Dead City Radio

Dziadek Burroughs (któremu ukradłem tytuł na tę notkę) powiedział dawno temu, że language is a virus from outer space i nawet jakby jego cała spuścizna ograniczała się tylko do tego jednego zdania, to i tak pewnie wciąż byłby jednym z moich ulubionych pisarzy, bo sam koncept komunikacji ludzkiej, jako choroby mocno mnie kręci i fascynuje. I nie tylko mnie. Idea języka jako wirusa pozwoliła na zapisanie kilku tysięcy stron różnymi cyberpunkowymi rozwinięciami tego pomysłu, doprowadziła do powstania najlepszych tekstów Laurie Anderson, w końcu ewoluowała po trochu w zręby memetyki, gdzie znalazła swój koniec tak właściwie.

Na szczęście popkultura wskrzesza trupy dużo skuteczniej niż Jezus Chrystus, więc wystarczyło tylko poczekać, aż ktoś z nudów weźmie tę metaforę całkiem dosłownie i spróbuje sprawdzić, czy da się dookoła niej napisać sprawny scenariusz filmowy.

I wyszło na to, że da się. Choć nie do końca.

Horror, który straszy zagładą spowodowaną używaniem języka i którego protagoniści lubią się czasem wpuścić w zawieszające akcję długawe tyrady na temat podstaw językoznawstwa i semiotyki, z wiadomych przyczyn dostaje ode mnie co najmniej pięć punktów na wejściu, bo gra tu ta sama zasada, co w przypadku powieści Samuela R. Delany’ego – w obrębie swojego ulubionego science fiction dostaję opowieść, gdzie science nie jest jakimś fizycznym, matematycznym, czy astronomicznym nudziarstwem z równaniami i dziesięciostronicowymi wykładami na temat wodoru i zakrzywionych czasoprzestrzeni (I piss on your grave, Arturze C. Clarke), tylko czystą humanistyką, w której czuję się nieco lepiej zorientowany, dzięki czemu dana opowieść zyskuje momentalnie na wiarygodności.

Stąd też, mimo licznych wad, Pontypool po seansie wylądował w folderze z filmami do wkręcania znajomym. Bo udowadnia, że można straszyć całkiem skutecznie nie mając praktycznie żadnych pieniędzy, jedno pomieszczenie i czwórkę bardzo, bardzo denerwujących aktorów, z których reżyser nie do końca potrafi wykrzesać wiarygodne emocje – wystarczy konsekwentnie trzymać się pomysłu i pozwolić na to, żeby praktycznie cała groza i makabra odbywała się w głowie widza, a nie na ekranie.

Co osiągnięto, zapewniając bohaterom prawie całkowitą izolację – bo nie dość, że akcja dzieje się na jakimś półpolarnym zadupiu Kanady, to jeszcze wszystkie wydarzenia obserwujemy z perspektywy pracowników niewielkiej, lokalnej radiostacji – podstarzałego gwiazdora, w modelu Piotr Kaczkowski spotyka Korneliusza Pacudę i próbuje naśladować Howarda Sterna oraz dwóch realizatorek, które zapewniają niezbędną w każdym horrorze dawkę krzyków i babskiej histerii. To właśnie ta trójka, w trakcie realizacji porannego programu na żywo, zaczyna odbierać od obecnego w miasteczku reportera i telefonujących mieszkańców pierwsze relacje o dziwnych zachowaniach ludzi, szybko przeradzających się w coś w rodzaju zamieszek i krwawej łaźni na ulicach.

I to jest doskonały numer, bo cała wizualizacja tych wydarzeń spada na widza – słyszymy tylko coraz bardziej spanikowane głosy, jakieś krzyki i dźwięki sugerujące kanibalistyczna wyżerkę – jednak przez bardzo długi czas nie widzimy żadnych ofiar. Podobny patent wykorzystano w bardzo dobrym Right at Your Door, gdzie również radio było jedynym źródłem informacji, tu jednak ładunek grozy jest nieco większy, bo okazuje się, że to właśnie radio jest też najprawdopodobniej źródłem zarazy.

Bo tym, co zmienia mieszkańców w blood-sucking zombies, jest język angielski. Pewne słowa, pewne frazy przestawiają coś ludziom w mózgach, zmuszają ich do kompletnego zapętlenia się w powtarzaniu, zamieniają ich, jak stwierdza jeden z bohaterów, w odbiorniki radiowe szukające sygnału. A jeśli go znaleźć nie potrafią, to gryzą i mordują.

I jak to samo w sobie jest pomysłem zasługującym na przyklask, to jednak trochę szkoda, że reżyser wprowadził sobie zbyt wiele ułatwień – przede wszystkim niepotrzebnie ograniczył epidemię tylko do jednego języka, kiedy aż się prosiło o rozpętanie ogólnoświatowej zagłady lingwistycznej, po za tym, trochę po łebkach potraktował wytłumaczenie, dlaczego do tej katastrofy doszło właśnie w tym czasie i miejscu – choć pewną wskazówkę daje na samym początku filmu, jeszcze przed czołówką, sprzedając widzom opowieść o znaczeniu nazwy Pontypool. Na szczęście imdb podpowiada, że będzie sequel, więc są szanse, że wirus rozlezie się na inne narzecza też.

Dalsze streszczanie sobie daruję, bo to jednak nie fabuła stanowi o wartości tego filmu, zresztą trzyma się ona dość dobrze schematów klasycznych zombie-flicks, łącznie z nadejściem kawalerii i obowiązkowymi twistami z serii, kto z nami, a kto przeciw i poza pomysłem wyjściowym nie ma w niej specjalnych zaskoczek, ale do oglądania usilnie namawiam, głownie dlatego, że sam pomysł użycia języka jako narzędzia zagłady jest przepięknie straszny i warto popatrzeć, jak udało się go złożyć we w miarę sensowną całość. A dla miłośników juchy i flaków rozjebanych po całym ekranie, też się ostatecznie coś znajdzie, bo choć tak właściwie widzimy tylko jedną, jedyna ofiarę (co pozwala reżyserowi pokazać przebieg całego procesu zamiany w morderczą bestię), to w scenach z jej udziałem bezsensowna przemoc i ujęcia pełne obrzydlistwa, wygrane są perfekcyjnie.

Przyjemne, małe kino, grające na całkiem bliskim mi strachu przed tym, że od nadmiaru słów i fanatycznego zainteresowania tym, jak działa język, kiedyś mi się dokumentnie popierdoli w głowie.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

6 Responses to Dead City Radio

  1. Istvan Kohany says:

    Faktycznie, Pontypool to film który bez problemu mógły zebrać 5/5, gdyby nie odrobinę spaprany trzeci akt, gdzie wszystko przesuwa się z zajebistego pogrywania niepewnością do krainy „Ta, mogę łyknąć to wyjaśnienie… Chyba”. Jak dla mnie całe wyjaśnienie mogłoby być bardziej, nie wiem, rozmyte, mniej łopatologiczne, bez tego doktora, postaci w zasadzie tylko słabo napisanej i upierdliwie zagranej.

    Co tam jeszcze, francuzów mogę polecić, jak masz parcie na jakieś srogie kino: A L’Interieur (Inside), mocarny macierzyński horror, Martyrs też w sumie daje radę, wyrywający włosy z nosa pierwszy akt, potem wszystko zależy jak się człowiek ustosunkuje do wolty scenariuszowej (jak dla mnie trochę z dupy), norweski Dead Snow ma momenty, chociaż drugi Braindead, jak go reklamują, to to nie jest. Fińska „Sauna” jest zajebista, tak samo jak angielski mini-serial „Dead Set”.

    W ogóle dzięki za blogaska, stanowi niezłe koło ratunkowe w postmodernistycznym sedesie. Elo.

  2. Marceli says:

    Co do łopatologii, to ostatnio dostałem spazmów przy amerykańskim rimejku REC, czyli Quarantine. Jak cały film się świetnie bawiłem, bo i Jenifer Carpenter daje radę i ten przekład 1:1 też się udało zrobić tak, że zostały jakieś zaskoczenia mimo znajomości i uwielbienia oryginału, tak ucieczka w czysto naukowe i kompletnie rozpieprzające klimat wyjaśnienie pogrążyła ten film praktycznie całkowicie.

    Martyrsów obejrzałem właściwie bez wrażeń jakiś większych – dobre obrazki, ładne poprowadzone napięcie, robiąca wrażenie przemoc, ale jakos mnie ten film bokiem obszedł, na zasadzie zobaczyłem, ale żeby o nim gadać, to nie ma za bardzo o czym.

    Za resztę rekomendów dzięki bardzo, z wymienionych czaiłem się tylko na Dead Snow, ale leży już od jakiegoś czasu na dysku i wciąż mi brakuje dnia z klimatem na nazi-zombies polujące na młodzież. Ale się na pewno taki trafi :)

  3. Istvan Kohany says:

    „Quarantine.”

    Rany, nie zdzierżyłem tego filmu. Jestem ultrasem oryginału i ten zdupy rimejk jawił się żenadą. Też odstawili „Rubber Johnny” w końcówce?

    „Martyrs”
    Oglądałem w kinie i początek mocno mnie sponiewierał. Ale trafna uwaga, że w zasadzie film celuje swoim mistycznym przekazem w uruchomienie procesów myślowych u widza, ale jakoś idzie to bokiem, zbyt karkołomna cała ta fabuła.

    Co do polecanek, jeszcze dwie rzeczy, jak lubisz slaszery to rzuć okiem na „All The Boys Loves Mandy Lane”, strasznie fajny slaszer a rebours, w sensie, nie że żonglerka cytatami, tylko zgrabna i subtelna obróbka fundamentów gatunku; a właśnie z konkubiną obejrzeliśmy „Downloading Nancy”, jak rany, nie był to najlepszy film na wieczór z ukochaną dziewczyną, film jest absorbująco odpychający, nie jest horrorem, ale sromotnie przygnębiającym dramatem o dysfunkcyjności, jak łykasz takie rzeczy to polecam.

  4. Marceli says:

    Nah, w Quarantine postanowili usprawiedliwić istnienie postaci weterynarza, dzięki czemu następuje strasznie rozciągnięte zawieszenie akcji i koleś przez dobrych parę minut tłumaczy, ze całe choróbsko, to jakaś szybko mutująca wścieklizna i że eksperymenty, spiski, blabla a napięcie spierdala z filmu w prędkości nad-świetlnej.

    Reszta dorzucona do sprawdzenia, choć z filmów o dysfunkcjach, to robię sobie właśnie nocny maraton z dziełami wszystkimi Todda Solondza (Welcome to the Dollhouse, Happiness) i nie wiem, czy ktoś mnie jest w stanie poharatać jeszcze bardziej niż ten facet.

  5. Istvan Kohany says:

    No, u Solondza zdarzają się postaci, do których można poczuć jakieś kikuty sympatii, chociażby miał to być pedofil. W „Nancy” w sumie nie ma takich, może przez to, że główna bohaterka szuka wyjścia przez S/M, co w sumie nadal jest dosyć hermetyczną rozrywką.

    Solondza strasznie mi się podobają „Palindromes”, trochę powrót w tematyczny krąg „Welcome To The Dollhouse”, facet ma odwagę, dobre pomysły, stawia mądre pytania i nie podtyka pod nos odpowiedzi. No i formalna koncepcja bardzo mnie urzekła.

    W sumie to samo mógłbym napisać o debiucie Charliego Kaufmana, „Synechdoche: NY”. Możnaby się przyczepić do mnóstwa rzeczy, ale w sumie nie ma po co, bo ten film wyrywa kurwa serce.

  6. Dobre, dobre, dobre mówię każdemu! Stomatologia Chirurgia cennik stomatologiczny bytom