile przez rok leżenia na sofie i słuchania jego płyt.

A na deser powrót autobusem i trzy szczebiotliwe nastolatki, niesamowicie zachwycone tym, że pójdą w niedzielę na swój pierwszy hip-hopowy koncert na Offie i będą się bawić przy legendarnym Public Enemy. Myślę, że się trochę zdziwią, widząc Rottena.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

8 Responses to Sobotnie snucie

  1. piotrek says:

    To jest piękne, że można się tak bardzo różnić opiniami o muzyce z człowiekiem, który od lat podsuwa mi płyty. Będę się kłócił, Marceli :)poza tym – solidna robota. Szacun.

  2. winner.schnitzel says:

    GaBLe i Primal – 100% rpr. YACHT – ogień z dupy, szatanowcy z Barn Owl pięknie snuli, no i zaskakująco dzikie XiuXiu. Aha, i trampki z mikołajami fajne.

  3. Marceli says:

    Ja właśnie trochę żałuję Xiu Xiu, ale całkiem niedawno straszyłem sie ponownie ich płytami i tak mi wyszło, że jednak lepiej nie.

  4. winner.schnitzel says:

    Jona Spencera pożałuj, myślałem że rozniosą tę scenę (zwłaszcza na koniec, kiedy Simins nie chciał przestać grać na perkusji, mimo, że zestaw był sukcesywnie demontowany przez technicznych).

  5. fan-terlika says:

    yacht, neon indian, destroter, primal i dan to był sex. i praktycznie tylko na tym w sobotę byłem, więc sam sex.
    chociaż dla mnie yach nie-aż-tak, jak mówią inni, hm.
    a danie, na danie prawie nikt nie widział tych tanów, ja też. i że tak urwał wham.

  6. pszemcio says:

    wokal destroyera nie ma nic, ale to absolutnie nic wspólnego z wokalem gościa z tindersticks

  7. Pingback:ROJEK SANTO SUBITO 2011 « forevereverb

  8. Anonim says:

    Kury – co tu dużo mówić, wystarczy zawyć „Znowu mam doła, znów pragnę śmierci” i wiele można TT wybaczyć.

    Ruda blond na 4/5, końcówka na 5/5 – widać było, że Makino ma straszną ochotę ciepnąć czymś w dźwiękowców, ale efekt nie był taki zły.

    Destroyer – nuda niestety (podobnie jak Neon Indian). Zdążyłem tylko na końcówkę Xiu Xiu przez Bejara i trudno mi będzie mu to wybaczyć.

    Gillespie and co – wszystko powiedziane wyżej. We wanna get loaded! Banda czworga niestety dość smutnym wydarzeniem była, chociaż przecież nogi ciągle do rytmu chodzą.

    Na Deaconie nie dopchałem się do tłumu pod sceną i uznałem, że jednak wolę go klubowo, kiedy naprawdę jest okazja dać mu zorganizować zabawę. Do koncertu festiwalu było mu daleko, ten zdarzył się dopiero w niedzielę.