Louie, Louie

Pomiędzy wieloma określeniami, co pojawiają się w recenzjach muzycznych, jednym z tych, których serdecznie nie znoszę jest ‚klimat jak z Lyncha’, bo z reguły oznacza, że już naprawdę nie dało się wymyślić banalniejszego porównania, co wskazywałoby na mrok i zamotanie. Tym bardziej więc mi wstyd, że to pierwsze, co się w głowie telepie, kiedy przychodzi do pisania o Austenie, a zwłaszcza o jego pierwszej płycie.

Louie Austen od dłuższego czasu mi się gdzieś plątał na marginesie świadomości muzycznej i jakoś tak się zakodował, jako ten dziadek, który ma dobre ucho do współpracy z kumatymi muzykami – a to się dał zmixować Herbertowi, a to pośpiewał z Peaches, a to chórki porobił u Gonzalesa, a to z Senor Coconutem zapodał przepięknego latino-killera. Ale jakoś nigdy mnie nie ruszyło na tyle, żeby szerzej szuknąć i sprawdzić, jak pan Louie prezentuje się w autorskim materiale.

Louie Austen feat. Senor Coconut – Dreams are my reality

I oj kurwa, to błąd był sporych rozmiarów. Na szczęście lato postanowiło przybrać tradycyjna piździatą formę, w związku z czego wyzwoliłem się na chwilę z trwającej ostatnich parę tygodni beat addiction i znalazłem parę dni, żeby pana Austena ogarnąć.

Materiału do ogarnięcia nie ma zbyt dużo – ledwie 4 albumy i parę EP-ek, ale dopiero przy zmasowanym kontakcie zaczyna być widać, że pan Austen, to zdecydowanie Ktoś – gość z pomysłem na siebie i na muzykę, nie stroniący od hiciaków i formatowanych pod radio nieszkodliwych piosenek, ale stojący przy tym twardo w niszy, której jak dotąd nie chciało się nikomu jeszcze penetrować i wychodzący z założenia, że klasyczne sinatrowe croonerstwo, można połączyć z przelotem przez pełne spektrum współczesnej elektroniki.

Louie Austen – Boom Boom

Debiutancki album, wydany po iluś tam latach wycierania stołków w zadymionych hotelowych barach i śpiewania smutnych kawałków grubym austriackim babom trzęsącym się nad schnitzlem, zatytułowany Consequences, momentalnie wkręca skojarzenie: Tricky meets Frank Sinatra. Zestaw klasycznych piosenek o nieszczęśliwej miłości i zbieraniu po dupie od życia, został tu wpakowany w mroczne, zimne, elektroniczne pokłady, natychmiast przywodzące na myśl Angels with Dirty Faces czy Pre-Millenium Tension, do których dołożono odrobinę knajpianego jazzu i pijackich dęciaków, nad którymi snuje się mocno tradycyjny wokal Austena, czasem przepuszczony przez różne magiczne ustrojstwa, dzięki którym zdarza mu się wpadać w obłąkańcze mamrotanie i powodować ciary na plecach słuchacza.

I´m a Star! – Louie Austen

Dzięki tej płycie, pan Austen nie został gwiazdą.

Dzięki trzem następnym również nie.

Ale przynajmniej wypróbował się w weselszych tematach, bo zatrudniając kolejnego elektronika do współpracy, poszerzył zakres gatunkowy, próbując robić Sinatrę i do ortodoksyjnego ejtis disco i do klasycznego, typowo tanecznego house, zaczęły mu się też trafiać kawałki, co momentalnie stawały się hiciakami na wszelakich lounge’owych składankach typu Hotel Costes. W końcu nawet wielbiciele kolorowych pixów potrzebują czasem 60-letniego kolesia, co sznaps-barytonem wyśpiewa im opowieść o tym, że hedonizm jest do dupy, choć niczego lepszego jeszcze nie wymyślono.

Louie Austen – Hoping

I tak powstał Mieczysław Fogg dla nawciąganych i upalonych. I oby żył jak najdłużej. Może go kiedyś Lynch zaangażuje do jakiegoś filmu, pomimo tego, że Austen nie jest karłem – na razie pojawił się w ubiegłorocznych, oscarowych, niemieckich Fałszerzach. A na deser starszy pan Austen, jako żywioł sceniczny:

Louie Austen – Disco Dancer Live

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

Comments are closed.