W szponach fejsbuka

Categories:  autolans, Myślenie szkodzi

W strasz­li­wie nud­nym flej­mie na swoim blogu, red. Orliń­ski z wła­ści­wym sobie wdzię­kiem hej­te­rzy fejs­buka, drżąc z obawy przed Evil Korpo, które żeruje na danych pozo­sta­wia­nych przez inter­nau­tów, by następ­nie odstą­pić je za jakiś mul­ti­me­ga­gro­sik pazer­nym rekla­mo­daw­com. Cytując:

Gdy­bym był na Face­bo­oku, to zara­białby na takich ludziach jak ja, na przy­kład wyświe­tla­jąc im teraz reklamy kom­pletu felgi+opony zimowe do SUV albo pro­mo­cje bile­tów lot­ni­czych do Paryża. Wie­dząc, jakie mam samo­chód i dokąd zda­rza mi się latać, mogliby tar­ge­to­wać reklamy dokład­nie pode mnie, więc z kolei rekla­mo­dawcy za taką star­ge­to­waną reklamę mogliby dobrze pła­cić (poka­za­nie Tobie reklamy opon zimo­wych nie jest warte nic, ale poka­za­nie mi — już tak).

Abs­tra­hu­jąc od tego, że nie widzia­łem żadnej reklamy na fejs­buku, like, nigdy, nie licząc tych umiesz­cza­nych przez kogoś na pro­fi­lach, jak rów­nież od dobrych paru lat nie widzia­łem żadnej reklamy w inter­ne­cie, bo w końcu po coś są te wszyst­kie Adblocki, tak mnie naszło na zasta­no­wie­nie, co te złe korpo o mnie wie i jaki pro­fil rekla­mo­biorcy może stworzyć.

Po kolei:

- Zna­jomi. Doli­czy­łem się ich po ostat­niej czy­stce 234, a układ sił wygląda mniej wię­cej tak:

Legenda: Zle­ce­nia, to ci któ­rzy mnie utrzy­mują w ten czy inny spo­sób; TTDKN to moje aktu­alne inter­ne­towe kółko dys­ku­syjne i sieć sprzę­żo­nych z nim blo­gów, obecna w więk­szo­ści rów­nież w tutej­szej blo­grolce; Kim są ci wszy­scy ludzie, to kilka zna­jo­mo­ści spoza sieci oraz kolejne awa­tary, któ­rych toż­sa­mość jest mi w więk­szo­ści obca i obo­jętna, za to podoba mi się co wrzu­cają na pro­file, bo cza­sem robię z tego notki na bloga; tłu­ma­cze to po pro­stu tłu­ma­cze. Zawar­tość postaci publicz­nych przy­ze­rowa — nie licząc Pana Boga i kilku mikro­ce­le­bry­tów, któ­rzy piszą książki lub rysują komiksy, czyli, to be bru­tally honest — zupeł­nie nie­istot­nych i nie­atrak­cyj­nych mar­ke­tin­gowo. Przy­dat­ność dla rekla­mo­dawcy — nikła — może mi sprze­da­wać słow­niki lub soft tłu­macki, ale to już mam, nie spro­fi­luje mnie po zna­jo­mych, bo nic ich tak wła­ści­wie nie łączy, poza tym, co opi­sa­łem w legen­dzie oraz fak­tem, że kie­dyś klik­ną­łem tak lub wysła­łem do nich zaproszenie.

- Zdję­cia - naj­więk­szy punkt obaw red. Orliń­skiego, lęka­ją­cego się szan­taży via fotki, do któ­rych prawa ma fejs­buk. Okej, no to dajmy się skom­pro­mi­to­wać zdję­ciami: mam ich w sumie na pro­filu 95, wrzu­co­nych bez szcze­gól­nej kate­go­ry­za­cji. Czego się z nich można dowie­dzieć: że jestem krań­co­wym nar­cy­zem dotknię­tym obse­sją na punk­cie wła­snej twa­rzy, bo naj­więk­szy album nazywa się Many Faces of Mar­celi Szpak i zawiera dokład­nie to, o czym mówi tytuł (jak na razie 35 fotek), jest w nim rów­nież naj­bar­dziej kom­pro­mi­tu­jące zdję­cie jakie mi kie­dy­kol­wiek zro­biono, powstałe pod­czas domo­wych zabaw z żoną, która się uparła, że przy­po­mi­nam jej Lenina z ksią­żeczki czy­ta­nej w dzie­ciń­stwie i posta­no­wiła to uwiecznić:

Drugi album to totalny bur­del, wypeł­niony krzy­wymi zdję­ciami z kon­cer­tów, wize­run­kami kota Car­losa i psa Dur­nia, scre­en­sho­tami z sieci i kil­koma foto­gra­fiami żony, bo lubię się chwa­lić tym, że mam naj­ład­niej­szą żonę na świecie:

nisz­cząc tym samym w zarodku jakie­kol­wiek szanse na inter­ne­towe romanse i ewen­tu­alna póź­niej­szą kom­pro­mi­ta­cję. Aha i są też w tym albu­mie dwa zdję­cia z red. Orliń­skim, zro­bione w cza­sie spo­tka­nia, które pro­wa­dzi­łem. Żadna fota nie jest ota­go­wana, bo nigdy mi się nie chciało, jeśli poja­wiam się na fotach u zna­jo­mych, uprzej­mie pro­szę, żeby mnie odta­go­wano (raz).

War­tość dla rekla­mo­dawcy — fejs­buk może np zgod­nie z para­no­icz­nymi podej­rze­niami red. Orliń­skiego odsprze­dać fotki mojej żony jakimś łowcom ładnych kobiet do reklam. Żonie się nigdy nie chciało w tych kate­go­riach sta­rać, a tak, to kto wie — może będzie kariera? Tar­ge­tu­jąc pod to, co da się wycią­gnąć ze zdjęć, powinni mi rekla­mo­wać żarcie dla psów i kotów, zatyczki do uszu, bilety na kon­certy oraz różné der­ma­to­lo­giczne maści i kremy, dzięki któ­rym pozbędę się syfów z twa­rzy. Gdyby red. Orliń­ski był ota­go­wany na obu zdję­ciach, mogliby mi rów­nież spró­bo­wać wci­snąć jego książkę.

- Dane oso­bowe — z któ­rych wia­domo, że nazy­wam się Mar­celi Szpak, jestem żona­tym męż­czy­zną, mam 33 lata, wyraź­nie okre­ślone poglądy polityczne:

YouTube Preview Image

oraz reli­gijne:

YouTube Preview Image

Zły Zuc­ker­berg i jego sie­pa­cze znają rów­nież mojego maila, o tego: blindlibrarian@gmail.com — z jakie­goś jed­nak powodu nigdy mi niczym nie zaspa­mo­wali skrzynki, za to Red Tube, na któ­rym maila nigdy nie poda­wa­łem i owszem, robi to regu­lar­nie, dzięki czemu wiem, że powi­nie­nem śnić o więk­szym peni­sie i tanich żonach z Rosji. Następ­nym razem powstrzy­mam się przed wpi­sy­wa­niem w ich wyszu­ki­warkę big cock i rus­sian ama­teurs. Albo i nie.

- Grupy i lajki - praw­dziwy raj dla rekla­mo­wego pro­fi­lera, setki danych na temat tego, co lubię, na co kręcę nosem, jakie mam poglądy, w co się anga­żuję, a co mnie tak wła­ści­wie jebie. No to jedziemy:

- Co lubię:

Zdolny rekla­mo­dawca star­ge­tuje pode mnie inter­ne­towy komiks o uro­kach euta­na­zji, ska­żony abs­trak­cyj­nym poczu­ciem humoru.

- Czego słu­cham:

Z tego da się wycią­gnąć reklamy płyt i cza­so­pism zaj­mu­ją­cych się kil­koma bli­żej nie­de­fi­nio­wal­nymi rodza­jami muzyki, pro­blem polega jed­nak na tym, że płyty dostaję darmo albo ścią­gam, a papie­ro­wych cza­so­pism nie czy­tam od dobrych paru lat, bo wszystko, co cie­kawe i tak jest w sieci (jeśli nie ma, ozna­cza to tylko, że nikogo nie zain­te­re­so­wało na tyle, żeby zro­bić choćby jpga). Te same dane zdolny pro­fi­ler wycią­gnie sobie z mojego konta w last.fm, które też ma swoje za uszami, jeśli cho­dzi o ochronę pry­wat­no­ści use­rów i będą one dokład­nie tak samo bez­u­ży­teczne w star­ciu z wyzna­wa­nym przeze mnie dogma­tem, że nagrana muzyka powinna być za darmo, a oka­zją do pła­ce­nia arty­ście jest tylko i wyłącz­nie koncert.

- Co czy­tam:

Nic tak wła­ści­wie. Rekla­mo­dawca z rynku księ­gar­skiego nawet na mnie nie spoj­rzy. Być może wyczuje jakąś nie­kon­se­kwen­cję, widząc, że sporą część pod­grupy Zle­ce­nia wśród zna­jo­mych sta­no­wią różné wydaw­nic­twa, ale z pro­filu wynika, że książki nie da mi się sprze­dać pra­wie żadnej. A już po pol­sku to na pewno nie.

- Co oglą­dam:

Filmy

Seriale

Też wła­ści­wie nic, ale tu przy­naj­mniej poja­wia się jakieś pole do popisu dla spryt­nego rekla­mo­dawcy, nie­stety roz­bija się to o kilka dogma­tów, któ­rych w pro­filu nie ma wprost — mię­dzy innymi o to, że nie­na­wi­dzę kina, czyli reklama biletu na pre­mierę będzie prze­strze­lona, jak rów­nież o to, że nie mam w domu tele­wi­zji (w sen­sie kabe­lek), co suge­ruje, że z seria­lami zapo­znaję się w inny sposób.

Tego wszyst­kiego można się jed­nak dowie­dzieć ana­li­zu­jąc moje lajki. Więc się dowiedzmy:

A teraz prze­ana­li­zujmy por­tret Mar­ce­lego: sek­si­sta, nar­ko­man, bisek­su­ali­sta, Ślązak, miesz­ka­niec Kato­wic, leser, wiel­bi­ciel laty­no­skiej kuchni, ate­ista, niko­ty­ni­sta, fan komik­sów i gier, miesz­ka­niec War­szawy, czło­nek mniej­szo­ści, fan sztuki nowo­cze­snej i nie­miec­kich reży­se­rów, wyznawca Kościoła Spa­ghetti, ele­ment Żydo­ko­muny, ewo­lu­cjo­ni­sta, czło­wiek, który chciałby wsa­dzić papieża do wię­zie­nia a Kaczyń­skich do dupy, odczu­wa­jący potrzebę wysy­ła­nia kur mailem, socja­li­sta (i to wal­czący), marzący o wyeli­mi­no­wa­niu genu sier­ści u ludzi, uwiel­bia­jący Hudba zadarmo, potrawy ze smacz­nych zwie­rząt, cipki, cycki i puka­nie bublin­ko­vých fólií.

Ja naprawdę marzę o świe­cie, w któ­rym jakiś rekla­mowy pro­fi­ler będzie mógł speł­nić te wszyst­kie moje potrzeby. Mam nadzieję, że ten wpis mu to uła­twi, pro­sił­bym jed­nak o brak zdzi­wie­nia, gdy zda­rzy się tak, że znowu niczego nie kupię. Sta­ram się nie dawać Mar­ce­lemu Szpa­kowi żadnych pie­nię­dzy, bo się nie umie z nimi obcho­dzić. Co jest jakby przy­ro­dzoną cechą wszyst­kich postaci fik­cyj­nych. Jeśli Zuc­ker­berg potrafi wci­snąć komuś taką ilość szumu infor­ma­cyj­nego i wmó­wić mu, że da się na tym zaro­bić, to ja mam dla niego tylko dobre słowo i wiel­kie hola hom­bre! bo robi dobrą robotę, dojąc kapi­tał, który mógłby w innym przy­padku pójść na coś auten­tycz­nie szko­dli­wego. A tak wszystko zamyka się w kręgu fik­cyj­nych ofert skła­da­nych fik­cyj­nym wytworom

50 osób uznało, że da się to czy­tać.

99 komentarzy

  • At 2010.11.05 14:17, Marceli said:

    Ale się musi­cie zde­cy­do­wać, czy fle­ku­je­cie, bo chu­jowy mecha­nizm i źle poleca, czy odwrot­nie, omg, on za dużo o mnie wie, opony

    Opony to WO, nie my. Ja fle­kuję głów­nie dla­tego, że mam świa­do­mość, że na pod­sta­wie stwo­rzo­nego przeze mnie oso­bi­ście mojego wła­snego sie­cio­wego pro­filu nie da mi się niczego pole­cić, bo pro­fil to nie ja, tylko kon­struk­cja z lite­rek i obraz­ków, pozba­wiona jakiej­kol­wiek siły nabyw­czej. Nie­stety reklamy tra­fiają do mnie, a nie do fik­cyj­nego Mar­ce­lego S, bo zupeł­nie przy­pad­kiem miesz­kamy pod tym samym IP.

    (Cytuj)

    • At 2010.11.05 14:46, Negrin said:

      Nie­stety reklamy tra­fiają do mnie, a nie do fik­cyj­nego Mar­ce­lego S, bo zupeł­nie przy­pad­kiem miesz­kamy pod tym samym IP.

      No, to już pro­blem do doga­da­nia mię­dzy Tobą, Mar­ce­lim i Eris. Więk­szość ludzi nie two­rzy swo­ich pro­fili (zwłasz­cza na FB) for teh lulz. Zapeł­nia je w miarę praw­dzi­wymi danymi, więc i reko­men­da­cje tra­fiają do nich, a nie do ich fej­ko­wych konstrukcji.

      (Cytuj)

    • At 2010.11.05 14:42, Negrin said:

      nie można wymu­szać praw­do­mów­no­ści w dzie­dzi­nie, która w 100% opiera się na kłamstwie

      No ale tu też walisz emo hiper­bolą. Nor­mal­nie hiper­bolą jak w rekla­mie :> Nie wiem, jak więk­szość w miarę kuma­tych kon­su­men­tów reklamy, ale dla mnie w rekla­mie naj­waż­niej­sza jest infor­ma­cja, że pro­dukt ist­nieje. Nie uwie­rzę, że leczy raka — a ci, co uwie­rzą… No, nie chcę mówić, że sami są sobie winni (bo od tego dokład­nie dwa kroki do kor­wi­ni­zmu), ale dość trudno jest mi uzna­wać ich wielką naiw­ność za osta­teczny argu­ment prze­ciw reklamie.

      Bo wiesz, to tro­chę jak z gościem, który mówi lasce, że jest naj­pięk­niej­sza na świe­cie. Nor­malna reak­cja: lasce się robi miło, że gość tak dla niej poszedł w poezję. Nie­nor­malna reak­cja: laska kupuje, że fak­tycz­nie jest naj­pięk­niej­sza z ~3,5 mld kobiet na Ziemi. I tak samo z reklamą, która mówi, że nasze przy­człapy do bul­gu­la­tora są szczy­to­wym osią­gnię­ciem ludz­ko­ści. Roz­sąd­nie należy zało­żyć, że praw­dziwy mesydż tej reklamy to po pro­stu: nasze przy­człapy do bul­gu­la­tora są cał­kiem nie­złe i powi­nie­neś je kupić. Oczy­wi­ście na pozio­mie dosłow­nym ktoś skła­mał, że są szczy­to­wym osią­gnię­ciem ludz­ko­ści — ale czy naprawdę będziemy się o to oburzać?

      Więc tak: dla mnie naj­waż­niej­sza jest infor­ma­cja o ist­nie­niu pro­duktu. Jak zoba­czę bil­l­bo­ard nowych bato­nów z hasłem: “Zjedz, a będziesz dup­czył, ile wle­zie”, to nie łykam mesy­dżu dosłow­nie, tylko uznaję, że oto wypu­ścili nowego batona, więc może spró­buję — chyba że stwier­dzę, że reklama sek­si­stow­ska i nie­te­ges, więc nie zasłu­gują na moją forsę. Ale koniec koń­ców i tak w naj­gor­szym razie wydam 2 zł na tego batona raz, jeśli okaże się kijowy. A jak się okaże smaczny, to thank you, reklamo — bo bez cie­bie pew­nie nie wga­piał­bym się w półkę z bato­nami w poszu­ki­wa­niu nowo­ści, bo mam w życiu co robić. Z kolei jeśli idzie o stuff wyma­ga­jący inwe­sty­cji nie 2 zł ale 2000 zł, to po rekla­mie, która poin­for­muje mnie o ist­nie­niu pro­duktu, nie pójdę i nie kupię na próbę, ale zapa­mię­tam, że takie coś wyszło na rynek i ewen­tu­al­nie poszu­kam sobie wię­cej info na ten temat. Jeżeli to jest, nie wiem, nowy apa­rat cyfrowy, to jedyne, co w takiej rekla­mie może być z mojego punktu widze­nia be, to jeżeli poda nie­praw­dziwe para­me­try. Sure, jed­no­cze­śnie mogą pró­bo­wać mnie nabrać, że zro­bię nim super­o­stre zdję­cia w piw­nicy bez żarówki… ale to też już można by pod­cią­gnąć pod ściemę w żywe oczy. I jesz­cze trzeci przy­kład: bil­l­bo­ardy na mie­ście infor­mu­jące mnie, że otwo­rzyli nowy sklep z ciu­chami gdzieś tam. Jasna sprawa, że modele na fociach sprze­dają przy tym okre­ślony laj­fstajl, ale i tak naj­waż­niej­sze info to jest adres. Naj­gor­sze, co się może stać, to że dam temu skle­powi godzinę swo­jego czasu, żeby przy­je­chać, pocho­dzić mię­dzy pół­kami i stwier­dzić, że sam chłam. Bot­tom line: reklama (poza tą skraj­nie nie­uczciwą) kła­mie na jakimś tam powierz­chow­nym pozio­mie, ale opo­wia­da­nie, że “opiera się w 100% na kłam­stwie”… no ja Cię pro­szę. Baton z orze­chami i kar­me­lem ma orze­chy i kar­mel, apa­rat z 10 mega­pik­se­lami ma 10 mega­pik­seli, a sklep przy ul. Przy­krej 69 mie­ści się przy ul. Przy­krej 69. I teraz tak: jeśli pro­dukt jest do dupy, to żadna reklama go nie ura­tuje, bo zaraz pój­dzie nega­tywny word-of-mouth. Opo­wiem wszyst­kim zna­jo­mym, że baton sma­kuje jak skar­petki, apa­rat robi prze­żół­cone zdję­cia, a w ciu­chy z tego sklepu to tylko menel by się ubrał. Więc bez dobrego pro­duktu reklama zadziała na bar­dzo krótko. A jak będzie DRASTYCZNIE fał­szywa, to tym ostrzej­sza będzie zjebka szep­tana, bo deli­kwent jeden z dru­gim nie tylko będą narze­kać na słabą jakość pro­duktu, ale jesz­cze na to, że reklama obie­cała, że pro­dukt ule­czy raka, a zamiast tego zara­ził kiłą. No bo serio, czy tego Two­jego fry­zjera Twoje świetne promo by ura­to­wało, gdyby był do dupy? Baba przy­szłaby raz i już nigdy wię­cej — a fry­zjer potrze­buje, żeby do niego wracała.

      No więc jesz­cze raz: what’s the big deal?

      w życiu bym nie odpo­wie­dział prze­cząco na pyta­nie czy kupi­łem coś pod wpły­wem reklamy

      A to ma zna­cze­nie? Ważné, czy kupi­łeś chłam, czy coś faj­nego. Jak coś faj­nego, to thank you reklamo.

      (Cytuj)

      • At 2010.11.05 15:05, Gammon No.82 said:

        Nie wiem, jak więk­szość w miarę kuma­tych kon­su­men­tów reklamy, ale dla mnie w rekla­mie naj­waż­niej­sza jest infor­ma­cja, że pro­dukt istnieje.

        To nie rozu­miem twych zastrze­żeń wobec reklam kre­mów powięk­sza­ją­cych (i cze­go­kol­wiek innego). Można zro­zu­mieć, że już druga z nich mogła ci się wydać mono­tonna i męcząca, bo powta­rzała tylko infor­ma­cję z pierw­szej (że “ist­nieją kremy powięk­sza­jące”). Można zro­zu­mieć, że nie podo­bała ci się jej forma arty­styczna. Ale skąd te narze­ka­nia na gene­ralny ból w dupie? Prze­cież każda (każda nowa) reklama daje ci jakąś infor­ma­cję, że ist­nieje towar lub usługa dotąd ci nie znana.

        To ja już wolę swoją pry­mi­tywną, irra­cjo­nalną nie­chęć do reklam i mokrych psów.

        Jak zoba­czę bil­l­bo­ard nowych bato­nów z hasłem: “Zjedz, a będziesz dup­czył, ile wle­zie”, to nie łykam mesy­dżu dosłow­nie, tylko uznaję, że oto wypu­ścili nowego batona, więc może spróbuję (…)

        Jak sądzisz, czemu reklamy zazwy­czaj nie brzmią “niniej­szym infor­mu­jemy cię, że wypu­ści­li­śmy nowe X, więc jeśli chcesz, to spróbuj”?

        (Cytuj)

        • At 2010.11.05 22:47, Negrin said:

          To nie rozu­miem twych zastrze­żeń wobec reklam kre­mów powięk­sza­ją­cych (i cze­go­kol­wiek innego).

          Już tłu­ma­czy­łem: to dość natu­ralny ludzki odruch, że im reklama bar­dziej odda­lona od naszych zain­te­re­so­wań (czy wręcz naszej este­tyki, powiedzmy) i im wię­cej takiej reklamy, tym sil­niej­sza nega­tywna reak­cja. Gdyby prze­strzeń życiową hej­tera bato­nów wypeł­nić samymi adsami tychże, to też by pew­nie kur­wicy dostał.

          Jak sądzisz, czemu reklamy zazwy­czaj nie brzmią “niniej­szym infor­mu­jemy cię, że wypu­ści­li­śmy nowe X, więc jeśli chcesz, to spróbuj”

          Wiesz, nie musisz mi tego tłu­ma­czyć. Tyle że pozo­staje pyta­nie: kto co wynosi z reklamy, która oprócz infor­mo­wa­nia, że wypu­ści­li­śmy nowe X, dodaje jesz­cze, że jak sko­rzy­stasz z X, to będziesz praw­dziwy alpha male? Jeśli na Zenka działa per­spek­tywa bycia praw­dzi­wym alpha male, jeżeli naprawdę go kręci i będzie miał poczu­cie (choćby mega­złudne), że po uży­ciu X od razu ma dłuż­szego, to ja szcze­rze mówiąc nie widzę szcze­gól­nie nega­tyw­nych kon­se­kwen­cji takiej mani­pu­la­cji. A jeśli z kolei Bronka to nie kręci, cała pseu­do­co­oler­ska otoczka po nim spływa i inte­re­suje go tylko sama obec­ność X na rynku, to mani­pu­la­cja go nie ruszy, a reklamę potrak­tuje jako info. Co naj­wy­żej jeśli reklama este­tycz­nie mu się spodoba (w sen­sie że cle­ver piece of adver­ti­sing art), to chęt­niej kupi X, a jak go este­tycz­nie odrzuca, to nie kupi. Problem?

          (Cytuj)

          • At 2010.11.05 23:32, Gammon No.82 said:

            Już tłu­ma­czy­łem: to dość natu­ralny ludzki odruch, że im reklama bar­dziej odda­lona od naszych zain­teresowań (czy wręcz naszej este­tyki, powiedzmy) i im wię­cej takiej reklamy, tym sil­niej­sza nega­tywna reakcja.

            Rozu­miem. Lubisz być infor­mo­wany o róż­nych rze­czach, ale nie lubisz być infor­mo­wany o rze­czach, o któ­rych nie lubisz być informowany.

            Gdyby prze­strzeń życiową hej­tera bato­nów wypeł­nić samymi adsami tychże, to też by pew­nie kurwicy dostał.

            Po czym Sys­tem roz­po­zna hej­tera bato­nów, zanim mu pod­su­nie sper­so­na­li­zo­waną ofertę?

            Jeśli na Zenka działa per­spek­tywa bycia praw­dzi­wym alpha male, jeżeli naprawdę go kręci i będzie miał poczu­cie (choćby mega­złudne), że po uży­ciu X od razu ma dłuż­szego, to ja szcze­rze mówiąc nie widzę szcze­gól­nie nega­tyw­nych kon­se­kwen­cji takiej mani­pu­la­cji. A jeśli z kolei Bronka to nie kręci, cała pseu­do­co­oler­ska otoczka po nim spływa i inte­re­suje go tylko sama obec­ność X na rynku, to mani­pu­la­cja go nie ruszy, a reklamę potrak­tuje jako info.

            Nerwi cię info o Kre­mie Powięk­sza­ją­cym Koń­cówkę, ale zara­zem w rekla­mach suge­ru­ją­cych “Ten Baton Powięk­sza Koń­cówkę” widzisz po pro­stu nie­ner­wiące info o batonie?

            (Cytuj)

            • At 2010.11.06 10:54, Negrin said:

              Rozu­miem. Lubisz być infor­mo­wany o róż­nych rze­czach, ale nie lubisz być infor­mo­wany o rze­czach, o któ­rych nie lubisz być informowany.

              Argh. Ja to ja. Ale naprawdę nie wiesz, że ludźmi gene­ral­nie kie­rują różné motywy, w tym wza­jem­nie sprzeczne? Czyli np. z jed­nej strony: “reklamy są okej, bo dzięki rekla­mom wiem, co wpusz­czają na rynek”, a z dru­giej strony: “reklamy stuffu, na który mam wyje­bane, nie są okej”. I teraz rekla­mu­jący musi zna­leźć sweet spot mię­dzy tymi dwoma odczu­ciami: wyczaić, jakie reklamy Zenek chce oglą­dać, a jakich nie chce. Co wię­cej: przy sku­tecz­nej per­so­na­li­za­cji zwięk­szy się szansa, że Zenek prze­sta­nie ćwiczyć blind spot wzglę­dem reklam i zacznie na nie zer­kać, bo stam­tąd będą do niego wołać Przy­datne Rze­czy. A wtedy raz na 20 sper­so­na­li­zo­wa­nych adsów można mu wrzu­cić jeden nie­sper­so­na­li­zo­wany, pro­po­nu­jąc mu coś spoza bańki jego wyde­sty­lo­wa­nych zain­te­re­so­wań. Gdyby tych nie­sper­so­na­li­zo­wa­nych było 18 na 20, to by mu się włą­czył wkurw. Ale jak będzie 1 na 20, to raczej przyj­mie to przy­chyl­nie i w naj­gor­szym razie nie wykaże zain­te­re­so­wa­nia. C’mon, to naprawdę nie jest roc­ket surgery.

              Po czym Sys­tem roz­po­zna hej­tera bato­nów, zanim mu pod­su­nie spersonalizowaną ofertę?

              Po tym, że nigdy nie laj­kał (wer­sja FB) czy nie wyszu­ki­wał (wer­sja Google) bato­nów? Ani nawet — sze­rzej patrząc — innych sło­dy­czy z cze­ko­ladą? To zna­czy oczy­wi­ście to nie jest spo­sób na selek­cję nega­tywną hej­te­rów, ale na selek­cję pozy­tywną zio­mów lubią­cych batony. No i jeśli pro­du­cent bato­nów ma x bak­sów na opła­ce­nie reklamy, to ma sens, że naj­chęt­niej wyśle ją wprost do lubią­cych batony zamiast do loso­wych Zen­ków, któ­rzy może lubią batony, a może je mają w dupie.

              Nerwi cię info o Kre­mie Powięk­sza­ją­cym Koń­cówkę, ale zara­zem w rekla­mach suge­ru­ją­cych “Ten Baton Powięk­sza Koń­cówkę” widzisz po pro­stu nie­ner­wiące info o batonie? 

              Tro­chę jakby co innego, nie? Reklama Kremu Powięk­sza­ją­cego Koń­cówkę tylko Krem mi chcę sprze­dać — któ­rego za cho­lerę nie potrze­buję (nawia­sem mówiąc, spam to w ogóle skrajny przy­kład reklamy o przy­ze­ro­wej sku­tecz­no­ści i mię­dzy innymi dla­tego jest taki iry­tu­jący). A reklama batona chce mi sprze­dać batona, a _przy okazji_ laj­fstajla Dużej Koń­cówki. Poza tym nie powie­dzia­łem, że suge­stia powięk­sze­nia koń­cówki jest koniecz­nie nie­ner­wiąca. Tu znowu w grę wcho­dzi jakiś tam sweet spot: jeśli laj­fstaj­lowy mesydż jest słab­szy niż mesydż o bato­nie, to czuję, że reklama przede wszyst­kim sprze­daje mi batona i wszystko styka. Ale jeżeli mesydż laj­fstaj­lowy jest zbyt mocny i zbyt obcy dla mnie, tak że staje się nad­rzędny wzglę­dem samego batona, to zaczy­nam reago­wać nega­tyw­nie, bo pró­buje mi się sprze­dać laj­fstajl, który hejcę. Więc reklama do mnie nie tra­fia. Ale trafi do tych, któ­rzy taki laj­fstajl aku­rat chcą kupić. Problem?

              (Cytuj)

              • At 2010.11.06 12:27, Gammon No.82 said:

                Argh. Ja to ja.

                Eeee tam, Negrin to Negrin, tautologia.

                Czyli np. z jed­nej strony: “reklamy są okej, bo dzięki rekla­mom wiem, co wpusz­czają na rynek”, a z dru­giej strony: “reklamy stuffu, na który mam wyje­bane, nie są okej”. I teraz rekla­mu­jący musi zna­leźć sweet spot mię­dzy tymi dwoma odczu­ciami: wyczaić, jakie reklamy Zenek chce oglą­dać, a jakich nie chce. Co wię­cej: przy sku­tecz­nej per­so­na­li­za­cji zwięk­szy się szansa, że Zenek prze­sta­nie ćwiczyć blind spot wzglę­dem reklam i zacznie na nie zer­kać, bo stam­tąd będą do niego wołać Przy­datne Rze­czy. A wtedy raz na 20 sper­so­na­li­zo­wa­nych adsów można mu wrzu­cić jeden nie­sper­so­na­li­zo­wany, pro­po­nu­jąc mu coś spoza bańki jego wyde­sty­lo­wa­nych zain­te­re­so­wań. Gdyby tych nie­sper­so­na­li­zo­wa­nych było 18 na 20, to by mu się włą­czył wkurw. Ale jak będzie 1 na 20, to raczej przyj­mie to przy­chyl­nie i w naj­gor­szym razie nie wykaże zain­te­re­so­wa­nia. C’mon, to naprawdę nie jest roc­ket surgery.

                Czy wiesz, ile Sys­tem musiałby o nas wie­dzieć, żeby osią­gnąć ten prze­piękny efekt? I czy chcesz oddać Sys­te­mowi aż tyle wie­dzy o sobie, żeby to stało się możliwe?

                Ponadto — i to jest chyba naj­istot­niej­sze — owych Sys­te­mów będzie wiele, ale nadal nie będą miały wyłącz­no­ści na obróbkę two­jego jeste­stwa komu­ni­ka­tami. To zna­czy, że nadal będziesz bom­bar­do­wany reklamą stan­dar­dową. (Wiem wiem, wtedy dosta­niesz sper­so­na­li­zo­waną ofertę oku­la­rów z auto­ma­tycz­nym blind­spo­tem i odpo­wied­nio selek­tywny filtr do uszu)

                Po tym, że nigdy nie laj­kał (wer­sja ) czy nie wyszu­ki­wał (wer­sja Google) bato­nów? Ani nawet — sze­rzej patrząc — innych sło­dy­czy z cze­ko­ladą? To zna­czy oczy­wi­ście to nie jest spo­sób na selek­cję nega­tywną hej­te­rów, ale na selek­cję pozy­tywną zio­mów lubią­cych batony.

                A no wła­śnie. Do tego zmie­rza­łem. Ponie­waż selek­cja nega­tywna na tej zasa­dzie nie jest moż­liwa, Sys­tem od Reklam Sper­so­na­li­zo­wa­nych nie jest w sta­nie zabez­pie­czyć cię przed wkur­wem z reklam na tematy nie­chciane. Może naj­wy­żej ogra­ni­czyć się do papu­go­wa­nia two­ich dotych­cza­so­wych wybo­rów, co albo ma zerową war­tość infor­ma­cyjną (“dla­czego rekla­mują mi farby Talens, skoro ja i tak już uży­wam farb Talens?”), albo i tak może być źródłem wkurwu (“dla­czego rekla­mują mi farby van Gogh, prze­cież ja całe życie uży­wam farb Talens?”).

                No i jeśli pro­du­cent bato­nów ma x bak­sów na opła­ce­nie reklamy, to ma sens, że naj­chęt­niej wyśle ją wprost do lubią­cych batony zamiast do loso­wych Zen­ków, któ­rzy może lubią batony, a może je mają w dupie.

                W bazie danych będą naj­praw­do­po­dob­niej będą dane głó­nie o Zen­kach Abso­lut­nych Fan­bo­jach Bato­nów, czyli o tych Zen­kach, któ­rzy na soc­por­ta­lach regu­lar­nie zwie­rzają się z bato­no­ma­stur­ba­cji. Czy jesteś pewien, że kie­ro­wa­nie reklam bato­nów aku­rat do tej grupy jest dobre z punktu widze­nia sprze­daw­ców bato­nów? Pominę pyta­nie, czy to dobrze, że w tej gru­pie Zen­ków być może zwięk­szy się kon­sump­cja bato­nów, w końcu nie jeste­śmy Brud­nymi Har­rymi od enforcementowania.

                Tro­chę jakby co innego, nie?

                Podob­nie, jak Negrin w środę to tro­chę co innego, niż Negrin w poniedziałek.

                Reklama Kremu Powięk­sza­ją­cego Koń­cówkę tylko Krem mi chcę sprze­dać — któ­rego za cho­lerę nie potrzebuję

                Kremu jesz­cze nie potrze­bu­jesz. Ale skąd ta pew­ność, że nie potrze­bu­jesz infor­ma­cji o nim? Twój wkurw niczego nie dowo­dzi, bo może sta­no­wić tylko znak lęku przez zwi­sem nie­ubła­ga­nie nad­cho­dzą­cej sta­ro­ści :-P

                (nawia­sem mówiąc, spam to w ogóle skrajny przy­kład reklamy o przy­ze­ro­wej sku­tecz­no­ści i mię­dzy innymi dla­tego jest taki irytujący).

                Tak na serio to nie znam danych o sku­tecz­no­ści spamu. Nie wiem też, w sto­sunku do czego ją mie­rzysz (kosz­tów wysy­ła­nia maili przy uży­ciu bota? kosz­tów wrzu­ca­nia ulo­tek rekla­mo­wych do skrzy­nek pocz­to­wych? kosz­tów wci­ska­nia ulo­tek do ręki prze­chod­niom?) Przyj­mu­jąc, że masz rację, skąd się bie­rze spam? Czy jesteś pewien, że wszy­scy spa­me­rzy świata umie­rają z głodu, podob­nie jak ich zle­ce­nio­dawcy, a spam ist­nieje nadal tylko dla­tego, że następne gene­ra­cje kre­ty­nów nie­za­le­znie od poprzed­nich wpa­dają na ten sam kre­tyń­ski pomysł?

                A reklama batona chce mi sprze­dać batona, a _przy okazji_ laj­fstajla Dużej Koń­cówki. Poza tym nie powie­dzia­łem, że suge­stia powięk­sze­nia koń­cówki jest koniecz­nie nie­ner­wiąca. Tu znowu w grę wcho­dzi jakiś tam sweet spot: jeśli laj­fstaj­lowy mesydż jest słab­szy niż mesydż o bato­nie, to czuję, że reklama przede wszyst­kim sprze­daje mi batona i wszystko styka. Ale jeżeli mesydż laj­fstaj­lowy jest zbyt mocny i zbyt obcy dla mnie, tak że staje się nad­rzędny wzglę­dem samego batona, to zaczy­nam reago­wać nega­tyw­nie, bo pró­buje mi się sprze­dać laj­fstajl, który hejcę. Więc reklama do mnie nie tra­fia. Ale trafi do tych, któ­rzy taki laj­fstajl aku­rat chcą kupić. Problem? 

                Pro­blem. Bo w tej chwili zaczą­łeś cał­kiem mącić. Poda­jesz jakąś tam racjo­na­li­za­cję “jaką pro­por­cję słod­kiego batona do wiel­ko­koń­ców­ko­wego laj­fstajla musia­łaby zawie­rać reklama, żebym łyknął tę reklamę, po czym jesz­cze i samego batona”. A prze­cież punk­tem wyj­ścia było to, że ty trak­tu­jesz reklamy jako info o pro­duk­cie, a cała reszta to tylko oprawka od żarówki.

                Pominę już fun­da­men­talny pro­blem, jak niby mia­łaby dzia­łać reklama sper­so­na­li­zo­wana, żeby osią­gnąć efekt “Negrin będzie dosta­wał wyłącz­nie komu­ni­katy o pro­por­cjach mię­dzy mesy­dżem han­dlo­wym, a mesy­dżem laj­fstaj­lo­wym per­fek­cyj­nie dobra­nych pod Jego wyra­fi­no­wany umysł i smak artystyczny”.

                Prze­pra­szam, ale z dal­szej dys­ku­sji cał­ko­wi­cie się wyco­fuję. For­ma­to­wa­nie jest zbyt żmudne.

                (Cytuj)

              • At 2010.11.06 12:54, Gammon No.82 said:

                Tu miał być komen­tarz, który coś zja­dło. Uka­zał się na uła­mek sekundy i zniknął.

                (Cytuj)

      • At 2010.11.05 15:18, Marceli said:

        Więc tak: dla mnie naj­waż­niej­sza jest infor­ma­cja o ist­nie­niu pro­duktu. Jak zoba­czę bil­l­bo­ard nowych bato­nów z hasłem: “Zjedz, a będziesz dup­czył, ile wle­zie”, to nie łykam mesy­dżu dosłow­nie, tylko uznaję, że oto wypu­ścili nowego batona, więc może spró­buję — chyba że stwier­dzę, że reklama sek­si­stow­ska i nie­te­ges, więc nie zasłu­gują na moją forsę. Ale koniec koń­ców i tak w naj­gor­szym razie wydam 2 zł na tego batona raz, jeśli okaże się kijowy

        I w tym momen­cie jest już 1:0 dla reklamy, bo dałeś sobie wmó­wić, że pro­sta potrzeba — zjadł­bym, zostaje zmie­niona w — zjadł­bym batona. Ja nie mówię, ze nie będzie w nim obie­ca­nego kar­melu i orzesz­ków, jak rów­nież cze­ko­lady i cały będzie z tro­cin, ja tylko twier­dze, że rekla­mo­dawca suge­ru­jąc, że to wła­śnie baton jest odpo­wie­dzią na twoje zapo­trze­bo­wa­nie, już Cię jebie. Tak samo jak mój fry­zjer jebie panią u któ­rej ode­zwała się potrzeba bycia atrak­cyj­niej­szą, korzy­sta­jąc na wywo­ła­nym przez reklamę wra­że­niu, ze eks­tra­wa­ganc­kie koafiury mode­lek są czymś, co przy­daje atrakcyjności.

        Pod­sta­wowe kłam­stwo reklamy nie polega prze­cież na tym, że ofe­ruje ci coś nie­praw­dzi­wego, choć to się też zda­rza nagmin­nie, tylko na tym, że zaspo­kaja twoje pod­sta­wowe potrzeby przy pomocy absur­dal­nych środ­ków. Prze­cież pod­sta­wową odpo­wie­dzią na potrzebę zjadł­bym jest zjadł­bym cokol­wiek, to dopiero reklama musi ci wmó­wić, ze powi­nien to być baton, bóg mac albo stek z argen­tyń­skiej krówki maso­wa­nej sto­pami stu­let­nich gau­chos. Reklama wytwa­rza w odbiorcy potrzeby, które są mu zupeł­nie nie­po­trzebne i tu jest fakap. To prze­cież nie jest tak, ze do roz­rywki potrzebne mi jest plej­stej­szyn i pla­zma na pół pokoju, rów­nie dobrze mógł­bym sobie bez żadnych nakła­dów finan­so­wych zwa­lić gru­chę i czuć się rów­nie odprę­żony i roze­rwany, ale dzięki rekla­mie dałem sobie wmó­wić, że gra­nie na pleju to świetny spo­sób na spę­dza­nie czasu (i oczy­wi­ście tak jest, dosko­nale się bawię zdej­mu­jąc ze snaj­perki 50 Niemca danego dnia, ale to nadal nie jest coś, bez czego po chwili zasta­no­wie­nia nie mógł­bym się obejść i poświę­cić czas na napi­sa­nie Wiel­kiej Pol­skiej Powie­ści w Odcin­kach i z Obraz­kami). Reklama w pew­nym sen­sie okrada cie z natu­ral­nych odru­chów i reak­cji, zastę­pu­jąc je odru­chami i reak­cjami wywo­ły­wa­nymi sztucz­nie, przy pomocy róż­nych metod manipulacji.

        Oczy­wi­ście masz rację, że sfa­kany pro­dukt pole­gnie mimo reklam, a mocna nie­uczci­wość rekla­mo­dawcy znaj­dzie odpór w szep­tance, zanim jed­nak do tego doj­dzie, spora część ludzi kupi coś, co im jest tak naprawdę nie­po­trzebne. Bo juz nie mogą wró­cić do natu­ral­nych odru­chów, bo już za pro­duk­tem cią­gną się okre­ślone sko­ja­rzeni ide­olo i kul­tu­rowe, bo już jest tak, że jeśli chcesz być TYM (wpisz wyma­rzony arche­typ) to musisz mieć TO (wpisz obo­wiąz­kowy gadżet lub brand)

        (Cytuj)

        • At 2010.11.05 23:11, Negrin said:

          I w tym momen­cie jest już 1:0 dla reklamy, bo dałeś sobie wmó­wić, że pro­sta potrzeba — zjadł­bym, zostaje zmie­niona w — zjadł­bym batona.

          Oj weź daj żyć. Gdy­bym nie lubił bato­nów, to reklama w nic by mnie nie wkrę­ciła. Naprawdę nie wiem, jak bar­dzo bez­wolną istotą musiał­bym być (zresztą nie ja sam, ale w ogóle jakiś tam prze­ciętny deli­kwent), żeby reklama batona przy­kle­jała mi takiego bra­in­sluga do głowy. Jeśli już, to reklama batona X (naj­le­piej parę razy powtó­rzona, bo po jed­nej nie będzie imprintu i zaraz o tym zapo­mnę) działa na mnie tak, że jak już będę miał ochotę na batona, to spró­buję tego X, któ­rego ostat­nio rekla­mo­wali — zoba­czymy, czy dobry. Od “zjadł­bym” do “zjadł­bym batona” naprawdę długa droga, reklama or no reklama. Jeśli w ogóle nie lubię bato­nów albo jeśli nawet lubię, ale teraz to zjadł­bym świeżą sałatkę, to reklama batona X naprawdę po mnie spły­nie. A jeśli jed­nak nie spły­nie — jeśli nakłoni do kupna batona, mimo że wcze­śniej o nim nie myśla­łem — to zna­czy, że jed­nak pod­świa­do­mie jed­nak mia­łem ochotę. A reklama nie zrobi niczego dużo bar­dziej evil niż widok tego samego batona na półce. Ok, może być jesz­cze tak, że gene­ral­nie lubię batony, ale się odchu­dzam, a reklama zła­mała moją silną wolę — no ale tu aku­rat to naprawdę jest mój pro­blem, bo skoro sobie powzią­łem cel “nie wpier­da­lam ton cukru”, to już do mnie należy nie­ule­ga­nie pokusom.

          Tak samo jak mój fry­zjer jebie panią u któ­rej ode­zwała się potrzeba bycia atrak­cyj­niej­szą, korzy­sta­jąc na wywo­ła­nym przez reklamę wra­że­niu, ze eks­tra­wa­ganc­kie koafiury mode­lek są czymś, co przy­daje atrakcyjności.

          A nie przy­daje? Może w Twoim mnie­ma­niu — cynicz­nego copyw­ri­tera — nie przy­daje, ale w mnie­ma­niu pańci jed­nak naj­wy­raź­niej przy­daje, bo gdyby koafiury miała głę­boko w rzyci, to mógł­byś sobie długo pro­mo­wać. Dajmy na to zbun­to­wa­nej gran­dżówy na koafiurę w ten spo­sób nie namó­wisz. (A jak namó­wisz, to jesteś pan­buk i chcę Twoje dziecko). Jest jakaś tam grupa spo­łeczna, która chce wyglą­dać trendi z wypa­sioną fry­zurą, ciu­chem, czymś tam. Reklama może, owszem, wyko­rzy­sty­wać i pod­sy­cać to pra­gnie­nie, ale musi się wstrze­lić w coś, co już tam jest. I jeśli pań­cia ma hajs na tę koafiurę, a po wyj­ściu od Two­jego fry­zjera naprawdę będzie się czuła cool, to czy fry­zjer naprawdę ją wydy­mał? Czy może sprze­dał jej (choćby krót­ko­trwałe) zado­wo­le­nie? Że płyt­kie? Aku­rat ta pań­cia była płytka, ina­czej nie łyknę­łaby Two­jego promo, aai?

          To prze­cież nie jest tak, ze do roz­rywki potrzebne mi jest plej­stej­szyn i pla­zma na pół pokoju, rów­nie dobrze mógł­bym sobie bez żadnych nakła­dów finan­so­wych zwa­lić gru­chę i czuć się rów­nie odprę­żony i roze­rwany, ale dzięki rekla­mie dałem sobie wmó­wić, że gra­nie na pleju to świetny spo­sób na spę­dza­nie czasu

          Chrza­ni­cie, Drogi Kolego. Po pierw­sze idę o głowę, że to wcale nie reklama wmó­wiła Ci, że chcesz pleja. Nie reklama, ale samo ist­nie­nie kon­soli. To zna­czy: ist­nie­nie kon­soli, Twoja wie­dza o tym, co robi, Twoje dotych­cza­sowe doświad­cze­nia z grami (moż­liwe, że idące w dzie­się­cio­le­cia — tego aku­rat nie wiem) itd. Nie zrzu­caj wszyst­kiego na reklamę. Chcia­łeś mieć pleja, kręci Cię strze­la­nie do Niem­ców, to masz i strze­lasz. Nie mie­szaj potrzeb (as in, tych pod­sta­wo­wych) z pra­gnie­niami czy nawet zachcian­kami. Jak już zaspo­ko­isz pod­sta­wowe potrzeby, to masz pełné prawo robić (i kupo­wać) rze­czy, któ­rych “obiek­tyw­nie” nie potrze­bu­jesz. Jeśli twier­dzisz, że zamiast grać na PS3, mógł­byś fapać za friko, to rów­nie dobrze zamiast czy­tać książki mógł­byś fapać, zamiast oglą­dać filmy mógł­byś fapać, zamiast cho­dzić na kon­certy mógł­byś fapać — krótko mówiąc, zamiast płat­nych roz­ry­wek mógł­byś fapać. A jed­nak stać Cię finan­sowo na płatne roz­rywki, więc z nich korzy­stasz. Bynaj­mniej nie dla­tego (a w każ­dym razie nie tylko dla­tego), że reklama Ci kazała i że Ci coś wmó­wiła. Bez przesady.

          (Cytuj)

          • At 2010.11.06 10:32, Marceli said:

            Naprawdę nie wiem, jak bar­dzo bez­wolną istotą musiał­bym być (zresztą nie ja sam, ale w ogóle jakiś tam prze­ciętny deli­kwent), żeby reklama batona przy­kle­jała mi takiego bra­in­sluga do głowy.

            Ale ja Cię wcale prze­cież nie posą­dzam o bez­wol­ność, świę­cie wie­rzę, że masz dzie­siątki mecha­ni­zmów obron­nych, pre­fe­ren­cji i fobii, które chro­nią Cię przed kom­pul­syw­nym kupo­wa­niem pod wpły­wem reklam, co jed­nak nie zmie­nia dość pro­stego faktu, że (pozo­stańmy przy bato­nach i sałatkach)w momen­cie poja­wie­nia się potrzeby “zjadł­bym” auto­ma­tycz­nie zaczy­nasz się kie­ro­wać myślą, ku wytwo­rom zna­nym z reklamy — czy pój­dziesz do maca, czy kupisz sobie gorący kubek, czy bato­nika. Oczy­wi­ście będziesz twier­dził, że kie­ruje tobą smak, ape­tyt na coś (ja też będę tak twier­dził) — ale tu nigdy nie mam pew­no­ści. Bo:

            A reklama nie zrobi niczego dużo bar­dziej evil niż widok tego samego batona na półce

            który to widok nie jest niczym innym jak dal­szą reklamą. On naprawdę nie­przy­pad­kowo leży na wyso­ko­ści two­ich oczu, naprawdę nie­przy­pad­kowo ma dobrane kolory, liter­nic­two i slo­gany, naprawdę nie­przy­pad­kowo nie­sie ze sobą jakieś laj­fstaj­lowe dekla­ra­cje, o któ­rych w momen­cie samego zakupu możesz w ogóle nie pamię­tać, ale gdzieś cię już kie­dyś zame­miły, wżarły ci się w głowę i teraz tylko dys­kret­nie pod­szep­tują — prze­cież nie lubisz snic­ker­sów, weź marsa. Pyta­nie pod­chwy­tliwe — masz ulu­bioną markę wody?

            Reklama może, owszem, wyko­rzy­sty­wać i pod­sy­cać to pra­gnie­nie, ale musi się wstrze­lić w coś, co już tam jest. I jeśli pań­cia ma hajs na tę koafiurę, a po wyj­ściu od Two­jego fry­zjera naprawdę będzie się czuła cool, to czy fry­zjer naprawdę ją wydymał?

            To chyba tu mamy psa pogrze­ba­nego. Jak dla mnie reklama wytwa­rza potrzeby, od zaspo­ka­ja­nia ich jest pro­du­cent pro­duktu i to już jego broszka, czy robi to tak, by ludzie do niego wra­cali. Trzy­ma­jąc się potrzeby “atrak­cyj­no­ści” to nie cho­dzi o mój cynizm, który mi usil­nie wma­wiasz, mimo, że mam dobre kocha­jące ser­duszko dla wszyst­kich (no, pra­wie), tylko o świa­do­mość tego, że klient, jeleń, ofiara ma miliony spo­so­bów na pod­bi­cie swo­jej atrak­cyj­no­ści, nie mają­cych abso­lut­nie nic wspól­nego z wyglą­dem i solid­nymi nakła­dami finan­so­wymi, ale prze­staje je w ogóle zauwa­żać, zame­miony wizjami z reklam. Nasza hipo­te­tyczna pań­cia nie pomy­śli, że może wystar­czy­łoby po pro­stu czę­ściej się uśmie­chać, albo nie być wredną suką przy­naj­mniej 10 minut dzien­nie, ona ma już wkrę­cone, że atrak­cyj­ność to pasemka, bale­jaż i trwała i sama się w tym utwier­dza (pod dys­kret­nym wpły­wem setek ota­cza­ją­cych ją tre­ści, które usil­nie powta­rzają, że tak wła­śnie jest.) Czy będzie się czuła lepiej z nową fry­zurą — pew­nie tak. Czy będzie bar­dziej atrak­cyjna? pew­nie nie, ponie­waż nadal jest tą ponurą, wredną suką, która się nigdy nie uśmie­cha, a teraz ma pasemka.

            Po pierw­sze idę o głowę, że to wcale nie reklama wmó­wiła Ci, że chcesz pleja. Nie reklama, ale samo ist­nie­nie kon­soli. To zna­czy: ist­nie­nie konsoli,

            A skąd się niby dowie­dzia­łem o jej ist­nie­niu? Prze­cież, że wła­śnie przez reklamę — i to tę bez­po­śred­nią (trudno unik­nąć, nawet jak się prze­glą­dało tylko pece­towe strony z recen­zjami gier) i tą prze­fil­tro­waną przez “moje wia­ry­godne źródła” — blog Śledzia, blog Gonza, blog Bartsa. Oczy­wi­ście, to że gry są faj­nym spo­so­bem na spę­dza­nie czasu, to jest zało­że­nie pier­wotne, moja pre­fe­ren­cja, ale ona też prze­cież nie jest natu­ralna, ona też została wywo­łana reklamą i doświad­cze­niami wcze­śniej­szych lat, gdzieś na eta­pie C-64 i jest już ze mną tak długo, że mógł­bym ją uznać, za coś mojego, natu­ral­nego. Ale nie uznaję, wiem, że na któ­rymś eta­pie dałem sobie to wkręcić.

            Nie mie­szaj potrzeb (as in, tych pod­sta­wo­wych) z pra­gnie­niami czy nawet zachcian­kami. Jak już zaspo­ko­isz pod­sta­wowe potrzeby, to masz pełné prawo robić (i kupo­wać) rze­czy, któ­rych “obiek­tyw­nie” nie potrze­bu­jesz. Jeśli twier­dzisz, że zamiast grać na PS3, mógł­byś fapać za friko, to rów­nie dobrze zamiast czy­tać książki mógł­byś fapać, zamiast oglą­dać filmy mógł­byś fapać, zamiast cho­dzić na kon­certy mógł­byś fapać — krótko mówiąc, zamiast płat­nych roz­ry­wek mógł­byś fapać.

            Sta­ram się nie mie­szać, pró­buję tylko poka­zać, jak reklama zagra­biła te pier­wotne, instynk­towne — zjadł­bym, przed­up­czył­bym, zdrzem­nął­bym się two­rząc z nich kata­li­za­tory odpo­wie­dzialne za kupo­wa­nie okre­ślo­nych pro­duk­tów, oraz, jak cały czas stara się usil­nie wywo­ły­wać nowe pra­gnie­nia i zachcianki, nada­jąc im tę samą waż­ność, co instynk­tow­nym potrze­bom, wma­wia­jąc Tobie, mnie i nam wszyst­kim, że nie możemy się bez tego obejść.

            (Cytuj)

        • At 2010.11.05 15:24, Gammon No.82 said:

          P.s.

          Bot­tom line: reklama (poza tą skraj­nie nie­uczciwą) kła­mie na jakimś tam powierz­chow­nym poziomie

          Gdyby było prawdą, że reklama jest wyłącz­nie infor­ma­cją “X ist­nieje”, z pew­no­ścią miał­byś rację. Ale reklama pró­buje dzia­łać na zasa­dzie koniunk­cji “X ist­nieje i X jest super­fajne”. W tym momen­cie nie odwo­łuje się do Obiek­tyw­nego Wzorca Super­faj­no­ści (choćby dla­tego, że taki nie ist­nieje) — ona pró­buje samemu ten wzo­rzec wyznaczać.

          jeśli pro­dukt jest do dupy, to żadna reklama go nie ura­tuje, bo zaraz pój­dzie nega­tywny word-of-mouth. Opo­wiem wszyst­kim zna­jo­mym, że baton sma­kuje jak skar­petki, apa­rat robi prze­żół­cone zdję­cia, a w ciu­chy z tego sklepu to tylko menel by się ubrał

          Kło­pot polega na tym, że reklama stara się wyzna­czać obo­wią­zu­jący model bia­ło­ści (=nie­przy­żół­co­no­ści), nie­ob­cia­cho­wo­ści, nie­me­ne­lo­wa­to­ści itd.

          Sądzisz, że ty masz więk­szy wpływ na tryndy, okre­śla­jące który pro­dukt jest o.k., a który do dupy, czy zle­ce­nio­dawca, który wpa­ko­wał w reklamę pie­nią­dze, któ­rych nie zdo­łasz zaro­bić przez sześć następ­nych wcieleń?

          (Cytuj)

        • At 2010.11.05 14:46, Gammon No.82 said:

          Ale jeśli nie ma ciała enfor­cu­ją­cego, to może powinno powstać, zamiast burzyć się na reklamę jako taką. No po pro­stu nie kumam tego. 

          Ale czego nie kumasz? Tego, że mnie reklamy drażnią?

          Ja z kolei nie kumam zda­nia “jeśli nie ma ciała enfor­cu­ją­cego, to może powinno powstać, zamiast burzyć się na reklamę jako taką”. Prima facie wycho­dzi “ciało enfor­cu­jące, jeśli go nie ma, niech nie burzy się na reklamę jako taką, lecz niech powsta­nie”. Brzmi mhrocznie.

          (Cytuj)

          • At 2010.11.05 14:48, fan-terlika said:

            Nie, nie podoba mi się to. Raz, że w ogóle nie ma żadnych reklam pró­bu­ją­cych ana­li­zo­wać pro­file, a dwa, że prze­cież i tak żadne do cie­bie nie tra­fiają. Jak mamy hej­te­rzyć, to coś prawdziwego.

            (Cytuj)

            • At 2010.11.05 14:50, Gammon No.82 said:

              A czy to aby nie jest tro­chę tak, że z upły­wem lat ludzie (…) nabie­rają dystansu do reklamy? W sen­sie że prze­stają być bez­kry­tyczni and stuff.

              Ludzie z 1900 roku już nie są bez­kry­tyczni wobec reklam z 1900 roku, bo umarli. Reklamy z 1900 roku można teraz oglą­dać z dystansu, jako swego rodzaju dzieła sztuki pry­mi­tyw­nej. Nie wiem, czy media­nowy osob­nik jest w sta­nie “nabrać dystansu do reklamy”, o ile cho­dzi o reklamę aktu­alną. Gdyby tak było, reklama stra­ci­łaby swój sens, a sys­tem zawa­liłby się z hukiem.

              (Cytuj)

              • At 2010.11.06 10:02, Marceli said:

                Brzmi jak sztuka?

                Brzmi jak ZUO, korzy­sta­jące z narzę­dzi sztuki. (O, mam ana­lo­gię przed pierw­szą dzi­siej­szą kawą — pomię­dzy sztuką a reklamą jest ta sama prze­paść, co pomię­dzy astro­no­mią a astro­lo­gią. To, że korzy­stają z podob­nych narzę­dzi, wcale nie ozna­cza, że ta druga ma jaki­kol­wiek sens.)

                Mój ulu­biony kontrprzykład

                No ale gdzie tu kontr? Prze­cież to jest wła­śnie ładny przy­kład ZUA — bie­rzesz ogól­nie fajną, prze­wrotną ideę — że nie­na­wiść może być twór­cza i zamiast pozo­sta­wić ją w zawie­sze­niu, żeby rezo­no­wała w mózgach, spro­wa­dzasz to wszystko do jakie­goś try­wial­nego sma­ro­wi­dła do sil­ni­ków, czy paliwa i szczę­śli­wych kró­licz­ków. A cią­gnąc to samo hasło na polu sztuki dosta­jesz choćby sytu­acjo­ni­stów, któ­rzy szli pod takim samym hasłem i któ­rych dzia­ła­nia, czy tego chcemy czy nie, wciąż rezo­nują spo­łecz­nie i inte­lek­tu­al­nie 50 lat po ich ostat­nich wystą­pie­niach. Hasło użyte w rekla­mie żyło 5 minut, bo zostało oble­pione banal­nymi sko­ja­rze­niami i pozba­wione siły wyrazu, spro­wa­dzone do kró­licz­ków i kwia­tusz­ków nie­na­wi­dzą­cych brudu, a prze­cież siła stwier­dze­nia nie­na­wiść jest twór­cza i moż­li­wo­ści poka­za­nia tego są o wiele większe.

                (Cytuj)

              • At 2010.11.05 14:58, Barts said:

                Ej, ale to ktoś mi powie jak zro­bić Social Graph żeby były sznurki mię­dzy kółecz­kami czy nie? Bo mi nie działa. :(

                (Cytuj)

                • At 2010.11.05 15:39, Marceli said:

                  u mnie nor­mal­nie, sznurki są zaraz po odpa­le­niu, niczego nie grzebałem

                  (Cytuj)

                • At 2010.11.05 15:14, Gammon No.82 said:

                  Ale co z tym? 

                  Z?

                  (Cytuj)

                  • At 2010.11.05 16:31, miskidomleka said:

                    A reklamy gma­ila was w takim razie nie wku­rzają? Czy może przez nie pro­gra­mowo nie uży­wa­cie gmaila?

                    Bo to prze­cież pra­wie to samo co na fej­sie — tar­ge­to­wa­nie zga­dy­wane na pod­sta­wie jakichś tam pod­pa­trzo­nych przez auto­mat tre­ści. Podo­bień­stwo widzę też w tym, że fej­sowe są — tak jak gma­ilowe — wyświe­tlone w kolu­mience na pra­wym końcu okna, tam gdzie w korze wzro­ko­wej wypra­co­wał mi się już blind spot. Widzę je tylko, kiedy mi się przy­po­mni że są, i chcę z czy­stej cie­ka­wo­ści zoba­czyć na ile dobrze tar­ge­tują.
                    Nawia­sem mówiąc, skąpa aneg­do­tyczna evi­dence mówi mi, że FB robi to lepiej, jak­bym w przy­szłym tygo­dniu nie wyjeż­dżał, to może i sku­sił­bym się na kon­cert który mi nie­dawno zapo­dał FB.

                    I jesz­cze jedno — rozu­miem żal, kiedy świet­nie wyre­ży­se­ro­wana reklama odsysa idee i dre­nuje pomy­sły bo pro­muje appla, coca-colę lub mer­ce­desa zamiast rów­ność, bra­ter­stwo i wolne opro­gra­mo­wa­nie. Ale reklamy na fej­sie raczej nie odsy­sają wybit­nych pomy­słów reży­ser­skich, nie?

                    OT: podoba mi się, że sys­tem kom­ciów umie dzie­lić i prze­no­sić wyrazy, na pierw­szy rzut oka dobrze!

                    (Cytuj)

                    • At 2010.11.05 16:37, Marceli said:

                      A reklamy gma­ila was w takim razie nie wkurzają

                      Jakie reklamy gma­ila? WebMail Ad-blocker.

                      Ale reklamy na fej­sie raczej nie odsy­sają wybit­nych pomy­słów reży­ser­skich, nie?

                      Nie raczej nie. ale nadal ofe­rują zbędne produkty.

                      OT: podoba mi się, że sys­tem kom­ciów umie dzie­lić i prze­no­sić wyrazy

                      WP-Typography. Ale nie radzi sobie w tytu­łach notek, wykrzyk­nik albo caps potra­fią naro­bić spo­rego burdlu.

                      (Cytuj)

                      • At 2010.11.05 19:09, miskidomleka said:

                        Ale nie radzi sobie w tytu­łach notek, wykrzyk­nik albo caps potra­fią naro­bić spo­rego bur­dlu. (Cytuj)

                        Już tego nie lubię. Nisz­czy wyszu­ki­wa­nie na stronie.

                        (Cytuj)

                      • At 2010.11.05 16:56, miskidomleka said:

                        Jakie reklamy gma­ila? WebMail Ad-blocker.

                        A nie ma jesz­cze Face­Book Ad-Blocker?

                        (Cytuj)

                        • At 2010.11.05 16:58, Marceli said:

                          odpo­wiedź w notce: Abs­tra­hu­jąc od tego, że nie widzia­łem żadnej reklamy na fejs­buku, like, nigdy, nie licząc tych umiesz­cza­nych przez kogoś na profilach,

                          tyle, że wyma­gało to dość żmud­nego pro­cesu kaso­wa­nia każ­dej z nich ręcz­nie i zazna­cza­nia w odpo­wie­dzi na pyta­nie dla­czego to zro­bi­łem opcji że treść jest obraźliwa.

                          (Cytuj)

                        • At 2010.11.05 17:13, Gammon No.82 said:

                          P.s.

                          Ale się musi­cie zde­cy­do­wać, czy fle­ku­je­cie, bo chu­jowy mecha­nizm i źle poleca, czy odwrot­nie, omg, on za dużo o mnie wie, opony!!!

                          Jak wie za mało, to kijowo poleca, więc jest nie­uży­teczny. Żeby dobrze pole­cał, musiałby wie­dzieć o mnie wię­cej, niż ja sam, wtedy byłby nie­bez­pieczny. Cokol­wiek będziesz mak­sy­ma­li­zo­wał, efekt nie będzie dobry.

                          (Cytuj)

                          • At 2010.11.05 17:14, ludwigbodmer said:

                            Zna­czy ja się nie znam, ale dla­czego w żadnym z flej­mów nie poja­wia się nazwa ‘diaspora’?

                            (Cytuj)

                            • At 2010.11.05 17:19, Marceli said:

                              naj­pew­niej dla­tego, że nie znamy nikogo, kto by uzywał.

                              (Cytuj)

                              • At 2010.11.05 17:30, miskidomleka said:

                                tyle, że wyma­gało to dość żmud­nego pro­cesu kaso­wa­nia każ­dej z nich ręcz­nie i zazna­cza­nia w odpo­wie­dzi na pyta­nie dla­czego to zro­bi­łem opcji że treść jest obraź­liwa. (Cytuj)

                                To chyba wolę mój wypra­co­wany blindspot.

                                (Cytuj)

                                • At 2010.11.05 18:57, obly said:

                                  Prze­łóżmy to na dia­lekt FB
                                  “Lubię to, o jak bar­dzo to lubię”

                                  (Cytuj)

                                  • At 2010.11.05 19:47, Pijak said:

                                    WO jest na fej­zbuku czy tego chce czy nie http://www.facebook.com/pages/Wojciech-Orlinski/137382216285266?ref=ts

                                    ;o)
                                    mnie wla­snie ska­so­wali konto, bo im regu­la­minu nie wciagalem

                                    (Cytuj)

                                    • At 2010.11.05 20:57, adam said:

                                      wszystko zamyka sie w kregu fik­cyj­nych ofert skla­da­nych fik­cyj­nym wytwo­rom ergo fajs­buk jest potrzebny jak pryszcz na kuta­sie jesz­cze jedna zbedna rzecz wci­skana ludziom

                                      (Cytuj)

                                      • At 2010.11.05 21:06, bartoszcze said:

                                        Albo­wiem zala­tuje sier­ścią mokrego psa. 

                                        Co masz do sier­ści mokrego psa, zwłasz­cza dobrze wykąpanego?

                                        (Cytuj)

                                        • At 2010.11.05 21:47, tazz said:

                                          Zła sztuka kurzy się na zaple­czach gale­rii. Zła reklama jebie w oczy z płotu.

                                          You for­got wiel­kie łby Mito­raja np na Rynku w Krakowie.

                                          (Cytuj)

                                          • At 2010.11.06 11:13, Gammon No.82 said:

                                            You for­got wiel­kie łby Mito­raja np na Rynku w Krakowie. 

                                            Pochy­lamy się z tro­ską nad nie­szczę­ściem Kra­kowa, ale jed­nak nie każdy ma takiego pecha.

                                            Źle się zresztą wyra­zi­łem. Tam nie było kwan­ty­fi­ka­tora “Każda zła sztuka, zawsze się kurzy”.

                                            (Cytuj)

                                          • At 2010.11.05 22:04, wo said:

                                            pró buję sobie wyobra zić co FB mógłby uczy nić z wize run kiem WO i nie przy cho dzi mi do głowy nic co odbie ga łoby od tego, co do tej pory uczy niło z nim logo, hbo, kursy dobrego wycho wa nia, ba, nawet sam blog powi nien być poli go nem dla spe ców od reklamy. sło wem nic nowego, nic zdroż nego.

                                            Ale prze­cież w Logo, GWHBO pro­du­ko­wa­łem się za ka$ę (a na blogu się pro­du­kuję dla rado­chy bycia gdzie­kol­wiek Sur­ma­czem). Gdyby Zuc­ker­berg mi zapro­po­no­wał, dajmy na to, parę kafli za posia­da­nie konta na FB, to bym rze­czy­wi­ście mógł roz­wa­żyć. Ale za darmo? Spaduwa.

                                            Blip mnie pozy­skał za friko, ale to taki mile łech­cący moje ego perks: prawo do nie­re­gu­la­mi­no­wa­nego, dwu­li­te­ro­wego loginu. Dopiero wtedy się zgo­dzi­łem być na blipie.

                                            Pod­stawą jest przy­ję­cie para­dyg­matu, który stresz­czę tak: inter­nauto, to ty im robisz łachę, nie oni tobie. Niech ci zapłacą albo cho­ciaż dadzą coś faj­niej­szego od 10% zniżki na tiszerta.

                                            (Cytuj)

                                            • At 2010.11.06 00:58, tazz said:

                                              Ale prze­cież w Logo, i pro­du­ko­wa­łem się za ka$ę (a na blogu się pro­du­kuję dla rado­chy bycia gdzie­kol­wiek Sur­ma­czem). Gdyby Zuc­ker­berg mi zapro­po­no­wał, dajmy na to, parę kafli za posia­da­nie konta na , to bym rze­czy­wi­ście mógł roz­wa­żyć. Ale za darmo? Spaduwa.Blip mnie pozy­skał za friko, ale to taki mile łech­cący moje ego perks: prawo do nie­re­gu­la­mi­no­wa­nego, dwu­li­te­ro­wego loginu. Dopiero wtedy się zgo­dzi­łem być na blipie.

                                              No nie. Od Sur­ma­cza, przez kasę, do dwu­li­te­ro­wego ego.

                                              Pod­stawą jest przy­ję­cie para­dyg­matu, który stresz­czę tak: inter­nauto, to ty im robisz łachę, nie oni tobie. Niech ci zapłacą albo cho­ciaż dadzą coś faj­niej­szego od 10% zniżki na tiszerta. 

                                              Ile Ci zapła­cili za umiesz­cza­nie wo przed blip.pl?

                                              (Cytuj)

                                            • At 2010.11.05 23:20, Gammon No.82 said:

                                              Co masz do sier­ści mokrego psa

                                              Uni­kam jej.

                                              zwłasz­cza dobrze wykąpanego?

                                              Nie ist­nieje.

                                              (Cytuj)

                                              • At 2010.11.06 00:16, tazz said:

                                                Mogłem jej nawet nie widzieć, nie sły­szeć, ale ona już zro­biła swoje, prze­dzie­ra­jąc się do moich fil­tro­wa­nych i jakoś tam strze­żo­nych kana­łów — poprzez zna­jo­mych, przy­pad­kowe strzępki pod­słu­cha­nych tre­ści, wnio­ski wycią­gnięte pozor­nie samo­dziel­nie z neto­wych dyskusji.

                                                Sza­cun za ten stejt­ment. FFS jak czę­sto i jak wiele osób musi sobie wyryć na czole “nie kupuję rekla­mo­wa­nych!” by poczuć się lepiej.

                                                Pole do mani­pu­la­cji jest naprawdę nie­ogra­ni­czone, a te dobre reklamy (czyli złe w sen­sie evil) robią to naprawdę mistrzowsko.

                                                Brzmi jak sztuka?

                                                Ale są evil — sprze­dają pro­dukt, nie idee.

                                                Mój ulu­biony kontr­przy­kład.

                                                (Cytuj)

                                                • At 2010.11.06 13:01, Marceli said:

                                                  Tu miał być komen­tarz, który coś zja­dło. Uka­zał się na uła­mek sekundy i zniknął. 

                                                  spam­gu­pek zeżarł, prze­pra­szam, już działa.

                                                  (Cytuj)

                                                  • At 2010.11.06 16:27, o.o said:

                                                    Mar­celi,

                                                    co to za abso­lutne hej­to­wa­nie reklamy? prze­ciez, zeby daleko nie szu­kac, ten caly blog to reklama Cie­bie. nie cza­rujmy sie, robisz sobie dobrze przez wla­sna twor­czosc, tj zysku­jesz (wszystko jedno jak) po wytwo­rze­niu tego, czego np ja potrze­buje (ina­czej walil­bys do szu­flady). gwa­ran­tuje tez, ze kie­dys rekla­mo­wa­les sie nie mniej ambit­nie przed swoja nie­do­szla wtedy zona, robisz to, gdy szu­kasz zle­cen itd, itd.

                                                    komu­ni­ka­cja obli­czona na uzy­ska­nie efektu to reklama.
                                                    bez niej byl­bys dzi­siaj bar­dziej maszyna (lub komu­ni­sta abso­lut­nym) jak czlo­wie­kiem. klam­stwo jest zle, inten­cjo­nalne zlo jest zle — nie reklama.

                                                    dalej, jesli pochy­limy sie nad tym, ze Ty, my na reklame jeste­smy jakos odporni, a chcemy chro­nic innych, to Stary, nie badz jed­no­oso­bo­wym corpo, pomniej­szym bostwem i daj zyc innym jak chca/potrafia. chcesz dobrze dla ludzi, to prze­pro­wadz jed­nego sta­ruszka dzien­nie przez ulice, a nie zakazuj.

                                                    (Cytuj)

                                                    • At 2010.11.06 16:43, Marceli said:

                                                      co to za abso­lutne hej­to­wa­nie reklamy? prze­ciez, zeby daleko nie szu­kac, ten caly blog to reklama Cie­bie. nie cza­rujmy sie, robisz sobie dobrze przez wla­sna twor­czosc, tj zysku­jesz (wszystko jedno jak) po wytwo­rze­niu tego, czego np ja potrze­buje (ina­czej walil­bys do szu­flady). gwa­ran­tuje tez, ze kie­dys rekla­mo­wa­les sie nie mniej ambit­nie przed swoja nie­do­szla wtedy zona, robisz to, gdy szu­kasz zle­cen itd, itd.

                                                      E nie, blog to bar­dziej reklama innych, w zało­że­niu przy­naj­mniej, sta­ram się w sumie, zeby mnie było na tyle tylko, coby uwia­ry­god­nić — sobą — cała resztę.

                                                      Na tym zresztą polega dla mnie pod­sta­wowa róż­nica mię­dzy pole­ca­niem a reklamą — pierw­sze nie nie­sie żadnego zysku, poza jaki­miś abs­trak­cyj­nymi, że o, znajdą się ludzie z któ­rymi będę mógł przez chwilę poga­dać sobie o czymś (cudzym), co nam się podoba (lub nie);

                                                      w dru­gim twoja opi­nia mnie nie obcho­dzi, mam cie tak zma­ni­pu­lo­wać, żebyś łyknął to, co zapo­da­łem. Dla­tego do reko­men­do­wa­nia ani­ma­cji, fil­mów etc, wyko­rzy­stuję sie­bie, wie­dząc, ze jest ryzyko, ze weź­miesz mnie za ciula, który pró­buje ci wkrę­cać jakieś idio­tyczne kre­skówki czy inne bzdury, ale mając też świa­do­mość, że tylko sobą mogę uwia­ry­god­nić ten prze­kaz. Ina­czej byłby tylko reklamą — wma­wia­niem ci przez abs­trak­cyjną postać, że POWINIENEŚ coś obej­rzeć, bo ina­czej twój siu­siak będzie krót­szy, dziew­czyny na cie­bie nie spoj­rzą, spad­nie grad z żabami — bo musiał­bym w końcu zacząć ucie­kać się do takich chwy­tów. Dla mnie ist­nieje bar­dzo wyraźna gra­nica mię­dzy POLECANIEMREKLAMOWANIEM.

                                                      nie zaka­zuj

                                                      Gdzie tam, jestem jak naj­dal­szy od zaka­zy­wa­nia (1÷3 docho­dów), za to za jak naj­szer­szym roz­po­wszech­nie­niem narzę­dzi do kry­tycz­nego oglądu, bo tylko wtedy da się zro­bić tak, żeby reklama była lep­sza. nie bar­dziej sper­so­na­li­zo­wana, tylko bar­dziej praw­dziwa i potrzebna. to prze­cież nie jest tak, ze narzę­dzi rekla­mo­wych nie da się wyko­rzy­stać do sia­nia dobra.

                                                      (Cytuj)

                                                      • At 2010.11.06 17:39, O.O said:

                                                        no tak, tylko, ze wybie­ra­jac aku­rat ani­maj­cje X, a nie Y, dajesz swia­de­xtwo o sobie (co uwia­ry­gad­nia dal­sze wpisy). dwa, robisz to w jakims celu. co z tego, ze ten jest szczytny, skoro to wciaz — reklama (wg defi­ni­cji poda­nej powy­zej). 
                                                        pisze tylko tyle, ze cal­ko­wi­cie negu­jac reklame negu­jesz swoje poczy­na­nia.
                                                        pisze, ze reklama jest natu­ral­nym ele­men­tem naszego eko­sys­temu.
                                                        w koncu, chce powie­dziec, ze zapi­sy­wa­nie sie na fb i mysle­nie, ze ta usluga bedzie w pelni dar­mowa to ode­rwa­nie od rzeczywistosci.

                                                        znow zarzut ban­skiego o dre­naz kre­aryw­nych umy­slow powi­nien byc inny: w calej histo­rii ludz­ko­sci nikt nie zna­lazl lep­szego dla nich zaje­cia. sorry, ale swiat dziala tak, ze jedy­nym artysa, kt potrafi sie sam wyzy­wic jest rol­nik. kazdy inny swoja prace musi sprze­dac, aby zjesc obiad. 

                                                        a moze to bunt, ze pry­mi­tywny prze­kaz (pro­szek do pra­nia) jest silniejszy/efektywniejszy od wysu­bli­mo­wa­nych tresci/produktow, kto­rym poswie­ci­les zycie? 

                                                        ider łej, jak dla mnie na mkk moga byc reklamy, bo nie wydaje mi sie, abym mial inny spo­sob odwdzie­cze­nia sie za wkla­dana tu prace.

                                                        (Cytuj)

                                                        • At 2010.11.06 18:21, Gammon No.82 said:

                                                          a moze to bunt, ze pry­mi­tywny prze­kaz (pro­szek do pra­nia) jest silniejszy/efektywniejszy od wysu­bli­mo­wa­nych tresci/produktow, kto­rym poswieciles zycie? 

                                                          Noż­weś­kur nie wpro­wa­dzaj w gadkę stan­dar­dów onetowych.

                                                          (Cytuj)

                                                          • At 2010.11.07 16:03, O.O said:

                                                            panie Nozyce, jesli moj roz­mowca przmil­czal wpis, to albo go nie prze­czy­tal, albo zlal, albo poszedl prze­my­slec. kazda z tych opcji jest lep­sza jak robie­nie za sze­ryfa na cudzym podworku. 

                                                            inna rze­cza jest to, ze np ja sam wale fakami, kiedy nie moge sprze­dac wyni­kow swo­jej pracy, bo odbior­com bra­kuje wie­dzy, aby ja nale­zy­cie doce­nic (tj moja prace). sadzac po napie­ciu wtwo­jej wypo­wiedz, zga­duje, ze na moim miej­scu porow­nal­bys poziom oswiaty do onetu, a ja zaka­sam rekawy i ludzi douczam, co wszyst­kim wycho­dzi na dobre.

                                                            nastep­nym razem jakis pozy­tywny wzo­rzec prosze.

                                                            (Cytuj)

                                                    • At 2010.11.07 20:06, Chcemisiesiku said:

                                                      Paris, je t’aime” też ma ponie­kąd miłość w tytule (choć to miłość fran­cu­ska) a imho bar­dzo dobre jest.

                                                      (Cytuj)

                                                      • At 2010.11.07 23:59, dirk said:

                                                        to prze­cież nie jest tak, ze narzę­dzi rekla­mo­wych nie da się wyko­rzy­stać do sia­nia dobra. 

                                                        Bio­rąc pod uwagę Twoje wcze­śniej­sze stwier­dze­nie, że reklama jest struk­tu­ral­nie oparta na kłam­stwie, to jed­nak nie. Owszem, można np. pro­mo­wać pozy­tywne zacho­wa­nia spo­łeczne i wtedy mamy pozy­tywny, kon­struk­tywny cel, ale reali­zo­wany za pomocą mani­pu­la­cji. Może i z tego siewu wzro­śnie prze­lot­nie coś dobrego, ale rekla­miar­ski nawóz zawsze będzie tok­syczny, zawsze będzie nisz­czyć glebę (czyli ryć ludziom w gło­wie).
                                                        Pozdro­wie­nia dla wszyst­kich, któ­rzy są już tak zain­fe­ko­wani, że wszystko dookoła wydaje im się reklamą. Pozdro­wie­nia dla wszyst­kich, któ­rym się wydaje, że na reklamę są uod­por­nieni. Szcze­gólne pozdro­wie­nia dla O.O., który sądzi, że bez reklamy był­bym bar­dziej maszyną niż czło­wie­kiem (mrok mroków)

                                                        (Cytuj)

                                                        • At 2010.11.09 11:28, O.O said:

                                                          skad ta potrzeba ironizowania?

                                                          ubie­rasz sie na randke. decy­du­jesz sie na mary­narke a czy b? juz samo to, ze masz mozli­wosc wyboru swiad­czy o tym, ze chcesz efek­tyw­niej zmier­zac do celu. to jest reklama — tylko na mala skale. na duza — nic sie nie zmie­nia, sa tylko wiek­sze srodki na ten cel prze­zna­czone.
                                                          to samo robia inne zwie­rzeta, to ele­ment doboru naturalnego.

                                                          reklama jest tro­che jak powie­trze, ist­nieje ‘bo tak’. mowimy o nim, ze jest przy­jemne, szko­dliwe, czy­ste itp. ale nego­wa­nie jego obec­no­sci wery­fi­kuje wycieczka w prozni.

                                                          chyba, ze chcial­bys dac wszyst­kim rowne szanse. wiesz, jed­na­kowy wyglad, iden­tyczny stroj, ta sama glowa. jak na hali mon­ta­zo­wej, tam nikt nie musi sie reklamowac.

                                                          (Cytuj)

                                                        • At 2010.11.08 19:18, wanila.ajs said:

                                                          Ale sama idea sper­so­na­li­zo­wa­nia jest tro­chę nie­ja­sna. Powiedzmy, że Wielki Per­so­na­li­za­tor zauwa­żył, że od lat, sto­sun­kowo czę­sto, kupuję farby akry­lowe. Co w takim razie miałby mi sper­so­na­li­zo­wa­nie reklamować?

                                                          Bo tobie się wydaje, że per­so­na­li­za­cja to zna­czy stricte “pod cie­bie”, a to bzdura. Per­so­na­li­za­cja opiera się na kore­la­cjach i zależ­no­ściach odnaj­do­wa­nych w wiel­kich zbio­rach danych, a byś się zdzi­wił, jakie zależ­no­ści i kore­la­cje potrafi ziden­ty­fi­ko­wać nowo­cze­sne opro­gra­mo­wa­nie do data miningu. Może oka­zać się, że 74% ludzi, któ­rzy kupili w ostat­nim mie­siącu farby akry­lowe lubi piwo, a z tego 66% przed­kłada ciemne piwo nie­pa­ste­ry­zo­wane nad lagera i w związku z tym warto do nich ude­rzyć z reklamą nowego ciem­nego. Z tego tylko połowa reklam trafi fak­tycz­nie na osobę zain­te­re­so­waną, ale połowa hitów to marze­nie każ­dego rekla­mo­dawcy. Tego typu dane są bez pro­blemu do wycią­gnię­cia — przy wspar­ciu dobrego softu i odro­bi­nie pomy­ślunku — z bez­den­nych baz danych hiper­mar­ke­tów, kto wie co można odkryć w pół­mi­liar­do­wej bazie użyt­kow­ni­ków facebooka.

                                                          (Cytuj)

                                                          • At 2010.11.09 08:12, Śledziu said:

                                                            Może i mikro­ce­le­bryta, ale powięk­szać sobie niczego nie muszę, har, har, har.

                                                            (Cytuj)

                                                            • 49 old comments are not displayed. Click to display all comments
                                                            (Required)
                                                            (Required, will not be published)

                                                            Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.