Bujak na dobranoc

Hermitude – Your Call

Tales of the Drift od dość długiego czasu krążyły mi po obrzeżach plejlisty, najczęściej zapodawane w trójpaku z Emancipatorem i Metaformem, bo tworzą idealne przejście między pokręconymi i przesłodzonymi odrobinę kompozycjami pierwszego, a dużo szybszymi jazdami drugiego, ale dopiero kolejna płytka, ubiegłoroczne Threads zaszarpana na zasadzie, tak długo już słucham tego jednego albumu, że przyzwoitość nakazuje, żebym sprawdził resztę, wypieprzyła mi naprawdę konkretną dziurę w mózgu. Koktajl z klasycznych downtempowych składników, etykietowany instrumental hip-hopem i abstractem, tyle, że to nieprawda jest tak do końca, bo raczej duby i reggae strasznie dużą rolę tu mają. Oraz bas, którym potrafią obaj Australijczycy sieknąć bardzo konkretnie i wtłoczyć człowieka w fotel, zmuszając do chronienia głowy laptopem. Hiciak wrzucony u góry jest tak naprawdę jedynym wyluzowanym kawałkiem na płycie, reszta to poważne walce parowe, których celem jest wgnieść i zmiażdżyć, albo zmusić do katatonicznych pląsów, pod syntetyczne, zimne new orderowe brzmienia, którym jednak potrafią narzucić ciepło i barwę, jak Eliot Lipp.

Hermitude – Slychain

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

8 Responses to Bujak na dobranoc

  1. chihiro says:

    Z tych dwoch utworow drugi zdecydowanie bardziej mi sie podoba, powiem wiecej – naprawde mnie wkrecil! Poslucham sobie dzisiaj pewnie z 10 razy, az mi sie znudzi (chociaz czy moze sie znudzic po zaledwie dziesieciu przesluchaniach?). Dzieki!

  2. Marceli says:

    po 10 z rzędu? na pewno, żaden kawałek, nawet najlepszy nie wytrzymuje takiego traktowania:) Najlepsza metoda na zepsucie sobie radochy z słuchania…

  3. chihiro says:

    Nie, no z rzedu to nie. Ale moja tolerancja na duza dawke tej samej muzyki jest naprawde wysoka.

  4. Marceli says:

    :)
    dogadałabyś się z moją żoną, która potrafi przez 3 miesiące nie wykasowywać jednej jedynej płyty z plejera w aucie i słuchać jej w kółko bez znużenia.

  5. lotan says:

    A ja mam odwrotnie – pierwszy numer fajnie buja i wywołuje wiosenny uśmiech na ryju, ale drugi to już jakieś techno-smuty ;)

    No ale ja się nie znam, bo ja metalu słucham :D

  6. Marceli says:

    No to espeszialy w ramach uczczenia Twojego debiutu komentatorskiego na bloku, masz jedyny ostrzejszy łomocik, jaki mi ostatnio podchodzi:

    Dla mnie najważniejszy jest w tym saksofon oczywiście, ale może akurat ;)

  7. wierzbi says:

    „po 10 z rzędu? na pewno, żaden kawałek, nawet najlepszy nie wytrzymuje takiego traktowania:) Najlepsza metoda na zepsucie sobie radochy z słuchania…”
    łee, ale jak sie podoba, to chce się słuchać :) mam tak z Final Russian Talkdemonic, jak włączam całą płytę, to zawsze przy tym kawałku aktywuje się DJ Repeat :)
    i przyjemność ze słuchania wcale jakaś zjełczała nie jest :) I, jak przy każdej muzie, w końcu przechodzę do czegoś nowego, by za jakiś czas wrócić do poprzedniej muzy, jeśli się ciągle podoba, nieważne, czy przesłuchało się ją wcześniej 1 czy 10 razy.

    W komciowej ankiecie oddaję swój głos na drugi kawałek, również za widi-oł.

  8. Marceli says:

    3-5 razy z rzędu, więcej nie wytrzymuję, muszę mieć płodozmian, jak mi sie za długo tło muzyczne nie zmienia, to przestaje sie skupiać, wyłączam sie i w ogóle nie słyszę, co leci. Już częściej mi się zdarza w całą płytę na zasadzie DJ Repeta wkręcić, że np leci przez kilka dni non stop, nie przerywana odsłuchami niczego innego – tu Mutiny Sunshine było bliskie rekordu, ale zwycięski chyba nadal pozostaje Branford Marsalis z Live at Bloomington – dobrych parę tygodni nie wyjmowane wtedy jeszcze z walkmana