Tl;dr

Categories:  Myślenie szkodzi

Na mar­gi­ne­sie “Is Google Making Us Stu­pid?” by Nick Carr

(Sieć na tyle sze­roka jest i gęsta, że natych­miast, jak zaczy­nam sobie wkrę­cać jakiś pro­blem, oka­zuje się, że ktoś dużo bar­dziej kumaty już go prze­my­ślał. Nick Carr to taka w sumie inter­ne­towa Kasan­dra, o którą lubią odbi­jać piłeczkę chło­paki z Kul­tury 2:0, jak rów­nież pan Bene­dyk na tyle czę­sto jed­nak ma sen­sowne opi­nie, że warto go czy­tać.)

Poniż­sza wrzutka, pisana mię­dzy 3 a 7 rano mogłaby mieć parę innych tytu­łów, jak choćby Slow Reading, jed­nak po skoń­cze­niu uzna­łem, że ten będzie najwłaściwszy.

Motto:
Nie mam żadnego pro­blemu. 17 godzin dzien­nie przy kom­pu­te­rze zupeł­nie mi wystar­czy.” — Lee Chang-hoon, uczest­nik obozu dla nało­go­wych inter­nau­tów w Korei Płd” (cytat z sygnaturki)

Drogi blo­ga­sku:

Żyję z ksią­żek – z tego, co w nich wyczy­ta­łem i z tego, co o nich wiem, od ‘zawsze’ moje życie jakoś się kręci wokół czy­ta­nia, nawet w papie­rach pod zawód wyuczony mam: lite­ra­tu­ro­znawca. Robotę dobie­ra­łem sobie pra­wie zawsze tak, by ktoś mi pła­cił za to, że czy­tam i piszę, lub choćby za to, ze coś tam robię przy książ­kach przez parę godzin dzien­nie. Ostat­nio jed­nak dopa­dła mnie reflek­sja i cokol­wiek potur­bo­wała — patrząc po rega­łach, zała­pa­łem, ze stosy rosną, a za cały ten rok, może prze­czy­ta­łem z pięć­dzie­siąt ksią­żek, z czego pew­nie połowę z lapa, i że stan ten utrzy­muje się już któ­ryś rok z rzędu, nie powo­du­jąc więk­szego dys­kom­fortu, bo prze­cież kurde, cały czas coś czy­tam, nie? Ekran jeży się liter­kami 18 godzin na dobę, a ja je prze­ra­biam albo na inne literki, albo wbi­jam sobie w głowę, Tyle, że jesz­cze parę lat temu to wbi­ja­nie odby­wało się w tem­pie 3–4 książki na tydzień, a nie 4, mak­si­mum 5 na mie­siąc. I nagle error – patrzę na nowego Ama­ni­tiego (400 stron), rzu­cam okiem na Aeagipt Crow­leya, patrzę koso na ostatni tom Cyklu Baro­ko­wego Ste­phen­sona i pierw­szy odruch, jaki się poja­wia, to ja pier­dolę, czemu ci goście się tak roz­pi­sują? Kiedy ja to niby mam prze­czy­tać? Gdzieś cały czas tkwi mi teza, zapa­mię­tana nie­wia­domo skąd (Dukaj?), że dzięki edy­to­rom tek­stu, pisa­rze stra­cili wsze­laki umiar, nie widząc przed sobą nara­sta­ją­cego stosu papieru, nie czu­jąc bólu w pal­cach spo­wo­do­wa­nego wie­lo­go­dzin­nym trzy­ma­niem ołówka, lecą powie­ściami po 800, 1000 stron (chyba jed­nak nie Dukaj), tak, jakby ich czy­tel­nicy mieli przed sobą cały czas świata, który poświęcą tylko na czytanie.

Tyle, że parę lat temu w niczym mi to nie prze­szka­dzało – mia­łem cały czas świata i spę­dza­łem go na czy­ta­niu, mogłem się obsrać ze szczę­ścia, mając tydzień wol­nego i 10 ksią­żek koło wyra, nie­ważne w sumie nawet jakich, byle gru­bych i z tre­ścią, które następ­nie sys­te­ma­tycz­nie kato­wa­łem, nie zwra­ca­jąc uwagi na resztę rze­czy­wi­sto­ści, poza koniecz­no­ściami fizjo-i psy­cho­lo­gicz­nymi, typu jedze­nie i przy­tu­la­nie się do żony. Mnó­stwo ksią­żek wyłą­czało mnie na amen, potra­fi­łem całymi dniami cho­dzić do tyłu po tym, jak się jakiś tekst po mnie prze­je­chał lub ska­kać z rado­chy, gdy tra­fia­łem na kogoś, kto wyj­mo­wał z mojej głowy myśli i pomy­sły i tak zgrab­nie prze­ra­biał je na literki, jak ja bym nigdy nie zrobił.

I na raz zauwa­żam, że już tego nie ma, że poja­wia się coraz rzadziej.

Książka mi się prze­myka mię­dzy kolej­nymi zakład­kami opery, chwy­tam po 10 aka­pi­tów na raz, zapo­mi­nam o niej na godzinę, w mię­dzy­cza­sie wkrę­cam sobie już zupeł­nie inne fabuły, gram w jakieś odmóż­dża­cze, kli­kam gang bangi na Red Tubie, czy­tam kre­tyń­skie niusy z pudelka, pra­cuję w pocie czoła, naraz znów sobie przy­po­mi­nam, ze tam, kurde, na trze­ciej zakładce od lewej, pomię­dzy usta­wioną na 8 godzin cią­głego odtwa­rza­nia plej­li­stą winampa a okien­kiem gma­ila, spraw­dza­nym przy co dru­gim klik­nię­ciu, czeka na mnie jakaś opo­wieść, jakieś tre­ści waż­kie, jakieś nowe spoj­rze­nie, jakiś kurde hra­bal, chiang, palah­niuk, czy inne chło­paki, które zawsze potra­fiły pier­dol­nąć mnie przez łeb książką, usa­dzić w pokracz­nej pozy­cji na 7–8 godzin, trzy­mać za ryj nie­od­par­tym jazgo­tem swo­jej prozy, a tu na raz tak z buta. Zostali kolej­nymi baj­tami bez­re­flek­syj­nie wchła­nia­nej infor­ma­cji, kolej­nymi strzęp­kami tek­stu gro­ma­dzo­nymi nie wia­domo po co i buk jeden wie, do czego przy­dat­nymi, poza flej­mami na forach, kiedy i tak do uży­cia cytatu, muszę się­gnąć po gugla, bo prze­cież nie pamię­tam, cho­ciaż było fajne i jakoś tam w zwo­jach zare­zo­no­wało. Zamiast jak dotych­czas, być spo­so­bem na totalne odwa­le­nie się od świata, (leżąca pozy­cja, ksiązka kur­czowo zaci­śnięta w obu dło­niach, wyraz twa­rzy, jak nie masz nic waż­nego to spier­da­laj), jakoś mi się czy­ta­nie idio­tycz­nie wmie­liło w codzienny tryb dnia, prze­stało być sacrum, cza­sem wyłą­czo­nym z codzien­no­ści, tylko stało się zwy­czaj­nym skład­ni­kiem rutyny, pole­ga­ją­cej głow­nie na mie­le­niu lite­rek przez kil­ka­na­ście godzin na dobę. Sie­dząc pośród lite­rek prak­tycz­nie non-stop, powoli zaczy­nam zatra­cać umie­jęt­ność czy­ta­nia dla samej rado­chy i przy­jem­no­ści zwią­za­nej z suwa­niem wzro­kiem po dobrze wyszli­fo­wa­nych zda­niach i zapeł­nia­niem sobie mózgu, łapię się na tym, że tekst dłuż­szy, niż 3 peł­no­ekra­nowe kliki wzbu­dza już na wstę­pie sporo wahań i coraz czę­ściej odkry­wam, że mi się nie chce, że lecę wzro­kiem po hedlaj­nach i śród­ty­tu­łach, w 5 minut zapa­mię­tuje, co się da i uznaję, że tak, prze­czy­ta­łem, zro­zu­mia­łem, wpro­wa­dzi­łem sobie kolejne dane do łba, można kli­kać dalej i gładko prze­cho­dzę z pulit­ze­ro­wego arty­kułu o Franku Sina­trze, na nowe info o cyc­kach Wero­niki Rosatti, tylko po to, by po kolej­nych kilku klik­nię­ciach, znów zaha­czyć o zakładkę, na któ­rej cze­kają opo­wia­da­nia Pie­le­vina i połknąć w 5 minut, ile się da, pró­bu­jąc bez skutku naj­czę­ściej, odna­leźć tę eska­pi­styczną rado­chę, wyni­ka­jącą z czy­ta­nia. Jeśli zaś nie daj buk, położę się z książką, wkręcę sobie w głowę, że this is the time, nie ma prze­bacz, teraz czy­tam, więc spier­da­lać, to łapię się na tym, że po naj­da­lej 10–15 minu­tach zaczyna mi cze­goś bra­ko­wać, szu­kam dru­giej zakładki, trze­ciej, siód­mej, bo prze­cież jak czy­tam, to nie ozna­cza, że nie mogę robić jesz­cze cze­goś oprócz, prawda? Zamiast jak dotąd bywało, na luzie pod­dać się auto­rowi, dać się zacią­gnąć w sam środek lasu liter, pozwo­lić się wyru­chać zawar­to­ścią cudzego umy­słu i wró­cić szczę­śliw­szym, wesel­szym czy cokol­wiek tam książki dotąd ze mną robiły, czuję coraz więk­szy dys­kom­fort, zwarte bloki jed­no­li­tego tek­stu zaczy­nają mnie stra­szyć i tak wła­ści­wie muszę się zmu­szać, by prze­brnąć poza 50 stronę jakiejś więk­szej cało­ści, bo do tej chwili jestem już zazwy­czaj na tyle wybity z ochoty na czy­ta­nie, że zaczy­nam robić coś innego.

I wtedy przy­po­mina mi się kre­tyń­ski kurs dla biz­nes­me­nów, który kie­dyś tam tłu­ma­czy­łem, a który miał gości w gaje­rach nauczyć pra­wi­dło­wego pisa­nia pism i doku­men­tów fir­mo­wych. Tekst zdał mi się na tyle idio­tycz­nie zabawny, że kawałki roz­sy­ła­łem zna­jo­mym w ramach roz­we­se­la­czy, bo jak tu nie par­sk­nąć śmie­chem, widząc książkę, w któ­rej doro­śli ludzie tłu­ma­czą doro­słym ludziom, że zda­nia roz­po­czy­namy od wiel­kiej litery, a aka­pit musi zaczy­nać się wcię­ciem? Obśmie­wa­li­śmy stwier­dze­nia w rodzaju ‘czy­tel­nik z krę­gów biz­ne­so­wych nie radzi sobie z dużymi par­tiami tek­stu. Jeśli twoje zda­nia będą dłuż­sze niż 20–30 wyra­zów, ist­nieją spore szanse, że nikt ich nie prze­czyta. Jeśli budu­jesz aka­pity dłuż­sze niż 5 lini­jek, na pewno nikt ich nie prze­czyta, dla­tego też dla pod­kre­śle­nia naj­waż­niej­szych infor­ma­cji w aka­pi­cie użyj odmien­nego kroju czcionki’. No i wia­domo, co się poja­wia w tej sytu­acji – uśmiech wyż­szo­ści chó­ma­ni­sty, dla któ­rego prze­czy­ta­nie 400 stron zwar­tego tek­stu w jedno, dwa popo­łu­dnia, to jak pójść na spa­cer z psem – nawet nie zauważy, że wyszedł, a już wró­cił. Ha ha, co za debile, nie radzą sobie nawet z trzema zwar­tymi aka­pi­tami, straszne burac­two, to kor­po­ra­cyjne biznesmeństwo.

I naraz jeb – ni stąd ni zowąd znaj­duję się dokład­nie w tej samej sytu­acji, auto­ma­tycz­nie szu­kam w tek­stach pogru­bień, wyróż­nień, pod­kre­śleń, bo jak pies Paw­łowa mam wyro­bione, że pod takimi kodami, kryją się jedyne istotne tre­ści, cała resztę można śmiało olać, bo będzie to wodo­lej­stwo. I spoko – dopóki doty­czy to tylko czy­ta­nia w necie, ta metoda się spraw­dza w 9 na 10 przy­pad­ków, bo net to jed­nak w dużej czę­ści domena ludzi, któ­rzy potra­fią pisać, tylko nie mają o czym, więc więk­szość gene­ro­wa­nych przez nich tre­ści da się ogar­nąć szyb­kim ska­nem i nawet jakąś dys­ku­sję potem roz­krę­cić, bo czemu i nie, reto­rykę zawsze można poćwi­czyć, nawet w tema­tach abso­lut­nie obo­jęt­nych i takich, gdzie jestem zupeł­nie nie­zo­rien­to­wany. Dużo gorzej wygląda sytu­acja w przy­padku książki, gdzie wyróż­nień, poza tytu­łami poszcze­gól­nych roz­dzia­łów zazwy­czaj brak. Przy­zy­wy­cza­jony do sie­cio­wych uła­twień, miliarda natych­mia­sto­wych odno­śni­ków, które pomogą mi w prze­brnię­ciu przez tekst i jego zro­zu­mie­niu, sto­jąc przed zwy­kłą książką, czuję się jak Rein­hold Mes­sner, któ­remu padł ostatni szerpa – sam? Na taką górę? Niby kurwa, jak? I tak wła­ści­wie po co?

I wtedy na pomoc przy­cho­dzi tl;dr.

Pierw­sze zetknię­cie z tym akro­ni­mem było bru­talne, bo oczy­wi­ście poja­wił się pod jakąś moją wrzutką na forum czy jakimś blogu, gdzie jak zwy­kle się pro­du­ko­wa­łem nie bacząc na ilość wyge­ne­ro­wa­nych liter, pisząc o tema­tach nie­istot­nych, ale na tyle intry­gu­jąco zapo­da­nych, że znów mi się włą­czyła logo­rea. Napi­sa­łem, kli­kam na odśnież, czy­ham na odpo­wiedź, bo się już dobrze wkrę­ci­łem w tryb flejma i naraz – tl;dr. Za dłu­gie, nie czytam.

Kur­wa­mać.

Jak to? Prze­cież chyba o to cho­dzi, że czy­tamy, a potem odpo­wia­damy, słu­chamy i wygła­szamy swoje, łapiemy opi­nię i kontr­opi­nie i na tej pod­sta­wie zaj­mu­jemy sta­no­wi­sko, pisem­nie wyłusz­cza­jąc, co nam po łbie cho­dzi. Prze­cież inter­net to medium oparte na dia­logu, więc skoro chcemy gadać, to musimy też słu­chać. Ciśnie­nie mi sko­czyło, pole­cia­łem raz i drugi z jakąś zjebką za uży­cie tl;dr w dys­ku­sji, aż wresz­cie zro­zu­mia­łem, że cały mój foch jest kom­plet­nie z dupy. Że to prze­cież taka sama reak­cja, jak moja, gdy widzę jakiś tekst, który może i jest fajny, ale jest dłuż­szy niż 10 aka­pi­tów, więc raczej go oleję, bo prze­cież tyle innych tek­stów jesz­cze na mnie czeka i na pewno ktoś już napi­sał to samo, tyle, że kró­cej, sprawdźmy, pusz­czę hasło przez gugla. I ląduję z jakimś strzęp­kiem infor­ma­cji z wiki, który zaczyna mi zastę­po­wać kon­kretną wie­dzę. No bo w sumie po co wyka­zy­wać się wie­dzą, skoro tl;dr, a wszyst­kie netowe dys­ku­sje można pro­wa­dzić przy pomocy copy/paste? Po co czy­tać tl;dr Lód Dukaja, skoro w 5 minut prze­kli­kam 15 recen­zji i wyro­bię sobie opi­nię, która będę mógł wygło­sić? Po co wkrę­cać się w 200 komen­ta­rzowe tl;dr debaty na blo­gach czy forach, skoro wystar­czy prze­gu­glać pozo­sta­łych dys­ku­tan­tów po nic­kach i mniej wię­cej wie­dzieć, co mogą na dany temat napi­sać? Po co poświę­cać czas na gro­ma­dze­nie dużych blo­ków infor­ma­cji, skoro reszta świat działa w try­bie tl;dr i wydaje jej się to w niczym nie wadzić? Po co pisać tl;dr recen­zję płyty, skoro można zro­bić paste z tuby, wma­wia­jąc sobie bzdury o obra­zach war­tych tysiąca słów? Po co w ogóle pisać tl;dr cokol­wiek, skoro można posłać linka do tego, co już ktoś wcze­śniej napi­sał, kto inny stre­ścił, a jesz­cze następna osoba zro­biła z tego trzy­li­nij­kowy eks­trakt w wiki? No w sumie po nic. Kolejne miej­sce, które wią­zało się z rado­chą czy­ta­nia, roz­ma­wia­nia z ludźmi, ostrym napi­na­niem zwo­jów, by nie polec w dys­ku­sji na dowolny temat, i po raz kolejny nad­miar liter oka­zuje się problemem.

Nie boję się (jesz­cze), że inter­net oduczy mnie czy­tać. To raczej mało moż­liwe, bo musiał­bym się prze­kwa­li­fi­ko­wać, a nie chce mi się uczyć nowych umie­jęt­no­ści prak­tycz­nych, coraz bar­dziej jed­nak oba­wiam się, że radość czy­ta­nia będzie coraz trud­niej osią­galna. Każde klik­nię­cie w pew­nym sen­sie oddala mnie od ksią­żek, nisz­czy resztki ochoty na zagłę­bia­nie się w dłu­gie tek­sty i napa­wa­nie się moż­li­wo­ścią ucieczki w litery. Nadal łażę po księ­gar­niach, strze­lam na alle­gro, prze­szu­kuje fora i rapidy, polu­jąc na ebo­oki, któ­rych nie chce mi się kupo­wać, jed­nak coraz czę­ściej zale­gają one gdzieś na zapo­mnia­nych par­ty­cjach, kurzą się na pół­kach, bo prze­cież, kurde, tyle jesz­cze dziś jest do prze­czy­ta­nia –jakieś fora, newsy, rss, no i życie towa­rzy­skie też jest prze­cież mocno pisemne każ­dego dnia. Gdzieś tam sobie wma­wiam, ze to posze­rza­nie, jakiś tam tfu, roz­wój, z dru­giej strony, coraz bar­dziej mi trzeba, żeby znów mnie ktoś pier­dol­nął książką. Taka przy któ­rej zapo­mnę, ze mili­metr w lewo na touch­pa­dzie i mam kolejny miliard ksią­żek przed oczyma. Taką przy któ­rej pierw­szą myślą nie będzie tl;dr a włą­czy się wła­ściwy tryb slow reading. Wie­rzę, że takich ksią­żek jest jesz­cze całe mnó­stwo, tyle, że wystar­czy mi na lata. Tylko ktoś musi odciąć mi internet.

Pogła­skaj
Poślij w kosmos:
  • Wykop
  • Blip
  • Facebook
  • Twitter
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • Tumblr
  • Netvibes

28 komentarzy

  • At 2008.11.15 15:43, hennessy.williams said:

    Tl;dr
    Ha ha, weryfany.

    A tak poważ­nie, to masz rację we wszyst­kim, co powy­żej napi­sa­łeś. Ja nie czy­tam w kom­pie (nie lubię, nie umiem), więc na temat takiego pochła­nia­nia ksią­żek się nie wypo­wiem, ale ana­lo­gowe buki jesz­cze dwa-trzy lata temu były u mnie w heavy rota­tion. A teraz bra­kuje mi czasu. To zna­czy tak sobie wma­wiam, bo prze­pie­przam ten czas na rze­czy o niebo (pie­kło, jak kto woli) mniej war­to­ściowe niż książki. I wkur­wia mnie ten Twój tekst tak samo, jak gada­nie bli­skich mnie wkur­wia, bo mi przy­po­mina o czymś, co w moim mało skom­pli­ko­wa­nym życiu jest dużym pro­blem. Jest nawet gorzej, bo to nie jest tak, że nie ma wokół mnie knig. One są, zaczęte i nie pokoń­czone. [JABŁKO+Q] (Cytuj)

    • At 2008.11.15 16:52, chiara76 said:

      łomat­ko­ko­chana, a ja zauwa­ży­łam u sie­bie coś jesz­cze takiego, że jak jest taki długi wpis, to mnie się jakaś czarna amba robi przed oczami i bach, nie idzie czy­tać. Nie wiem , z czego to wynika, mam nadzieję, że to nie jakieś nie­zdia­gno­zo­wane adhd czy inna wymówka na nie­wy­cho­wane dzieci, w każ­dym razie …
      To, co życzyć mam Ci awa­rii pro­vi­dera, żebyś znowu wró­cił do lek­tury?:) (Cytuj)

      • At 2008.11.15 17:39, Marceli said:

        @ Henny — no bo to w końcu jest pro­blem, w jakiś spo­sób prze­krę­ci­li­śmy sobie try­biki w gło­wie, blo­ku­jąc te wyj­ścia odpo­wie­dzialne za dłu­go­trwała kon­cen­tra­cję na czymś. Mam nadzieję, że to przej­ściowe (aka fascy­na­cja nowym medium), z dru­giej strony ma świa­do­mość, że chyba nie, bo chyba 5 czy 6 rok idzie, jak sie­dzę ciur­kiem przed ekra­nem. Nie mam jak uciec za bar­dzo, bo via moni­tor zara­biam, na razie wymy­śli­łem, że sobie wpro­wa­dzę restryk­cje. Fora, blogi raz na dzień, może rza­dziej, wkrę­ca­nie się w dys­ku­sję tylko wtedy, gdy samo czy­ta­nie nie wystar­czy. Zoba­czymy, co wyj­dzie, pew­nie nic.

        @ Chiara — to wła­śnie dokład­nie ten objaw o któ­rym piszę — nie da się, za dużo liter, a układ gra­ficzny nie pod­po­wiada, gdzie są ważne tre­ści, nawet nie suge­ruje, że są w nim jakieś, więc auto­ma­tycz­nie ucie­kasz wzrokiem.

        Awa­ria sieci nato­miast w grę nie wcho­dzi, bo musiał­bym pra­co­wać przy współ­udziale poczty pol­skiej, a tego żadne biuro tłu­ma­czeń ni wydaw­nic­two nie wytrzyma na dłuż­szą metę. (Cytuj)

        • At 2008.11.15 20:45, fisza said:

          czuję się roz­grze­szona w pew­nym sen­sie tym wpi­sem
          i zaskoczona-jak to obcemu czlo­wie­kowi udalo sie opi­sac mnie przed kom­pu­te­rem? (Cytuj)

          • At 2008.11.15 21:57, Marceli said:

            @Fisza — miło mi, z tym, że pod­sta­wowe tezy są wła­śnie z tek­stu Carra, to nie tak, ze wymy­śli­łem coś nowego, tak sobie tylko zsu­biek­ty­wi­zo­wa­łem zauwa­żone przez niego zja­wi­sko i poskle­ja­łem z ostat­nimi doświad­cze­niami z kli­ka­nia tu i ówdzie.

            Co do roz­grze­sze­nia to zupeł­nie nie wiem, czy jest sens się roz­grze­szać — musia­łem to napi­sać, bo tak jak Henny czuję dys­kom­fort, czuję, że w jakiś spo­sób to, co się dzieje w wyniku kom­pul­syw­nego kli­ka­nia całymi godzi­nami, gdzieś mi tam powo­lutku zamie­nia mózg w budyń. Z tym, że wcale nie chcę twier­dzić, ze budyń jest zły — po pro­stu inny, niż to, co mia­łem dotych­czas, czer­piąc wie­dzę i rado­chę głów­nie z książek.

            Na razie na szczę­ście jest jesz­cze tak, ze wię­cej czasu czy­ta­łem tek­sty przed­in­ter­ne­towe, wiem, też, że wię­cej mi dały w sen­sie roz­wój, zoba­czymy, co będzie, jak pro­por­cja się wyrówna — z netu, jak na razie korzy­stam z 10 lat (inten­syw­nie tak z 8), a z ksią­żek jakieś 25, więc tro­chę czasu jesz­cze musi upły­nąć, zanim będę mógł jasno okre­ślić zalety i wady każ­dej metody wchła­nia­nia tre­ści i zde­cy­do­wać, która była lepsza.

            (A przy oka­zji możesz mi powie­dzieć, czy gra­fika na Twoim blogu, to wyci­nek z Ghost Worlda, czy dobra pod­róbka?) (Cytuj)

            • At 2008.11.15 23:43, fisza said:

              jest to wycinek,dostałam go nie­jako “spod lady” od dziew­czyny, ktora kie­dys zaj­mo­wala sie sza­blo­nami, teraz zamknela bloga.
              co do mnie– inter­net zmie­nil moje podej­scie do muzyki. to wla­snie tu nie odnaj­duje juz tego sacrum, o kto­rym piszesz. w momen­cie, gdy moge miec prak­tycz­nie kazda plyte przed momen­tem jej ofi­cjal­nego wyda­nia czuje sie prze­la­do­wana.
              łapię się na tym, ze dany nowy album prze­slu­chuje raz (i to nie­cier­pli­wie)- nie ma czasu do niego wro­cic prze­ciez nastep­nego dnia beda kolejne pre­miery, tipy na blo­gach, co warto, czego nie warto, co trzeba sprawdzic.

              kie­dys zna­jomy inter­ne­towy w roz­mo­wie ze mna przy­znal, ze odslu­chuje plyty wg kalen­da­rza, ktory ma zapla­no­wany do konca roku.
              wie­rze mu.(swoja droga-mozna pozaz­dro­scic kon­se­kwen­cji) (Cytuj)

              • At 2008.11.15 23:54, Marceli said:

                Z muzyką mam jed­nak ina­czej tro­chę — zna­czy odsłu­chuję opo­rowe ilo­ści płyt (zawsze odsłu­chi­wa­łem), płynę przez ter­ra­bajty śmie­cia dźwię­ko­wego, każdy dzień zaczy­nam od usta­le­nia sobie plej­li­sty, ale nadal wystar­czą mi dwa, trzy dźwięki, linijka tek­stu, żeby mnie siek­nąć, ode­rwać natych­miast od tego, co robię i zmu­sić do dokład­nego słuchania.

                No i jak już jakiś album zażre porząd­nie, to cała reszta ter­ra­baj­tów zostaje zepchnięta na bok, odsta­wiam szu­ka­nie na zaś i słu­cham tak długo, aż się nie nasycę.

                I takie rze­czy tra­fiają mi się dwa, trzy razy na tydzień, cza­sem czę­ściej i w sumie dla­tego, że jest to teraz tak pro­ste — zna­czy zachwy­cić się czy­jąś muzyką — to widzę, mam przy­naj­mniej takie wra­że­nie, że cie­szy mnie słu­cha­nie coraz bar­dziej. Może też dla­tego, że o muzyce mam z kim gadać — sądząc po komen­tach 90% odwie­dza­ją­cych tego bloga wpada tu głów­nie ze względu na dźwięki, pozo­stałe 10% to zna­jomi z for (muzycz­nych głów­nie:), a o książ­kach to już nie bar­dzo, bo to jed­nak wymaga cze­goś wię­cej niż kilka eks­ta­tycz­nych okrzy­ków i weź że no posłu­chaj:) (Cytuj)

                • At 2008.11.16 11:07, PeGie said:

                  A nie jest przy­pad­kiem tak, że po pro­stu trza­skasz za dużo zle­ceń? Pytam, bo do nie­dawna mia­łem podob­nie — gdy się ślęczy po dziesięć-dwanaście godzin dzien­nie nad gene­ro­wa­nymi przez sie­bie liter­kami, można naprawdę nie mieć ochoty na ślęcze­nie nad liter­kami gene­ro­wa­nymi jesz­cze przez kogoś innego. Sły­sza­łem (czy­ta­łem na jakimś forum???) wręcz o przy­padku tłu­ma­cza, który pro­gra­mowo w ogóle nic nie czyta, “żeby się nie roz­pra­szać”, ale to chyba plotki jakieś były ;-). W każ­dym razie, ja zosta­łem odzy­skany dla lite­ra­tury, gdy dra­stycz­nie ogra­ni­czy­łem czas pracy. Jakiś rok temu wpro­wa­dzi­łem restryk­cje: choćby nie wiem co, nie pra­cuję dłu­żej niż osiem godzin dzien­nie. Poskut­ko­wało. A więc jest nadzieja i dla Cie­bie…
                  Nawia­sem mówiąc, świetny tekst (choć pew­nie jesz­cze rok temu uznał­bym go za tl;dr). (Cytuj)

                  • At 2008.11.16 11:44, Marceli said:

                    @PeGie — może i za dużo, ale jako względny świe­żak w zawo­dzie, nadal mam tak, że jak sia­dam rano do tłu­ma­cze­nia, to się cie­szę, jak dziecko, co dostało kredki i czy­stą kartkę. Wia­domo, cza­sem mnie trafi szlag, jak tłu­ma­czę bzdury, ale robota nadal mnie cie­szy i nie męczy — psy­chicz­nie, bo fizycz­nie, wia­domo, oczy, krę­go­słup mają jakąś wytrzy­ma­łość i po 10h w tej samej pozy­cji zaczy­nają wymiękać.

                    Fakt — od grubo ponad roku, nie mia­łem dnia bez zle­ceń, jak mam wolne, to takie, które sobie sam zro­bię i z reguły nie trwa dłu­żej, niż dwa dni, bo potem mnie znowu zaczyna przy­cią­gać ekran i zabawa w literki, ale jakoś nie odbie­ram tego, jako dys­kom­fort, raczej się cie­szę, że cv rośnie, a coraz wię­cej ksią­żek ma moje nazwi­sko w środku i że robię to co lubię wreszcie.

                    Pro­blem chyba w tym, że jak nie tłu­ma­czę, to też sie­dzę przed kom­pem i nadal coś czy­tam. No chyba, że gram. Albo oglą­dam. Albo piszę. Domowe, kurde, cen­trum roz­rywki multimedialnej:)

                    Aha — co do tłu­ma­czy, co nie czy­tają, to ja wie­rzę, nie­stety, że są tacy. To cza­sem bar­dzo widać w książ­kach:) (Cytuj)

                    • At 2008.11.16 12:54, PeGie said:

                      No zupeł­nie jak­bym czy­tał swój dzien­nik ;-). Tyle że sprzed jakichś dwóch-trzech lat. W pew­nym momen­cie tak mocno wsią­kłem w robotę (i przy oka­zji w inter­net), że dosłow­nie całymi tygo­dniami nie wyściu­bia­łem nosa z domu. No bo i po co wycho­dzić? Zakupy może zro­bić żona, a śmieci zostaną wynie­sione przez dzieci ;-). Wpraw­dzie nie skoń­czy­łem tak jak Słom­czyń­ski, który podobno komu­ni­ko­wał się z domow­ni­kami pra­wie wyłącz­nie za pomocą kar­te­czek, ale byłem już tego bli­ski. Dla­tego powia­dam Ci, Mar­celi: nie idź­cie tą drogą ;-).
                      A co do zabawy w literki: moim zda­niem to pod­stawa. I chyba nie zależy od świe­żo­ści bądź nie­świe­żo­ści ;-). Wię­cej ma to raczej wspól­nego z naszymi gra­fo­mań­skimi cią­got­kami ;-). Wyko­nu­jąc ten zawód, mamy szansę je zaspo­koić, a na doda­tek w miarę bez­kar­nie, nie­stety. (Cytuj)

                      • At 2008.11.16 13:27, chiara76 said:

                        PeGie, roz­wa­li­łeś mnie tym ape­lem :))) a to o Słom­czyń­skim, to mnie zasko­czyło, to już serio mówię…fakt, że jak już czło­wiek się zbliża do tego typu rodzaju komu­ni­ka­cji, to zaczyna być nie­cie­ka­wie, ale chyba to Mar­ce­lemu nie grozi. Ina­czej żona odcięła by mu net, jestem pewna;)) (Cytuj)

                        • At 2008.11.16 13:56, Marceli said:

                          @ PeGie — kar­teczki? Jak mam maila i sesemesy?:)A co do nie­wy­cho­dze­nia, to racja, zupełna — 8 dni jak na razie rekord.

                          @ Chiara — też mam wra­że­nie, że tak by się skoń­czyło. (Cytuj)

                          • At 2008.11.16 14:57, PeGie said:

                            Chiara — źródłem mojej, pożal się Boże, wie­dzy o życiu pry­wat­nym Macieja Słom­czyń­skiego jest ten oto arty­kuł z kra­kow­skiego wyda­nia “Gazety”: http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35796,5044005.html
                            A pro­pos żony i odci­na­nia — a myślisz, że u mnie to ina­czej by było? To tylko żona trzyma mnie jesz­cze przy, za prze­pro­sze­niem, rze­czy­wi­sto­ści ;-). No i dzieci — sta­ram się nie dopu­ścić do sytu­acji, w któ­rej stanę się dla nich tym dziw­nym panem, który pra­wie nie wycho­dzi ze swo­jego pokoju i strasz­nie krzy­czy, gdy mu się przeszkadza :-(.

                            Mar­celi — mój rekord to dwa tygo­dnie (ulu­biona wymówka tłu­ma­cza: bo ter­min gonił — jakby ter­miny nie były po to, żeby je prze­kra­czać…). Mam też na kon­cie wyjazd z rodziną na waka­cje w środku tłu­ma­cze­nia. Rodzina cho­dziła codzien­nie się kąpać, ja cho­dzi­łem codzien­nie do lap­topa. Wszy­scy wró­ci­li­śmy zado­wo­leni :-). (Cytuj)

                            • At 2008.11.16 16:09, Marceli said:

                              @ PeGie — żony już tak mają, że wpro­wa­dzają cywi­li­za­cję i (re)socjalizację w życie. A po za tym, to uży­łeś takiego trud­nego słowa — ‘waka­cje’. Możesz powie­dzieć, co to? (Cytuj)

                              • At 2008.11.17 11:57, snoff said:

                                Śmięta racja, niestety.

                                (Musia­łem sztucz­nie się przy­trzy­my­wać przy tak dużym bloku gołego tek­stu, może zro­bił­byś jakieś linki, wytłusz­cze­nia, cokolwiek. :)

                                Recept jest kilka:
                                – usta­wić ruter tak żeby inter­net włą­czał się na 5 minut na godzinę
                                – włą­czać sobie budzik
                                – posta­rać się o małe dziecko bez niańki

                                BTW: strona wywala mi fire­foksa pod linuk­sem (Cytuj)

                                • At 2008.11.17 12:27, Marceli said:

                                  @ Router — nawet nie wiem, jak to zrobić.

                                  @ budzik — w dniu w któ­rym zwol­ni­łem się z ostat­niego etatu, pozby­łem się ostat­niego budzika.

                                  @ dziecko — pro­szę bez roz­wią­zań radykalnych.

                                  Co do dzia­ła­nia pod linu­xem, to nie­stety nic nie doradzę,jesteś chyba pierw­szą osobą, co się przy­znaje do uży­wa­nia, a mnie nawet przez głowę nie prze­szło, że to może mieć wpływ.

                                  (o co cho­dzi ze sztuką ludową? nie kumam tego obrazka, choć mam ochotę wydać 40 pln:) (Cytuj)

                                  • At 2008.11.17 13:27, snoff said:

                                    @sztuka ludowa — bawiem siem

                                    @reszta — wszystko (oprócz budzika) przed Tobą! :) (Cytuj)

                                    • At 2008.11.18 12:42, mat said:

                                      ntl;dr

                                      (not too long; did read)

                                      Mar­celi, mozesz wrzu­cić linka do opo­wia­dań Pie­le­wina? Albo jak ty to ują­łeś — Pielevina?

                                      :D

                                      pzdr
                                      na mar­gi­ne­sie cię pocie­szę:
                                      mnie ten twój blok tek­stu w ogóle nie odstra­szył, wręcz prze­ciw­nie, zachę­cił, zain­try­go­wało mnie że ktoś chce mi coś powie­dzieć. Wiesz co odstra­sza? Post w któ­rym jest piet­na­ście pie­przo­nych fil­mi­ków z jotuba. To odstra­sza. (Cytuj)

                                      • At 2008.11.18 12:50, Marceli said:

                                        The True Last Mohi­can:) A mówią, ze komiksy odzwy­cza­jają od czytania :)

                                        Mogę wrzu­cić — pa rus­ski, czy pa angiel­ski? Bo po pol­sku mam tylko jakieś dro­bia­zgi chyba i powie­ści — Hełm Grozy na pewno i gdzieś powi­nie­nem mieć skany z Omon-Ra.

                                        (15 fil­mi­ków chyba nigdy nie było, 11 to chyba rekord:) (Cytuj)

                                        • At 2008.11.18 16:14, iammacio said:

                                          @Tylko ktoś musi odciąć mi internet.

                                          ja nie mam od tygo­dni dwoch. kli­kam tylko z uczelni. tro­che tesk­nie ze sta­lym laczem, ale nie tele­pie mnie wiec sie jesz­cze tro­che prze­trzy­mam… (Cytuj)

                                          • At 2008.11.19 02:02, mat said:

                                            @ The True Last Mohi­can:) A mówią, ze komiksy odzwy­cza­jają od czytania :)

                                            żebym ja komiksy czy­tał. :P

                                            a co do Pie­le­wina — wszystko co sie u nas po naszemu uka­zało to mam. Myśla­łem że masz może coś spoza.

                                            lepiej angiel­ski niż rosyj­ski. (Cytuj)

                                            • At 2008.11.19 22:15, chihiro said:

                                              Ha! Ja sobie jesz­cze radze, ale jakis czas temu zauwa­zy­lam, ze odczu­wam dzika radosc z gro­ma­dze­nia ksia­zek. Nie tyle czy­ta­nia, ale kupo­wa­nia, kolek­cjo­no­wa­nia, szu­ka­nia oka­zji. A potem obkla­dam sie nimi, glasz­cze je, czy­tam to, co na okladce i nie czy­tam nic, bo jak tu wybrac cokol­wiek, jak na wszystko ma sie ochote?

                                              Spe­dzam cza­sem mase czasu na blo­gach, na fora juz nie zacho­dze, bo za malo cie­ka­wych rze­czy tam znaj­duje. Ogra­ni­czy­lam czy­ta­nie cudow­nych recen­zji ksia­zek i arty­ku­low o lite­ra­tu­rze i sztuce z angiel­skich gazet (posta­wi­lam ulti­ma­tum — albo wer­sja papie­rowa albo zadna, w obec­nej sytu­acji wygrala opcja: zadna).

                                              Odkry­lam za to, jak wielka frajce moze spra­wiac uczest­ni­cze­nie w zyciu towa­rzy­skim, kto­rego do tej pory raczej uni­ka­lam. Cho­dze tez wie­cej po mie­scie, no i ucze sie fran­cu­skiego (chyba po to, by jesz­cze wie­cej ksia­zek bylo dla mnie dostepnych…).

                                              Wydaje mi sie, ze trzeba zna­lezc umiar, cza­sem umiec odciac sie od tego wszyst­kiego, wyje­chac i zmie­nic, choc na krotko, swoj styl zycia. Nie masz takiej opcji? Jakichs waka­cji 2-tygodniowych bez lite­rek nie da sie zapla­no­wac? (Cytuj)

                                              • At 2008.11.20 12:01, Marceli said:

                                                Zapla­no­wać to się da wszystko, gorzej z wyko­na­niem. W życie towa­rzy­skie mógł­bym się wkrę­cić, pod warun­kiem, że ludzie przy­cho­dzą do mnie do domu, bo ja na pewno przy +2C nie mam naj­mniej­szej ochoty wycho­dzić:) A kupo­wa­nie, gła­ska­nie, pod­czy­ty­wa­nie okła­dek, obkła­da­nie się nowo zaku­pio­nymi książ­kami, pod­czy­ty­wa­nie wstę­pów, przed­mów i posłowi, to już jakby rytuał jest. Nie­stety koń­czy się z reguły tym, że zma­cana książka wędruje na regał, a ja zaczy­nam kli­kać — np, żeby sobie coś wię­cej doczy­tać w auto­rze, po czym 3h póź­niej odkry­wam, że gram w jakie­goś flesza.

                                                @ Mat — przej­rza­łem zgro­ma­dzone zapasy Pie­le­wina i nie­stety, mam chyba tylko to, co już u nas powy­cho­dziło. Czyli niczym cię nie mam szans zasko­czyć. (Cytuj)

                                                • At 2008.11.20 15:52, chihiro said:

                                                  Zapra­sza­nie gosci do sie­bie ma te zalete dla mnie, ze mobi­li­zuje mnie to do chocby pobie­znego sprzat­nie­cia czy odku­rze­nia miesz­ka­nia. No i do przy­go­to­wa­nia cze­gos do jedze­nia. I fajne jest, ze nie trzeba potem wra­cac do domu, jest sie u sie­bie i mozna tylko roze­brac sie i isc spac, gdy goscie wyjda. Wiec tak, jestem za zyciem towa­rzy­skim u sie­bie :) (Cytuj)

                                                  • At 2008.11.21 10:14, snoff said:

                                                    a jesz­cze a pro­pos wytłusz­czeń i pod­kre­śleń w tek­ście: łapię się machi­nal­nym na zazna­cza­niu myszką kawał­ków czy­ta­nego tek­stu (Cytuj)

                                                    • At 2008.11.21 11:18, Marceli said:

                                                      heh, tak to mam, jak chcę żonie coś poka­zać do czy­ta­nia i zawsze się to spo­tyka z nega­tywna reakcja.

                                                      A w ogóle, to bar­dzo fajna dys­ku­sja na ten sam temat jest na histo­rii i mediach:

                                                      http://historiaimedia.org/2008/10/29/czy-google-nas-oglupia-dyskusja/ (Cytuj)

                                                      • At 2009.07.17 14:51, tylkozabawka said:

                                                        jako jed­no­roczny psy­cho­log bez prak­tyki moge Wam powie­dziec, ze wplyw wie­lo­ka­na­lo­wych, wie­lo­bodz­co­wych mediow wplywa na zmiane per­cep­cji i roz­pro­sze­nie uwagi. to naj­now­sze poko­le­nie kil­ku­lat­kow w ogole nie potrafi sie sku­pic na jed­nej rze­czy wie­cej niz kilka sekund i jest posa­dzane o ADHD. a u nas, powiedzmy 20kilkulatkow, ten pro­ces jest wtorny… naj­pierw w szkole uczy­li­smy sie sku­piac na jed­nej czyn­no­sci i uwa­znie wyko­ny­wac wszel­kie zada­nia tylko po to zeby sie cof­nac w roz­woju po odkry­ciu wielu kana­low w tele­wi­zji, pilota, a potem inter­netu. ja tez kie­dys czy­ta­lam 5 ksia­zek tygo­dniowo. zamy­ka­lam sie w pokoju i wycho­dzi­lam tylko na posilki i do lazienki… teraz nie potra­fie od 2 tygo­dni skon­czyc jed­nej ksiazki. malo z tego… prze­ry­wam ogla­da­nie fil­mow co 20 minut, zeby zoba­czyc czy cos sie aby nie zmie­nilo w sieci pod moja nie­obec­nosc. Im doomed !!! :D (Cytuj)

                                                        • At 2009.07.17 14:56, Marceli said:

                                                          @ zabawka — prze­sunę ten koment pod nowego posta, będzie sie nam wygod­niej pisało. (Cytuj)

                                                          (Required)
                                                          (Required, will not be published)

                                                          Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.

                                                          WP SlimStat