The Tiger Lillies – Urine Palace

upal.jpg

Będzie pompatycznie, na klęczkach, z religijnym zacięciem i gorliwością wyznawcy. Czasem tak musi być, szczególnie jeśli chodzi o muzykę. A najszczególniej, jeśli chodzi o muzykę tworzoną przez drugiego, obok Toma Waitsa, ulubionego wykonawcę Marcelego, czyli The Tiger Lillies.

Teoretycznie post powstaje po to, by zasygnalizować pojawienie się 19 (20 – wyjaśnienia potem)* albumu w dyskografii grupy, tym razem o klasycznym tygrysim tytule „Urine Palace”. Ale to tylko teoretycznie, bo do pełnej radości odbioru, The Tiger Lillies należy ogarniać jako zwartą całość, w którym każda płyta jest kolejnym rozdziałem książki opowiadającym o świecie według Tiger Lillies.

Post będzie długi, więc dla męczacych się nadmiarem literków, w strategicznych miejscach będą tuby. O, takie, jak ta:

Pan z makijażem klauna, dzierżacy akordeon, to Martyn Jacques, wychowanek londyńskich burdeli i kilku prestiżowych uczelni muzycznych (na oba stwierdzenia należy wziąć o tyle poprawkę, że pochodzą z ust samego Jacquesa, a któżby wierzył klaunom).

Perkusista nie jest klonem Jamesa Joyce’a. Choć jako jedyny z żyjących perkusistów byłby zapewne w stanie ułożyć partyturę do „Finnegans Wake” w oparciu o gumowego kurczaka i perkusję. Czasem, z braku perkusji grywa na krzesłach, stołach, łyżkach i garnkach. Nazywa się Adrian Huge.

Kontrabasista miewa swoje słabości. Zdarza mu się kopulować na scenie z pluszową owcą lub udawać tanią ździrę, przy której tanie zdziry Johna Cleese’a, przechodzą do kategorii top class. Z braku kontrabasu grywa też na pile. Gra także z trzecim literacko – muzycznym bożyszczem Marcelego – Sextonem Mingiem. Oraz solo – jako Adrian Stout.

W nagrodę za przebrnięcie przez część biograficzną – tuba:

Wierzę w przypadki. Stąd też zupełnie przypadkowo post o Tiger Lillies następuje zaraz po wpisie o Fioletowej Krowie.

The Tiger Lillies to także zespół antologistów. W ich dyskografii znajdują się płyty oparte na twórczości Edwarda Gorey’a – „The Gorey End” (z towarzyszeniem legendarnego Kronos Quartet), Brechta – „Two Pennys Opera”, H.P. Lovecrafta – „In The Mountains of Madness” (w kompani z Alexandrem Hacke, członkiem ongiś najdradykalniejszej kapeli świata Einsturzende Neubauten) oraz Heinricha Hoffmanna – „Shockheaded Peter” (u nas teksty te znane są jako „Złota Różdżka„).

Piosenka aktorska!, wykrzyknie czytelnik, znajdując się na wreszcie znajomym terenie.

A ch… tam, a nie piosenka aktorska, odpowie Marceli, któremu ów epitet kojarzy się jedynie z muzyką wyrzygliwą typu Jacek Wójcicki.

Tiger Lillies to przede wszystkim maksymalny szacunek do tekstu – czy to własnego, czy cudzego. Tekst organizuje całą strukturę utworu, od tekstu się zaczyna i tekst jest w tym wszystkim najważniejszy. Tiger Lillies to po prostu literatura z dźwiękiem. Jeśli już szukac porównań, to z rzeczy bliskich, najszybciej z Kabaretem Starszych Panów, których nikt przy zdrowych zmysłach nie zbluzgał by epitetem „śpiewającego aktora”. Muzyka, choć ważna, odgrywa tu drugorzędną rolę, nie wychodząc w sumie nigdy poza operetkowo-kabaretowe regiony prostych melodii i kompozycji wynikających z samej rytmiki tekstu.

Zanim przejdę do samych tekstów, tuba dla wytchnienia:

The lion he has got false teeth, the fire eater is a cheat
the exotic dancer is antique.
The high-wire artist broke his nose, the dancing bears got gangrened toes,
& all the artists need new clothes.
Cut price is the acrobat, the fortune teller is a hack, the clowns make up is all cracked

It’s the cheapest show you’ve ever seen
with drunks drug addicts & old queens
its garish gaudy & obscene.

Half the staff are pimps & whores
too old to do it anymore,
they’re all old, ugly, stupid, poor
The boss drinks like an unblocked drain
he’s ugly stupid & he’s vain & he’s so in debt he should elope to Spain

The big top it has got more holes than a dart board
its so old, its gangrened green with mould.

It’s the cheapest show you’ve ever seen
with drunks drug addicts & old queens
its garish gaudy & obscene.

/Cheapest Show/

Świat Tigersów jest odarty ze złudzeń. Nie istnieją w nim jasne strony rzeczywistości, nikt nie wpada na pomysł, by patrzeć na „bright side of life”. Tę rzeczywistość zamieszkują dziwki, alfonsi, heroiniści, ofiary gwałtów, szaleńcy, mordercy, złodzieje, zoofile, pedofile, transwestyci. Margines, który rozciągnął się na całość świata. Jest to świat, gdzie można cierpieć egzystencjalne męki z powodu niemożności uprawiania seksu z muchami, można być rzymskim legionistą wesoło wbijającym gwoździe w Jezusa, można umrzeć na HIV w wyniku gwałtu. Tiger Lillies zamieszkują świat absurdu i nonsensu, dokładnie w tym znaczeniu o jakim pisze Barańczak w przedmowie do Fioletowej Krowy: „Nonsensista w kwestii owocności własnych zabiegów humorystycznych i w ogóle racjonalności bytu jest czarnym pesymistą. Można by rzec, że nic poza śmiechem mu nie pozostaje. Zwłaszcza, że nie obchodzą go tak zwane doraźne bolączki(…)”

Tylko w świecie nonsensu mogą się znaleźć ludzie tacy jak Jacques, który swoim operowym wokalem potrafi wydobyć tragedię z każdego absurdu, z dydaktycznych opowieści o niegrzecznych dziatkach stworzyć dramat o opresji i paranoi, z klasycznych chwytów comedia dell arte i schematów teatru ulicznego („Punch and Judy”) wykrzesać historię o niemożności porozumienia się z kimkolwiek, z szant („The Sea”) uczynić traktat o samotności.

Śmiech w tym świecie pozstaje jedyną bronią. Bezskuteczną, ale choć na chwilę poprawiającą nastrój.
Ta tuba też go poprawia:

Na „Urine Palace” wszystkie te wątki zostały zebrane po raz kolejny. Dostajemy opowieść prostytutki, której już nikt nie chce, historię chłopaka cokolwiek uzależnionego od swojej tubki z wazeliną, odkrycie, że rak czasem może być zbawieniem oraz genialny re-cover „My Funny Valentine”. Miejscami jest zabawnie, miejscami nostalgicznie, ciągle jest tygrysio. Muzyka nie odbiega od poprzednich dokonań, choć tym razem zostaje wzmocniona udziałem 30 osobowej orkiestry. Dobry album by wejśc w świat The Tiger Lillies po raz pierwszy (choć w tej kategorii najlepszym nadal pozstaje „Bad, Blood, Blasphemy”).

A wejść warto. Najlepiej jak najszybciej, bo słuchając Tygrysich Lilijek trzeba ciagle pamiętać o jednym:

* Nierozstrzygalny problem, czy płyta „Chujnia” jest płytą Leningradu z towarzyszeniem The Tiger Lillies, czy też płyta „Huynha” jest płytą The Tiger Lillies z Leningradem.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

2 Responses to The Tiger Lillies – Urine Palace

  1. imperrfesto says:

    Kocham ich.Trochę nie mogłem sie przekonać, a zacząłem od wspomnianej na końcu płyty z Leningradem.Ale to już inny kuplecik …
    :D %

  2. Marceli says:

    Ja wpadłem na nich zupełnym przypadkiem ..ście lat temu, jakiś koncert w radio i to polskim w dodatku. Kupili mnie już 1 kawałkiem (Maria z Bad, Blood Blasphemy) i tak już zostało na zawsze. Jeszce tylko live muszę ich kiedyś zobaczyć :)