Najlepsza niedziela

Trzeci dzień jakiegokolwiek festiwalu, nawet takiego z którego możesz sobie spokojnie wrócić tramwajem i wygrzać się potem w łóżku (na inne zresztą nie jeżdżę) to z reguły ten dzień, kiedy blaza osiąga apogeum, kręgosłup już na stałe skręca się w S jak Starość i nie chce ci się ruszać dupy nawet na te kapele, które wielbisz.

Tym razem jednak okazało się, że gówno prawda. Bolało mnie po Danie Deaconie wszystko, na teren festiwalu wlekliśmy się z panią Żoną jak dziad i baba z ruskiej bajki, wiszący nad głowami szary syf chmur też nie nastrajał optymistycznie, aż tu nagle 17:00, Bielizna, Janiszewski i Taniec Lekkich Goryli. W promieniu paru metrów od nas dokładnie takie same emeryten party, wymęczeni starzy ludzie w deszczu, którzy przyszli posłuchać piosenek sprzed ćwierćwiecza. I co? I dalej jest to płyta, która kopie, porywa i fascynuje, dalej znam te wszystkie cholerne teksty na pamięć i dalej mam silną identyfikacje z takimi kawałkami jak Stefan, przy którym to zresztą numerze kompletnie odpadłem nie zważając na ścianę wody ściekającą mi do butów z plastikowego kondona, który na siebie wciągnąłem, zamieniając się tym samym w produkt spożywczy o zerowych wartościach odżywczych i silnym stężeniu substancji toksycznych, objawiającym się między innymi wyciem na głos równo z Janiszewskim.

Ulewa zmieniła ten koncert w tru hardcore party, do końca pod sceną wytrzymało może ze 100-200 osób, ale ze wszystkich koncertów z cyklu Stare Polskie Dziady grają swoje hiciaki starym polskim dziadom, ten był po prostu najlepszy – muzycznie, klimatycznie i sentymentalnie.

Przepłynęliśmy pod scenę główną, żeby zobaczyć kolejna imprezę z tego cyklu, tym razem w wykonaniu Abradaba, który miał lecieć Kalibrem, niestety publiczność okazała się twardsza od artysty, a zamiast Bojowych Rycerzy Marii scenę opanowali Techniczni feat. Panie na Szmacie, co okazało się widowiskiem interesującym przez 15 minut, ale potem juz trzeba było ze sobą coś zrobić, bo szkoda było marnować tego blanta, którego przezornie spaliłem ku czci najlepszej polskiej kapeli hip-hopowej.

W związku z czym: zaczęliśmy pić (wino w małych butelkach zbawieniem dla ludzi nie lubiacych piwa). Jeden kubek, drugi kubek i nagle okazało się, że nawet Jose Gonzales męczący się na leśnej scenie z jakimś swoim podobno legendarnym zespołem nie jest tak straszny jak zazwyczaj, choć nie zmusił nas do wylezienia spod alkoholowego namiotu.

Zmusili nas do tego dopiero przedstawiciele młodej polskiej radiofonii, mówiąc idź, idź, idźcie na Liars, będzie mega! I było – mega nudno, bez pomysłu i choćby jednego kawałka, który wywołałby we mnie coś więcej, niż tylko ziewanie. Właściwie gdyby nie to, ze znaleźliśmy przy głównej ciepły kamień, który grzał w dupę i że zaangażowałem się w wykręcanie trampków i suszenie nóg na wolnym powietrzu (tu chciałbym przeprosić wszystkich, którzy znaleźli się w zasięgu), to pewnie ucieklibyśmy z tego koncertu po piętnastu minutach. Wytrwaliśmy dobrych 40 minut, wreszcie kolejny blant pomógł podjąć decyzję: kurwa, dość i po krótkim kontakcie w trójkowym namiocie z jakąś kobieta, która siliła się na bycie drugą PJ Harvey i zupełnie jej to nie wychodziło, trafiliśmy na Oneidę na scenie eksperymentalnej.

Początek był trudny – tylu kolesi na scenie, dwie perkusje, dwa klawisze, gitary, a oni walą jakiegoś dronowego smuta z którego nic nie wynika, poza tym, że jest mi ciepło i chcę się położyć i zdrzemnąć. Moment potem kompletnie nie wiem, gdzie jestem, bo za drugą perkusją zasiada bębniarz z Liturgy i zaczyna się totalny Devil Samba Show, a moja żona idzie w dym, pląsając ze spoconymi metalami.

Co się będzie sama tak bawić, myślę i zamykam oczy, dając się porwać wariatom na scenie. Mam niesamowity ubaw z drugiego klawiszowca, który albo leży twarzą na swoich klawiszach, albo wali w nie z piąchy lub z łokcia, a to co robią obaj bębniarze jest najlepszym pokazem rytmicznego, melodyjnego hałasu, jakiego nie słyszałem bodaj od Roots w wykonaniu Sepultury. Do tego jazgoczące gitary, nawiedzony wokal i cichy żal za tym, że nie zobaczę w tym roku Battles, bo pewnie zagrali by podobnie, tylko lepiej. Oneida jako przypadkowe zastępstwo tego koncertu zdecydowanie dała radę.

Po wyjściu z namiotu picie, jedzenie, towarzyskie pierdolenie i nagle zrobiła się 23 i trzeba było do niego natychmiast wracać, bo przecież Konono no 1, jeden z tych koncertów na które jarałem się od wczesnej wiosny, gdy ogłoszono pierwsze kapele.

Dziękuję, pozamiatane. To, co na płytach bywa męczące w samotnym domowym odsłuchu na scenie okazało się totalnym, polirytmicznym transem, rozpisanym na 9 osób i instrumenty dziwne. Godzina wyrwana totalnie z życiorysu, koncert, który został uhonorowany najbardziej przepocona koszulką jaką miałem na sobie w trakcie tej edycji festiwalu, oraz przyczynek do spiskowej teorii dziejów, bowiem obserwując muzyków Konono nie mogłem się pozbyć wrażenia, że 4 z nich ma między sobą rozpisany jakiś konkurs na to, kto zmusi białasów do jak najgłupszych zachowań tanecznych. Co i rusz, któryś z nich wyskakiwał na przód i zaczynał pląsać z gracją, której żaden białas nie ma, nakręcając publikę do powtarzania gestów i ruchów, a to, że spiskowa teoria ma racjonalne podstawy, zrozumiałem wtedy, gdy przepiękna w swojej radości ciężarna Murzynka zaczęła się żegnać znakiem krzyża, a obok mnie co najmniej parę osób z automatu poleciało w powtarzanie tego gestu. Myślę, że w ich wewnętrznym konkursie na robienie sobie beki z białych, to ona właśnie wczoraj wygrała.

Nie było jednak czasu, żeby rozwijać dalej tę teorię, bo tuż po Senegalczykach trzeba było oddać pokłon bogom. I teraz jest tak: uprzejmie spierdalaj, jeśli chcesz napisać w komentarzach, że koncert PIL był chujowy, że Rotten nie umie śpiewać, że zombie show na scenie i tłum starców pod nią. JA TO WSZYSTKO WIEM.

Tyle, że – czekałem 20 lat, żeby zobaczyć Rottena na żywo, bo jest jedyną osobą na świecie do której chciałbym i mógłbym mówić „tato” (co też zrobiłem, darłem się Tato! i prawie płakałem widząc go na scenie); bo nigdy w życiu nie marzyłem nawet o tym, że w samym sercu Katolibanu usłyszę prawie piętnastominutową, kompletnie bezbłędną wersję Religion, wyryczaną, wyskrzeczaną z taką energią, że gdyby publika znała tekst to poszłaby palić kościoły; i nie podejrzewałem też, że pójdę w totalne solo pogo ze wszystkimi ficzerami takimi jak skandowanie całego tekstu na głos, skakanie, wpadanie na grubego, spoconego i popłakanego z wzruszenia kolesia przy najgenialniejszym Rise. Jeżeli kiedykolwiek moje praprawnuki zapytają mnie czy widziałem boga, to odpowiem: tak, miał 55 lat, nazywał się Rotten i od czasu, kiedy ukończyłem 14 rok życia, aż do późnej starości mógł ze mną zrobić wszystko.

Podsumowując: najlepszy Off ze wszystkich, na jakich dotychczas byłem (czyli trzech). Muzycznie ustawiony tak, że nie licząc Liars i Junior Boys trafiałem na kapele, które albo wielbię, albo doskonale się przy nich bawiłem (choć czasem z zupełnie innych powodów niż muzyka – patrz Gang of Four), organizacyjnie bardzo przyzwoicie, choć oczywiście mogło być lepiej: festiwal mógł się odbyć u mnie w domu, w ciepłym i suchym, wino mogłoby być tańsze, a zamiast leżaków mógłbym mieć swoja sofę. Jednak nawet bez tego – najlepszy urlop jaki miałem w tym roku.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

16 Responses to Najlepsza niedziela

  1. aga says:

    sprowokowałeś mnie do obliczeń i wychodzi, że Rotten jest moim ojcem! :)

  2. edixide says:

    Faktycznie niedziela była chyba najlepsza. Ale na PIL się nie skończyło. Był jeszcze Sebadoh (tak!), Awesome Tapes From Africa dla tych, którym było za mało Konono No 1. Na koniec Hype Williams zafundował nam takiego tripa, że wszystkie blanty festiwalu mogą się schować z zazdrości…

  3. Marceli says:

    Właśnie nie poszedłem na Awesome i na przeniesionego Abradaba, bo nie chciałem, żeby mi cokolwiek zmieniało nastrój po PILu, ale bardzo chętnie ich jeszcze kiedyś zaliczę.

  4. fan-terlika says:

    To ja potwierdzę siebie, że zjebałeś, że nie Emeralds. Wygrywają z fuck buttons, jeśli chodzi o zgniatanie dźwięku.

    a awesome tapes to było na głównej, było słuchać w całym okręgu i się ludzie zbierali i poddawali. bym pląsał, ale przegrałem ze zmęczeniem, słabyja, więc pląsałem tylko w głowie.
    a w ogóle to na scenę weszło kilka osób, nie widziałem kto, bo jestem ślepy, ale myślałem że to jakieś ziomy awesometapesa. i bansowali tam z nim. potem mi kolega powiedział, że to chyba twin shadow był. anyway, ochroniarz ich wyjebał.

    ale właśnie, poza tym, najlepsza ochrona ever. ani razu mnie nie dotknęli.

  5. Marceli says:

    Tak, ochrona na sto, z jednym misiem nawet sobie uciąłem pogawędkę, jak wyszedłem w piatek z AIDS Wolfa na peta, a on stał tam taki gruby, spanikowany i wyraźnie poturbowany przez tę muzykę. Coś z tego może kiedyś będzie tekstem.

  6. Jo says:

    Dzięki za ten fragment o PILu! Jakbym sama to pisała, słowo w słowo. Wykrzyczeć cały tekst religion z Johnem… tego się nie da porównać z niczym. Nie mogłam uwierzyć, że go widzę. Dżizas, tyle lat… Chwilami nie mogłam uwierzyć, że on tam jest naprawdę. Cieszę się, że nie tylko dla mnie to były takie emocje. Pozdrawiam serdecznie!

  7. m. says:

    popłakałam się ze dwadzieścia razy przy czytaniu relacji z całego offa. chyba się w panu zakochałam. poczytam inne teksty. na Low nie byłeś?

  8. Marceli says:

    Dzięki, zakochiwanie się we mnie to nienajlepszy pomysł. A co do Low to nikt mi nie powiedział, że to fajne, więc olałem:(

  9. Anonim says:

    akurat ja zauważyłem kilkoro obrażonych katolików opuszczających widownię w trakcie „ukrzyżowanka”, bo nie wierzę, żeby nawet ulewny deszcz był w stanie kogokolwiek normalnego stamtąd przepędzić. no… może tylko panią M.G. z Wyborczej, której teksty z OFF świadczą, że ten festiwal bardzo jej zaszkodził.
    aaa… i kiedy w przyszłości zobaczysz na scenie swoją Mamę, to drzyj się głośniej, bo cię nie słychać.

    Esssio9

  10. Marceli says:

    nieno, mamo to mógłbym do Billie Holiday, więc raczej nikłe szanse

  11. olasobczynska@gmail.com says:

    Panstwo juz sobie odpuszcza ten ageism, bo nie maja najwyrazniej pojecia o spolecznych funkcjach religii.Bez ludzi kosciol nie istnieje i na nic mu skarbonka.Mozecie ja sobie podac dalej ;/

  12. m. says:

    no, widzę, widzę, bo wszędzie ta „pani żona”. aż robię się zazdrosna.
    ehhh… a poprzedni wpis o festiwalowych wyborach widziałam… nie chciało mi się napisać, żeby polecić. i co teraz? a taaaki dobry koncert to był. pod warunkiem, że ktoś lubi smęty i slowcore.
    http://www.youtube.com/watch?v=-oriZC5UsYo Sunflower
    http://www.youtube.com/watch?v=B0z0LcraUtI Monkey
    http://www.youtube.com/watch?v=n2h0P6S797A California

  13. inz.mruwnica says:

    Na Abradabie i tak nie było słyszalnego ludzkim słuchem dźwięku, więc nie ma czego żałować.

  14. Paula.K says:

    Zrobiłam dokładnie to samo po PIL (God Save Artur Rojek za to, że Ich ściągnął!), na których koncercie odleciałam. Ale chyba słyszałam Twoje „Taaatooo!” ;)) Na Bieliźnie, zostając do końca, przemokłam prawie do bielizny. Warto było! :D W sumie – dEUS i PIL – to były te moje ponad 2 godziny OFF. Na innej planecie, w innej czasoprzestrzeni i w tej muzyce jednocześnie. Yeah! A relacja – rewelacja! Pozdrawiam!

  15. Esssio9 says:

    Jeśli nie „Mamo”, to może znajdziesz jakąś „Ciocię”, albo „Wuja”? :)
    Daj cynk na pocztę, jak się z Tobą kontakcić.

  16. Anonim says:

    Trzeba było Marcelu wstać wcześniej, dowlec się na DVA i zobaczyć jak Czeszka niezwykle krowiej urody rozkręca zabawę w godzinach takich, że kiedyś to ledwo alkohol zaczynano sprzedawać.

    Potem parę rozczarowań – dEUS, który mógłby zagrać świetnie, a zagrał zaledwie do rytmu, BIFF, który pokazuje, że hrabia Fochmann to już nie to, co za czasów Hajle Silesia, Paristetris (tu rozczarowanie polegało między innymi na tym, że zachęcająco rozchylający się kombinezon wokalistki nie raczył się rozchylić tak bardziej konkretnie), Liars nie oferujący nic poza takie sobie odegranie niezłych skądinąd kawałków z płyt.

    Potem za to już rewelacja – Deerhoof robiący odlot na dużej scenie taki sam jak w małym klubie, co więcej zapowiadający dołączenie do Konono później, i właśnie rzeczone Konono z Saunierem będące najlepszym koncertem całego Offa. No i na zakończenie hipnotransorytmopost z PIL. Co ciekawe nawet to, że Lydonowi już się nie mieści w mózgu nawet dwadzieścia zwrotek tekstu, absolutnie nie przeszkadza.

    Za rok w kategorii Dinozaury nie Juniory poprosimy Biafrę.