Perfect biopic for Wiki Generation

Categories:  Cinema Torrent

/100% fan wank. Con­si­der Your­self Warned./

Zobacz­cie J. Edgara, bo takiego kina się już nie robi. Bo takie kino może zro­bić tylko 82 letni sta­rzec, który przez ostat­nie 60 lat nie scho­dził z planu. Tylko Clint może wykre­ować znie­na­wi­dzoną przez pra­wo­myśl­nych Ame­ry­ka­nów Emmę Gold­mann na naj­więk­szą ikonę oby­wa­tel­skiego nie­po­słu­szeń­stwa (i zaj­muje mu to słow­nie 45 sekund, mie­ści się w dwóch zale­d­wie uję­ciach) i tylko on potrafi kom­plet­nie zmie­nić zna­cze­nie iko­nicz­nego, czar­nego gar­ni­tur agenta, poka­zu­jąc kry­jące się za nim homo­sek­su­alne tęsk­noty i wyparcia.

Jara­łem się na ten film od momentu pierw­szych wzmia­nek (które poja­wiły się hmmm, dobrych dzie­sięć lat temu, jak nie wię­cej) i dosta­łem dokład­nie to, czego chcia­łem — old­sku­lowo popro­wa­dzoną histo­rię, zro­bioną przez reży­sera w pełni świa­do­mego wszyst­kich mecha­ni­zmów i for­mal­nych chwy­tów kina, opo­wia­da­jąca o czło­wieku, który miał spore zadatki na dru­giego Hitlera i stoi u źródeł każ­dej poje­ba­nej para­noi, spra­wia­ją­cych, że Land of the Free and Brave zmie­nił się w ostat­nich deka­dach w Land of the Fre­aks and Bullshit.

(zmiany w sto­sunku zwy­czaj­nego czło­wieka z pery­fe­rii Europy do Sta­nów Zjed­no­czo­nych — klik w obra­zek — wyja­śnia kol. Rad­ko­wiecki.)

Z naj­więk­szego pro­blemu — jak zmie­ścić w 2 godzi­nach opo­wieść o gościu, który przez pół wieku trzy­mał za mordę cały kraj — stary dzia­dek Eastwood i jego sce­na­rzy­sta wycho­dzą w naj­prost­szy z współ­cze­snych spo­so­bów — ekra­ni­zu­jąc dwa arty­kuły z Wiki­pe­dii: J. Edgar HooverLind­bergh Kid­nap­ping. Oczy­wi­ście momen­tal­nie pod­niósł się mam­rot obu­rzo­nych, że jak tak można, taką skom­pli­ko­waną postać i tyle czasu spro­wa­dzić do paru wyryw­ków, pan Bóg Clint jed­nak po raz kolejny udo­wad­nia, że jak się jest geniu­szem kina, to można wszystko, nawet ekra­ni­zo­wać Wiki. Nie wycho­dząc nawet na chwilę poza powierz­chowne infor­ma­cje, które więk­szo­ści ludzi młod­szych od niego o 50 lat zastę­pują wie­dzę, utrzy­mu­jąc w pełni lekko skan­da­li­zu­jący ton ency­klo­pe­dycz­nego arty­kułu, który bar­dziej sku­pia się na nie­okre­ślo­nych upodo­ba­niach ero­tycz­nych Hoovera niż na jego poli­tycz­nej karie­rze, two­rzy rewe­la­cyj­nie wcią­ga­jącą fabułę o karie­rze nadam­bit­nego urzęd­nika, któ­remu marzyło się pań­stwo tota­li­tarne i któ­rego marze­nie zdaje się w pełni speł­niać w 40 lat po jego śmierci.

YouTube Preview Image

Jest w tym fil­mie stale wra­ca­jący refren: kolejni pre­zy­denci prze­jeż­dżają całymi kawal­ka­dami pod oknami waszyng­toń­skiej sie­dziby FBI, a sto­jący na bal­ko­nie Hoover, któ­remu zgro­ma­dzony na dole tłum nie poświęca ani chwili uwagi, uśmie­cha się dobro­tli­wie jak Benito Mus­so­lini i wraca do swo­jej roboty: wykań­cza­nia komu­chów, pało­wa­nia czar­nych, zmie­nia­nia prawa, tak by można było depor­to­wać wła­ści­wie każ­dego, wła­ści­wie za nic lub za przy­sło­wiowy krzywy ryj. Ci śmieszni kole­sie w limu­zy­nach, pozdra­wia­jący oby­wa­teli rado­snym macha­niem nie mają dla niego żadnego zna­cze­nia, za ple­cami ma parę sza­fek wypeł­nio­nych aktami, które są w sta­nie znisz­czyć każdą osobę mającą jakie­kol­wiek zna­cze­nie w pań­stwie. To dla niego zupeł­nie natu­ralne, że musi o nich wie­dzieć wszystko i mieć ich ska­ta­lo­go­wa­nych naj­le­piej według kry­te­rium ulu­bio­nej per­wer­sji sek­su­al­nej, bo to w końcu on i tylko on odpo­wiada za bez­pie­czeń­stwo kraju i byle dupek wybrany przez jakichś ćwoków w czymś tak idio­tycz­nym jak wybory, nie będzie mu mie­szał w pla­nach. No i wła­ści­wie żaden nie mie­szał poza duetem Ken­ne­dych — a jak się to dla nich skoń­czyło, poka­zują od 50 lat tele­wi­zje na całym świe­cie. Aż do śmierci w wieku 77 lat Hoover był nie­na­ru­szalną potęgą, naj­wyż­szą wła­dzą w pań­stwie, a Clint robi wszystko, żeby poka­zać, jak bar­dzo to znisz­czyło Ame­rykę i Ame­ry­ka­nów, któ­rych dzi­siej­sza wer­sja nie dora­sta do wyobra­żeń, które przez całe swoje życie pro­pa­go­wał. Kręci ame­ry­kań­ski “Upa­dek”, ale podob­nie jak Niemcy ekra­ni­zu­jący ostat­nie dni Hitlera, potrafi zoba­czyć czło­wieka w skurwysynu.

Przy oka­zji wydo­by­wa­jąc z DiCa­prio ślady aktor­skiego geniu­szu, któ­rego ten nie poka­zy­wał chyba od cza­sów Catch Me If You Can. Niby znowu jest to Leonardo gra­jący total­nego świra, ale pod prze­wod­nic­twem Clinta jest to zupeł­nie inny świr, niż ci do któ­rych przez lata przy­zwy­cza­jał widow­nię. Tym razem nie ma w nim niczego wido­wi­sko­wego, nie wije się, nie jęczy, nie ma emo­cjo­nal­nych napa­dów, nie patrzy się pustym wzro­kiem w prze­strzeń. Tym razem gra czło­wieka, który przez całe życie jedzie na cichym wkur­wie, na czy­stej nie­na­wi­ści do wszyst­kiego, co nie­ame­ry­kań­skie i na obrzy­dze­niu do samego sie­bie oraz swo­ich nie­okre­ślo­nych homo­bi­trans­bó­gwie­ja­kich sek­su­al­nych skłon­no­ści. Hoover DiCa­prio to facet dla któ­rego naj­waż­niej­szy jest publiczny wize­ru­nek (oraz to, czy akcep­tuje go mamu­sia — kolejne dosko­nałe parę minut Judi Dench), poli­tyk, który zrobi wszystko, by w oczach opi­nii publicz­nej ucho­dzić za jedy­nego spra­wie­dli­wego, nie­zbo­czo­nego, pra­wo­myśl­nego i naj­praw­dziw­szego Ame­ry­ka­nina. Łącznie z cał­ko­witą rezy­gna­cją z życia sek­su­al­nego i wszyst­kich przy­jem­no­ści poza wyści­gami kon­nymi. Ten Hoover jest złem sku­pio­nym w stu pro­cen­tach na byciu złem w imie­niu jakie­goś z dupy­wy­ję­tego, kom­plet­nie wypa­czo­nego “wspól­nego dobra”.

Tylko Clint potrafi opo­wie­dzieć taką histo­rię się­gają po mistrzow­sku po naj­prost­sze, kla­syczne chwyty: klamrę wywiadu pod­sta­rza­łego Hoovera z mło­dym agen­cyj­nym PRow­cem, ryt­miczne retro­spek­cje i usta­wia­nie akto­rów przed lustrem, żeby prze­ży­wali swoje wewnętrzne roz­terki. Tra­dy­cyjna, trzy­ak­towa opo­wieść, żadnych wymyśl­nych sztu­czek for­mal­nych, film głów­nie o ludziach w gar­ni­tu­rach, któ­rzy dużo cho­dzą pie­szo i mnó­stwo gadają, ale w każ­dej sce­nie jest taki ogrom napię­cia i tyle dro­bia­zgów poukry­wa­nych gdzieś na mar­gi­ne­sach, że fil­mo­znawcy, jak tylko wresz­cie zro­zu­mieją reży­ser­ski geniusz Eastwo­oda, będą roz­kra­wali ten film kawa­łek po kawałku, jak naj­lep­sze doko­na­nia Wel­lesa, Wil­dera czy Hitchcocka.

I może Ame­ryka też w końcu doro­śnie kie­dyś do tego, żeby słu­chać, co Clint do niej mówi.

17 osób uznało, że da się to czy­tać.

8 komentarzy

  • At 2012.02.12 15:45, kubu said:

    Tekst o ekra­ni­za­cji wiki prze­piekny, ale… nie do konca rozu­miem to kre­ce­nie nosem na zaste­pu­jace wie­dze “powierz­chowne infor­ma­cje” w nastep­nym zda­niu. Naprawde myslisz, ze kazdy powi­nien miec pogle­bione wie­dze na kazdy temat? ;P

    (Cytuj)

    • At 2012.02.12 15:55, Marceli said:

      Nie, nie, zupeł­nie nie. Ten film wła­śnie poka­zuje, że jeśli się wie, co zro­bić z takim mate­ria­łem wyj­ścio­wym, to można naprawdę dużo. To jest wła­śnie zaje­bi­ste — jak masz jakiś histo­ryczny back­gro­und na temat Hoovera, to po kątach tego filmu są przy­cza­jone miliony smacz­ków i dro­bia­zgów, z któ­rych dałoby się zro­bić kolejne 2 godzinne piękne histo­rie; a jak nie masz — to te infor­ma­cje, które prze­ka­zuje Wiki, a za nią fabuła filmu w zupeł­no­ści wystar­czą, żebyś mógł sobie wyro­bić opi­nię na temat postaci Hoovera.

      (Cytuj)

    • At 2012.02.12 23:14, kolega Tetrix said:

      A teraz jesz­cze raz mi przy­po­mnij, dla­czego upo­rczy­wie twier­dzisz, że nie lubisz Ell­roya, hę?

      (Cytuj)

      • At 2012.02.12 23:18, Marceli said:

        nobo łon, jak mu się koń­czy Wiki (albo książki z epoki), zaczyna prze­pi­sy­wać mapę i książkę tele­fo­niczno. Ni ma dyna­miki na yel­low pages.

        (Cytuj)

        • At 2012.02.13 08:14, kolega Tetrix said:

          1. Nie.
          2. Yo’ mama.
          Mapy i książki tele­fo­niczne są na mar­gi­ne­sach raczej, prze­cież. Zupeł­nie, by wyglą­dało, jak u Eastwooda.

          (Cytuj)

      • At 2012.02.13 14:17, fan-terlika said:

        tak zupeł­nie na mar­gi­ne­sie, bo film piękny indeed, ale zupeł­nie mi nie wcho­dzą te ich ben­ja­min­but­to­nowe posta­rze­nia, cią­gle bieda jak z finały 6fu albo jak z reklam Zobacz Jak Twoi Zna­jomi Będą Wyglą­dali Za 40 Lat

        (Cytuj)

        • At 2012.02.13 14:45, Marceli said:

          Ina­czej: Helen — świetna cha­rak­te­ry­za­cja, Hoover — jest nie­źle, cho­ciaż mogło być lepiej, Tol­son — kom­pletna porażka.

          (Cytuj)

        • At 2012.02.23 10:45, Mariusz Herma said:

          Obej­rza­łem, podo­bało się. Posta­rze­nia też mnie na początku odrzu­cały, ale to kwe­stia paru scen. Leonardo ma jakąś nie­for­tunną charakteryzację/światło w pierw­szej sta­rej sce­nie, potem jest lepiej.

          (Cytuj)

          (Required)
          (Required, will not be published)

          Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.