Jak zrehabilitować Szymborską

zalecenie dla przyszłych autorów podręczników, opracowane w oparciu o założenia Programu Zjednoczenia Wszystkich Wielkich Polaków postulującego ideologiczne ujednolicenie narracji narodowościowej celem kształtowania właściwych postaw.

Ten dzień
2 kwietnia 2005 roku zmarł Jan Paweł Drugi

Jeszcze dzwonek, ostry dzwonek w uszach brzmi.
Kto u progu? Z jaką wieścią, i tak wcześnie?
Nie chcę wiedzieć. Może ciągle jestem we śnie.
Nie podejdę, nie otworzę drzwi.
Czy to ranek na oknami, mroźna skra
tak oślepia, że dokoła patrzę łzami?
Czy to zegar tak zadudnił sekundami.
Czy to moje własne serce werbel gra?
Póki nikt z was nie wypowie pierwszych słów,
brak pewności jest nadzieją, towarzysze…
Milczę. Wiedzą, że to czego nie chcę słyszeć –
muszę czytać z pochylonych głów.
Jaki rozkaz przekazuje nam
na sztandarach Chrystusa profil czwarty?
– Pod sztandarem Chrystusa wzmacniać warty!
Wzmocnić warty u wszystkich bram!
Oto Kościół– ludzkości wzrok.
Oto Kościół siła ludów i sumienie.
Nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie.
Jego Kościół rozgarnia mrok.
Niewzruszony drukarski znak
drżenia ręki mej piszącej nie przekaże,
nie wykrzywi go ból, łza nie zmaże.
A to słusznie. A to nawet lepiej tak.

Możliwość komentowania Jak zrehabilitować Szymborską została wyłączona

Dwa szybkie strzały

bez historii i kontekstu, elektronika gwałci klasykę, pan Marceli tańczy. Tym samym wycofuję się z opinii, że Guetta czego się tknie to spierdoli, bo przestała być prawdziwa.

Ale najpierw jednak Audio Bullys, bo nadal uwielbiam tę wersję

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=pzclQ3M93DA[/youtube]

a nowa rzeź na Nancy, oprócz roztańczania odbiorców przynosi też bardzo prosty, skuteczny teledysk.

[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=3x2ABSAMVno[/youtube]

3 komentarze

Zamiast

wpaść w niedzielę i powiedzieć wierszyk po prostu go tutaj przekleję. [kliknij bo GIF]

tumblr_n34ymdEF3m1qaruxco1_500

Marianne Holm Hansen

Możliwość komentowania Zamiast została wyłączona

Silesian for Beginners

Jest w Katowicach taki teatr, mniej więcej w środku miasta, w miarę łatwy do znalezienia:

i w tym teatrze są sztuki różne, poważne, niepoważne, normalnie jak to w teatrach. Zaglądam tam rzadko, bo to teatr, nie ma coli i popcornu, a poza tym, wiadomo: Teatr = darcie ryja + tarzanie się po podłodze. Rozrywka raczej dla koneserów.

ale

taką sztukę teraz zrobili:

sb

żeby przyciągnąć młodzież, co nic nie wie o legendach śląskiego bluesa, oraz trafić w nostalgię roczników 50+, które i tak nie mają innych rozrywek na mieście, więc chętnie do teatru. Dla młodzieży w roli głównej modny pieśniarz z telewizji, dla osób starszych wzruszające historia Ryszarda Riedla i garść przebojów Dżemu, zagranych całkiem nieźle (wiem, bo byłem na pokazie przedpremierowym i chociaż nie wysiedzieliśmy do końca – brak coli, brak popcornu, zakaz palenia – to zespół ustawiony na scenie żwawo i z zaangażowaniem robił co mógł, by zagrać z energią i przytupem, udzielającym się publiczności, która zdrowo i po rockowemu się darła na koniec prawie każdego kawałka). Sądząc z reakcji prasy lokalnej i branżowej teatr zapewnił sobie hit na lata.

Ale czemu ja w ogóle o tym?

Bo, jak wszyscy wiemy, sytuacja jest trudna: ludzie słowa mrą głodem, nikt już nie chce płacić za słowo, chyba że boże, jak ktoś nie ma innych umiejętności i musi zarabiać na siebie tylko pisaniem, to normalnie przejebane. Chyba, że trafiają się fajne fuchy. Jak na przykład propozycja z rzeczonego teatru, brzmiąca w skrócie: płacimy, napisz coś ładnego o Riedlu. Takie, żeby nasze było, ślonskie.

Ok.

Pół godziny rozmowy z reżyserem, szybki powrót do „Berów i bojek” Ligonia, jeszcze szybsza powtórka z „Morfologi Bajki” Proppa; historię Riedla każdy Hanys ma we krwi, więc nic sobie nie musiałem przypominać.

kr

– Opa, a łopowiedzielibyście mi ino jakoś nasza klechda?
– Powiym ci o chorzowskim blusmynie, chcesz?
– Ja.

– Godali ło niym w mieście, „co z niego za wulc”. Żodyn niy wiedzioł – ani skąd prziszoł, ani kaj go za chwila poniesie. Zdarzyło się kiejsik, że polecioł na hołda i uwidzioł anioły.

– Sie macie, anioły – pedzioł im na powitanie, a łone wejrzały sie na niego uważnie.

– Zapamiętej se synek: w życiu gryfne som ino chwile Szukej ich – pedzioł mu w końcu nojpierwszy anioł, kiej już wykurzyli wszyskie cygaryty i wypili wszysko, co mieli i sie legli na plecach, pozierając na niebo.

Zapamiętoł sie to na zawsze. Kożdego dnia wstowoł rano, abo trocha późnij i szoł szukać tych chwil. Patrzył tam i sam, godoł z tymi i łowymi, a prawie kożdy mioł lo niego swój własny koncek piękna. Widzioł w ludziach piynkny smutek, piynkno radość i umioł je im łoddać. A ludzie widzieli, że łon może im coś pedzieć i szli za nim. Leźli z nim przez mordownie, meliny, szpitale, sale koncertowe, knajpy, speluny, pola namiotowe, festiwale i koncerty w piwnicach. A łon wcale im nie godoł żodnych miłych rzeczy, po prowdzie to nojczyńscij nic nie godoł, patrzył się ino i śpiywoł, a było w tym głosie coś tak wielgiego, tak przejmującego, że kożdy znojdowoł w nim nazod koncek tego piynknego smutku, piynknych radości, kere mu ludzie powierzyli.

Mioł tyż, jak kożdy, swoje słabości. Niyroz słychać było, jak śpiywoł nad flaszkom „Whisky moja frelko, tyś nojpiyrwszo z frel”, a i insze świństwa ciongły go fest, kiedy sie już niy umioł dać rady z tym cołkim smutkiem, kery mu się odkładoł na sercu. Jego dziołcha godała, że po nocach niy śpi, smyko się kajsik, a jak do dom rano się przikludzi, to nic ino sie telepie. Niy strzimała w końcu tego telepanio i godo mu:

– A weź że giździe idź do dochtora, niych cie wyleczy.

Poszoł. Dochtor wejrzoł sie na niego uważnie, a potem kozoł mu ciepnońć świństwa, gorzoła i smykanie po nocach.

– Ale dochtorze – zbuntowoł sie wtynczas. – Anioł godoł, co w życiu gryfne som ino chwile. Kaj indzij mom ich szukać?

– Bydziesz wierzył aniołom, to skończysz jak tyn Prorok z Janowa.
Zacznom ci smoki furgać nad gowom.

– Dyć anioł by mie niy łocyganiył.

– Cołki prowdy tyż ci niy pedzioł. Roboty byś sie jakiś chyciył, a niy ino za tym piynknem łaził. Kiedyś cie w końcu to piynkno zabije.

Posuchoł dochtora, ale niy na dugo. Ludzie dalij do niygo lyngli i mu przali, a łon im śpiywoł ło tym, że niy ma Boga, niy, a wolność jest ino we snach, bo przestoł wierzyć w to, co mu pedzioł anioł.

Aż narozki spotkał kajsik malorza. Siedli się, popili, pogodali, pedzioł malorzowi, że anioł go ociuloł.

– Wszyskich nos ociulali – zgodził sie malorz. – Jak my szli za Prorokiem z Janowa to my tyż wierzyli w piękno, prowda, radość i smutek. A dziś? Fto łod nos choć jedyn łobroz kupi?

– Dochtor godoł, że fto wierzy aniołom, tyn bydzie widzoł furgajonce smoki, a potym cołki rozum straci.

– Zaroz tam smoki – uśmiechnął się malorz. – Mie tam nad gowom furgajom gołe dziołszki.

I wtedy zrozumioł, że i dochtor mioł recht i anioł mioł recht i malorz mioł recht. Kożdy som sie wybiero, co mu furgo nad gowom i ino łod niego zależy, czy bydom to smoki, dziołszki, czy piynkne chwile. Niy ciepnął świństwa, niy ciepnął gorzoły, niy ciepnął smykania się po nocach. Znod sposób, żeby wszyskie te rzeczy wyśpiywać kożdymu, fto chcioł za nim iść.

I dalij za nim szli.

Szły za nim frelki, szły za nim chachary, szły za nim Hanysy, gorole, bergmany, wulce, łożyroki, insze blusmyny z cołkigo Ślonska, kożdyn, co nosił w sobie piynkny smutek, piynkno radość, a łon ich prowadził, tam kaj im wszyskim boło nojlepij. Dowoł im ludzko perspektywa na to, czego niy rozumieli, pokazywoł, że nawet jak niy bydzie lepij to jest ftoś, fto ich rozumie i umiy to tak wyśpiewać, że kożdy musi zrozumieć. Śpiywoł lo nich całymi godzinami i dniami, czasem pitoł kaś furt, żeby ino niy spiewać, bo już niy umioł strzimac tego smutku, tyj radości, ale zawsze był nazod i dowoł ludziom, to ło czym zawsze wiedzieli, ale niy umieli sie tego sami wyklarować.

A ludzie sie go trzymali.

Aż wreszcie zaszli nad jego grób. Stanyły nad nim frelki, chahary, Hanysy, gorole,b ergmany, wulce, łożyroki i wszyscy insi, a łon sie do niych odwrócił i zapytoł:

– Sie macie, ludzie?

A łoni wejrzeli sie na niego uważnie i pedzieli:

– Lepij.

Bo wszyskie jego piosenki, słowa, kere im dowoł, richtich sprawiały, że było im lepij. Zaśpiywoł im wtedy po roz łostatni, wyśpiywoł kożdo prowda, jako znoł, a było ich wiela: prowdy zbierane w melinach, szpitalach, salach koncertowych, knajpach, spelunach, na polach namiotowych, festiwalach i kaś w piwnicach, na koncertach lo 20 osób. A potem legnął się na plecach w grobie i czekoł na anioła…

– I co dalij?
– Żodyn niy wie. Nawet opa.
– To jest wszystko wymyślone, pra?
– Jak cały Ślonsk, synek. Jak cały Ślonsk.

kr2

I na tym byłby koniec opowieści, gdyby nie to, że tekst programu jest również w wersji angielskojęzycznej. I tu wydarzyło się coś magicznego. Wydarzył się Paweł Korombel, tłumacz pracujący między innymi dla teatru, który z mojej chałturki zrobił coś absolutnie mistrzowskiego. Po za tym, że po raz pierwszy mam przyjemność bycia przetłumaczonym, a nie tłumaczącym, to nie mógłbym sobie życzyć lepszego, bardziej brawurowego przekładu, mieszającego kilkanaście slangowych rejestrów w jedną spójną, doskonale brzmiącą całość.

I właśnie po to, by zaprezentować to cudo, jest dzisiejsza notka.

ft

– Grandfavver, would yer tell me some uvver fairy tale?

– I will tell yer ‘bout one bluesman from Khogeoov, would yer like it?

– Yes.

– Dey were talkin about ‘im in town ‘what kind of bum ‘e was’. Nobody knew where ‘ad ‘e come from, nor where would ‘e go in a while. It occured once ‘e went at slag heaps and saw angels.
– How it’s ‘angin, angels – ‘e greeted dem and dey looked at ‘im attentively.
– Remember, lad, moments dat what really counts in life. Look for dis moments – de very first angel told ‘im at last, when dey smoked all de fags dey ‘ad, and drunk everyfin dey ‘ad and lain on deir back lookin up at de sky.

‘e remembered it for ever. Every day ‘e woke up in the mornin or a little later and went lookin for dose moments. ‘e looked ‘ere an’ dere, talked with dis people an’ dat, and almost everybody ‘ad for ‘im ‘is own piece of beauty. ‘e saw in people beautiful sadness, beautiful joy and could give it back. And people knew dat ‘e can say dem somefin’ and dey walked after ‘im. Dey trudged wivv ‘im frough dives, joints, ‘ospitals, concert ‘alls, bars, ‘onkytonks, campsites, festivals and concerts in basements. And ‘e said dem no nice things, actually most often said nofin, ‘e only watched and sang, and in ‘is voice dere was somefin so big, so spine-tinglin, dat everone found back in it dis piece of dat beautiful sadness, beautiful joy, which people ‘ad given ‘im.

‘e ‘ad also, as everybody, ‘is weaknesses. Many a time one could ‘ear as ‘e sang gassed ‘whisky my bird, you’re de best bird’, and ovver yuck also ‘ad great attraction fo’ ‘im when ‘e couldn’t manage wivv all dis sadness, dat massed in ‘is ‘eart. ‘is bird told dat ‘e didn’t sleep at nights, roamed out somewhere, and when ‘e came back in de mornin, ‘e ‘ad shakes. At last she couldn’t stand dis shakes and told ‘im:

– Well, bastard, go to de doctor, let ‘im cure you.

He did dat. De doctor looked at ‘im attentively and later ordered ‘im to throw away yuck, booze and nightly roamin around.

– Ah, doctor – ‘e rebelled den. – Angel said moments dat what really counts in life. What ovver places should I look for dem?
– Yer’ll belive what angels say and end up like dis Prophet from Yanovo. Yer’ll see dragons flyin above your ‘ead.
– But angel would never said me a lie.
– ‘e didnt say yer whole truth neivvah. Get some job, stop searchin dat beauty. Dis beauty will kill yer in de end.

‘e did what doctor ‘ad ordered ‘im to do, but not for a long time. People furvve’ sought ‘is company, luved ‘im, and ‘e sang dem dat der is no God, no, no, and freedom is only in dreams because ‘e stopped believin in angels’ words.

And all of sudden somewhere ‘e met a painter. Dey took a seat, drunk, talked and ‘e told de painter, dat angel cheated ‘im.
– Dey cheated us all – de painter agreed with ‘im. – When we walked after Prophet from Yanovo we also belived in beauty, truth, joy and sadness. But today? Is dere anybody who would buy at least one paintin?

– De doctor said dat who ‘as believed in angels’ words would see flyin dragons and later would loose his mind altogever.

– ‘o, ‘o dragons – smiled de painter. – Above my ‘ead naked birds are flyin.

And den ‘e understood dat doctor was right and angles were right and painter was right. Everyone chooses ‘imself what would fly above one’s ‘ead and it depends on ‘im if dey are dragons, birds or beautiful moments. ‘e didn’t throw away yuck, booze, didn’t throw away nightly roamin away. ‘e found de way to sing all dis fings to everybody, who wanted to go after ‘im.

And dey went after ‘im furvver on.

After ‘im went birds, urchins, from Silesia and from ovver places, pitmen, bums, drunks, ovver blusmen from all over de Silesia, everybody who carried in ‘imself dis beautiful sadness, beautiful joy, and ‘e showed dem de way to de place dat was the best for all. ‘e gave dem de human perspective on dat what dey couldn’t understand, ‘e showed dat even dere wouldn’t be better dere ‘as been somebody who understood dem and could sing dat out so dat everyone ‘ad to get it right. ‘e has been singin about dem ‘ours and days, sometimes ‘e escaped somewhere, because ‘e couldn’t stand dis sadness, dis joy but always was back and gave de people dat, what dey always knew about, but couldn’t see it properly.

And dey clung to ‘im.

And at last dey came to ‘is grave. Dere stood birds, urchins, Silesians, from outside Silesia, pitmen, bums, drunks and everybody else, and ‘e turned back to dem and asked:

– How it’s ‘angin’, mates?

And dey looked at ‘im attentively and said:

– Better.

Because all ‘is songs, words ‘e gave dem once ‘ad made dem feel better. Den ‘e sung dem for de last time, sung every truth ‘e knew, and dere were many of dem: truths collected in dives, ‘ospitals, concert ‘alls, bars, ‘onkytonks, campsites, festivals and somewhere in basements durin concerts for twenty people. And den ‘e laid on ‘is back and waited for de angel…

– And later on?
– Nobody knew. Even grandfavver.
– This all is made up, ain’t it?
– As whole Silesia, lad. As whole Silesia.

ft2

5 komentarzy

Cuda. Kurs wstępny.

Najlepsze wiersze to te, które biorą się znikąd, z książek, co to nawet nie wiesz, że je masz i po co, jak na przykład „Selected Poems of Post-Beat Poets” i niezależnie od tego, co autor (lub w tym wypadku autorka) próbowała napisać, stają się momentalnie twoje. Nie mam pojęcia, czy Enid Dame próbowała w tych paru linijkach opisać na czym polega tłumaczenie jako praca, ale tak właśnie jej wyszło.

green-sand

Cuda. Kurs wstępny

Oto drobina piasku.
Stwórz z niej perłę
Na tym polega twoje pierwsze zadanie.

Zastanów się jak zamierzasz to zrobić.
Cały proces podlega ocenie.
Jeśli potrafisz, staraj się, by projekt był elegancki.
(Za niechlujność odejmujemy punkty).
Oryginalność
jest zawsze w cenie,
ale jej nie wymagamy.
(kwadratowy kształt
czy zielonkawa barwa
nie przyniosą dodatkowych punktów).

W szczególnych okolicznościach
Można poprosić z wyprzedzeniem
o przedłużenie terminu.
Ale wszystkie projekty muszą zostać oddane do końca zajęć.
Nie możesz być Nieklasyfikowany.
Musimy zachować pewne standardy.

Jeśli chcesz zrezygnować,
zrób to w terminie
określonym w programie.

Ci, którzy zrezygnują, otrzymają ocenę „Z”.
Nie ma takiej możliwości
by ukończyć kurs bez oceny.
Każdy dostanie jakiś stopień.

Uwaga: to nie jest szkolna klasówka.
Uwaga: nikt cię nie zmusza do uczestnictwa w tym kursie.
Uwaga: istnieje możliwość
porażki.

A_black_pearl_and_a_shell

Możliwość komentowania Cuda. Kurs wstępny. została wyłączona