Trzeci

tom trylogii WARZYWA Doroty Masłowskiej, zapoczątkowanej Wojną Polsko-Ruską, kontynuowanej w Pawiu Królowej, jest dobrym trzecim tomem. Jak każdy trzeci tom nie wnosi nic nowego poza lepszym opanowaniem warsztatu i uwypukleniem głównych tematów całej trylogii, czyli tego, że ludzie mają:

krosty, pryszcze, grzybice, obwisłe moszny, przetłuszczone włosy (o ile w ogóle jakieś), różne typy śmierdzącego oddechu, schorzenia psychiczne, emocjonalne i fizyczne, nieciekawe prace i chujowe hobby, nierealne ambicje lub tychże ambicji brak całkowity, olbrzymią potrzebę bycia w stadzie i niezbywalne marzenia o tym, by to stado własnoręcznie wyrżnąć.

Dodatkowo mają też jeszcze problemy. Różne, najczęściej wymyślone.

Po za tym są banalni. Kaleczą język ojczysty swój, zamiast se go szanować jak matkę, używają go do przekazywania beztreści i opowiadania o swoim bezżyciu, albo – co gorsza – do pociskania o jakichś pojebanych artystowskich wyrzygach i idiotycznych ideologiach (*patrz: nierealne ambicje), które zastępują im tożsamość.

Bo największą TAJEMNICĄ tych ludzi jest to, że tej tożsamości nie mają. Pozlepiani są z cytatów, bzdur, plot, pitolenia, absurdalnych fobii i jeszcze bardziej absurdalnych przyzwyczajeń i zależy im tylko na tym, by inni te cytaty, bzdury, ploty, pitolenie, absurdalne fobie i jeszcze bardziej absurdalne przyzwyczajenia normalnie wzięli i zaakceptowali, bo przecież jesteśmy wszyscy ludźmi, prawda.

A pisarka Masłowska, obecna jak zwykle z boku, oczywiście ich akceptuje. Bo co ma robić, w końcu nie przerzuci się przecież na pisanie książek o kotach.

/Przez pewien czas miałem takie drobne fanbojskie marzenie, że po Wojnie i Pawiu, a przed felietonami do Przekroju i pisaniem sztuk na które chodzą tylko warszawiacy, bo do wizyt w teatrze zobowiązuje ich jakaś tajemnicza, pewnie powstańcza tradycja, pisarka Masłowska powinna była wykonać numer na Cobaina, albo przynajmniej jakoś tak po rimabudowsku spierdolić gdzieś w dal siną, żeby handlować bronią, albo robić skrobanki potrzebującym w krajach uciśnionych przez watykańskie imperium zła, bo wtedy nie musiałbym każdej entuzjastycznej tyrady o jej twórczości kończyć sentencjonalnym ‘ale potem się wzięło i zjebało po całości”. „Koty” nie są jakąś szczególnie wybitna powieścią, ale przynajmniej nie podobały się będą tylko tym samym co zawsze, czyli głównie dobrym paniom, stanowiącym 90% siły nabywczej na polskim rynku księgarskim i domagającym się od literatury prawdziwych wzruszeń, lub chociażby pięknego języka (albo żeby się przynajmniej tak ładnie ruchali jak w filmach) oraz starym pierdołom, którzy już o Masłowskiej powiedzieli wszystko przy każdej możliwej poprzedniej okazji. Mój wewnętrzny Klub Kibica Masłowskiej przyznaje zaś tej książce zasłużone trzecie miejsce i właściwie zaczynam czekać na coś nowego. Tylko proszę, kurwa, nie dramat, bo do teatru nie pójdę, nie jestem z Warszawy./

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

8 Responses to Trzeci

  1. julo fan z rssow says:

    Ten dramat to nawet w radiu puszczali. Można było usłyszeć i nie być w teatrze – same plusy.

  2. mirek says:

    Albo przeczytać – niemniej mnie nie wszedł (choć weszli „Rumuni”). Ja rzuciłem się w pierwszym możliwym kindlowym terminie i z perspektywy tygodnia z hakiem do nowej książki mam stosunek coraz bardziej chłodny. W sensie że językowo wiadomo jak zwykle kosmos, ale poza tym to trochę nie wiem, po co. Może to właśnie jakiś etap przepoczwarzenia jest, tylko wolałbym już zobaczyć jakieś następne stadium – byle nie było letnie. Choć pewnie będąc Masłowską można nie chcieć iść w hardkor dla uciechy kibicujących czytelników, i tak sobie w sumie tę nową książkę tłumaczę – trochę zmieniona recepta, żeby nie było komentarzy o powtarzalności, ale równocześnie zachowawczo i bezpiecznie. Bo może na jakimś etapie życia tak właśnie jest najlepiej.

  3. Marceli says:

    Tłumaczyłem koledze właśnie na czacie, że to napisała kobieta, nie dziewczyna. Na tyle blisko nastolatkowego wkurwu i bleh na wszystko, żeby jeszcze brzmiał wiarygodnie, kiedy czuje potrzebę go uzewnętrznić, ale już z drugiej strony na tyle świadoma warsztatu, że to tylko jedna z konwencji jakich sobie teraz używa. To taka dorosła ksiązka – popatrzcie, jestem już w pełni dojrzała i sprawną pisarką, i faktycznie, od momentu pojawienia się syren i całego watku który się z nimi wiąże, mój zachwyt/zaskoczenie (powinno być na to jakieś jedno słabsze słowo) nad tym, jak się przez te lata wyrobiła już tylko narastał. Nie ma tego WOW, co przy dwóch pierwszych, że o mój boże jaka energia i żywioł, ale za to jest podziw, taki czysto techniczny, formalny przynajmniej z mojej strony.

  4. unnu says:

    @szpak
    to samo mówiłeś o drwalu, mógłbyś już się przepoczwarzyć ^

  5. Marceli says:

    nie pamiętam, co mówiłem o Drwalu to dawno było, ale te ksiązki są w tym podobne, że napisali je dojrzali pisarze, tyle, że Witkowski doszedł do tego wcześniej (przy Barbarze R.) a potem trochę zapomniał (Margot)

  6. ewenement says:

    Zgadzam się, z jednym zastrzeżeniem – dramaty Masłowskiej są kapitalne, niezależnie od wystawiania. Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, jak by takie „Między nami dobrze jest” miało wyglądać na scenie, a czytało się to znakomicie (tradycyjnie u Masłowskiej – piekielnie błyskotliwa rzecz, no i dawno tak nie rechotałam przy tak dotkliwie smutnej książce).

  7. Marceli says:

    chyba jestem po prostu impregnowany na dramat w każdej formie. Źle mi się to czyta, jeszcze gorzej ogląda, najgorzej słucha. I jak tak się uczciwie zastanowię nad doświadczeniem czytelniczym z zakresu dramatów, to wychodzi na to, że przez nic oprócz Szekspira i Becketta nie przebrnąłem w formie tekstowej.

  8. bartoszcze says:

    W ramach mojej szajby na dzisiaj, przepuściłem tę notkę przez Aplikację Do Mierzenia Przystępności Tekstu.
    Rizalt:
    FOG: 13-17 lat edukacji
    DIAGNOZA: język trudny (studia wyższe)
    Appka jest tu:
    http://www.logios.pl/

    Pójdę już.