Slumdog Millionaire

Jest na tyle dobrze, że po zakończeniu oglądania, przez chwilę z Panią Żoną bawiliśmy się myślą, żeby zakupić opakowanie nicorette, parę tabletek na uspokojenie i pójść zobaczyć te olśniewające miejscami obrazki na kilkuhektarowym ekranie, ale potem uznaliśmy, że aż tak to nas jeszcze nie pojebało i że chyba nie ma już takiego filmu, który zmusiłby nas do siedzenia pomiędzy ględzącymi ludźmi.

Jest dobrze, również dlatego, że pan Boyle pomógł mi wreszcie uświadomić sobie, dlaczego nie lubię oglądać filmów o Indiach, czytać o Indiach i w ogóle wiedzieć czegokolwiek o Indiach. Ponieważ Slumdog Millionaire wprost pokazuje to, czego w sumie podskórnie się obawiam – tak wygląda przyszłość świata. Prędzej czy później wszyscy będziemy mieszkać w jednych wielkich Indiach i będziemy mieli jako gatunek przejebane równie ostro, co bohaterowie tego filmu. Możemy co i rusz obwoływać sobie jakiś kraj wzorcem do którego powinniśmy dążyć, jednak niezależnie od tego, czy wybierzemy Stany, Rosję, czy Japonię, to i tak skończymy w Indiach. Znikniemy w niekończących się slumsach, zamieszkanych przez tysiące nikomu do niczego niepotrzebnych ludzi i całe życie będziemy się starać wystawić choć czubek nosa nad powierzchnię gówna i zdobyć choć odrobinę zielonej pożywki.

I to jest smutny wniosek płynący z tego filmu.

trajla:

Wesoły zaś jest taki, że przynajmniej będzie głośno, kolorowo, a niektórym być może uda się nawet przedostać na odrobinę wyższy level. Zupełnie przypadkiem oczywiście i nie bez dodatkowych problemów.

Co rozwaliło mnie w Dogu najbardziej, to perfekcyjne wykorzystanie całkiem świeżego chwytu narracyjnego. Niby kiedyś tam Burgess próbował już wykorzystać dynamikę teleturnieju w Klaskać jedną ręką i wyszła mu z tego najlepsza powieść obok Mechanicznej Pomarańczy, ale dopiero tu zostało to rozegrane na sposób mistrzowski. Prościutki patent, a zwalnia reżysera od wymyślania niestworzonych pomysłów służących podbijaniu napięcia i pozwala mu się skupić na dopracowaniu poszczególnych historii z których składa się ta opowieść. Mam wrażenie, że same narracje głównego bohatera mogłyby być opowieścią o wielogodzinnym jedzeniu makaronu, a i tak, dzięki wykorzystaniu telewizyjnych memów, na które nauczyliśmy się reagować w jasno określony sposób, połączonych z klasycznym schematem policyjnego przesłuchania, oglądałoby się to równie dobrze i z takim samym przejęciem.

Próbka (biegania to w tym filmie jest w ogóle strasznie dużo)

A kolejny spory plus Doga, to to, że wreszcie przekonałem się do M.I.I., której kawałki hulają w tym filmie równie dobrze, co Iggy i Underworld w Trainspotting (do któregoż to klasyka kilka smacznych nawiązań wypatrzeć można w całym filmie).

Podsumowując – z wszystkich akademickich kandydatów tegorocznych, jakich widziałem, rzecz chyba najlepsza, zajebiście energetyczne, kolorowe, dynamiczne kino, w którym jest i na co popatrzeć, bo operator stara się pokazać wszystkie barwy slumsów, i czego posłuchać i nad czym się zastanowić, ponieważ całkiem udatnie demoluje schemat opowiastek od pucybuta do milionera, choć kończy się tradycyjnym morałem i zalewem optymizmu. Zrobiony jest po prostu tak dobrze, że łatwo zapomnieć o dickensowatości całej fabuły, drażniącej dupowatości głównego bohatera i schematycznym rysunku postaci drugoplanowych. A jak jeszcze nie ściągaliście, to naprawdę warto rozważyć zobaczenie tego w kinie.

M.I.A – Paper Planes (live)

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

21 Responses to Slumdog Millionaire

  1. dr Charles Kinbote says:

    A mówiłem, że dobre. Choć piszesz, że postacie drugoplanowe są schematyczne, to przynać musisz, że typ prowadzący tele jest tak zagrany, że aż palce lizać. „…milion rupiiiiiii!”

    A Ty wiesz – z pewnoscią wiesz, tylko tak pytam – że film na podstawie ksiazeczki jest?

    http://czytelnia.onet.pl/0,1528025,1,,0,0,0,najbardziej_fartowny_pisarz_swiata,artykuly.html

    Indie literackie rzeczywiście dla Ciebie niestrawne? Obie Pani Desai,Arvind Adiga,Ghosh, czy Wielki Salman Er.? Nikt, nigdy, nigdzie?

  2. Marceli says:

    No, ale prowadzący nie jest drugoplanowy, tak właściwie jest drugą postacią, która ciągnie cały ten film.

    A literacko Indie, to co trafiam, to mnie odrzuca. Zacząłem po bożemu, od noblistów, jakiś Tagore, jakiś Rushdie i jak sprawnie to napisane, to nie wzbudza żadnych emocji oprócz zmęczenia, czuje się tak jakbym Husserla próbował wspak czytać. Potem zacząłem szukać po średniakach rożnych i co książka to zonk, nic kompletnie nie kumam z tej kultury, przeraża mnie swoim chaosem i totalnym rozkawałkowaniem, kompletnie nie rozumiem tych ludzi, którzy siedzą w tej biedzie, wierzą w jakieś pojebane kasty i bogów z 9 trąbami, czytam to, jakbym czytał Kroniki Tiethmara, tylko oni żyją tu i teraz, boję się, że to się rozlezie i nas zaleje szybciej niż Chińczycy, których się nie boję, bo mają przynajmniej cywilizacje opartą na racjonalnych zasadach, a nie na pierdołach wyżutych z betelu; chyba tak, jestem anty-hinduskim ksenofobem, bo są dla mnie dowodem na to, że ewolucja skręca w niewłaściwą stronę. Ostatnio próbowałem Białego Tygrysa i wymiękłem po stu stronach, bo znowu złapałem się na tym, że nie rozumiem ich działań, tego odnoszenia się do potęgi, przy jednoczesnym tkwieniu na samym dnie dna. Może jakbym znał jakiś Hindusów, którzy umieliby wytłumaczyć swoją kulturę, historię, tradycję, to zobaczyłbym tam jakąkolwiek cywilizacje, a tak widzę tylko totalny rozpierdol i upadek człowieka.

    (czasem jestem straszny)

  3. dr Charles Kinbote says:

    To fakt. Hindusi na dłuższą metę i w zbyt dużych dawkach nie są zjadliwi. Pewnie masz rację z tym, że się nie możemy załapać na ich sposób myślenia. No i jak jeszcze dojdzie przeładowanie lokalną mitologią i jakieś urokliwe krajobrazy, to umarł. Ja tak odpadłem od hitu zeszłego sezonu, czyli „Brzemienia rzeczy utraconych” Desai. Choć jak jest India podana jako jedna z kilku potraw, to prosze bardzo: na przyklad w „Szatańskich wersetach”, czy w „Białych zębach”.

  4. dr Charles Kinbote says:

    Hej! A to jest coś fajnego? Orientujesz się?

    http://wysylkowa.pl/ks776934.html

  5. chiara76 says:

    hehe, myślałam, że tylko my nie trafiamy do kina…już się wolę ludziom nie przyznawać, jak dawno w kinie nie byłam, bo patrzą prawie tak samo dziwnie, jakbym przyznawała się do jakiegoś nietypowego erotycznego upodobania co najmniej;)
    Indie…temat rzeka. Ja akurat książki z tamtego rejonu raz na jakiś czas czytam, aczkolwiek zawsze działają na mnie depresyjnie z racji tego, że przedstawiają bez owijania w bawełnę, że urodzić się kobietą w Indiach to z gruntu mieć przerypane.
    Pozdrawiam przy okazji dr Charlesa Kinbote, który odwiedził mój blog dzisiaj i bez bicia przyznaję się, że nie do końca zrozumiałam link. Czy to aby na pewno do mnie było? W razie co złóżmy moje niezrozumienie na wrodzony brak intelektu. Z pozdrowieniami.

  6. dr Charles Kinbote says:

    —> chiara76

    Chciałem Cię tylko poinformować kto zdobył Costa Book za 2008. Może przypadnie Ci do gustu. Albo któremuś z twoich blogowych gości. A coś innego się wyświetla pod linkiem? Hm…

  7. obly says:

    ja bardzo przepraszam
    serdecznie przepraszam
    obejrzałem ten film natomiast nie moge wyjsc ze zdumienia iż ktos cos w tym filmie znajduje.

    serio. oprócz krajobrazów których faktycznie – nie mamy, ale sytuacji – które owszem mielismy tuż i przed wojną (grzesiuk – i jak dzieci z Czerniakowa zarabiały, czy malowany ptak – kosinskiego (akcja z gównem)) oraz fabuły – mendowatej i nijakiej bo z tezą NIC TU NIE MA. ja naprawde juz nie proszę o wysoką sztuke. ale zmieszanie w 80 dni dookoła swiata, z Olivierem Twistem, bezsensości w Seatle, oraz Gamorry nie powinno wystarczac na nominacje do Oscara.
    1. główne novum to konstrukt filmu – który nie jest fimowy ale telewizyjny – taki sam konstrukt mozna oprzeć na „1 z dziesieciu” „koło fortuny” „konkurs teleranka” czy jakiekolwiek audiotele i nic to nie wprowadza dodatkowego (no ale musi byc przysłowiowy milion). a wiec pieniadze sa w zyciu najwazniejsze, bo tylko dzieki nim mozna sie dowiedzec ze pieniadze nie sa najwazniejsze. a wiec sa najwazniejsze. ja piedykam co za debilizm.
    2. policja – beznadziejny wątek – nie chciało mi się wierzyć ze dorosły człowiek potrafi z taka powaga pokazać w ten sposób wątek i nie jest to Monthy Python – ile można zrzucac na egzotykę, toz to debilizm, debilizm nie jest egzotyczny. jest mega swojski.
    3. watek miłosny – ja przepraszam ale jak sie człowiek zakochuje to cos przezywa wspólnie i musi byc relacja miedzy nimi. w filmie pokazano miraz kilkumiesieczny w wieku ok 9 lat co wyrylo sie kolesiowi jako milosc zycia. no musialo sie wyryc bo inaczej znowu bez tego watku – nie ma filmu. i niestety miłosc z przedszkola – przepraszam nie przetrwała chyba u nikogo prawda? gdzieniegdzie liceum i to wszystko. generalnie straszna sieka o niewinnej zebraczce o urodzie modelki która przez okrutny los zostala zmuszona do podawania kanapek okrutnemu mafiozie i pozostala niezbrukana. to nawet nie jest fikcja – ul dzika w warszawie jest pełna wczesniej pieknych kobiet które twardo żyły. morda to najlepsze CV.
    4. sam watek milionerzy – przepraszam ale to jest film o prrgramie telewizyjnym, pean na czesc teleturnieju, o czlowieku jest przypadkiem, z doskoku. jestem zazenowany i nie wiem co myslec.
    5. a ludzie? ludzie sa nierzeczywisci. dialogi i ich zachowania i ich sytuacje sa wyssane z palca i przypominaja zlepek na sile skleconych sytuacji roznych ludzi zbitych w jedno. Film z brazylijskimi dialogami w egzotycznym indyjskim plenerze dla ponizej normy przecietnego mieszanca europejskiego robiony pod amerykanską nagrodę.
    6. to ze film jest – ok, ale ze oscar?
    bardziej polecam film pt. jak stracic przyjaciół i coś tam coś tam. lepsze dialogi, sytuacje, mysl.
    7. jedyna zaleta filmu to obrazki i pokazanie nam ze tam jest inaczej bo jest bieda ale tyraja moze niedlugo bedzie odwrotnie.
    ale discovery robi lepsze relacje, swietna byla piosenka Mia Kala, swietnie nakrecili deszcz i rysowanie na deszczu cegłą po chodniku (aaaaa rysowaliscie kiedys)

    przepraszam za glos ale nie wytrzymalem

  8. obly says:

    nie da sie kumac hindusów
    ale polecam Siddarthę – Hermana Hessa – moze przyblizy sposób myslenia – Europejczyk z przełomu 19i20 wieku podaje pewien zajebisty sposob obmmyslania rzeczy w istości w sposob nieprzyjebywalny do grymasu sprzecznego.
    w sensie jak sie nie rozumie to sie i tak czyta bo fajnie sie w ogóle czyta.

    ogólnie zwracam uwagę iż to czlek zachodu jest niestety bradziej ograniczony – dzieki temu lepiej sobie radzi tu i teraz bo nie zyje tu i teraz tylko zyje jutro i wczoraj i gdziebadz tylko nie tu.

    jedno jest wspólne
    wszyscy ludzie na ziemi chca byc szczesliwi – ale sa w roznych sytuacjach i dlatego maja rozne spojrzenie na to „jak byc szczesliwym”

    i nigdy nie postrzegal bym ludzi poprzez ich religie, wyobrascie sobie sąd nad Marcelem przez pryzmat Chrzescijanstwa. uuuuuuu
    ossssssstro
    A z Indiami jest tak jak z burdelem – lepiej tam pojsc raz osobiscie niz czytac o tym 12 sprzecznych nudnych i o tym samym ksiazek ktore mimo wszystko z racji niepoznania stanu faktycznego – podniecaja.

    hej

  9. Marceli says:

    Piotruś, tyle, że w odróżnieniu od takiego Buttona, ta bajka i klisze przynajmniej sprzedane są tak, że ci ich schematyczność nie przeszkadza przez te dwie godziny. Ja ją przynajmniej łyknąłem bez bólu. Co do Milionerów, to dla mnie akurat jest chwyt genialny – cudownie strukturyzuje fabułę, dodaje jej napięcia, pozwala gładko przechodzić między historiami, które inaczej trudno byłoby połączyć. A przy okazji robi za metaforę odpowiadającą znalezieniu gara ze złotem na drugim końcu tęczy, idealnie wykorzystuje to, co mamy wszyscy przy oglądaniu teleturniejów, czyli, no kurwa, czemu ja tam nie siedzę, przecież znam odpowiedź! i pozwala jeszcze lepiej zaangażować się w film.

    Zarzutu co do gliniarzy nie rozumiem – że tępe ćwoki? Widziałeś kiedyś innego gliniarza?

    A Jak Stracić przyjaciół i coś tam tam, to ratuje tylko Simon Peg. Bez niego ten film byłby nie do oglądania:)

  10. Marceli says:

    Błagam, nie polecaj mi Hessego, bo Cię po raz pierwszy od początków znajomości zjebię:). Ezoterycznej grafomani mówimy gromkie SPIERDALAJ!

  11. chiara76 says:

    dr Charles Kinbote, a nie, wyświetla się ok, tylko nie do końca wiedziałam, bo tak tylko link a akurat pod wpisem takim a nie innym i najpierw szukałam jakiegoś odniesienia. Dzięki. Pozdrawiam.

  12. obly says:

    zostaje przy germanskim synu hesse i sajmonie ktorego zaczynam powolutku wielbic…
    co do filmu slum dog (a wierz mi czekalem na niego)- jest naprawde bardzo bardzo ale to bardzo zle.
    co do policji to nie chodzi o to ze debile tylko o sama istote sledztwa, sorki, jakby marchewkw ukradl – rozumiem, ale ze wygral debilny teleturniej? sorki – musial byc poszkodowany ktory zglosil to na policje – nawet w indiach tego z urzedu by sledztwa nie wszczeli, nachalnie pokazywana fikcja z teleturniejem. przepraszam ale to dyskwalifikacja jest jak dla mnie. i zgadzam sioe ze bez milionetrów film bylby gniotem, i to wlasnie wiadczy o tym filmie najdobitniej.
    nie mozna marcel napawac sie nowym sposobem pokazywania fikcji.

  13. obly says:

    co do twardego odrzucania sie od hessego – ja rozumiem.
    ale daleko mu od ezoteryki, po za tym pamietaj ze nasze sady sa bardzo malo trwale i to ze kogos nie lubiles rok temu (albo odwrotnie) nie znaczy ze palasz do niego niechecia i dzis (albo odwrotnie) kurde balans.
    w sensie film schodzi na slamdoga ;)
    ale ale – syn rambow – jest moim ulubionym

    a teledyskowe krecenie filmu jest naprawde w porzadeczku, muzyczka i kolorki są w porządeczku – fabułka już jest lekko czerstwawa i zalatuje schematem bollywod.

  14. kolega Tetrix says:

    @ dottore Kinbote pod numerem 4 – nawet w oryginale było nierówno i niekoniecznie, więc zapoznawanie się z wersją od Zyska (joł, Łozin na wieśle, rokowania negatywne) sobie radykalnie odpuściłem. Chyba że ktoś jest HCfanem Chabona (Jews with swords! Jews with swords!).

  15. Marceli says:

    Obłyyyy, zobacz ten film raz jeszcze, bo chyba sobie poszedłeś zrobić kanapki w kluczowym momencie:)

    Spoiler:

    Przecież to kurna pan prowadzący wydaje młodego w ręce glin, po tym, jak młody zlewa jego dobre rady. Pan prowadzący reprezentuje pieniądze, czyli ma wszystko, co w dowolnym kraju niezbędne jest policji do rozpoczęcia przesłuchania na każdy temat.

    A do Hessego mnie serio nie przekonasz, to tak jakbyś próbował mi wkręcać Coelho, albo Castanedę

  16. Marceli says:

    @ Tetrix – dzięki za przypomnienie, czemu tego nie kupiłem, mimo, ze leżało po 8 zet na Jatkach:)

  17. macio says:

    dobry film. na pewien sposob hollywodzki. ponoc bollywood nie bralo sie za historie bo ckliwa. mnie urzeka ta historia kopciuszka ze slusmow, ale przeraza mysl zbiorowej fiksacji na punckie ucieczki do lepszego swiata, co w kontekscie tego calego „to jest mi pisane” type of bullshit sugeruje ogromny poziom frustracji Indii.

  18. dr Charles Kinbote says:

    —>kolega Tetrix

    Dzieki za uświadomienie. Oszczędziłeś mi czasu, rozczarowania i peelenów. :)

  19. obly says:

    wszystko zostalo powiedziane a ja juz nie bede dopisywal tego samego tylko inaczej – (prowadzacy nie jest wlascicielem milionerow – wyobraz sobie urbanskiego ktory… no zreszta nie o to biega, to jest pikus) najgorsze ze schemat filmu wyskakuje juz na poczatku i wiesz jak juz bedzie prowadzony film i wiesz ze wszystko sie wziaze w taki a nie inny sposob i pointa zalezy od sposobu opowiadania a nie od historii samej w sobie.

    przyznam sie ze za benjamina buttona – w ogole sie juz nie biore bo stracilem ochote.

    niemniej spoko, nie musi sie wam niepodobac. jak dla mnie oscar za zdjecia i styka. przyznam sie ze robi wrazenie ten telemarketing – ktory jest faktem. ale nadal pozostaje nierzeczywisty watek z nierzeczywistymi postaciami i nielogicznymi sytuacjami nadciagnietymi pod fabule. to jest dobre na kawal a nie na film.
    ja naprawde jestem malo krytyczny no. pax pax pax.

  20. nienietoperz says:

    Mózgojadzie, pojedź Ty sobie mentalnie chociażby do Indii a przestaniesz zaraz takie banialuki opowiadać. O ile `White Tiger’ Cię może nie ruszać, bo ogólnie nie lubisz, jak książki są o czymś konkretnym bardzo, to już w miarę uważna lektura `Midnight’s Children’ czy nawet bardziej `Shame’ pozwoliłaby Ci zauważyć, jak genialnie można historię globalną czy indywidualną przekładać na zaiste wielką i super czytable literaturę. Zawsze się zastanawiałem, jak wyglądałaby historia PRLu napisana przez Rushdiego urodzonego w Wąchocku powiedzmy w 1945ym roku.
    A jest jeszcze choćby świetna Roy, intrygujący półindyjski Naipaul, i cała masa pisaczy mniej znanych a też interesujących.

    Nie będę się dalej denerwować, bo okazja urodzinowa przyniosła właśnie w prezencie `Infinite Jest’ i szkoda czasu na inne banialuki:-)

  21. Marceli says:

    Ja wiem, Toperzyk, ze to podejście jest głupie, ale Tobie może pomagać to, że jakiś hindusów kojarzysz live, może nawet z nimi gadasz czasem, a dla mnie to jest jak zetknięcie z kulturą Marsjan, której nie potrafie ogarnąć. Boga rzeczy małych tez próbowałem i dalej nic. Ale może kiedys trafie jakąś książke, co mnie do nich przekona