Dekada Skinnera
Categories: Dźwięki
But then growing to an adult is just learning the language
Of explaining with words what you were as a baby
Jest rok 2002, mam 25 lat, dobrze się bawię na studiach, moja przyszłość jest już w miarę ustalona i to raczej pewne, że w ciągu trzech, czterech lat będę jednym z tych młodych rzutkich i kreatywnych wykładowców akademickich, którzy siedzą upaleni w beton na sali wykładowej i skubiąc katatonicznie rąbek sztruksowej marynarki z łatami na łokciach, patrzą na studentów, myśląc What the fuck i’m doing here?! i próbują im wytłumaczyć, czym się różni semantyka od semiologii. Po nocach tyram na etacie i, będąc skazanym na radio, trafiam jakąś na
Muzycznie tkwię wtedy w apogeum pojebania jazz-noisowego, słucham głównie Painkillerów, Zorna i co tam tylko wpadnie w łapy z logiem Tzadika, a biały hip-hop ogranicza się w moim mniemaniu do Beastie Boysów, no bo nie da się mieć 25 lat i nie uwielbiać BBoys. I nagle jakiś koleś, rok młodszy ode mnie, zaczyna rzucać takimi tekstami:
Two empty takeaways ashtrays and remains of the day stoned
Pick a bottle off the table, peel the label tell a fable
Offer opinion for free and a solution to the latest big news story
Football and smut daily as I ponder winning the lottery
Buy a drink, chat to a lady, the girls well fit definitley, not maybe, she’s rude I’d shag
her and make tea right there
Przykuwa uwagę, głownie ściemnionym cockney’em ale jeszcze nie na tyle, żebym się zajarał kompletnie. Wtedy system na ogarnianie popu mam w miarę prosty — jeśli trzy kawałki danego wykonawcy podejdą mi słyszane w radio, to idę, kupuję płytę w pobliskim empiku. Mija parę miesięcy, trafiam na Don’t Mug Yourself i wreszcie, z tego samego radia, dociera do mnie
I ok, jestem ugotowany. Kolezka rymuje po angielsku o moim życiu dużo lepiej niż ja byłbym w stanie po polsku.
Turn left up the street
Nothing but grey concrete and dead beats
Grab something to eat
Maccy D’s or KFC
Only one choice in the city
Płyta nie wypada z discmana przez parę miesięcy, Let’s Push Things Forward zostaje na dobrych kilka tygodni moim kawałkiem pobudkowym, ustawionym w pracy, jako alarm na wieży, żeby budził mnie o 6 rano, nim pojawi się dzienna zmiana, zapamiętuję nazwisko — Skinner, Mike Skinner, no i tak, właściwie zostaję fanem, to już oficjalne.
Dwa lata później: po napisaniu pierwszego rozdziału doktoratu, wpadam w tryb: pierdolę, nie robię, przecież go sobie kupię w prezencie na 40 urodziny i będzie to samo, w końcu i tak tylko chodzi o wabik na młode, rozgarnięte panny. Dzięki czemu moja przyszłość przestaje wyglądać tak różowo i rzucam się w wir biznesu księgarskiego. Co w ogólnym rozrachunku okazuje się najbardziej pojebanym pomysłem na skomplikowanie sobie życia, jaki kiedykolwiek miałem, ale o tym jeszcze nie wiem. Za to brytolski koleżka z Birmingham doskonale zdaje sobie z tego sprawę, nagrywając dokładnie w tym samym czasie concept album o tym, że życie częściej bywa przejebane, niż nie. Z początku, nim rozpakuję zzipowany plik, mam lekkie obawy, no bo jednak koncepcja concept albumu kojarzy mi się niezmiennie z wyrzygliwym pitoleniem spod znaku King Crimson, a jedyna dobra płyta, jaką znam i spełnia wszystkie wytyczne to Kristallnacht Zorna, której jednakowoż się trochę boję. Nic to, odpalamy, w końcu to Skinner przecież, co może pójść źle?
Okazuje się, że nic. Tak zupełnie i po prostu, drugi album The Streets okazuje się absolutnym arcydziełem. Po dwóch dniach naokrągłego słuchania mam go na zawsze wbity w mózg, z tekstami, skitami i melodiami, cytuje mi się kompulsywnie w rozmowach z ludźmi i w ogóle zapominam, że jest jakakolwiek inna muzyka. Muzycznie już jestem na etapie, który trwa do dzisiaj, kapelom bez Murzynów i rozbujanych bitów mówię na wstępie wypierdalać i z rzadka jakiś białas do mnie trafia, chyba, że jest cyborgiem i obsługuje maszyny hałasu, a Skinner częstuje mnie płytą, która nie dość, że buja, jak najlepsze nagrania Roots Manuva, to jeszcze tekstowo miażdży na każdym możliwym poziomie
Dry your Eyes, It Was Supossed to be Easy, Blinded by Lights, wstępna opowieść, o straconym tysiącu funtów, Fit but You Know it — każdy kolejny kawałek to niesamowity banger i jeszcze niesamowitsza umiejętność zmiany codziennych wkurwów i irytacji, na rymy, które momentalnie zapadają w pamięć
Where’s my phone have I got it, Oh this is a crock of shit
I lost the fucking thing, oh here it is in my pocket
But the batteries nearly flat, gotta call quick snap
Aww shit, the battery is flat
Today I’ve achieved absolutely nought
In just being out of the house, I’ve lost out
If I wanted to end up with more now
I should’ve just stayed in bed, like I know how
Biegam jak pojebany po tej księgarni, mamrocąc po nosem
I would actually much prefer to just sit here and chill
Roaching a spliff, watching East Enders or the Bill
i właściwie już nawet nie jestem fanem Skinnera, tylko wyznawcą, religijnym pojebem, każda linijka z Grand Don’t Come for Free ma imprimatur OTO SŁOWO BOŻE i pierwszy raz w życiu rozważam ideę pierdolnięcia tym wszystkim, wskoczenia w pociąg i pojechania nad morze, gdzie na Openerze, Skinner miał się pojawić po raz pierwszy live w Polsce. Plan oczywiście nie wypala, bo nad morze polskie to ja mogę ewentualnie tylko wtedy, gdy wszystkie inne kierunki ewakuacji zostaną zablokowane przez hordy radioaktywnych zombie, ale właściwie już w 2006 roku mam album dekady i ta opinia pozostaje niezmienna do dziś.
Mijają kolejne dwa lata, po zabawie w księgarza pozostaje mi sporo książek, kilku wrogo nastawionych ludzi i umiejętność wkręcania improwizowanej ściemy każdemu przedstawicielowi biura obsługi klienta w każdym banku oraz postanowienie — nevermore. Skinner natomiast zostaje gwiazdą. Ja podejmuję decyzję, że od tej chwili żadnych etatów i działalności gospodarczych, on natomiast opowiada o tym, że bycie sławnym jest chujowe. The Hardest Way to Make an Easy Living. Trochę ponad 30 minut muzyki, z którą właściwie nie wiem, co zrobić, bo singlowy hiciak mnie męczy
do tego stopnia, że go w końcu wycinam na amen z plejlisty na mp3plejerce, a z drugiej strony znowu koleś grzebie mi w głowie:
I need something in my life to straighten me out
i zapodaje hiciaki przy których chce mi się skakać, fruwać i przemodelowywać rzeczywistość
czego jednak nie robię. Ostatecznie stwierdzam po kilkunastu przesłuchaniach, że w sumie meh, co to za The Streets, które wszyscy kochają, fanatyzuję się natomiast na zupełnie innych białasów, których Skinner wciągnął do swojej wytwórni
Kolejne dwa lata… a nie, rok tylko, bo nim przyjdzie czas na następną płytę Skinnera, jako samozwańcza translatorska kurew profesjonalna, co żadnych zleceń się nie boi, biorę na cyce brytolski bestseller kryminalny, tom 18 z serii, gdzie, ku mojemu zdumieniu, kawałek Streetsów, Fit But You Know It, odgrywa nader istotna rolę w fabule, będąc jednocześnie inspiracją dla zbrodniarza, jak i elementem, który pozwala go ostatecznie zidentyfikować. Patrzę na autora — starszy człowiek w końcu, a tekście zamieszcza kilka co najmniej akapitów, w których Skinner zostaje koronowany na wieszcza, rapującego Szekspira i najprawdziwszy głos młodych Brytów z LMC.
Niestety kolejna płyta tego nie potwierdza. Opublikowane w 2008 r. Everything Is Borrowed robi mi ogólne WTF? człowieku, men, co to za kupa i dopiero piąte czy dziesiąte przesłuchanie pozwala mi zrozumieć, że tam też są niezłe kawałki, a w warstwie lirycznej Skinner wymiata jak zawsze
Nie pamiętam jednak zbyt długo o tym fakapie, bo już chwile później, po 6 latach ostrego fanowania i przejściu wszystkich bi-polarnych cykli miłośnika jakiejś kapeli, wreszcie będę miał okazję zobaczyć Streets na żywo. Tak też się dzieje
Generalnie, jakimś cudem mały, brzydki koleżka, co wygląda jak odrzut z castingu Trainspotting udowodnił, że hasło z plakatu reklamujące go jako głos młodego brytyjskiego pokolenia było za wąskie, ponieważ doskonale nadaje się też na wyraziciela emocji mieszkańców zimnego kraju w dupie Europy.
I znów jestem fanem, gotowym pobiec po autograf (czego oczywiście nie robię, bo nawet samoośmieszanie się ma jakieś granice).
Rok 2009 — Tweets of The Streets. I o tak mi rób, tak jest dobrze, Skinner w wtórnym andergrandzie, rozdający za darmo szkicowe kawałki, zrobione w domu, to znów jest człowiek, któremu mogę wierzyć, tru hardcore, który robi muzykę, bo lubi, a nie dlatego, że ma kontrakt.
Dziś — moja przyszłość znów wygląda różowo, po raz pierwszy od lat mam etat, na szczęście nie zmuszający do wyjścia z domu, a od siedmiu godzin mojego plejsteszon nie opuszcza pen-drive z Computer and Blues. Pół dnia leci już banger za bangerem, dziesiątkowych hiciaków naliczyłem co najmniej pięć, począwszy od Soldiers, skończywszy na
i wiem, że tym, co najmocniej będzie mi się kojarzyć z latami 00′, to właśnie pięć i pół albumu The Streets, które razem z tą płytą, ostatecznie kończy swoją działalność. Prawie dziesięć lat obecności w moim życiu i dziwaczna umiejętność publikowania płyt akurat w kluczowych momentach, do tego stopnia, że podświadomie zacząłem czekać na to, jak Skinner skomentuje to co dzieje się wokół i czy nadal widzimy większość rzeczy tak samo. Computer and Blues pokazuje, że tak, zapodając refleksje lekko zgorzkniałego trzydziestolatka, który kończy pewien etap
I go out without blinking
ale wciąż jest mega pozytywnie nastawiony do tego, co mu się może przytrafić. Zamyka katalog frustracji, towarzyszących mu przez ostatnie 10 lat i rusza dalej, choć nie bardzo wie dokąd i po co. Jeśli faktycznie ten album okaże się ostatnia produkcją The Streets, to nie można sobie wyobrazić fajniejszego, dającego większe nadzieje odejścia. Mike Skinner — nie było lepszego w pierwszej dekadzie XXI wieku.


















15 komentarzy
wyjdzie, że jestem lizydupem — kurwa, za każdym razem kiedy piszesz takie coś, to się mi przypomina, czemu kiedyś dodałem twojego bloga do eresesa. A z czasem jest coraz lepiej.
Tomek(Cytuj)
debiut the sreets to płyta dekady wg guardiana.
iammacio(Cytuj)
Jak nie uprawiasz tej bezsensownej pracy zarobkowej i nie drżysz z obawy przed ostrzem dedlajna, to od razu jesteś lepszym człowiekiem. Gdybyś nie generował wysokich kosztow własnych, z chęcią bym cię wziął na utrzymanie. Ty — silesiański Dżojs czy Rilke spod hałdy, ja — zblazowana matrona +50 sypiąca z trzosa dla utalentowanego cynicznego gnoma, który nawet nie ukrywa za co ją ma.
Napiszmy do wszystkich wydawnictw w RP, żeby nie dawały mu tłumaczeń. Niech siedzi i opowiada o swoim życiu. Załózmy fundację — “Przygarnij Szpaka”. Po 1% z PIT-a od dobrych dziewczyn i chłopaków. Niech tylko pisze.
dr Charles Kinbote(Cytuj)
ej no, ja jestem tani w utrzymaniu. Dziennie potrzebuję; 2ch paczek fajek, 1 konkretnego posiłku, 4ch kaw, butelki wody. Jeśli chcesz mieć mnie w formie, to dochodzą do tego jeszcze 3 butelki wina tygodniowo (nie jestem szczególnie wybredny) + element baśniowy w ilości 10 gr/miesiąc. Potrzeby kulturowe obsługuje sobie sam, z reguły bezgotówkowo, odzieżowych nie mam, bo nie wychodzę z domu. W terrarium muszę mieć miękka wyściółkę, stałą temperaturę w okolicach 26–28 stopni Celsjusza, widok na przestrzeń, gdzie się coś dzieje (może być kawałek przyrody, ale bez przegięć, więcej ludzi niż drzew), minimum 3 popielniczki w strategicznych miejscach, sofę, fotel, łóżko, telewizor, 2 kompy, konsolę i kolumny. Regały mogą okazać się przydatne, bo nawet jak nie kupuje książek, to jakimś cudem do mnie trafią parę razy w tygodniu. Raz na jakiś czas trzeba mnie wyprowadzić na koncert, bo to mi pomaga utrzymać równowagę psychiczną, z dwa razy do roku należy popuścić mi smycz i pozwolić na trzydniówkę, w trakcie której będę się delektował wynalazkami alternatywnej farmacji i to już właściwie wszystko. Sam się myję i sprzątam po sobie nieczystości. Myślę, że roczny koszt takiej imprezy to jakieś 60–80 tysięcy, więc jestem tańszy w utrzymani niż pyton ozdobny. I nie budzę kompleksów.
Marceli(Cytuj)
Najs. Wymyślę ci tylko jakieś oryginalne nowe imię, w duchu Brad i Angelina deformułują kalendarz gregioriański, i składam papiery. Ale co z żoną? Da się jakoś udowodnić, że to jednak twoja siostra? To bym wziął was parę.
+28? Żyjesz w gorącu i zamknięciu jak Beksiński. On sobie nawet colę z Kerfura przez internet zamawiał.
dr Charles Kinbote(Cytuj)
Moc.
Mariusz Herma(Cytuj)
Słucham dużo, różnie, lubuję się też w wyrzygliwym pitoleniu spod znaku King Crimson (choć oni raczej nie nagrywali concept albumów — to Genesis, Yes i cała masa progresywno-metalowych bandów), ale hip hop raczej omijałem. Jeśli ktokolwiek będzie mnie w stanie nawrócić na taką muzykę, to właśnie Marceli W. Szpak. Rispekt za tekst.
zara2stra(Cytuj)
Bo oni się niepotrzebnie koncentrują na tekście.
nameste(Cytuj)
TRACKBACK: http://mrw.blox.pl/2011/02/Oko-patrzacego.html Piękna nocia, panie redaktorze.
mrw(Cytuj)
W większości hh tekst jest pretekstowy.
mrw(Cytuj)
http://www.npr.org/blogs/therecord/2011/01/03/131063935/listening-to-the-anthology-of-rap
http://flavorwire.com/116312/famous-rappers-and-their-20th-century-literary-counterparts
Marceli(Cytuj)
Wszystko pięknie, ale gdzie jest hh-owy odpowiednik Ronalda Firbanka?
kolega Tetrix(Cytuj)
“i realise 5yrs went by and i’m older
memories smoulder winters colder
but that same piano loops over and over and over”
A koncert w Stodole był epicki. Co prawda wszyscy poza mną znali już teksty z najnowszej płyty, ale co tam, stałem przed głośnikiem i dzwoniło mi jeszcze 24h później. Moc.
nosiwoda(Cytuj)
Nie wiedziałem że lecą na rakie rzeczy. ;O
M(Cytuj)