Do szkoły

- Jak ja sobie mam pora­dzić z tą nowa klasą? 3 chło­pa­ków z ADD mi prze­cież roz­nie­sie każdą lek­cję.
– No jak to jak? tak jak od 14 lat ze mną. Żadna nauczy­cielka w Pol­sce nie ma lep­szego przeszkolenia.

A poza tym, zawsze może być tak:

YouTube Preview Image
5 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: animacja | 12 Comments »

Piękny stary człowiek

To jest taka książka, o którą obra­żają się żony w ostatni dzień waka­cji, bo zamiast na laj­cie spę­dzić czas z nimi, uła­twia­jąc kosz­mar jutrzej­szego powrotu do pracy, leżysz w wyrze jak kłoda, reagu­jąc na każda próbę kon­taktu deli­kat­nym weź się odjeb, kocha­nie, czy­tam chcę skoń­czyć i nie dajesz się przez bite 6h ode­rwać, tylko auto­ma­tycz­nie wsa­dzasz do ryja kolejne fajki i chłoniesz.

To nie jest tak, że Tomasz Stańko jest dla mnie szcze­gól­nie ważny jakoś, choć pew­nie i tak jest moim ulu­bio­nym jazz­ma­nem, z tych któ­rych już nie słu­cham, ale za to, co zro­bił mi Pey­otlem, kiedy w liceum po raz pierw­szy szu­ka­łem na poważ­nie jakiejś muzyki dla sie­bie, takiej która coś mi robi, a nie tylko sobie pitoli nie­szko­dli­wie w tle, albo daje się wyry­czeć na kon­cer­cie i tak ma u mnie pomni­czek trwal­szy od spiżu, bo to aku­rat Pey­otl stał się u mnie płytą rytu­alną do odsłu­chi­wa­nia na samym początku dorocz­nych kwa­so­wych tri­pów (a Tri­bute to Jack John­son Milesa je rytu­al­nie koń­czy), mate­ria­łem, który wpro­wa­dza w świat prze­pięk­nego poje­ba­nia, takiego, jakiego nigdy bym nie potra­fił z sie­bie wykrze­sać, bo na niczym nie gram, ale gdy­bym grał, to wła­śnie tak. I tak trzyma się mnie ten Stańko od dobrych 18 lat, z lek­kimi odsko­kami, maca­niem innych płyt, krót­ko­trwa­łym zachwy­tem Fre­elec­tro­nic i dłu­go­trwa­łym aran­żo­wa­niem roman­tycz­nych wie­czo­rów z żoną przy dźwię­kach z Soul of Things, z czę­stymi powro­tami do naj­bar­dziej kaco­wej płyty świata jaka znam, czyli Matki Joanny i nieco rzad­szymi, ale też inten­syw­nymi odsłu­chami Bal­la­dyny. Nie znam więk­szo­ści z tego, co nagrał, nie czy­ta­łem z nim pew­nie żadnego wywiadu, bo rzadko czy­tam wywiady z muzy­kami, są nudni z reguły i nic na to nie pomaga, w życiu bym nie powie­dział, że jestem fanem.

No ale kurwa jestem. Od dziś nie ma szans na wypar­cie. Ja się bły­ska­wicz­nie zako­chuję w pięk­nych ludziach, a Stańko jest PRZEPIĘKNY w tym wywia­dzie rzece, jest cudow­nym ego­ty­kiem i mega­lo­ma­nem w pełni świa­do­mym tego, że to co osią­gnął zawdzię­cza tylko i wyłącz­nie sobie, temu, że w paru momen­tach osią­gnął naj­au­ten­tycz­niej­sza zen-wyjebkę na wszystko dookoła i robił swoje, tak jak chciał. Oczy­wi­ście wiem, ze to może być poza, w końcu taki wywiad rzeka, zaty­tu­ło­wany w dodatku auto­bio­gra­fia momen­tal­nie wymu­sza sko­ja­rze­nie z auto­bio­gra­fią Milesa, usta­wia­jąc Stańkę w tej samej lidze i to, co w tym wszyst­kim naj­pięk­niej­sze, to to, że obie książki kopią w głowę dokład­nie tak samo — opi­su­jąc oso­bo­wo­ści, któ­rych nie spo­sób ogar­nąć, które same się nie ogar­niają, ale dosko­nale sobie z tym wła­snym nie­ogar­nię­ciem radzą, two­rząc jakieś nie­spre­cy­zo­wane cele i dążąc do ich osią­gnię­cia bez jakiej­kol­wiek spiny. Są w tej książce kawałki, które mógł­bym wycią­gnąć z wła­snego łba, jak 12 let­nia dzie­wica prze­pi­sać je sobie do sztam­bu­cha ozdo­bio­nego różo­wymi jed­no­roż­cami i innymi sym­bo­lami fal­licz­nymi, no ale auten­tycz­nie koleś mi rzuca w druku pro­sto w twarz kawał­kami z cze­goś, co jak dotąd uzna­wa­łem za pry­watną filo­zo­fię życiową:

Oczy­wi­ście, w chuj w tej książce mówi o muzyce, używa mądrych okre­śleń pro­sto z pod­ręcz­ni­ków kom­po­zy­cji, z któ­rych gówno rozu­miem, bo nigdy nie chcia­łem niczego wie­dzieć o muzyce, nie chcę jej roz­kła­dać na czę­ści jak książki czy filmy, z któ­rymi już nie potra­fię ina­czej, chcę, żeby była czy­sta, pozwie­dzowa, emo­cjo­nalna, kom­plet­nie pomi­jała mózg, bo mózg mi tylko prze­szka­dza w słu­cha­niu, ale nawet te kawałki nie nużą, słu­cha się go (czyta) jak kum­pla pier­doły z zajawką o któ­rej musi glę­dzić, bo to jest JEGO zajawka, naj­waż­niej­sza, a ja wła­ści­wie mam samych takich kum­pli, więc przy­wy­kłem, cze­goś się od nich nawet uczę cza­sem. Z tej książki niczego się nie nauczę, za to wbiła mnie w potwier­dze­nie słusz­no­ści wła­snego pro­gramu życio­wego (a raczej słusz­no­ści braku takiego pro­gramu), wywlo­kła na wierzch jakieś moje intu­icje na temat życia wszech­świata i całej reszty, pogła­skała mnie po mózgu tak pięk­nie jak opo­wieść Milesa o Mile­sie i w dodatku zro­biła to ustami sta­rego kole­sia, który nawet na sekundę nie pozuje na guru, po pro­stu popier­dala luźną roz­mowę z dzien­ni­ka­rzem (i tu duża wiązka pochwał w stronę Księ­żyka, do któ­rego sto­su­nek mam emo­cjo­nalny, bo to w końcu na jego tek­stach w Ante­nie Krzyku się uczy­łem czy­tać i zro­zu­mia­łem, że nigdy nie chce tak pisać o muzyce tak jak on, a tu zamie­nia się w per­fek­cyj­nego dyry­genta, który nawet na sekundę nie pró­buje przy­tło­czyć boha­tera swoją muzyczna eru­dy­cją i nawet jak wcho­dzi we wła­sne odloty i zaczyna nawi­jać o Le Monte Youngu, to służy to tylko temu, żeby wpu­ścić Stańkę w kolejną impro­wi­za­cję, pod­rzu­cić mu temat, na który muzyk może się nakrę­cić i pociągnąć).

Wyrywa z butów te parę­set stron. Ist­nieje poważna obawa, że prze­ciągu paru lat sta­nie się ta książka kul­to­wym towa­rem wśród mło­dych pol­skich ćpunów, ich Coehlo i Whar­to­nem, opra­wio­nym w opo­wie­ści o ćpaniu, dupach i jaz­zie, bo wszyst­kie trzy tematy zapo­dane są bez żadnej mora­li­za­torki, a pan Tomasz nie udziela nikomu dobrych rad, tylko mówi o sobie i życiu bez słowa ‘wyha­muj’, co się pięt­na­sto­lat­kom zawsze w chuj podoba, no ale taki już los opo­wie­ści o wybit­nych oso­bo­wo­ściach — ktoś w końcu sobie z nich two­rzy sztam­powy wzo­rzec i podaje dalej, aż do kom­plet­nego roz­my­dle­nia. I w sumie nawet bar­dzo by mnie taki los tej książki ucie­szył, bo zawsze to zdro­wiej, gdy dzie­ciom pier­doli w gło­wie pan Stańko niż pan ksiądz, czy pan poli­tyk. Wła­ści­wie jedna z waż­niej­szych ksią­żek edu­ka­cyj­nych jakie się uka­zały po pol­sku w ostat­niej deka­dzie, pod­ręcz­nik prze­trwa­nia siłą woli i tekst, z któ­rym pod­biję do pana Stańki, jak tylko pojawi się oka­zja, żeby pier­dol­nął mi auto­graf, jak 12 let­niej dziew­czynce. Chcę go mieć na swoim egzem­pla­rzu, tak samo jak chciał­bym auto­graf Milesa na jego bio­gra­fii i pod­pis Waitsa na cedeku Sword­fi­sh­trom­bo­nes. Nigdy w życiu nie chcia­łem żadnych innych autografów.

YouTube Preview Image
19 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Czytanki | 10 Comments »

Nowa Muzyka 2010 — ostatni

i w dodatku naj­krót­szy, bo o takiej muzyce, jaką zapo­dał Pre­fuse 73 z towa­rzy­sze­niem Orkie­stry Aukso, to cał­kiem pisać nie potra­fię. Wyglą­dało to tak:

brzmiało tak:

YouTube Preview Image

Podo­bało się żonie i dość licz­nej publicz­no­ści, a mnie się jak zwy­kle włą­czyły mecha­ni­zmy Pana od Lite­rek i Rucho­mych Obraz­ków, które powo­dują, że za każ­dym razem, gdy sły­szę tego rodzaju muzykę — ilu­stra­cyjną, nar­ra­cyjną, fil­mową (jak zwał tak zwał), to doma­gam się ilu­stra­cji, nar­ra­cji lub filmu do niej, bo ina­czej nie ogar­niam, sia­dam na ziemi i sam sobie w myślach zaczy­nam krę­cić ten film. Z Pre­fu­so­wych Pre­pa­ra­tions wyszedł mi jakiś tani ame­ry­kań­ski block­bu­ster, osa­dzony w loka­li­za­cjach podob­nych do tych z bez­na­dziej­nych Kro­nik Por­to­wych, z morzem w kolo­rze wody po myciu garów i roman­tyczną opo­wie­ścią o mary­na­rzach sowiec­kiej łodzi pod­wod­nej, któ­rzy roz­bi­jają się u Nowo­fun­dlandz­kich wybrzeży, tra­fia­jąc do wio­ski les­bi­jek oku­ta­nych w futra. Dużym uła­twie­niem było to, że pan Guil­lermo zbu­do­wał całe Pre­pa­ra­tions na kla­sycz­nych paten­tach z muzyki fil­mo­wej, dało się roz­róż­nić stałe kli­sze, typu kawa­łek do pości­gów, kawa­łek do poca­łun­ków, kawa­łek do dramy z tele­fo­nem w tle, kawałki z dłu­gimi najaz­dami na kra­jo­braz i ele­menty sym­bo­liczne, ale pod­sta­wowy mój pro­blem polega jed­nak na tym, że posia­da­jąc bar­dzo mocno upo­śle­dzony mecha­nizm kon­cen­tra­cji, gubię się w takiej muzyce po dzie­się­ciu, mak­sy­mal­nie pięt­na­stu minu­tach i kom­plet­nie prze­staje mi dzia­łać na jakie­kol­wiek emo­cje. Pasuje mi w domu, gdy służy za tapetę do roboty, mogę sobie wtedy usta­wić nawet osiem godzin pito­lą­cych smycz­ków, deli­kat­nie potrak­to­wa­nych elek­tro­nicz­nymi demol­kami, ale na kon­cer­cie bły­ska­wicz­nie tracę wątek i zaczy­nam gdzieś błą­dzić we wła­snych myślach. Tym razem przy­naj­mniej udało mi się dzięki kom­po­zy­cjom Prefuse’a zako­chać się ponow­nie we wnę­trzach Szybu Wil­son, bo te wszyst­kie deli­katne, zwiewne dźwięki o wiele lepiej paso­wały do sta­lo­wych dźwi­ga­rów i suro­wego betonu, niż sły­szane w tym samym miej­scu taneczne rzeź­nie w wyko­na­niu Aute­chre, czy Cry­stal Castles.


(Zna­le­zione, nie moje)

Pod­su­mo­wu­jąc 4 dni: jest dobrze. Mniej kame­ral­nie niż w zeszłym roku, co z jed­nej strony może być wadą, z dru­giej jed­nak sta­nowi w miarę pewną gwa­ran­cję, że w przy­szłym roku też cał­kiem nie­źle zaro­bię współ­pra­cu­jąc przy orga­ni­za­cji; z lineu­pem, po któ­rym nie spo­dzie­wa­łem się niczego spe­cjal­nego, ale przy­naj­mniej dwa razy oka­zało się, jak bar­dzo się pomy­li­łem — Moderat/Bonobo, a i na pozo­sta­łych kon­cer­tach (poza Gon­jau­fim, który w Wil­so­nie sta­nął w pew­nej chwili pięć metrów ode mnie i znów się wystra­szy­łem, że mi przy­pier­doli) nie mia­łem ochoty na nic narze­kać oprócz zimna; z dość cha­otyczną, ale nie prze­kra­cza­jąca gra­nic wkur­wie­nia orga­ni­za­cją; no i oczy­wi­ście z tego rodzaju publicz­no­ścią, pośród któ­rej czuję się naj­bar­dziej u sie­bie i wcale mi nie prze­szka­dza, że sta­no­wię część jakie­goś stada, co zda­rza się w chuj rzadko.

Obrazki, które zapa­mię­tam naj­bar­dziej: ludzie klasz­czący eki­pie, która wdra­pała się na szyb, a potem grała w kotka i myszkę z ochro­nia­rzami; toi-toie wyglą­da­jące jak skład pustych bute­lek po żołąd­ko­wej gorz­kiej; dło­nie ogrze­wane sty­ro­pia­no­wym kub­kiem z grza­nym winem; opo­wieść Froty o pode­stach dla nie­peł­no­spraw­nych na Off Festi­valu; dłu­go­włosy koleś na gra­nicy orga­zmu, tań­czący przede mną na Mode­ra­cie; ludzie odpo­wia­da­jący gru­powo na pyta­nia wyświe­tlane na moni­to­rze w auto­bu­sie odwo­żą­cym dziki tłum po kon­cer­cie w Wilsonie.

W skró­cie — było tak:

17 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, live | 9 Comments »

Nowa Muzyka 2010 — 3

Skar­petki. Glany. Bluza z dłu­gim ręka­wem. T-shirt. Bluza z kap­tu­rem. Kurtka. Pele­ryna w ple­caku. Grzane wino.

Lato. Gdzieś jest jesz­cze na pewno ale raczej nie na tere­nach KWK Kato­wice pomię­dzy 19 a 2 w nocy. Dla­tego Bibio mimo całego zachwytu nad jego pły­tami prze­grał w ciągu ułamka sekundy z O, jeste­ście, chodź­cie się napić grza­nego wina. Trudno, i tak nie wie­rzy­łem, że będzie faj­nie, bo w końcu dwa jego ostat­nie albumy dla WARPa wylą­do­wały w koszu, żegnane cichym wes­tchnie­niem, bleh, co za porażka. Niech ma, za karę.

Dla­tego też kolejny dzień plą­sów roz­po­czął się dopiero od Dub Mafii. I był to naj­lep­szy począ­tek, jaki można sobie było wyobra­zić, mimo desz­czu, który po kilku kawał­kach mocno prze­rze­dził nie za duży tłum pod sceną. Wła­ści­wie za takie kon­certy lubię ten festi­wal naj­bar­dziej — nie wiesz o zespole nic, poza tym, co wyczy­ta­łeś w pres­spacku, który sam napi­sa­łeś, lub cynicz­nie zle­ci­łeś to zada­nie kole­dze, a oni po pro­stu przy­cho­dzą, star­tują i w ciągu godziny gra­nia wkrę­cają ci kom­pletna korbę muszę­to­mieć­mu­szę­to­mieć­mu­szę­to­mieć. A w bonu­sie, po 14 latach mał­żeń­stwa odkry­wasz, że twoja wła­sna żona uwiel­bia dra­mend­bej­sową najebkę. Kto nor­malny pusz­cza żonie dramy w domu? Nigdy nie zary­zy­ko­wa­łem, dla­tego tro­chę mnie spa­ra­li­żo­wało, gdy obró­ciła się do mnie w rado­snym plą­sie, stwier­dza­jąc — Zaje­bi­sta muza do seksu! — i poplą­sała dalej. Nie wiem czym się to skoń­czy, w domu z dra­mów mam tylko Roniego Size’a. Boję się.

Grzane wino. W smaku paskudne, ale kubek zaje­bi­ście grzeje w ręce. Idziemy na Nosaj Thinga, jesz­cze spo­ceni po Dub Mafii i przez 30 minut nie potra­fimy się w niego wkrę­cić. Ma wszystko ładne — wizu­alki, bity, tempa, widać, że publika pod sceną się buja cał­kiem przy­jem­nie, a pan stara sie jak może, żeby nie było tak nudno jak na pły­cie, ale nic z tego. Pozo­staję oziembłem.

Pró­buję sprze­dać żonę mojemu kum­plowi za żywą lamę (bo ma wszyst­kie zalety kobiety, plus futro), ale inte­res nie docho­dzi do skutku, więc roz­po­czy­namy set alko­ho­lowy w stre­fie dla prasy. Dowia­du­jemy się o zasa­dach dzia­ła­nia śląsko-zagłębiowskiej mafii polityczno-kulturalnej i zamie­nia­jąc grza­niec na zimną wódkę docze­ku­jemy do Pre­fuse 73. Chwilę póź­niej z cała bru­tal­no­ścią dociera do mnie, że tak wła­ści­wie nie wiem kiedy, ale zosta­łem psy­cho­fa­nem tego gościa, choć robi w trak­cie tego seta wszystko, żeby to utrudnić.

Każdy kawa­łek posie­kany na ostro, próby wyła­pa­nia ryt­mów trwa­ją­cych dłu­żej niż 30 sekund z góry ska­zane na porażkę, ale i tak czuję jak każde ude­rze­nie w per­ku­sje łamie mi kości, a dźwięki z maszy­nek do robie­nia ping pro­stują mi zwoje. Guil­lermo Scott Her­ren — czło­wiek potra­fiący zachwy­cić mnie paten­tami, któ­rych nie zno­szę u innych muzyków.

YouTube Preview Image

Ktoś nam mówi, że DMX KREW zabija na klu­bo­wej sce­nie. Jeste­śmy gotowi pobiec, kiedy pada infor­ma­cja uzu­peł­nia­jąca — zabija bre­ak­co­rem. Brej­ko­rom mówimy zde­cy­do­wane nie, słowo wódka jest łatwiej­sze do wymówienia.

Dzięki temu oraz kilku solid­nym buchom z fajeczki cały kon­cert Mode­rata godzinę póź­niej wygląda dla mnie tak:

a wła­ści­wie wcale nie wygląda, bo tań­czę. Podob­nie jak jakieś 4k ludzi w pro­mie­niu 200 metrów. Dostaję dokład­nie to, po co cho­dzę na kon­certy — abso­lutny reset mózgu, muzykę prze­cho­dząca pro­sto przez krwio­bieg z pomi­nię­ciem mózgu, wymu­sza­jącą kom­pletne zapo­mnie­nie o wszyst­kim innym. W nie­licz­nych chwi­lach, kiedy otwie­ram oczy widzę ludzi, któ­rzy odle­cieli w dokład­nie ten sam spo­sób i tylko roz­glą­dają się cza­sem wokół z obłę­dem w oczach i z uśmie­chem na twa­rzy, szu­ka­jąc obok sie­bie potwier­dze­nia, że wszyst­kim innym podoba się tak samo. Nie może się nie podo­bać — wszyst­kie smutne kawałki z albumu dostają potęż­nego kopa, który pod­nosi ludzi nad pia­skiem i od sceny po budkę reali­za­tora nie ma nawet jed­nej osoby, która sta­łaby spokojnie.

YouTube Preview Image

Już wiem, że piątą edy­cje Nowej Muzyki wygrali Niemcy i Murzyni, ale popeł­niam błąd i wkrę­cam sobie, że muszę zoba­czyć Gon­ja­sufi, muszę w końcu wie­dzieć, co się ludziom podoba w tej muzyce i w tym kole­siu. Po dro­dze mijamy redak­cję Ultram­łyna, która udaje się w wiel­kim pospie­chu w stronę prze­ciwną, więc żegnamy ich szy­derą i poma­wia­niem o sta­rość. Chwile póź­niej mijamy kolege Wil­liamsa, w któ­rego oczach rów­nież widać lekki popłoch. Jeste­śmy twar­dzi, idziemy dalej.

Docie­ramy dotąd:

a w mózgu wyświe­tla mi się komenda error, error, error! Gonja stoi na gło­śniku i skrze­czy. Nie mam poję­cia, co skrze­czy, ale mam wra­że­nie, że skrze­czy na mnie per­so­nal­nie, skrze­czy coraz gło­śniej i gwał­tow­niej, a ja się coraz bar­dziej boję, że zesko­czy z tej sceny, prze­bie­gnie te 50 metrów i przy­pier­doli mi w ryja, tak za nic. Ludzie pod sceną robią żywioł, a ja zaczy­nam łapać nie­zdrową para­noję. 15 minut i reali­zu­jemy plan ucieczki. Gon­ja­sufi ma defi­ni­tywny zakaz wstępu do mojego domu i gosz­cze­nia na mojej ple­jerce. Nie­na­wi­dzę jak muzyka wywo­łuje we mnie stany lękowe, a to jedyne, co potra­fię w niej wyczuć.

Wisząc na rurce w tram­waju dziel­nie wspie­rany przez żonę, bar­dzo szybko przy­po­mi­nam sobie, że jestem u sie­bie, na Śląsku, w samym cen­trum Hany­stown, że żaden jogin z dre­dami nie zrobi mi tu krzywdy, bo jestem w miej­scu gdzie w noc­nym tram­waju trzech nawa­lo­nych dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nich kolesi, pusz­cza sobie z komórki Złote Prze­boje grupy Dżem i wtó­ruje im śpie­wa­jąc. Czuję się bezpiecznie.

16 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, live | 19 Comments »

Nowa Muzyka 2010 — 2

Koniec sierp­nia w Pol­sce, czas na ple­ne­rowe festi­wale dla hard­ko­rów. Jest zimno, piź­dziato, z nieba co chwile wali mokrym syfem, nie ma namio­tów, a war­stwa błota zmie­sza­nego z war­stwą pla­sti­ko­wych kub­ków po bro­wa­rach przy­po­mina naj­lep­sze czasy Okto­ber Festów w Parku Kul­tury, bo ktoś zapo­mniał posta­wić na tere­nie festi­walu cho­ciaż jeden kosz na śmieci. Przed bud­kami wymiany legal­nych środ­ków płat­ni­czych na kupony trwa walka na śmierć i życie, bo orga­ni­za­to­rów chyba zasko­czyła fre­kwen­cja, a przed punk­tami z gastro­no­mią, naj­częst­szym sło­wem nie jest sta­ro­pol­skie smacz­nego tylko lekko zdzi­wione chyba was poje­bało wypo­wia­dane wie­lo­gło­sowo na widok cen za tajem­ni­cze potrawy ze zwie­rząt. W powie­trzu fru­wają balony, pod wszyst­kimi sce­nami uno­szą się kłęby jamajsko-holenderskich dymów, mili ludzie pró­bują zasiać w nas para­noję ostrze­ga­jąc przed poli­cyj­nym patro­lem z psem, któ­remu to psu zaczy­nam momen­tal­nie współ­czuć, bo tym razem tra­fiła mu się praca w stylu znajdź pedo­fila na kon­kur­sie Małej Miss, wypa­trze­nie po 23:00 jakich­kol­wiek oczu nie­zwę­żo­nych w szparki i bez prze­krwień gra­ni­czy z cudem, w stre­fie dla prasy naj­bar­dziej kalo­ryczną potrawą jest łiskacz z lodem, który ide­al­nie wcho­dzi przy takiej tem­pe­ra­tu­rze i pozwala przetrwać.

A chcemy prze­trwać, bo każdy jeden kon­cert na swój spo­sób urywa dupę. Ze względu na ostra obsuwę gdzieś na początku festi­walu plany pik­ni­ko­wa­nia, życia towa­rzy­skiego i posia­dó­wek nad wódą idą w piź­dziec, nie ma czasu na nic poza krót­kim kasz­lem nad cho­wa­nym w sku­lo­nych dło­niach blan­tem, który prze­miło grzeje w ręce i total­nym odje­cha­niem przy muzyce, tak­to­wa­nym szyb­kimi spa­ce­rami pomię­dzy sceną główną a klubową.

Na dzień dobry wbi­jamy na Three Trap­ped Tigers i mimo wody napie­prza­ją­cej na ukos i zamie­nia­ją­cej dość liczną publikę w stado kiwa­ją­cych się chu­jów ubra­nych w gumowe, wie­lo­barwne kon­dony, po trze­cim nume­rze pano­wie mają poza­mia­tane. Podwójny zestaw kla­wi­szy, cza­sem gitara oraz per­ku­syjny kafar w oku­la­rach, który za pomocą dwóch rąk na luzie wbiłby w kom­pleksy Aphex Twina. Żona po trzy­kroć upew­nia się — Mar­celku, to jest dżez?, a kiedy po trzy­kroć potwier­dzam, kiwa rado­śnie głową i pod­su­mo­wuje filo­zo­ficz­nym pyta­niem — To czemu w domu takie smuty pusz­czasz? Nie mam na to odpo­wie­dzi, poza tym, że w domu tro­chę głu­pio samemu pogo­wać do jazzu, a TTT pogo wymu­sza jakby na dzień dobry.

Nagły ese­mes od przed­sta­wi­cieli mło­dej pol­skiej radio­fo­nii, z pro­stym komu­ni­ka­tem Midas miaż­dży cyce, więc zry­wamy się chwilę przed koń­cem Tygry­sów i zapie­przamy pod wieżę wodną, gdzie Kevin Mar­tin pró­buje się zre­ha­bi­li­to­wać za zeszło­roczną dźwię­kową sraczkę zapre­zen­to­wana pod szyl­dem The Bug. Zanim nawet zdążę zauwa­żyć namiot dźwię­kowca obry­wam pro­sto na klatę mega­ba­sem od któ­rego pro­stują mi się włosy na ple­cach i już wiem: zapa­lić, wbić w tłum, plą­sać. Nagło­śnie­nie usta­wione jest jakoś dziw­nie, bar­dziej czuję muzykę we fla­kach niż ją sły­szę, pośród czer­wo­nych cieni na sce­nie miota się jakaś kobieta, któ­rej wtó­ruje rzad­kimi nawij­kami facet w kape­lu­szu, dwa­dzie­ścia rzę­dów ludzi przed nami zali­cza kom­pletną nir­wanę, a kiedy star­tuje naj­więk­szy hiciak King Midas Sound, tań­czy już dokład­nie wszystko, łącznie z fosia­rzami i obsługą budki dźwiękowca.

Po 40 minu­tach w gło­wie mam budyń, w uszach krew, u boku żonę z wyra­zem twa­rzy — meh, pito­le­nie, więc zali­czamy pierw­szy ciąg alko­ho­lowy i Jaga Jaz­zist. Pierw­sze dzie­sięć minut obser­wo­wane spod szybu budzi tro­chę obaw, ponie­waż wszystko wska­zuje na to, że Jaga ma zamiar się uprzeć przy poka­za­niu swo­jego King Crim­so­now­skiego obli­cza, czyli sto­imy, impro­wi­zu­jemy, chuja z tego wynika poza tym, że wszyst­kim robi się coraz zimniej.

Na szczę­ście wcale tak nie było, bo już parę minut póź­niej ze sceny popły­nęło ener­ge­tyczne dże­zi­cho, poprze­ci­nane parom solów­kami i eks­ta­tycz­nym wkrę­tem per­ku­si­sty, który naobie­cy­wał roz­ra­do­wa­nej publicz­no­ści mnó­stwo rze­czy i w sumie wszyst­kie swoje obiet­nice speł­nił. Nie był to taki wykop jakiego się spo­dzie­wa­łem (na co składa się też pew­nie fakt, że wkur­wiają mnie na ostat­nich pły­tach nie­zmier­nie), ale Jaga nadal potrafi udo­wod­nić, dla­czego wciąż są jed­nym z naj­waż­niej­szych zespo­łów na nowo­mu­zycz­nej scenie.

YouTube Preview Image

O czym zapo­mnia­łem dokład­nie pięc minut po odej­ściu spod sceny, namó­wiony przez kum­pla, że noooooooooo, chodź żesz, cipo, Panta fajny będzie, nie bój się, więc w końcu dałem się prze­ko­nać, mimo tego, że sze­roko haj­po­wana płyta Pan­thy du Prince wywo­łała we mnie bru­talną reak­cję z serii o kurwa, ucie­kać. Z kon­certu uciec się nie dało wcze­śniej niż po 30 minu­tach pląsu z zamknię­tymi oczyma i wchła­nia­nia przez osmozę dużych dawek THC, bo jakoś tra­fi­li­śmy w takie miej­sce pod sceną, gdzie każdy poda­wał blanty każ­demu. Chwilę po otwar­ciu ócz zauwa­ży­łem, że Pani Żona też deli­kat­nie pląsa, mimo wie­lo­krot­nie dekla­ro­wa­nej nie­chęci do muzyki z por­nioli dla insek­tów (w tę kate­go­rię wpada wszystko od Bio­sphere po Mount Kim­bie) i już wie­dzia­łem, że chyba wła­śnie zali­czy­li­śmy naj­lep­szego seta pierw­szego dnia.

Co było jed­nak oceną na wyrost, ponie­waż po szyb­kim obni­że­niu zawar­to­ści krwi w łiska­czu, główną scenę opa­no­wał tłum ludzi pod dowódz­twem Simona Gre­ena i tym samym zaczął się 4 kon­cert Bonobo w moim życiu. I oczy­wi­ście, był to naj­lep­szy jego kon­cert na jakim byłem, podob­nie jak naj­lep­szym będzie piąty, szó­sty i sie­dem­set osiem­dzie­siąty dzie­wiąty występ Bonobo, bo jestem jed­nak bez­na­dziej­nym fanem tego kole­sia i wszyst­kiego, co dotych­czas nagrał i zrobił.

A skoro dru­gim nume­rem było Stay the Same, w któ­rym po raz pierw­szy zoba­czy­łem na żywo pannę Trianę i umar­łem jesz­cze bar­dziej niż sły­sząc ją na pły­tach, cały zaś kon­cert był zbu­do­wany z The Gre­atest and Really Huge Hits of Bonobo, łącznie z mate­ria­łem z Days to Come i z wcze­śniej­szych albu­mów, to abso­lut­nie zero zdzi­wie­nia budził we mnie kata­to­nicz­nie roz­ko­ły­sany tłum pod sceną, reagu­jący żywio­łowo na każdy kawa­łek. Fru­wa­jące w powie­trzu bańki mydlane i chiń­skie lam­piony, niebo wresz­cie czy­ste z chmur, cie­pła żona w ramio­nach, genialna muzyka na sce­nie, ide­alne zba­lan­so­wa­nie uży­wek w orga­ni­zmie — POZAMIATANE. Mogę każ­dego dnia cho­dzić na takie występy i nic mi wię­cej do szczę­ścia nie potrzeba.

YouTube Preview Image

W związku z czym omi­nął nas cał­kiem kid­ka­ne­vil (fuck!) bo bisy, a Aute­chre zasłu­żyło tylko na szyb­kiego blanta, rów­nie szyb­kie ziew i meh, bły­ska­wiczną reflek­sję, że tak wła­ści­wie od bar­dzo dłu­giego czasu mam w głę­bo­kiej dupie ich doro­bek i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie mnie nudzą, siek­ną­łem więc rytu­alne zdję­cie zaciem­nio­nej sceny


(dwie zie­lone kropki — Autechre)

zgar­ną­łem żonę i resztę towa­rzy­stwa i gru­powo uzna­jąc, ze nie mamy już pięt­na­stu lat i dub­stepy we wszel­kich odmia­nach nas tak zasad­ni­czo kom­plet­nie jebią, stwier­dzi­li­śmy, że Mary Anne Hobbs nie dosta­nie od nas szansy i zakoń­czy­li­śmy day one. Co jak widzę z poran­nych rela­cji chyba było jed­nak solid­nym błę­dem, bo więk­szość spro­wa­dza się do stwier­dze­nia, że MAH poza­bi­jała ludzi swoim setem. Trudno.

Ciąg dal­szy nastąpi.

13 osób uznało, że da się to czy­tać.
Posted on by Marceli
Filed under: Dźwięki, live | 24 Comments »
continue: PreviousNext

WP SlimStat