Dzień Kasety

MRW zapodał na swoim blogu ideę przechwyconą, by dzień dzisiejszy ogłosić Dniem Kasety. Odstawić cedeki, odstawić empetrójki, zejść do piwnic, komórek, przegrzebać się przez szafy i raz jeszcze przywrócić do życia taśmy magnetofonowe, które lata temu kształtowały nasz gust muzyczny. Wchodzę w to, bo jest tak:

Mam 13 lat, od miesięcy katujemy z najlepszym kumplem z placu kasetę Toy Dollsów, doprowadzając do rozpaczy jego starą, moją starą i wszystkie stare okoliczne, bo tak właściwie, jedyne co w te wakacje robimy to gramy na C-64, ukradkiem przeglądamy CATS’a i No 1 o okładkach przetartych od grupowego zużycia i słuchamy tych Toy Dollsów, których mamy jednych i którzy oczywiście są naszą ulubioną kapelą.

Początek lat 90-tych, to słaba znajomość angielskiego u okolicznej ludności, więc nikt nie reaguje na dwa dzieciaki łażące i wyjące My Girlfriend Dad is a Vicar, ale już Nellie The Elephant lecące po raz 30 danego dnia, zdążyło się na wiek wieków weżreć w mózgi mieszkańców niewielkiego, śląskiego osiedla.

Jakoś tuż po wakacjach, wkraczam w krainę dorosłości, moja mutti uznaje, że ma dość trucia dupy i mamadajmi, więc po długich negocjacjach zaczynam wreszcie dostawać jakieś kieszonkowe. Papierosy palę sporadycznie i wystarczają mi podkradane, o narkotykach nie mam pojęcia, alkohol mnie nie interesował jeszcze przez długie lata, więc szybkie kalkulacje i już wiem, że nie tylko mogę sobie kupić tych Toy Dollsów dla siebie, ale starczy mi też na jeszcze jakąś inna kasetę.

Idę na targ w Chorzowie – przejście wąskim korytarzem, w którym stoi stado kolesi z rozstawionymi stolikami, gdzie piętrzą się stosy VHS-ów, zdobnych w kuszące napisy Terminator, Teresa Orlovski, Bawarskie Przypadki, Lody na Patyku, ale klasyka kinematografii jest jeszcze poza moim zasięgiem, magnetowid jak dotąd widziałem raz, więc wbijam dalej na podwórko byłego kina, gdzie pomiędzy biustonoszami w tradycyjnie hanysowskim rozmiarze namiot czwórka z przystawką, wielkimi gaciami i stosami przeróżnego badziewia, kryje się też kilka stoisk z kasetami. Skrzętnie omijam te z których dobiega Sabrina, dojcze hajmatmelodie oraz italo disco i kierując się słuchem docieram do stolika z magnetofonem, z którego słychać jakieś gitarowe dźwięki i śpiew tęskny a rzewny (po latach do mnie dotarło, jak siedziałem z nawalonymi harcerzami, że był to Cień Wielkiej Góry Budki Suflera).

Koleś za stolikiem jest stary (znaczy ma jakieś dwadzieścia parę lat), wygląda rockandrollowo (czytaj: ma ramoneskę i dżinsy gumki), więc uznaję go za wiarygodnego muzycznie, bo mój brader nosił się podobnie i słuchał AC/DC. Pytam o Toy Dollsów i momentalnie otwiera się przede mną nieskończone bogactwo katalogów firmy wydawniczej TAKT – jest tych Toy Dollsów coś z dwadzieścia różnych kaset, niewiele różniących się zawartością, za to znacznie różniących się okładkami i tytułami. Decyduje się na The Best Ofa i skoro już wiem, że mam od Toy Dollsów, to co najlepsze, podejmuję śmiały krok i pytam kolesia, czy zna coś podobnego. Nie wiem, czy chciał spławić natrętnego bachora pierwszą kasetą, jaka mu przyszła do głowy, czy serio włączył mu się tryb edukatora i postanowił skorzystać z okazji wyhodowania nowego pojeba, wynik był jednak taki, że po raz pierwszy zobaczyłem wtedy koszmarnie odbitą okładkę Never Mind The Bollocks Sex Pistolsów. Pomiędzy tytułami wypatrzyłem jedyne angielskie słowo, jakie wtedy znałem – anarchy i uznałem, że pewnie fajni będą, bo u Toy Dollsów też się to w wielu refrenach powtarzało.

A po powrocie do domu się okazało, że jakimś cudem nadal mam połowę pieniędzy.

Bożesz ty mój.

Ukradłem Sex Pistolsów.

Jako dziecko moralne w pierwszym odruchu chciałem wbić w tramwaj i pojechać z powrotem, zapłacić gościowi za tę kasetę, ale najpierw mnie tknęło, żeby w końcu wsadzić ją do grundiga i sprawdzić wreszcie, co to są te Sex Pistols. Pierwszy kontakt nie był udany. Hollidays In the Sun, Liar, a mnie morda rzednie coraz bardziej, no bo gdzie tu te wesołe melodyjki i idiotyczny wokal? Hałas i jakiś koleś drze ryja, nic z tego nie rozumiem, aż nagle pojawia się Anarchy in the UK. Siedzę z uchem przy grundigu, czuję jak wibrujące Rrrrrrrrrright Now! zostaje z całą mocą monofonicznego głośnika wyplute prosto w moja twarz i dociskając wajchę palcem przewijam tę piosenkę coś z siedem razy, kiedy tylko doleci do końca, lecę od początku, za trzecim razem drę ryja z Rottenem, za piątym już wiem, że jest to najlepsza muzyka świata, a kiedy docieram w końcu do drugiej strony i obrywam Good Save the Queen, Pretty Vacantem i E.M.I to już wiem, że przy następnym spotkaniu najlepszy kumpel z placu, będzie musiał zrozumieć, że czas Toy Dollsów dobiegł w naszym życiu końca.

Do dziś po tej kasecie pozostała we mnie wiara, że najlepszą muzę zdobywa się przypadkiem i za darmo. Bo oczywiście zapomniałem w końcu pojechać zapłacić za te kasetę, a kiedy pojawiłem się na targu po raz kolejny, tym razem w celu zakupu Exploited, układ stoisk był już całkiem inny, a twarzy gościa nie pamiętałem.

kaseta.jpg
(kradzione)

Ważnych kaset pojawiło się jeszcze potem kilka w moim życiu – Taniec smoka Miłości, z którym podbiłem do Lestera Bowiego po autograf; Live In Bloomington Branforda Marsalisa, do którego należy niemożliwy już dziś do pobicia rekord trzech miesięcy nie wyjmowania z walkmana i słuchania na okrągło; pierwsza legalna kaseta przywieziona z zagranicznej wycieczki do Wiednia – Evol Sonic Youth i podziw, jaki wzbudzało to wydanie wśród wszystkich, wychowanych na chamskich poligrafiach TAKT-u; genialna wkładka do Jedli z dołków, pili z dziurek 3Metrów; przepiękny róż Rock-a-Bubu Starych Singers, katowanych do znudzenia i wkręcanych każdemu, komu przyszło się ze mną w tamtym czasie spotkać – stary, weź no tego posłuchaj, miażdżą; całkowicie biała okładka Łąki, czyli jedyna pamiątka jaka pozostała mi po zdawaniu na studia w Breslau, kiedy to uradowany wynikiem nawaliłem się na wesoło i nie bacząc na instynkt samozachowawczy wdałem się w potyczkę werbalną z grupa rosłych łysych kolesi, z właściwą sobie fantazją podważając ich orientację seksualną (jebaj się cioto), co skończyło się wpierdolem i kasacją torby z walkmanem w którym tkwiła Łąka; pierwszy składak, jaki zrobiłem dla wtedy jeszcze nie żony, dzięki któremu odkryliśmy, że fajnie że są w świecie też inne sposoby porozumienia niż muzyka i wreszcie ostatnia kaseta, jaką w życiu kupiłem – Sea Sea Ewy Braun.

I chociaż w całej chacie już nie ma sprzętu, na którym dałoby się dziś te kasety odtworzyć, zwłoki naszych wszystkich kolejnych walkmanów spoczywają od lat w jakimś niebie dla prymitywnych technologii, to cały zbiór kaset wciąż jeszcze zajmuje spory karton w piwnicy, a myśl o zakupie jednokieszeniowego, monofonicznego grundiga wraca do mnie z dużą regularnością. Nigdy nie polubiłem cedeków, radość noszenia na dnie torby 15 ulubionych kaset i zmieniania ich w zatłoczonej komunikacji miejskiej była po prostu niepowtarzalna, nawet wkręcanie się w głowice i rozfalowany dźwięk były czymś o wiele bardziej ludzkim, niż mechaniczne zacięcia cedeka, a charakterystyczny zgrzyt zawiasów po raz setny otwieranego małego, prostokątnego pudełeczka, jest do dziś jednym z moich ulubionych dźwięków. Z tym właśnie kojarzy mi się uzależnienie od muzyki i jeśli w końcu z nudów i nadmiaru czasu zrobimy sobie dziecko, to pierwszy składak jaki dla niego nagram, będzie na kasecie.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

26 Responses to Dzień Kasety

  1. wolfik says:

    Marceli napisz chłopie książkę jakąś :D z kasetami to się zgadzam, choć młodszym nieco… pamiętam swoją pierwszą zakupioną (całkiem legalną i legalnie) „Music For The Jilted Generation” Podrygów, nie znając oczywiście muzyki wcześniej, wiadomo… okładka :D jakaś zielona gęba wystająca ze ściany czy z podłogi, wtedy to był szok. reszta mojej kasotwej kolekcji mieści się w szufladzie którą mam pod swoją prawicą, szukam szukam i widzę Armię „Legendę” Soundgarden „Badmotorfinger” VooVoo „Łobi Jabi” i to naprawdę były rzeczy które nie znikały z uszu. sentymentalnie się troszku zrobiło, ale o to chodzi. czasami trzeba wrócić i popodziwiać samego siebie kilka lat temu. Idea Dnia Kasety słuszna bardzo !

  2. macio says:

    ładnie napisane;] moje pierwsze kasety to jakieś dzięcięce składanki (dyskoteka pana dżeka), ale pamiętam pirackie kasety z muzyką do tańca towarzyskiego (okładki w paintcie na niebieskim kartonie) i siatkę kaset – zdobycznych, bo kolega ojca z pracy chciał wyrzucic – która czekała na mnie po powrocie z jakis kolonii. queen, aerosmith, bon jovi, def leppard. byłem nastoletnim hair metalowcem!!! a potem w ramach rozbudowywania skilsów językowych dokupowałem kolejne. mam tego sporo w domu rodziców. troche trzymam u siebie przez sentyment. podobnie jak otrzymanego od rodziców za dobre wyniki w szkole walkmana.

  3. Maciej P says:

    Hoho, jakbym czytał wspominki Wita Dzikiego (tego co to na VIVIe spocone stonery zapodawał). Też podobny tekst gdzieś kiedyś popełnił – akapit o kupnie pierwszej kasety był wręcz symetryczny do Twojego.

    U rodziców mam sporo składanek nagrywanych z radia. Różne oryginalne pinkflojdy oddałem bodajże koledze. W domu nie mam chyba żadnej kasetki.

  4. Marceli says:

    @ Wolf
    książek się nie pisze od strzału przy porannej kawce. trza się skupiać długo, a tego to ja nie umiem.

    @ Macio
    Przed Toydollsami i SP bazowałem na szpulach mojego brata – Rozgłośnia Harcerska, TSA, AC/DC – takie tam, mając kontrę od strony matki – Ewa Demarczyk, Julio Iglesias…

    @ Maciek
    Podejrzewam, że historia pierwszej kasety przeciętnego polskiego 30 latka, musi zawierać takie słowa, jak TAKT i targ :) A program Wita kojarzę, ogladałem regularnie.

  5. Maciej P says:

    Masz rację. TAKT i targ ;)

    Poszukałem po zakamarkach i znalazłem kilka kaset, ale są to tylko sentymentalnie pozostawione nagrania prób z zespołem sprzed prawie dekady. Więc daruję sobie słuchanie.

    A na składankach co zostały u rodziców miałem głównie piosenki nagrywane z audycji PANA KACZKOWSKIEGO!!!!!1111

  6. kubu says:

    piwnice? komorki? moje kasety nadal sa poleczce w zasiegu reki :D

  7. Marceli says:

    @ Kubu
    Dołożyłem obrazek z dedykacją for ju:)

  8. Śledziu says:

    I już nikt niemal pamięta, że to KRL na twitterze i fejsie zapodał tego pomysła. A było to wczoraj… Jak ten czas, kurde, pędzi!

  9. Marceli says:

    Pamiętam, ale nie linkuję, bo nie znam oryginalnego pomysłodawcy. U MRW jest link do pierwotnego wyzwania – tzn do bloga człowieka, który pomysł rzucił.

  10. chiara76 says:

    piękny sentymentalny wpis, chlip, chlip… w intencji młodości durnej acz chmurnej, co to się panie i panowie, niestety, ne vrati;)
    Kasety…ja mam nieco odmienne wspomnienia muzyczne (inny biegun:) ale za to pamiętam dwa punkty. Jeden był przy Domach Towarowych Centrum, w W-wie, co to tam facet miał chyba wszystko na kasetach. Of course, piractwo jak ta lala.
    Drugi punkt był u mnie w dzielnicy, w Domu Towarowym Merkury, a jakże, gdzie się szło z własną taśmą a pani przegrywała to, co ona miała tam na stanie, a miała dużo. Pamiętam, jak leciałam przegrać soundtrack z „The Bodyguarda”…

    A przegrywanie kaset od koleżanek i dla nich? Czasem trzeba było te dziurki w kasecie zalepić skoczem, tylko wtedy się działo.

    Piractwo koleżeńskie wtedy kwitło, nie ma to tamto.

    Ha, przypomniał mi się trzeci punkt, na Starówce. Tam już muza była konkretniejsza, poważniejsza, oni mieli taśmy już z Zachodu. za ciężki pieniądz, ale mieli…

    No i of course, nagrywanie list przebojów na kasety z Trójki…
    Mówię, to se ne vrati;)

  11. kubu says:

    ale ze ktory?
    ten z miss retro?

  12. Marceli says:

    oui:)

  13. kubu says:

    jestem so touched :)

  14. wentyl77 says:

    Jedna z pierwszych – greatest hits Floydów, ostatnia: Gorillaz na wyprzedaży w Auchan. Karton? Piwnica? Toż to profanacja. Nie, moje siedzą w równych (g)rządkach na półce w widocznym miejscu.

    Eh, ten sentyment…

  15. ll says:

    e kaseta, lepiej szpula. z kaset pierwszych to majk oldfild i yes. republika i laskowik

  16. niceoldlady says:

    Świetny text; Technicznie do kaset można wrócić w „pięknym” stylu: Osobiście polecam kombo: vintage hi-fi np. http://aukcjewp.wp.pl/show_item.php?item=718098912 (więcej:http://www.vintagecassette.com/) plus
    chińska kaseta SD http://www.dealextreme.com/details.dx/sku.10203

    Tylko czy TAKTOWE stragany zastapi soulseekowa playlista?

  17. Marceli says:

    Sprzęt ok, ale ja serio tęsknię czasem do zaszumionego, płaskiego, wypranego z energii brzmienia grundiga (ewentualnie Kasprzaka) albo do lekko piszczących obrotów głowic mojego pierwszego walkmana (panasonic, waga prawie kilo, metalowa obudowa, świetna broń miotana).

  18. Nie wyrzuciłem starych kaset (leżą gdzieś w pudle w piwnicy u starszych), nie wyrzuciłem decka Denona (stoi i się kurzy, czasem jakiegoś drugiego obiegu posłucham). Ale to tak jak z winylami – też niczego się nie pozbyłem. Idę dalej – szpuli też się nie wyrzekłem. Niezły pchli targ mógłbym otworzyć.
    Kaseciaki kojarzą mi się jednak głównie z własnymi mikstejpami – tych kupnych oryginałek Taktu miałem niewiele. A produkcję domową rozwinąłem do tego stopnia, że z rozkręconym grundigiem i śrubokrętem w ręku do pauzowania taśmy (nie miałem przycisku pauza) robiłem zawodowe miksy – i bit się zgadzał, i słowa pasowały. Tylko krosfejdów nie szło robić, ale i tak był wypas na imprezy – Modern Talking Nonstop Megamix przez 45 minut.
    Idea zacna.

  19. Marceli says:

    Dziwne jest to, że na kaseciaku sklejenie miksa to jednak dość spory wysiłek, a nam się chciało, a teraz kiedy styknie drag’n’drop, to i tak wiekszość wybiera szufle z automatu.

    Parę szpul mi jeszcze też gdzieś zostało, a winyl sie nigdy nie przyjął. Miałem jakiś adapter i bajki, ale skojarzenie muzyka z winyla nigdy mi sie nie wyrobiło.

  20. Pierre Melą says:

    odnośnie miksów- ja z decka zdejmowałem obudowę i zatrzymywałem rolki od paska napędu paluchem. parę razy mnie kopnęło, ale można było prawie skrecze robić! a na pewno pobawić się prędkościami.

    winyle były, ale sprzęt unitra- po paru zabawach miałem porysowane płyty, zdartą igłę i zatarty silniczek. niektórzy zdejmowali pasek i zapi…odawali 33 i 1/3 z łapki, ale szybko wymiękali.

    ps. NO FAJNE CZASY :)

  21. Marceli says:

    Jezu, to się nazywa poświęcenie:)Mnie sie tylko zdarzało kleić taśmy za pomoca tasmy klejacej, ale to słabo się liczy jako mix:)

  22. Pierre Melą says:

    spoko. a przewijanie ołówkiem jak silnik niedomagał? czaaad!

  23. Marceli says:

    a to tak, zwłaszcza przy pierwszym walkmanie, który ogólnie niedomagał:)

  24. Pierre Melą says:

    pierwszy DOBRY walkman to był Kajtek. czerwony. ja szybko zniszczyłem, ale kolega miał dłużej, bo wówczas na politechnice studiował elektronikę [starszy jest nieco] i plastrem do niego przyklejał z baterii R12 samodzielnie skonstruowane akumulatory R12 i zapodawał Fisha z Marillionem, Flojdów, Gong, Amon Dull, Can i różnych Billi Laswelli przez olbrzymie słuchawki made in Tonsil.

    rządził.

  25. Marceli says:

    a ja właśnie od czasu wrzucenia tego tekstu próbuję sobie przypomniec ulubionego walkmana w ogóle, takiego którego trafiłem kiedyś w ogóle w lombardzie, calutki metalowy, czarny i o szerokości/grubości/wielkości kasety – wchodziła do niego jak dłoń do rekawiczki. I nic, nawet gugiel mi go nie potrafi znaleźć. A się stęskniłem, kupiłbym sobie znowu, zeby się na niego napatrzeć;)

  26. Kamil says:

    stare dobre czasy, też podpinałem do kajtka olbrzymie słuchawy tonsila SD-501