- Jak ja sobie mam poradzić z tą nowa klasą? 3 chłopaków z ADD mi przecież rozniesie każdą lekcję.
– No jak to jak? tak jak od 14 lat ze mną. Żadna nauczycielka w Polsce nie ma lepszego przeszkolenia.
A poza tym, zawsze może być tak:
- Jak ja sobie mam poradzić z tą nowa klasą? 3 chłopaków z ADD mi przecież rozniesie każdą lekcję.
– No jak to jak? tak jak od 14 lat ze mną. Żadna nauczycielka w Polsce nie ma lepszego przeszkolenia.
A poza tym, zawsze może być tak:
To jest taka książka, o którą obrażają się żony w ostatni dzień wakacji, bo zamiast na lajcie spędzić czas z nimi, ułatwiając koszmar jutrzejszego powrotu do pracy, leżysz w wyrze jak kłoda, reagując na każda próbę kontaktu delikatnym weź się odjeb, kochanie, czytam chcę skończyć i nie dajesz się przez bite 6h oderwać, tylko automatycznie wsadzasz do ryja kolejne fajki i chłoniesz.

To nie jest tak, że Tomasz Stańko jest dla mnie szczególnie ważny jakoś, choć pewnie i tak jest moim ulubionym jazzmanem, z tych których już nie słucham, ale za to, co zrobił mi Peyotlem, kiedy w liceum po raz pierwszy szukałem na poważnie jakiejś muzyki dla siebie, takiej która coś mi robi, a nie tylko sobie pitoli nieszkodliwie w tle, albo daje się wyryczeć na koncercie i tak ma u mnie pomniczek trwalszy od spiżu, bo to akurat Peyotl stał się u mnie płytą rytualną do odsłuchiwania na samym początku dorocznych kwasowych tripów (a Tribute to Jack Johnson Milesa je rytualnie kończy), materiałem, który wprowadza w świat przepięknego pojebania, takiego, jakiego nigdy bym nie potrafił z siebie wykrzesać, bo na niczym nie gram, ale gdybym grał, to właśnie tak. I tak trzyma się mnie ten Stańko od dobrych 18 lat, z lekkimi odskokami, macaniem innych płyt, krótkotrwałym zachwytem Freelectronic i długotrwałym aranżowaniem romantycznych wieczorów z żoną przy dźwiękach z Soul of Things, z częstymi powrotami do najbardziej kacowej płyty świata jaka znam, czyli Matki Joanny i nieco rzadszymi, ale też intensywnymi odsłuchami Balladyny. Nie znam większości z tego, co nagrał, nie czytałem z nim pewnie żadnego wywiadu, bo rzadko czytam wywiady z muzykami, są nudni z reguły i nic na to nie pomaga, w życiu bym nie powiedział, że jestem fanem.
No ale kurwa jestem. Od dziś nie ma szans na wyparcie. Ja się błyskawicznie zakochuję w pięknych ludziach, a Stańko jest PRZEPIĘKNY w tym wywiadzie rzece, jest cudownym egotykiem i megalomanem w pełni świadomym tego, że to co osiągnął zawdzięcza tylko i wyłącznie sobie, temu, że w paru momentach osiągnął najautentyczniejsza zen-wyjebkę na wszystko dookoła i robił swoje, tak jak chciał. Oczywiście wiem, ze to może być poza, w końcu taki wywiad rzeka, zatytułowany w dodatku autobiografia momentalnie wymusza skojarzenie z autobiografią Milesa, ustawiając Stańkę w tej samej lidze i to, co w tym wszystkim najpiękniejsze, to to, że obie książki kopią w głowę dokładnie tak samo — opisując osobowości, których nie sposób ogarnąć, które same się nie ogarniają, ale doskonale sobie z tym własnym nieogarnięciem radzą, tworząc jakieś niesprecyzowane cele i dążąc do ich osiągnięcia bez jakiejkolwiek spiny. Są w tej książce kawałki, które mógłbym wyciągnąć z własnego łba, jak 12 letnia dziewica przepisać je sobie do sztambucha ozdobionego różowymi jednorożcami i innymi symbolami fallicznymi, no ale autentycznie koleś mi rzuca w druku prosto w twarz kawałkami z czegoś, co jak dotąd uznawałem za prywatną filozofię życiową:
Oczywiście, w chuj w tej książce mówi o muzyce, używa mądrych określeń prosto z podręczników kompozycji, z których gówno rozumiem, bo nigdy nie chciałem niczego wiedzieć o muzyce, nie chcę jej rozkładać na części jak książki czy filmy, z którymi już nie potrafię inaczej, chcę, żeby była czysta, pozwiedzowa, emocjonalna, kompletnie pomijała mózg, bo mózg mi tylko przeszkadza w słuchaniu, ale nawet te kawałki nie nużą, słucha się go (czyta) jak kumpla pierdoły z zajawką o której musi ględzić, bo to jest JEGO zajawka, najważniejsza, a ja właściwie mam samych takich kumpli, więc przywykłem, czegoś się od nich nawet uczę czasem. Z tej książki niczego się nie nauczę, za to wbiła mnie w potwierdzenie słuszności własnego programu życiowego (a raczej słuszności braku takiego programu), wywlokła na wierzch jakieś moje intuicje na temat życia wszechświata i całej reszty, pogłaskała mnie po mózgu tak pięknie jak opowieść Milesa o Milesie i w dodatku zrobiła to ustami starego kolesia, który nawet na sekundę nie pozuje na guru, po prostu popierdala luźną rozmowę z dziennikarzem (i tu duża wiązka pochwał w stronę Księżyka, do którego stosunek mam emocjonalny, bo to w końcu na jego tekstach w Antenie Krzyku się uczyłem czytać i zrozumiałem, że nigdy nie chce tak pisać o muzyce tak jak on, a tu zamienia się w perfekcyjnego dyrygenta, który nawet na sekundę nie próbuje przytłoczyć bohatera swoją muzyczna erudycją i nawet jak wchodzi we własne odloty i zaczyna nawijać o Le Monte Youngu, to służy to tylko temu, żeby wpuścić Stańkę w kolejną improwizację, podrzucić mu temat, na który muzyk może się nakręcić i pociągnąć).
Wyrywa z butów te paręset stron. Istnieje poważna obawa, że przeciągu paru lat stanie się ta książka kultowym towarem wśród młodych polskich ćpunów, ich Coehlo i Whartonem, oprawionym w opowieści o ćpaniu, dupach i jazzie, bo wszystkie trzy tematy zapodane są bez żadnej moralizatorki, a pan Tomasz nie udziela nikomu dobrych rad, tylko mówi o sobie i życiu bez słowa ‘wyhamuj’, co się piętnastolatkom zawsze w chuj podoba, no ale taki już los opowieści o wybitnych osobowościach — ktoś w końcu sobie z nich tworzy sztampowy wzorzec i podaje dalej, aż do kompletnego rozmydlenia. I w sumie nawet bardzo by mnie taki los tej książki ucieszył, bo zawsze to zdrowiej, gdy dzieciom pierdoli w głowie pan Stańko niż pan ksiądz, czy pan polityk. Właściwie jedna z ważniejszych książek edukacyjnych jakie się ukazały po polsku w ostatniej dekadzie, podręcznik przetrwania siłą woli i tekst, z którym podbiję do pana Stańki, jak tylko pojawi się okazja, żeby pierdolnął mi autograf, jak 12 letniej dziewczynce. Chcę go mieć na swoim egzemplarzu, tak samo jak chciałbym autograf Milesa na jego biografii i podpis Waitsa na cedeku Swordfishtrombones. Nigdy w życiu nie chciałem żadnych innych autografów.
i w dodatku najkrótszy, bo o takiej muzyce, jaką zapodał Prefuse 73 z towarzyszeniem Orkiestry Aukso, to całkiem pisać nie potrafię. Wyglądało to tak:
brzmiało tak:
Podobało się żonie i dość licznej publiczności, a mnie się jak zwykle włączyły mechanizmy Pana od Literek i Ruchomych Obrazków, które powodują, że za każdym razem, gdy słyszę tego rodzaju muzykę — ilustracyjną, narracyjną, filmową (jak zwał tak zwał), to domagam się ilustracji, narracji lub filmu do niej, bo inaczej nie ogarniam, siadam na ziemi i sam sobie w myślach zaczynam kręcić ten film. Z Prefusowych Preparations wyszedł mi jakiś tani amerykański blockbuster, osadzony w lokalizacjach podobnych do tych z beznadziejnych Kronik Portowych, z morzem w kolorze wody po myciu garów i romantyczną opowieścią o marynarzach sowieckiej łodzi podwodnej, którzy rozbijają się u Nowofundlandzkich wybrzeży, trafiając do wioski lesbijek okutanych w futra. Dużym ułatwieniem było to, że pan Guillermo zbudował całe Preparations na klasycznych patentach z muzyki filmowej, dało się rozróżnić stałe klisze, typu kawałek do pościgów, kawałek do pocałunków, kawałek do dramy z telefonem w tle, kawałki z długimi najazdami na krajobraz i elementy symboliczne, ale podstawowy mój problem polega jednak na tym, że posiadając bardzo mocno upośledzony mechanizm koncentracji, gubię się w takiej muzyce po dziesięciu, maksymalnie piętnastu minutach i kompletnie przestaje mi działać na jakiekolwiek emocje. Pasuje mi w domu, gdy służy za tapetę do roboty, mogę sobie wtedy ustawić nawet osiem godzin pitolących smyczków, delikatnie potraktowanych elektronicznymi demolkami, ale na koncercie błyskawicznie tracę wątek i zaczynam gdzieś błądzić we własnych myślach. Tym razem przynajmniej udało mi się dzięki kompozycjom Prefuse’a zakochać się ponownie we wnętrzach Szybu Wilson, bo te wszystkie delikatne, zwiewne dźwięki o wiele lepiej pasowały do stalowych dźwigarów i surowego betonu, niż słyszane w tym samym miejscu taneczne rzeźnie w wykonaniu Autechre, czy Crystal Castles.
(Znalezione, nie moje)
Podsumowując 4 dni: jest dobrze. Mniej kameralnie niż w zeszłym roku, co z jednej strony może być wadą, z drugiej jednak stanowi w miarę pewną gwarancję, że w przyszłym roku też całkiem nieźle zarobię współpracując przy organizacji; z lineupem, po którym nie spodziewałem się niczego specjalnego, ale przynajmniej dwa razy okazało się, jak bardzo się pomyliłem — Moderat/Bonobo, a i na pozostałych koncertach (poza Gonjaufim, który w Wilsonie stanął w pewnej chwili pięć metrów ode mnie i znów się wystraszyłem, że mi przypierdoli) nie miałem ochoty na nic narzekać oprócz zimna; z dość chaotyczną, ale nie przekraczająca granic wkurwienia organizacją; no i oczywiście z tego rodzaju publicznością, pośród której czuję się najbardziej u siebie i wcale mi nie przeszkadza, że stanowię część jakiegoś stada, co zdarza się w chuj rzadko.
Obrazki, które zapamiętam najbardziej: ludzie klaszczący ekipie, która wdrapała się na szyb, a potem grała w kotka i myszkę z ochroniarzami; toi-toie wyglądające jak skład pustych butelek po żołądkowej gorzkiej; dłonie ogrzewane styropianowym kubkiem z grzanym winem; opowieść Froty o podestach dla niepełnosprawnych na Off Festivalu; długowłosy koleś na granicy orgazmu, tańczący przede mną na Moderacie; ludzie odpowiadający grupowo na pytania wyświetlane na monitorze w autobusie odwożącym dziki tłum po koncercie w Wilsonie.
W skrócie — było tak:
Skarpetki. Glany. Bluza z długim rękawem. T-shirt. Bluza z kapturem. Kurtka. Peleryna w plecaku. Grzane wino.
Lato. Gdzieś jest jeszcze na pewno ale raczej nie na terenach KWK Katowice pomiędzy 19 a 2 w nocy. Dlatego Bibio mimo całego zachwytu nad jego płytami przegrał w ciągu ułamka sekundy z O, jesteście, chodźcie się napić grzanego wina. Trudno, i tak nie wierzyłem, że będzie fajnie, bo w końcu dwa jego ostatnie albumy dla WARPa wylądowały w koszu, żegnane cichym westchnieniem, bleh, co za porażka. Niech ma, za karę.
Dlatego też kolejny dzień pląsów rozpoczął się dopiero od Dub Mafii. I był to najlepszy początek, jaki można sobie było wyobrazić, mimo deszczu, który po kilku kawałkach mocno przerzedził nie za duży tłum pod sceną. Właściwie za takie koncerty lubię ten festiwal najbardziej — nie wiesz o zespole nic, poza tym, co wyczytałeś w presspacku, który sam napisałeś, lub cynicznie zleciłeś to zadanie koledze, a oni po prostu przychodzą, startują i w ciągu godziny grania wkręcają ci kompletna korbę muszętomiećmuszętomiećmuszętomieć. A w bonusie, po 14 latach małżeństwa odkrywasz, że twoja własna żona uwielbia dramendbejsową najebkę. Kto normalny puszcza żonie dramy w domu? Nigdy nie zaryzykowałem, dlatego trochę mnie sparaliżowało, gdy obróciła się do mnie w radosnym pląsie, stwierdzając — Zajebista muza do seksu! — i popląsała dalej. Nie wiem czym się to skończy, w domu z dramów mam tylko Roniego Size’a. Boję się.
Grzane wino. W smaku paskudne, ale kubek zajebiście grzeje w ręce. Idziemy na Nosaj Thinga, jeszcze spoceni po Dub Mafii i przez 30 minut nie potrafimy się w niego wkręcić. Ma wszystko ładne — wizualki, bity, tempa, widać, że publika pod sceną się buja całkiem przyjemnie, a pan stara sie jak może, żeby nie było tak nudno jak na płycie, ale nic z tego. Pozostaję oziembłem.
Próbuję sprzedać żonę mojemu kumplowi za żywą lamę (bo ma wszystkie zalety kobiety, plus futro), ale interes nie dochodzi do skutku, więc rozpoczynamy set alkoholowy w strefie dla prasy. Dowiadujemy się o zasadach działania śląsko-zagłębiowskiej mafii polityczno-kulturalnej i zamieniając grzaniec na zimną wódkę doczekujemy do Prefuse 73. Chwilę później z cała brutalnością dociera do mnie, że tak właściwie nie wiem kiedy, ale zostałem psychofanem tego gościa, choć robi w trakcie tego seta wszystko, żeby to utrudnić.
Każdy kawałek posiekany na ostro, próby wyłapania rytmów trwających dłużej niż 30 sekund z góry skazane na porażkę, ale i tak czuję jak każde uderzenie w perkusje łamie mi kości, a dźwięki z maszynek do robienia ping prostują mi zwoje. Guillermo Scott Herren — człowiek potrafiący zachwycić mnie patentami, których nie znoszę u innych muzyków.
Ktoś nam mówi, że DMX KREW zabija na klubowej scenie. Jesteśmy gotowi pobiec, kiedy pada informacja uzupełniająca — zabija breakcorem. Brejkorom mówimy zdecydowane nie, słowo wódka jest łatwiejsze do wymówienia.
Dzięki temu oraz kilku solidnym buchom z fajeczki cały koncert Moderata godzinę później wygląda dla mnie tak:
a właściwie wcale nie wygląda, bo tańczę. Podobnie jak jakieś 4k ludzi w promieniu 200 metrów. Dostaję dokładnie to, po co chodzę na koncerty — absolutny reset mózgu, muzykę przechodząca prosto przez krwiobieg z pominięciem mózgu, wymuszającą kompletne zapomnienie o wszystkim innym. W nielicznych chwilach, kiedy otwieram oczy widzę ludzi, którzy odlecieli w dokładnie ten sam sposób i tylko rozglądają się czasem wokół z obłędem w oczach i z uśmiechem na twarzy, szukając obok siebie potwierdzenia, że wszystkim innym podoba się tak samo. Nie może się nie podobać — wszystkie smutne kawałki z albumu dostają potężnego kopa, który podnosi ludzi nad piaskiem i od sceny po budkę realizatora nie ma nawet jednej osoby, która stałaby spokojnie.
Już wiem, że piątą edycje Nowej Muzyki wygrali Niemcy i Murzyni, ale popełniam błąd i wkręcam sobie, że muszę zobaczyć Gonjasufi, muszę w końcu wiedzieć, co się ludziom podoba w tej muzyce i w tym kolesiu. Po drodze mijamy redakcję Ultramłyna, która udaje się w wielkim pospiechu w stronę przeciwną, więc żegnamy ich szyderą i pomawianiem o starość. Chwile później mijamy kolege Williamsa, w którego oczach również widać lekki popłoch. Jesteśmy twardzi, idziemy dalej.
Docieramy dotąd:
a w mózgu wyświetla mi się komenda error, error, error! Gonja stoi na głośniku i skrzeczy. Nie mam pojęcia, co skrzeczy, ale mam wrażenie, że skrzeczy na mnie personalnie, skrzeczy coraz głośniej i gwałtowniej, a ja się coraz bardziej boję, że zeskoczy z tej sceny, przebiegnie te 50 metrów i przypierdoli mi w ryja, tak za nic. Ludzie pod sceną robią żywioł, a ja zaczynam łapać niezdrową paranoję. 15 minut i realizujemy plan ucieczki. Gonjasufi ma definitywny zakaz wstępu do mojego domu i goszczenia na mojej plejerce. Nienawidzę jak muzyka wywołuje we mnie stany lękowe, a to jedyne, co potrafię w niej wyczuć.
Wisząc na rurce w tramwaju dzielnie wspierany przez żonę, bardzo szybko przypominam sobie, że jestem u siebie, na Śląsku, w samym centrum Hanystown, że żaden jogin z dredami nie zrobi mi tu krzywdy, bo jestem w miejscu gdzie w nocnym tramwaju trzech nawalonych dwudziestoparoletnich kolesi, puszcza sobie z komórki Złote Przeboje grupy Dżem i wtóruje im śpiewając. Czuję się bezpiecznie.
Koniec sierpnia w Polsce, czas na plenerowe festiwale dla hardkorów. Jest zimno, piździato, z nieba co chwile wali mokrym syfem, nie ma namiotów, a warstwa błota zmieszanego z warstwą plastikowych kubków po browarach przypomina najlepsze czasy Oktober Festów w Parku Kultury, bo ktoś zapomniał postawić na terenie festiwalu chociaż jeden kosz na śmieci. Przed budkami wymiany legalnych środków płatniczych na kupony trwa walka na śmierć i życie, bo organizatorów chyba zaskoczyła frekwencja, a przed punktami z gastronomią, najczęstszym słowem nie jest staropolskie smacznego tylko lekko zdziwione chyba was pojebało wypowiadane wielogłosowo na widok cen za tajemnicze potrawy ze zwierząt. W powietrzu fruwają balony, pod wszystkimi scenami unoszą się kłęby jamajsko-holenderskich dymów, mili ludzie próbują zasiać w nas paranoję ostrzegając przed policyjnym patrolem z psem, któremu to psu zaczynam momentalnie współczuć, bo tym razem trafiła mu się praca w stylu znajdź pedofila na konkursie Małej Miss, wypatrzenie po 23:00 jakichkolwiek oczu niezwężonych w szparki i bez przekrwień graniczy z cudem, w strefie dla prasy najbardziej kaloryczną potrawą jest łiskacz z lodem, który idealnie wchodzi przy takiej temperaturze i pozwala przetrwać.
A chcemy przetrwać, bo każdy jeden koncert na swój sposób urywa dupę. Ze względu na ostra obsuwę gdzieś na początku festiwalu plany piknikowania, życia towarzyskiego i posiadówek nad wódą idą w piździec, nie ma czasu na nic poza krótkim kaszlem nad chowanym w skulonych dłoniach blantem, który przemiło grzeje w ręce i totalnym odjechaniem przy muzyce, taktowanym szybkimi spacerami pomiędzy sceną główną a klubową.
Na dzień dobry wbijamy na Three Trapped Tigers i mimo wody napieprzającej na ukos i zamieniającej dość liczną publikę w stado kiwających się chujów ubranych w gumowe, wielobarwne kondony, po trzecim numerze panowie mają pozamiatane. Podwójny zestaw klawiszy, czasem gitara oraz perkusyjny kafar w okularach, który za pomocą dwóch rąk na luzie wbiłby w kompleksy Aphex Twina. Żona po trzykroć upewnia się — Marcelku, to jest dżez?, a kiedy po trzykroć potwierdzam, kiwa radośnie głową i podsumowuje filozoficznym pytaniem — To czemu w domu takie smuty puszczasz? Nie mam na to odpowiedzi, poza tym, że w domu trochę głupio samemu pogować do jazzu, a TTT pogo wymusza jakby na dzień dobry.
Nagły esemes od przedstawicieli młodej polskiej radiofonii, z prostym komunikatem Midas miażdży cyce, więc zrywamy się chwilę przed końcem Tygrysów i zapieprzamy pod wieżę wodną, gdzie Kevin Martin próbuje się zrehabilitować za zeszłoroczną dźwiękową sraczkę zaprezentowana pod szyldem The Bug. Zanim nawet zdążę zauważyć namiot dźwiękowca obrywam prosto na klatę megabasem od którego prostują mi się włosy na plecach i już wiem: zapalić, wbić w tłum, pląsać. Nagłośnienie ustawione jest jakoś dziwnie, bardziej czuję muzykę we flakach niż ją słyszę, pośród czerwonych cieni na scenie miota się jakaś kobieta, której wtóruje rzadkimi nawijkami facet w kapeluszu, dwadzieścia rzędów ludzi przed nami zalicza kompletną nirwanę, a kiedy startuje największy hiciak King Midas Sound, tańczy już dokładnie wszystko, łącznie z fosiarzami i obsługą budki dźwiękowca.
Po 40 minutach w głowie mam budyń, w uszach krew, u boku żonę z wyrazem twarzy — meh, pitolenie, więc zaliczamy pierwszy ciąg alkoholowy i Jaga Jazzist. Pierwsze dziesięć minut obserwowane spod szybu budzi trochę obaw, ponieważ wszystko wskazuje na to, że Jaga ma zamiar się uprzeć przy pokazaniu swojego King Crimsonowskiego oblicza, czyli stoimy, improwizujemy, chuja z tego wynika poza tym, że wszystkim robi się coraz zimniej.
Na szczęście wcale tak nie było, bo już parę minut później ze sceny popłynęło energetyczne dżezicho, poprzecinane parom solówkami i ekstatycznym wkrętem perkusisty, który naobiecywał rozradowanej publiczności mnóstwo rzeczy i w sumie wszystkie swoje obietnice spełnił. Nie był to taki wykop jakiego się spodziewałem (na co składa się też pewnie fakt, że wkurwiają mnie na ostatnich płytach niezmiernie), ale Jaga nadal potrafi udowodnić, dlaczego wciąż są jednym z najważniejszych zespołów na nowomuzycznej scenie.
O czym zapomniałem dokładnie pięc minut po odejściu spod sceny, namówiony przez kumpla, że noooooooooo, chodź żesz, cipo, Panta fajny będzie, nie bój się, więc w końcu dałem się przekonać, mimo tego, że szeroko hajpowana płyta Panthy du Prince wywołała we mnie brutalną reakcję z serii o kurwa, uciekać. Z koncertu uciec się nie dało wcześniej niż po 30 minutach pląsu z zamkniętymi oczyma i wchłaniania przez osmozę dużych dawek THC, bo jakoś trafiliśmy w takie miejsce pod sceną, gdzie każdy podawał blanty każdemu. Chwilę po otwarciu ócz zauważyłem, że Pani Żona też delikatnie pląsa, mimo wielokrotnie deklarowanej niechęci do muzyki z pornioli dla insektów (w tę kategorię wpada wszystko od Biosphere po Mount Kimbie) i już wiedziałem, że chyba właśnie zaliczyliśmy najlepszego seta pierwszego dnia.
Co było jednak oceną na wyrost, ponieważ po szybkim obniżeniu zawartości krwi w łiskaczu, główną scenę opanował tłum ludzi pod dowództwem Simona Greena i tym samym zaczął się 4 koncert Bonobo w moim życiu. I oczywiście, był to najlepszy jego koncert na jakim byłem, podobnie jak najlepszym będzie piąty, szósty i siedemset osiemdziesiąty dziewiąty występ Bonobo, bo jestem jednak beznadziejnym fanem tego kolesia i wszystkiego, co dotychczas nagrał i zrobił.
A skoro drugim numerem było Stay the Same, w którym po raz pierwszy zobaczyłem na żywo pannę Trianę i umarłem jeszcze bardziej niż słysząc ją na płytach, cały zaś koncert był zbudowany z The Greatest and Really Huge Hits of Bonobo, łącznie z materiałem z Days to Come i z wcześniejszych albumów, to absolutnie zero zdziwienia budził we mnie katatonicznie rozkołysany tłum pod sceną, reagujący żywiołowo na każdy kawałek. Fruwające w powietrzu bańki mydlane i chińskie lampiony, niebo wreszcie czyste z chmur, ciepła żona w ramionach, genialna muzyka na scenie, idealne zbalansowanie używek w organizmie — POZAMIATANE. Mogę każdego dnia chodzić na takie występy i nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba.
W związku z czym ominął nas całkiem kidkanevil (fuck!) bo bisy, a Autechre zasłużyło tylko na szybkiego blanta, równie szybkie ziew i meh, błyskawiczną refleksję, że tak właściwie od bardzo długiego czasu mam w głębokiej dupie ich dorobek i najzwyczajniej w świecie mnie nudzą, sieknąłem więc rytualne zdjęcie zaciemnionej sceny

(dwie zielone kropki — Autechre)
zgarnąłem żonę i resztę towarzystwa i grupowo uznając, ze nie mamy już piętnastu lat i dubstepy we wszelkich odmianach nas tak zasadniczo kompletnie jebią, stwierdziliśmy, że Mary Anne Hobbs nie dostanie od nas szansy i zakończyliśmy day one. Co jak widzę z porannych relacji chyba było jednak solidnym błędem, bo większość sprowadza się do stwierdzenia, że MAH pozabijała ludzi swoim setem. Trudno.
Ciąg dalszy nastąpi.