Założenie wyjściowe

– nie lubię filmów o zombie.

Powtarzam to od jakiś dziesięciu lat i kolejnej fazy masowego wysypu żywych trupów. Nie wkręcają mnie zombie komedie, nie ruszają zombie splattery, zlewam próby budowania nastroju grozy za pomocą zombie, bo do chuja! zombie nie są straszne. Dodatkowo w nowej fali zombie kina męczy mnie to, że tak naprawdę jest chyba najlepszą metaforą współczesnej popkulturowej retromanii, opisanej przez Reynoldsa, dowodem na to, że kino, podobnie jak muzyka w ostatniej dekadzie żywi się głownie odpadami z poprzednich dekad, remiksując stare pomysły w efekciarskich i pustych formach, rozciągając je w niekończące się cykle se-, pre- i postqueli i z braku nowych idei, opowiada w kółko te same historie, wierząc, że zmiana scenografii sprawi, że odzyskają świeżość. Nie odzyskują. Jedyne co udało się sprawić twórcom nowej zombie fali, to wytworzenie prostego skojarzenia, że cały współczesny horror jest trochę jak zombie – martwy od lat, wielokrotnie zakopywany w grobie, tylko po to, żeby znalazł się kolejny nudziarz, który go wykopie z trumny, wierząc że uda mu się rozruszać stare schematy.

Tyle teorii. Natomiast praktyka wygląda tak:

Night of the Living Dead, Night of the Living Dead Re-Animated, Plague of Zombies, Versus, 28 Days Later, 28 Weeks Later, Fido, Deadgirl, Shaun of the Dead, The Serpent and the Rainbow, REC, Rammbock, Dead Set, Pontypool

– wszystko filmy/seriale, którym na jakimś etapie dałem 6* lub więcej (bo 5* jako ‚ok’ is soooo mainstream), albo mam zapamiętane jako oh, wow, dobre kino. Więc jednak da się, przynajmniej do tego stopnia, żebym przyjął tę męczącą konwencję i pogodził się z żywym trupem na ekranie. Może dlatego, że prawie połowa z tych filmów tak naprawdę wcale nie jest o zombie. Owszem, zawiera żywe trupy, czasem nawet w masowych ilościach, nie skupia się jednak na pokazywaniu oszalałych hord mózgożerców polujących na resztki niezmutowanej ludzkości, tylko próbuje tego żywego trupa jakoś zmetaforyzować. Bohaterem Pontypool wcale nie są zombie, jest nim zabójcza moc słów i języka, dodatkowo robi dużo, żeby objaśnić burroughsowską koncepcję „language is a virus” w najbardziej przystępny sposób (także: książka); Fido to nie jest film o żywych trupach, tylko o przyjaźni i pracy za stawkę minimalną; Serpent and Rainbow to tak naprawdę opowieść o ćpaniu, do postawienia obok Odmiennych Stanów Świadomości i Nagiego Lunchu, Dead Set to satyra na obsesję sławy, Dead Girl natomiast to tak na serio Funny Games w nieco innym przebraniu, równie przygnębiające i okrutne jak oba oryginały Hanekego.

Wyrwany ze swoich tradycyjnych schematów zombiak, okazuje się równie dobrym nośnikiem metafor i symboli, co wampir, który jakoś od początku lat 90-tych przechodzi podobną ewolucję. Problem w tym, że łatwiej po prostu wypuścić hordę niż napisać scenariusz, a publiczność i tak przyjdzie, bo w końcu czego można chcieć od zombie filmów niż trupów, flaków i i chujowych dowcipów (tu jest miejsce na osobny rant pod tytułem all comedy horrors sucks, ale to może kiedy indziej).

A cały ten marudny wstęp tylko po to, żeby dołożyć kolejny tytuł do kolekcji zombie filmów, które da się oglądać, bo są czymś więcej niż tylko ćwiczeniem stylu.

Zgarnięty przypadkiem, bo bez nazwisk i gwiazd (choć będziecie w pełni usprawiedliwieni, jeśli przez dłuższą chwilę będzie wam się wydawało, że widzicie w obsadzie Iggiego Popa), wrzucony do odtwarzania tylko dlatego, że trwa nieco ponad godzinę, a nie miałem wczoraj więcej czasu na film, nagle okazał się tym jednym na 50 filmów o zombie, które fest warto.

Pierwszy plus – za brytyjskość. Jakimś cudem Angolom jednak filmy o zombiakach wychodzą lepiej, z reguły próbują jakiś machlojek z konwencją, znajdują dużo lepszych aktorów i bardziej skupiają się na scenariuszach.

Drugi plus – za mockumentary. Słabość mam do tej konwencji we wszystkich mutacjach, jako nośnik narracji o zombie jest równie doskonała, jak wtedy, gdy opowiada o psiarzach. Tu jeszcze w bonusie prawdziwa orgia najbardziej bełkotliwych i mamrotliwych brytolskich akcentów, każdy dialog naprawdę brzmi jakby był wymyślony i wypowiedziany przez totalnych naturszczyków oraz kolekcja zbliżeń na twarze, zgodna z ideą, że zupełnie zwyczajni ludzie wyglądają najdziwaczniej. To właśnie raczej ludzkość jest tutaj dość przerażająca z wyglądu (think: Gummo), zombiaki są raczej pokraczne.

Trzeci plus – historia. Niby dość tradycyjna: wirusowa mutacja, pacjent zero, apokalipsa na ulicach i w opłotkach, dzielni lekarze szukający lekarstwa, porządni obywatele zakładający bojówki, by dokonywać masowych mordów na zombiakach. Tyle, że to jedynie powierzchnia. Skupiając fabułę na pacjencie zero, tytułowym Haroldzie, który jako pierwszy zaczął sztywnieć, udało się to przekształcić w kino o zbędności starych ludzi. Wprowadzając założenie, że ta zombie mutacja atakuje tylko mężczyzn, można wyśmiać samcze obawy przed tym, że człowiek z siusiakiem stanie się w najbliższym czasie zbędny. Biorąc za współbohaterkę niezbyt atrakcyjną i rozgarnięta pielęgniarkę, ma się punkt wyjścia do pokazania jednego z najfajniejszych zombie romansów ever (oraz wytłumaczenie, dlaczego zombifikacja mężczyzn może być prawdziwym zbawieniem dla kobiet). Wyprowadzając całą akcje na prowincję, z dala od metropolii, wojska i kwarantanny, można dobrać całą kolekcję postaci reprezentujących brytyjski chów wsobny. I upakować to wszystko w 75 minutach, które są jednocześnie satyrą, horrorem rozbijającym ramki konwencji, przykładem kina zaangażowanego społecznie oraz wzruszającym rom-comem.

Kolejne plusy – za milion pomysłów. Zobaczcie, jak wychodzą z obowiązkowego wytłumaczenia, skąd wzięła się plaga, albo z wątku obrońców ludzkości. Jak radzą sobie z ciągłym zmienianiem symboliki zombiaka, zachowując jednocześnie spójność wszystkich metafor. Jak z pojedynczych gagów i scenek, składają ciągłą fabułę,z jasno określonymi głównymi bohaterami i wątkami.

Mnóstwo dobra, która pozwala przeczekać kolejną falę Living Deadów i Hajskul Zombies.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=b0Ctm7PK1qU[/youtube]

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

5 Responses to Założenie wyjściowe

  1. Barts says:

    Yo Marceli, ściągnij i obejrzyj sobie Highschool of the Dead. To anime, ale całkiem zabawne – są cycki, krew, zombie, drama, cycki, krew, głupie żarty. I cycki.

    Idealny odpoczynek jak nie chcesz włączać mózgu, tylko się pogapić na jakąś gumę do żucia. Ładnie narysowane, głupie jak cholera, ale bawiłem się przy tym całkiem nieźle. Give it a try.

  2. kolega Tetrix says:

    Koham pana panie Szpaku. Wydało się.

  3. fabulitas says:

    Widzę, że zgadzamy się co do zombie.

  4. panopticum says:

    Dzięki za przypomnienie tego filmu. Widziałem kiedyś zapowiedź, bodajże na bloodydisgusting, a potem nie mogłem znaleźć ani zabrać się za sensowne poszukiwania.

  5. lewar says:

    toż to jasne, że lubisz filmy o zombie. tylko że te dobre. przecież cała reszta – te wszystkie klony Romero (i sam Romero), czy tłuczona taśmowo mielonka z kat. B czy C to tylko urozmaicenie. To tylko wypełniacz z kaszy i trocin, który czasem trzeba przeżuć, żeby dotrzeć do mięsa. Przynajmniej raz na tydzień przeczesuje dziwaczne rejony sieci i dorzucam kolejne poronione filmy do watchlist na IMDB ze świadomością, że to pewnie kupa. Bo raz na jakiś czas trafiam na takiego „Versus” (to akurat utrafiłem z 10 lat temu na jakimś forum osloskop czy coś, gdzie puszowali absolutnie wszystko co pojawiało się wówczas w edonkey/emule).
    Na Twojej liście brakuje właściwie tylko „The Revenant”, którego już chyba wszystkim hajpowałem – ale jest wyśmienity. Tutaj też zombie to tylko high concept, bo tak naprawdę to historia o nieprzystosowaniu weterana wojennego do rzeczywistości, mocno pojechana. No i cudowny buddy movie.