Tl;dr

Na marginesie „Is Google Making Us Stupid?” by Nick Carr

(Sieć na tyle szeroka jest i gęsta, że natychmiast, jak zaczynam sobie wkręcać jakiś problem, okazuje się, że ktoś dużo bardziej kumaty już go przemyślał. Nick Carr to taka w sumie internetowa Kasandra, o którą lubią odbijać piłeczkę chłopaki z Kultury 2:0, jak również pan Benedyk na tyle często jednak ma sensowne opinie, że warto go czytać.)

Poniższa wrzutka, pisana między 3 a 7 rano mogłaby mieć parę innych tytułów, jak choćby Slow Reading, jednak po skończeniu uznałem, że ten będzie najwłaściwszy.

Motto:
Nie mam żadnego problemu. 17 godzin dziennie przy komputerze zupełnie mi wystarczy.” – Lee Chang-hoon, uczestnik obozu dla nałogowych internautów w Korei Płd” (cytat z sygnaturki)

Drogi blogasku:

Żyję z książek – z tego, co w nich wyczytałem i z tego, co o nich wiem, od ‘zawsze’ moje życie jakoś się kręci wokół czytania, nawet w papierach pod zawód wyuczony mam: literaturoznawca. Robotę dobierałem sobie prawie zawsze tak, by ktoś mi płacił za to, że czytam i piszę, lub choćby za to, ze coś tam robię przy książkach przez parę godzin dziennie. Ostatnio jednak dopadła mnie refleksja i cokolwiek poturbowała – patrząc po regałach, załapałem, ze stosy rosną, a za cały ten rok, może przeczytałem z pięćdziesiąt książek, z czego pewnie połowę z lapa, i że stan ten utrzymuje się już któryś rok z rzędu, nie powodując większego dyskomfortu, bo przecież kurde, cały czas coś czytam, nie? Ekran jeży się literkami 18 godzin na dobę, a ja je przerabiam albo na inne literki, albo wbijam sobie w głowę, Tyle, że jeszcze parę lat temu to wbijanie odbywało się w tempie 3-4 książki na tydzień, a nie 4, maksimum 5 na miesiąc. I nagle error – patrzę na nowego Amanitiego (400 stron), rzucam okiem na Aeagipt Crowleya, patrzę koso na ostatni tom Cyklu Barokowego Stephensona i pierwszy odruch, jaki się pojawia, to ja pierdolę, czemu ci goście się tak rozpisują? Kiedy ja to niby mam przeczytać? Gdzieś cały czas tkwi mi teza, zapamiętana niewiadomo skąd (Dukaj?), że dzięki edytorom tekstu, pisarze stracili wszelaki umiar, nie widząc przed sobą narastającego stosu papieru, nie czując bólu w palcach spowodowanego wielogodzinnym trzymaniem ołówka, lecą powieściami po 800, 1000 stron (chyba jednak nie Dukaj), tak, jakby ich czytelnicy mieli przed sobą cały czas świata, który poświęcą tylko na czytanie.

Tyle, że parę lat temu w niczym mi to nie przeszkadzało – miałem cały czas świata i spędzałem go na czytaniu, mogłem się obsrać ze szczęścia, mając tydzień wolnego i 10 książek koło wyra, nieważne w sumie nawet jakich, byle grubych i z treścią, które następnie systematycznie katowałem, nie zwracając uwagi na resztę rzeczywistości, poza koniecznościami fizjo-i psychologicznymi, typu jedzenie i przytulanie się do żony. Mnóstwo książek wyłączało mnie na amen, potrafiłem całymi dniami chodzić do tyłu po tym, jak się jakiś tekst po mnie przejechał lub skakać z radochy, gdy trafiałem na kogoś, kto wyjmował z mojej głowy myśli i pomysły i tak zgrabnie przerabiał je na literki, jak ja bym nigdy nie zrobił.

I na raz zauważam, że już tego nie ma, że pojawia się coraz rzadziej.

Książka mi się przemyka między kolejnymi zakładkami opery, chwytam po 10 akapitów na raz, zapominam o niej na godzinę, w międzyczasie wkręcam sobie już zupełnie inne fabuły, gram w jakieś odmóżdżacze, klikam gang bangi na Red Tubie, czytam kretyńskie niusy z pudelka, pracuję w pocie czoła, naraz znów sobie przypominam, ze tam, kurde, na trzeciej zakładce od lewej, pomiędzy ustawioną na 8 godzin ciągłego odtwarzania plejlistą winampa a okienkiem gmaila, sprawdzanym przy co drugim kliknięciu, czeka na mnie jakaś opowieść, jakieś treści ważkie, jakieś nowe spojrzenie, jakiś kurde hrabal, chiang, palahniuk, czy inne chłopaki, które zawsze potrafiły pierdolnąć mnie przez łeb książką, usadzić w pokracznej pozycji na 7-8 godzin, trzymać za ryj nieodpartym jazgotem swojej prozy, a tu na raz tak z buta. Zostali kolejnymi bajtami bezrefleksyjnie wchłanianej informacji, kolejnymi strzępkami tekstu gromadzonymi nie wiadomo po co i buk jeden wie, do czego przydatnymi, poza flejmami na forach, kiedy i tak do użycia cytatu, muszę sięgnąć po gugla, bo przecież nie pamiętam, chociaż było fajne i jakoś tam w zwojach zarezonowało. Zamiast jak dotychczas, być sposobem na totalne odwalenie się od świata, (leżąca pozycja, ksiązka kurczowo zaciśnięta w obu dłoniach, wyraz twarzy, jak nie masz nic ważnego to spierdalaj), jakoś mi się czytanie idiotycznie wmieliło w codzienny tryb dnia, przestało być sacrum, czasem wyłączonym z codzienności, tylko stało się zwyczajnym składnikiem rutyny, polegającej głownie na mieleniu literek przez kilkanaście godzin na dobę. Siedząc pośród literek praktycznie non-stop, powoli zaczynam zatracać umiejętność czytania dla samej radochy i przyjemności związanej z suwaniem wzrokiem po dobrze wyszlifowanych zdaniach i zapełnianiem sobie mózgu, łapię się na tym, że tekst dłuższy, niż 3 pełnoekranowe kliki wzbudza już na wstępie sporo wahań i coraz częściej odkrywam, że mi się nie chce, że lecę wzrokiem po hedlajnach i śródtytułach, w 5 minut zapamiętuje, co się da i uznaję, że tak, przeczytałem, zrozumiałem, wprowadziłem sobie kolejne dane do łba, można klikać dalej i gładko przechodzę z pulitzerowego artykułu o Franku Sinatrze, na nowe info o cyckach Weroniki Rosatti, tylko po to, by po kolejnych kilku kliknięciach, znów zahaczyć o zakładkę, na której czekają opowiadania Pielevina i połknąć w 5 minut, ile się da, próbując bez skutku najczęściej, odnaleźć tę eskapistyczną radochę, wynikającą z czytania. Jeśli zaś nie daj buk, położę się z książką, wkręcę sobie w głowę, że this is the time, nie ma przebacz, teraz czytam, więc spierdalać, to łapię się na tym, że po najdalej 10-15 minutach zaczyna mi czegoś brakować, szukam drugiej zakładki, trzeciej, siódmej, bo przecież jak czytam, to nie oznacza, że nie mogę robić jeszcze czegoś oprócz, prawda? Zamiast jak dotąd bywało, na luzie poddać się autorowi, dać się zaciągnąć w sam środek lasu liter, pozwolić się wyruchać zawartością cudzego umysłu i wrócić szczęśliwszym, weselszym czy cokolwiek tam książki dotąd ze mną robiły, czuję coraz większy dyskomfort, zwarte bloki jednolitego tekstu zaczynają mnie straszyć i tak właściwie muszę się zmuszać, by przebrnąć poza 50 stronę jakiejś większej całości, bo do tej chwili jestem już zazwyczaj na tyle wybity z ochoty na czytanie, że zaczynam robić coś innego.

I wtedy przypomina mi się kretyński kurs dla biznesmenów, który kiedyś tam tłumaczyłem, a który miał gości w gajerach nauczyć prawidłowego pisania pism i dokumentów firmowych. Tekst zdał mi się na tyle idiotycznie zabawny, że kawałki rozsyłałem znajomym w ramach rozweselaczy, bo jak tu nie parsknąć śmiechem, widząc książkę, w której dorośli ludzie tłumaczą dorosłym ludziom, że zdania rozpoczynamy od wielkiej litery, a akapit musi zaczynać się wcięciem? Obśmiewaliśmy stwierdzenia w rodzaju ‘czytelnik z kręgów biznesowych nie radzi sobie z dużymi partiami tekstu. Jeśli twoje zdania będą dłuższe niż 20-30 wyrazów, istnieją spore szanse, że nikt ich nie przeczyta. Jeśli budujesz akapity dłuższe niż 5 linijek, na pewno nikt ich nie przeczyta, dlatego też dla podkreślenia najważniejszych informacji w akapicie użyj odmiennego kroju czcionki’. No i wiadomo, co się pojawia w tej sytuacji – uśmiech wyższości chómanisty, dla którego przeczytanie 400 stron zwartego tekstu w jedno, dwa popołudnia, to jak pójść na spacer z psem – nawet nie zauważy, że wyszedł, a już wrócił. Ha ha, co za debile, nie radzą sobie nawet z trzema zwartymi akapitami, straszne buractwo, to korporacyjne biznesmeństwo.

I naraz jeb – ni stąd ni zowąd znajduję się dokładnie w tej samej sytuacji, automatycznie szukam w tekstach pogrubień, wyróżnień, podkreśleń, bo jak pies Pawłowa mam wyrobione, że pod takimi kodami, kryją się jedyne istotne treści, cała resztę można śmiało olać, bo będzie to wodolejstwo. I spoko – dopóki dotyczy to tylko czytania w necie, ta metoda się sprawdza w 9 na 10 przypadków, bo net to jednak w dużej części domena ludzi, którzy potrafią pisać, tylko nie mają o czym, więc większość generowanych przez nich treści da się ogarnąć szybkim skanem i nawet jakąś dyskusję potem rozkręcić, bo czemu i nie, retorykę zawsze można poćwiczyć, nawet w tematach absolutnie obojętnych i takich, gdzie jestem zupełnie niezorientowany. Dużo gorzej wygląda sytuacja w przypadku książki, gdzie wyróżnień, poza tytułami poszczególnych rozdziałów zazwyczaj brak. Przyzywyczajony do sieciowych ułatwień, miliarda natychmiastowych odnośników, które pomogą mi w przebrnięciu przez tekst i jego zrozumieniu, stojąc przed zwykłą książką, czuję się jak Reinhold Messner, któremu padł ostatni szerpa – sam? Na taką górę? Niby kurwa, jak? I tak właściwie po co?

I wtedy na pomoc przychodzi tl;dr.

Pierwsze zetknięcie z tym akronimem było brutalne, bo oczywiście pojawił się pod jakąś moją wrzutką na forum czy jakimś blogu, gdzie jak zwykle się produkowałem nie bacząc na ilość wygenerowanych liter, pisząc o tematach nieistotnych, ale na tyle intrygująco zapodanych, że znów mi się włączyła logorea. Napisałem, klikam na odśnież, czyham na odpowiedź, bo się już dobrze wkręciłem w tryb flejma i naraz – tl;dr. Za długie, nie czytam.

Kurwamać.

Jak to? Przecież chyba o to chodzi, że czytamy, a potem odpowiadamy, słuchamy i wygłaszamy swoje, łapiemy opinię i kontropinie i na tej podstawie zajmujemy stanowisko, pisemnie wyłuszczając, co nam po łbie chodzi. Przecież internet to medium oparte na dialogu, więc skoro chcemy gadać, to musimy też słuchać. Ciśnienie mi skoczyło, poleciałem raz i drugi z jakąś zjebką za użycie tl;dr w dyskusji, aż wreszcie zrozumiałem, że cały mój foch jest kompletnie z dupy. Że to przecież taka sama reakcja, jak moja, gdy widzę jakiś tekst, który może i jest fajny, ale jest dłuższy niż 10 akapitów, więc raczej go oleję, bo przecież tyle innych tekstów jeszcze na mnie czeka i na pewno ktoś już napisał to samo, tyle, że krócej, sprawdźmy, puszczę hasło przez gugla. I ląduję z jakimś strzępkiem informacji z wiki, który zaczyna mi zastępować konkretną wiedzę. No bo w sumie po co wykazywać się wiedzą, skoro tl;dr, a wszystkie netowe dyskusje można prowadzić przy pomocy copy/paste? Po co czytać tl;dr Lód Dukaja, skoro w 5 minut przeklikam 15 recenzji i wyrobię sobie opinię, która będę mógł wygłosić? Po co wkręcać się w 200 komentarzowe tl;dr debaty na blogach czy forach, skoro wystarczy przeguglać pozostałych dyskutantów po nickach i mniej więcej wiedzieć, co mogą na dany temat napisać? Po co poświęcać czas na gromadzenie dużych bloków informacji, skoro reszta świat działa w trybie tl;dr i wydaje jej się to w niczym nie wadzić? Po co pisać tl;dr recenzję płyty, skoro można zrobić paste z tuby, wmawiając sobie bzdury o obrazach wartych tysiąca słów? Po co w ogóle pisać tl;dr cokolwiek, skoro można posłać linka do tego, co już ktoś wcześniej napisał, kto inny streścił, a jeszcze następna osoba zrobiła z tego trzylinijkowy ekstrakt w wiki? No w sumie po nic. Kolejne miejsce, które wiązało się z radochą czytania, rozmawiania z ludźmi, ostrym napinaniem zwojów, by nie polec w dyskusji na dowolny temat, i po raz kolejny nadmiar liter okazuje się problemem.

Nie boję się (jeszcze), że internet oduczy mnie czytać. To raczej mało możliwe, bo musiałbym się przekwalifikować, a nie chce mi się uczyć nowych umiejętności praktycznych, coraz bardziej jednak obawiam się, że radość czytania będzie coraz trudniej osiągalna. Każde kliknięcie w pewnym sensie oddala mnie od książek, niszczy resztki ochoty na zagłębianie się w długie teksty i napawanie się możliwością ucieczki w litery. Nadal łażę po księgarniach, strzelam na allegro, przeszukuje fora i rapidy, polując na ebooki, których nie chce mi się kupować, jednak coraz częściej zalegają one gdzieś na zapomnianych partycjach, kurzą się na półkach, bo przecież, kurde, tyle jeszcze dziś jest do przeczytania –jakieś fora, newsy, rss, no i życie towarzyskie też jest przecież mocno pisemne każdego dnia. Gdzieś tam sobie wmawiam, ze to poszerzanie, jakiś tam tfu, rozwój, z drugiej strony, coraz bardziej mi trzeba, żeby znów mnie ktoś pierdolnął książką. Taka przy której zapomnę, ze milimetr w lewo na touchpadzie i mam kolejny miliard książek przed oczyma. Taką przy której pierwszą myślą nie będzie tl;dr a włączy się właściwy tryb slow reading. Wierzę, że takich książek jest jeszcze całe mnóstwo, tyle, że wystarczy mi na lata. Tylko ktoś musi odciąć mi internet.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

29 Responses to Tl;dr

  1. Tl;dr
    Ha ha, weryfany.

    A tak poważnie, to masz rację we wszystkim, co powyżej napisałeś. Ja nie czytam w kompie (nie lubię, nie umiem), więc na temat takiego pochłaniania książek się nie wypowiem, ale analogowe buki jeszcze dwa-trzy lata temu były u mnie w heavy rotation. A teraz brakuje mi czasu. To znaczy tak sobie wmawiam, bo przepieprzam ten czas na rzeczy o niebo (piekło, jak kto woli) mniej wartościowe niż książki. I wkurwia mnie ten Twój tekst tak samo, jak gadanie bliskich mnie wkurwia, bo mi przypomina o czymś, co w moim mało skomplikowanym życiu jest dużym problem. Jest nawet gorzej, bo to nie jest tak, że nie ma wokół mnie knig. One są, zaczęte i nie pokończone. [JABŁKO+Q]

  2. chiara76 says:

    łomatkokochana, a ja zauważyłam u siebie coś jeszcze takiego, że jak jest taki długi wpis, to mnie się jakaś czarna amba robi przed oczami i bach, nie idzie czytać. Nie wiem , z czego to wynika, mam nadzieję, że to nie jakieś niezdiagnozowane adhd czy inna wymówka na niewychowane dzieci, w każdym razie …
    To, co życzyć mam Ci awarii providera, żebyś znowu wrócił do lektury?:)

  3. Marceli says:

    @ Henny – no bo to w końcu jest problem, w jakiś sposób przekręciliśmy sobie trybiki w głowie, blokując te wyjścia odpowiedzialne za długotrwała koncentrację na czymś. Mam nadzieję, że to przejściowe (aka fascynacja nowym medium), z drugiej strony ma świadomość, że chyba nie, bo chyba 5 czy 6 rok idzie, jak siedzę ciurkiem przed ekranem. Nie mam jak uciec za bardzo, bo via monitor zarabiam, na razie wymyśliłem, że sobie wprowadzę restrykcje. Fora, blogi raz na dzień, może rzadziej, wkręcanie się w dyskusję tylko wtedy, gdy samo czytanie nie wystarczy. Zobaczymy, co wyjdzie, pewnie nic.

    @ Chiara – to właśnie dokładnie ten objaw o którym piszę – nie da się, za dużo liter, a układ graficzny nie podpowiada, gdzie są ważne treści, nawet nie sugeruje, że są w nim jakieś, więc automatycznie uciekasz wzrokiem.

    Awaria sieci natomiast w grę nie wchodzi, bo musiałbym pracować przy współudziale poczty polskiej, a tego żadne biuro tłumaczeń ni wydawnictwo nie wytrzyma na dłuższą metę.

  4. fisza says:

    czuję się rozgrzeszona w pewnym sensie tym wpisem
    i zaskoczona-jak to obcemu czlowiekowi udalo sie opisac mnie przed komputerem?

  5. Marceli says:

    @Fisza – miło mi, z tym, że podstawowe tezy są właśnie z tekstu Carra, to nie tak, ze wymyśliłem coś nowego, tak sobie tylko zsubiektywizowałem zauważone przez niego zjawisko i posklejałem z ostatnimi doświadczeniami z klikania tu i ówdzie.

    Co do rozgrzeszenia to zupełnie nie wiem, czy jest sens się rozgrzeszać – musiałem to napisać, bo tak jak Henny czuję dyskomfort, czuję, że w jakiś sposób to, co się dzieje w wyniku kompulsywnego klikania całymi godzinami, gdzieś mi tam powolutku zamienia mózg w budyń. Z tym, że wcale nie chcę twierdzić, ze budyń jest zły – po prostu inny, niż to, co miałem dotychczas, czerpiąc wiedzę i radochę głównie z książek.

    Na razie na szczęście jest jeszcze tak, ze więcej czasu czytałem teksty przedinternetowe, wiem, też, że więcej mi dały w sensie rozwój, zobaczymy, co będzie, jak proporcja się wyrówna – z netu, jak na razie korzystam z 10 lat (intensywnie tak z 8), a z książek jakieś 25, więc trochę czasu jeszcze musi upłynąć, zanim będę mógł jasno określić zalety i wady każdej metody wchłaniania treści i zdecydować, która była lepsza.

    (A przy okazji możesz mi powiedzieć, czy grafika na Twoim blogu, to wycinek z Ghost Worlda, czy dobra podróbka?)

  6. fisza says:

    jest to wycinek,dostałam go niejako „spod lady” od dziewczyny, ktora kiedys zajmowala sie szablonami, teraz zamknela bloga.
    co do mnie- internet zmienil moje podejscie do muzyki. to wlasnie tu nie odnajduje juz tego sacrum, o ktorym piszesz. w momencie, gdy moge miec praktycznie kazda plyte przed momentem jej oficjalnego wydania czuje sie przeladowana.
    łapię się na tym, ze dany nowy album przesluchuje raz (i to niecierpliwie)- nie ma czasu do niego wrocic przeciez nastepnego dnia beda kolejne premiery, tipy na blogach, co warto, czego nie warto, co trzeba sprawdzic.

    kiedys znajomy internetowy w rozmowie ze mna przyznal, ze odsluchuje plyty wg kalendarza, ktory ma zaplanowany do konca roku.
    wierze mu.(swoja droga-mozna pozazdroscic konsekwencji)

  7. Marceli says:

    Z muzyką mam jednak inaczej trochę – znaczy odsłuchuję oporowe ilości płyt (zawsze odsłuchiwałem), płynę przez terrabajty śmiecia dźwiękowego, każdy dzień zaczynam od ustalenia sobie plejlisty, ale nadal wystarczą mi dwa, trzy dźwięki, linijka tekstu, żeby mnie sieknąć, oderwać natychmiast od tego, co robię i zmusić do dokładnego słuchania.

    No i jak już jakiś album zażre porządnie, to cała reszta terrabajtów zostaje zepchnięta na bok, odstawiam szukanie na zaś i słucham tak długo, aż się nie nasycę.

    I takie rzeczy trafiają mi się dwa, trzy razy na tydzień, czasem częściej i w sumie dlatego, że jest to teraz tak proste – znaczy zachwycić się czyjąś muzyką – to widzę, mam przynajmniej takie wrażenie, że cieszy mnie słuchanie coraz bardziej. Może też dlatego, że o muzyce mam z kim gadać – sądząc po komentach 90% odwiedzających tego bloga wpada tu głównie ze względu na dźwięki, pozostałe 10% to znajomi z for (muzycznych głównie:), a o książkach to już nie bardzo, bo to jednak wymaga czegoś więcej niż kilka ekstatycznych okrzyków i weź że no posłuchaj:)

  8. PeGie says:

    A nie jest przypadkiem tak, że po prostu trzaskasz za dużo zleceń? Pytam, bo do niedawna miałem podobnie – gdy się ślęczy po dziesięć-dwanaście godzin dziennie nad generowanymi przez siebie literkami, można naprawdę nie mieć ochoty na ślęczenie nad literkami generowanymi jeszcze przez kogoś innego. Słyszałem (czytałem na jakimś forum???) wręcz o przypadku tłumacza, który programowo w ogóle nic nie czyta, „żeby się nie rozpraszać”, ale to chyba plotki jakieś były ;-). W każdym razie, ja zostałem odzyskany dla literatury, gdy drastycznie ograniczyłem czas pracy. Jakiś rok temu wprowadziłem restrykcje: choćby nie wiem co, nie pracuję dłużej niż osiem godzin dziennie. Poskutkowało. A więc jest nadzieja i dla Ciebie…
    Nawiasem mówiąc, świetny tekst (choć pewnie jeszcze rok temu uznałbym go za tl;dr).

  9. Marceli says:

    @PeGie – może i za dużo, ale jako względny świeżak w zawodzie, nadal mam tak, że jak siadam rano do tłumaczenia, to się cieszę, jak dziecko, co dostało kredki i czystą kartkę. Wiadomo, czasem mnie trafi szlag, jak tłumaczę bzdury, ale robota nadal mnie cieszy i nie męczy – psychicznie, bo fizycznie, wiadomo, oczy, kręgosłup mają jakąś wytrzymałość i po 10h w tej samej pozycji zaczynają wymiękać.

    Fakt – od grubo ponad roku, nie miałem dnia bez zleceń, jak mam wolne, to takie, które sobie sam zrobię i z reguły nie trwa dłużej, niż dwa dni, bo potem mnie znowu zaczyna przyciągać ekran i zabawa w literki, ale jakoś nie odbieram tego, jako dyskomfort, raczej się cieszę, że cv rośnie, a coraz więcej książek ma moje nazwisko w środku i że robię to co lubię wreszcie.

    Problem chyba w tym, że jak nie tłumaczę, to też siedzę przed kompem i nadal coś czytam. No chyba, że gram. Albo oglądam. Albo piszę. Domowe, kurde, centrum rozrywki multimedialnej:)

    Aha – co do tłumaczy, co nie czytają, to ja wierzę, niestety, że są tacy. To czasem bardzo widać w książkach:)

  10. PeGie says:

    No zupełnie jakbym czytał swój dziennik ;-). Tyle że sprzed jakichś dwóch-trzech lat. W pewnym momencie tak mocno wsiąkłem w robotę (i przy okazji w internet), że dosłownie całymi tygodniami nie wyściubiałem nosa z domu. No bo i po co wychodzić? Zakupy może zrobić żona, a śmieci zostaną wyniesione przez dzieci ;-). Wprawdzie nie skończyłem tak jak Słomczyński, który podobno komunikował się z domownikami prawie wyłącznie za pomocą karteczek, ale byłem już tego bliski. Dlatego powiadam Ci, Marceli: nie idźcie tą drogą ;-).
    A co do zabawy w literki: moim zdaniem to podstawa. I chyba nie zależy od świeżości bądź nieświeżości ;-). Więcej ma to raczej wspólnego z naszymi grafomańskimi ciągotkami ;-). Wykonując ten zawód, mamy szansę je zaspokoić, a na dodatek w miarę bezkarnie, niestety.

  11. chiara76 says:

    PeGie, rozwaliłeś mnie tym apelem :))) a to o Słomczyńskim, to mnie zaskoczyło, to już serio mówię…fakt, że jak już człowiek się zbliża do tego typu rodzaju komunikacji, to zaczyna być nieciekawie, ale chyba to Marcelemu nie grozi. Inaczej żona odcięła by mu net, jestem pewna;))

  12. Marceli says:

    @ PeGie – karteczki? Jak mam maila i sesemesy?:)A co do niewychodzenia, to racja, zupełna – 8 dni jak na razie rekord.

    @ Chiara – też mam wrażenie, że tak by się skończyło.

  13. PeGie says:

    Chiara – źródłem mojej, pożal się Boże, wiedzy o życiu prywatnym Macieja Słomczyńskiego jest ten oto artykuł z krakowskiego wydania „Gazety”: http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35796,5044005.html
    A propos żony i odcinania – a myślisz, że u mnie to inaczej by było? To tylko żona trzyma mnie jeszcze przy, za przeproszeniem, rzeczywistości ;-). No i dzieci – staram się nie dopuścić do sytuacji, w której stanę się dla nich tym dziwnym panem, który prawie nie wychodzi ze swojego pokoju i strasznie krzyczy, gdy mu się przeszkadza :-(.

    Marceli – mój rekord to dwa tygodnie (ulubiona wymówka tłumacza: bo termin gonił – jakby terminy nie były po to, żeby je przekraczać…). Mam też na koncie wyjazd z rodziną na wakacje w środku tłumaczenia. Rodzina chodziła codziennie się kąpać, ja chodziłem codziennie do laptopa. Wszyscy wróciliśmy zadowoleni :-).

  14. Marceli says:

    @ PeGie – żony już tak mają, że wprowadzają cywilizację i (re)socjalizację w życie. A po za tym, to użyłeś takiego trudnego słowa – ‚wakacje’. Możesz powiedzieć, co to?

  15. snoff says:

    Śmięta racja, niestety.

    (Musiałem sztucznie się przytrzymywać przy tak dużym bloku gołego tekstu, może zrobiłbyś jakieś linki, wytłuszczenia, cokolwiek. :)

    Recept jest kilka:
    – ustawić ruter tak żeby internet włączał się na 5 minut na godzinę
    – włączać sobie budzik
    – postarać się o małe dziecko bez niańki

    BTW: strona wywala mi firefoksa pod linuksem

  16. Marceli says:

    @ Router – nawet nie wiem, jak to zrobić.

    @ budzik – w dniu w którym zwolniłem się z ostatniego etatu, pozbyłem się ostatniego budzika.

    @ dziecko – proszę bez rozwiązań radykalnych.

    Co do działania pod linuxem, to niestety nic nie doradzę,jesteś chyba pierwszą osobą, co się przyznaje do używania, a mnie nawet przez głowę nie przeszło, że to może mieć wpływ.

    (o co chodzi ze sztuką ludową? nie kumam tego obrazka, choć mam ochotę wydać 40 pln:)

  17. snoff says:

    @sztuka ludowa – bawiem siem

    @reszta – wszystko (oprócz budzika) przed Tobą! :)

  18. mat says:

    ntl;dr

    (not too long; did read)

    Marceli, mozesz wrzucić linka do opowiadań Pielewina? Albo jak ty to ująłeś – Pielevina?

    :D

    pzdr
    na marginesie cię pocieszę:
    mnie ten twój blok tekstu w ogóle nie odstraszył, wręcz przeciwnie, zachęcił, zaintrygowało mnie że ktoś chce mi coś powiedzieć. Wiesz co odstrasza? Post w którym jest pietnaście pieprzonych filmików z jotuba. To odstrasza.

  19. Marceli says:

    The True Last Mohican:) A mówią, ze komiksy odzwyczajają od czytania :)

    Mogę wrzucić – pa russki, czy pa angielski? Bo po polsku mam tylko jakieś drobiazgi chyba i powieści – Hełm Grozy na pewno i gdzieś powinienem mieć skany z Omon-Ra.

    (15 filmików chyba nigdy nie było, 11 to chyba rekord:)

  20. iammacio says:

    @Tylko ktoś musi odciąć mi internet.

    ja nie mam od tygodni dwoch. klikam tylko z uczelni. troche tesknie ze stalym laczem, ale nie telepie mnie wiec sie jeszcze troche przetrzymam…

  21. mat says:

    @ The True Last Mohican:) A mówią, ze komiksy odzwyczajają od czytania :)

    żebym ja komiksy czytał. :P

    a co do Pielewina – wszystko co sie u nas po naszemu ukazało to mam. Myślałem że masz może coś spoza.

    lepiej angielski niż rosyjski.

  22. chihiro says:

    Ha! Ja sobie jeszcze radze, ale jakis czas temu zauwazylam, ze odczuwam dzika radosc z gromadzenia ksiazek. Nie tyle czytania, ale kupowania, kolekcjonowania, szukania okazji. A potem obkladam sie nimi, glaszcze je, czytam to, co na okladce i nie czytam nic, bo jak tu wybrac cokolwiek, jak na wszystko ma sie ochote?

    Spedzam czasem mase czasu na blogach, na fora juz nie zachodze, bo za malo ciekawych rzeczy tam znajduje. Ograniczylam czytanie cudownych recenzji ksiazek i artykulow o literaturze i sztuce z angielskich gazet (postawilam ultimatum – albo wersja papierowa albo zadna, w obecnej sytuacji wygrala opcja: zadna).

    Odkrylam za to, jak wielka frajce moze sprawiac uczestniczenie w zyciu towarzyskim, ktorego do tej pory raczej unikalam. Chodze tez wiecej po miescie, no i ucze sie francuskiego (chyba po to, by jeszcze wiecej ksiazek bylo dla mnie dostepnych…).

    Wydaje mi sie, ze trzeba znalezc umiar, czasem umiec odciac sie od tego wszystkiego, wyjechac i zmienic, choc na krotko, swoj styl zycia. Nie masz takiej opcji? Jakichs wakacji 2-tygodniowych bez literek nie da sie zaplanowac?

  23. Marceli says:

    Zaplanować to się da wszystko, gorzej z wykonaniem. W życie towarzyskie mógłbym się wkręcić, pod warunkiem, że ludzie przychodzą do mnie do domu, bo ja na pewno przy +2C nie mam najmniejszej ochoty wychodzić:) A kupowanie, głaskanie, podczytywanie okładek, obkładanie się nowo zakupionymi książkami, podczytywanie wstępów, przedmów i posłowi, to już jakby rytuał jest. Niestety kończy się z reguły tym, że zmacana książka wędruje na regał, a ja zaczynam klikać – np, żeby sobie coś więcej doczytać w autorze, po czym 3h później odkrywam, że gram w jakiegoś flesza.

    @ Mat – przejrzałem zgromadzone zapasy Pielewina i niestety, mam chyba tylko to, co już u nas powychodziło. Czyli niczym cię nie mam szans zaskoczyć.

  24. chihiro says:

    Zapraszanie gosci do siebie ma te zalete dla mnie, ze mobilizuje mnie to do chocby pobieznego sprzatniecia czy odkurzenia mieszkania. No i do przygotowania czegos do jedzenia. I fajne jest, ze nie trzeba potem wracac do domu, jest sie u siebie i mozna tylko rozebrac sie i isc spac, gdy goscie wyjda. Wiec tak, jestem za zyciem towarzyskim u siebie :)

  25. snoff says:

    a jeszcze a propos wytłuszczeń i podkreśleń w tekście: łapię się machinalnym na zaznaczaniu myszką kawałków czytanego tekstu

  26. Marceli says:

    heh, tak to mam, jak chcę żonie coś pokazać do czytania i zawsze się to spotyka z negatywna reakcja.

    A w ogóle, to bardzo fajna dyskusja na ten sam temat jest na historii i mediach:

    http://historiaimedia.org/2008/10/29/czy-google-nas-oglupia-dyskusja/

  27. tylkozabawka says:

    jako jednoroczny psycholog bez praktyki moge Wam powiedziec, ze wplyw wielokanalowych, wielobodzcowych mediow wplywa na zmiane percepcji i rozproszenie uwagi. to najnowsze pokolenie kilkulatkow w ogole nie potrafi sie skupic na jednej rzeczy wiecej niz kilka sekund i jest posadzane o ADHD. a u nas, powiedzmy 20kilkulatkow, ten proces jest wtorny… najpierw w szkole uczylismy sie skupiac na jednej czynnosci i uwaznie wykonywac wszelkie zadania tylko po to zeby sie cofnac w rozwoju po odkryciu wielu kanalow w telewizji, pilota, a potem internetu. ja tez kiedys czytalam 5 ksiazek tygodniowo. zamykalam sie w pokoju i wychodzilam tylko na posilki i do lazienki… teraz nie potrafie od 2 tygodni skonczyc jednej ksiazki. malo z tego… przerywam ogladanie filmow co 20 minut, zeby zobaczyc czy cos sie aby nie zmienilo w sieci pod moja nieobecnosc. Im doomed !!! :D

  28. Marceli says:

    @ zabawka – przesunę ten koment pod nowego posta, będzie sie nam wygodniej pisało.

  29. GawelF says:

    Witam, wlasnie dodalem ta strone do moich ulubionych, ma potencjal, ale musze ci powiedziec, ze jest slabo widoczna w google. Zasluguje na wiekszy ruch. Jest rzecz ktora ci sie na pewno przyda, poszukaj sobie w google – niezbednik dla kazdego webmastera