Najpierw

wszystko chce, żebym nawet nie zajrzał do tej książki. Chujowa okładka jak z dubstepowego albumu, zaprojektowanego przez upośledzonego kolorystycznie nastolatka. Blurb reklamowy w wykonaniu Shuty’ego, od którego mógłbym ewentualnie przyjąć rekomendację na kreskę, ale na pewno nie na książkę. Logo Krytyki Politycznej, które nauczyłem się kojarzyć z najbrzydszą stroną w polskich internetach i tekstami, z których w 99% nic nie wynika. Fakt, że dostałem tę książkę w prezencie od Jasia Kapeli, który i owszem jest sympatycznym pajacem i prawdziwą ozdobą mojej pieczołowicie dobieranej kolekcji pojebów na fejsie, ale przecież ani nie lubię jego książek, ani też mu nie wierzę, jak o książkach mówi.

Jeb. Poleciało na parapet, niech leży. Przyjdzie wiosna, baronowo, to może.

Potem jest tak, że do czwartej nad ranem dłubię na tekstem, od dziewiątej napierdalam korekty tego samego tekstu, potem biorę się za sprzątanie w tłumaczeniu, co jest równie porywającym zajęciem, jak jedzenie własnych rzygów, wreszcie przychodzi dziewiętnasta i dochodzę do wniosku, że albo zaraz przeczytam coś, co mnie zmuli, odmóżdży i uśpi, albo będę już taki chodził podkurwiony, zmęczony i zły do końca dnia, psując nastrój żonie. Do wyboru mam Marriage Plot Eugenidesa, ale muszę z tego recenzję napisać, czyli się skupiać i czujnym być, albo coś z 30 książek, które jeb, poleciały kiedyś na parapet, bo może się trafi, że je przeczytam.

Biorę do ręki to „Mięso” i tym razem patrzę na nie uważniej. Wcale nie wygląda lepiej, no ale przynajmniej może będzie na tyle głupie, że wejdzie bezboleśnie, zajmując czas do kolacji. Rzucam okiem na skrzydełko – jest lepiej: Dymińska wygląda jak coś wykopanego z trumny, co zawsze dobrze wróży, oczęta ma takie jak Patti Smith w Horses, tylko jeszcze nie zaćpane aż tak i ogólnie budzi ciepłe skojarzenia z bohemistycznymi studentkami, które dużo mówią o poezji, stanowiąc nieustające źródło radości.

Zaglądam randomowo do środka i jest zdecydowanie gorzej:

Mama miała potem męża. Jechałyśmy razem samochodem, ona powiedziała, wiesz co. Ja powiedziałam, nie wiem. Ona powiedziała, będę z kimś. Ja powiedziałam, jak to. Konrad wprowadził się do nas trzy dni później.

Umrzyj, kurwa, pomyślałem, ale książkę wziąłem i zległem. Szybkie frr, kciukiem po krawędziach kartek, patrzę, a jedna trzecia tej historii to wiersze z cyklu w nieregularnych odstępach pierdolnij w enter. Najgorzej. Nawet rymów nie ma.

Ale w końcu już leżę, kawę mam, fajki mam, koc mam, muzykę puściłem nieszkodliwą, to nie będę przecież wstawał tylko po to by książkę zmienić. Damy ci pięćdziesiąt stron, potem się zobaczy, może w coś pogram dla odmiany.

Dwadzieścia minut później jestem na tej pięćdziesiątej stronie, kiedy żona się nagle odrywa od życia przez telefon i pyta:
– Co czytasz?
– Jakiś rozpoetyzowany nastoletni pasztet kurwi się z oblesiami.
– Aha. Czemu pasztet?
– Sama tak o sobie pisze.
– Coś wynika z tego kurwienia się?
– Na razie nie, ale jak pisze o wsadzaniu sobie ogórka w cipę, to jest całkiem nieźle.

Mija kolejna godzina, a ja dalej leżę z tym „Mięsem” i brnę przez ostatnie partie. Pasztet wyrósł, wyładniał, kurwi się dalej, odbijając sobie dziecięce traumy grubaski, oblesie stają się mniej obleśni, pojawiają się jakieś związki uczuciowe, wiersze okazują się nawet całkiem strawne, choć z reguły odpuszczam ich czytanie po najdalej dziesięciu linijkach, bo mówią o tym samym, co książka, tylko gorzej. Na stronie 124 wreszcie trafiam na fragment, który mi robi „ej kurwa, no ładne”:

Jest wiosna i wszyscy jesteśmy zakochani, a kiedy zajdzie słońce, mamy alkohol i narkotyki. Jesteśmy ciągle bezpieczni.

Brzmi to co prawda, jak cytat z Cool Kids of Death, czy innych grabaży polskiego tekściarstwa, ale robi mi dobrze, bo brzmi prawdą. Nastoletnią, romantyczną prawdunią, którą właściwie też wyznaję, bo w co tu wierzyć, jak nie w alkohol i narkotyki, tyle, że w odwrotnej kolejności, zgodnie z porządkiem szkodzenia na mózg.

W końcu ostatnie pięćdziesiąt stron idzie jak z płatka, bo już lubię tego byłego paszteta. Jest zła, jest wkurwiona, jest smutna, jest w niektórych miejscach do zerzygania nudna, zwłaszcza jak się wkręca w opisywanie dnia codziennego i wypadających włosów, męczy pierdoleniem o swojej depresji, nastolacko szarżuje opisując co parę stron coraz bardziej żałosne ruchanka, wpada w ostrą pretensjonalność i szybko z niej wypada, ładnie pisze o ćpaniu, jest wiarygodna, jest na tyle prawdziwa, że jestem skłonny w nią uwierzyć, choć ciągle towarzyszą mi podejrzenia, że siedemdziesiąt procent tej powieści wyciągnęła sobie z dupy, a pozostałe trzydzieści napisała na ciężkim kacu, plując słowami pomiędzy kolejnymi seriami rzygania i to właśnie te trzydzieści, robi tę powiastkę. Nigdy jakoś mnie za bardzo nie interesowało życie seksualne pasztetów i postpasztetów, gwałtownie szukających potwierdzenia własnej atrakcyjności, a tu proszę, 180 stron o niczym innym, a jak ładnie wieczór się zapełnił, i nawet parę zdań się przyda do cytowania. Ani debiut roku (choć co ja tam wiem, programowo nie czytam polskiej prozy współczesnej, bo nie mam czasu), ani jakiś szczególny skandal, na czym zdaje się próbuję jechać szczątkowa promocja, po prostu przyjemne nastolatkowe zniechęcenie światem, życiem i całą resztą. Dokładnie tego dziś potrzebowałem.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

2 Responses to Najpierw

  1. mr makowski says:

    „Co za awans! Kiel­cza­nin wice­mi­ni­strem finan­sów” (GW, Kielce, dziś.)
    to jest Literatura…

  2. Gabaldon53 says:

    Bardzo fajny tekst. A najlepszy jego fragment to > „Jest wio­sna i wszy­scy jeste­śmy zako­chani, a kiedy zaj­dzie słońce, mamy alko­hol i nar­ko­tyki. Jeste­śmy cią­gle bezpieczni.” < coś w tym jest :)