Dekada Skinnera

Categories:  Dźwięki

But then gro­wing to an adult is just lear­ning the lan­gu­age
Of expla­ining with words what you were as a baby

Jest rok 2002, mam 25 lat, dobrze się bawię na stu­diach, moja przy­szłość jest już w miarę usta­lona i to raczej pewne, że w ciągu trzech, czte­rech lat będę jed­nym z tych mło­dych rzut­kich i kre­atyw­nych wykła­dow­ców aka­de­mic­kich, któ­rzy sie­dzą upa­leni w beton na sali wykła­do­wej i sku­biąc kata­to­nicz­nie rąbek sztruk­so­wej mary­narki z łatami na łokciach, patrzą na stu­den­tów, myśląc What the fuck i’m doing here?! i pró­bują im wytłu­ma­czyć, czym się różni seman­tyka od semio­lo­gii. Po nocach tyram na eta­cie i, będąc ska­za­nym na radio, tra­fiam jakąś na

YouTube Preview Image

Muzycz­nie tkwię wtedy w apo­geum poje­ba­nia jazz-noisowego, słu­cham głów­nie Pain­kil­le­rów, Zorna i co tam tylko wpad­nie w łapy z logiem Tza­dika, a biały hip-hop ogra­ni­cza się w moim mnie­ma­niu do Beastie Boy­sów, no bo nie da się mieć 25 lat i nie uwiel­biać BBoys. I nagle jakiś koleś, rok młod­szy ode mnie, zaczyna rzu­cać takimi tekstami:

Two empty take­aways ash­trays and rema­ins of the day sto­ned
Pick a bot­tle off the table, peel the label tell a fable
Offer opi­nion for free and a solu­tion to the latest big news story
Foot­ball and smut daily as I pon­der win­ning the lot­tery
Buy a drink, chat to a lady, the girls well fit defi­ni­tley, not maybe, she’s rude I’d shag
her and make tea right there

Przy­kuwa uwagę, głow­nie ściem­nio­nym cockney’em ale jesz­cze nie na tyle, żebym się zaja­rał kom­plet­nie. Wtedy sys­tem na ogar­nia­nie popu mam w miarę pro­sty — jeśli trzy kawałki danego wyko­nawcy podejdą mi sły­szane w radio, to idę, kupuję płytę w pobli­skim empiku. Mija parę mie­sięcy, tra­fiam na Don’t Mug Your­self i wresz­cie, z tego samego radia, dociera do mnie

YouTube Preview Image

I ok, jestem ugo­to­wany. Kolezka rymuje po angiel­sku o moim życiu dużo lepiej niż ja był­bym w sta­nie po polsku.

Turn left up the street
Nothing but grey con­crete and dead beats
Grab some­thing to eat
Maccy D’s or KFC
Only one cho­ice in the city

Płyta nie wypada z disc­mana przez parę mie­sięcy, Let’s Push Things For­ward zostaje na dobrych kilka tygo­dni moim kawał­kiem pobud­ko­wym, usta­wio­nym w pracy, jako alarm na wieży, żeby budził mnie o 6 rano, nim pojawi się dzienna zmiana, zapa­mię­tuję nazwi­sko — Skin­ner, Mike Skin­ner, no i tak, wła­ści­wie zostaję fanem, to już oficjalne.

Dwa lata póź­niej: po napi­sa­niu pierw­szego roz­działu dok­to­ratu, wpa­dam w tryb: pier­dolę, nie robię, prze­cież go sobie kupię w pre­zen­cie na 40 uro­dziny i będzie to samo, w końcu i tak tylko cho­dzi o wabik na młode, roz­gar­nięte panny. Dzięki czemu moja przy­szłość prze­staje wyglą­dać tak różowo i rzu­cam się w wir biz­nesu księ­gar­skiego. Co w ogól­nym roz­ra­chunku oka­zuje się naj­bar­dziej poje­ba­nym pomy­słem na skom­pli­ko­wa­nie sobie życia, jaki kie­dy­kol­wiek mia­łem, ale o tym jesz­cze nie wiem. Za to bry­tol­ski koleżka z Bir­ming­ham dosko­nale zdaje sobie z tego sprawę, nagry­wa­jąc dokład­nie w tym samym cza­sie con­cept album o tym, że życie czę­ściej bywa prze­je­bane, niż nie. Z początku, nim roz­pa­kuję zzi­po­wany plik, mam lek­kie obawy, no bo jed­nak kon­cep­cja con­cept albumu koja­rzy mi się nie­zmien­nie z wyrzy­gli­wym pito­le­niem spod znaku King Crim­son, a jedyna dobra płyta, jaką znam i speł­nia wszyst­kie wytyczne to Kri­stal­l­nacht Zorna, któ­rej jed­na­ko­woż się tro­chę boję. Nic to, odpa­lamy, w końcu to Skin­ner prze­cież, co może pójść źle?

Oka­zuje się, że nic. Tak zupeł­nie i po pro­stu, drugi album The Stre­ets oka­zuje się abso­lut­nym arcy­dzie­łem. Po dwóch dniach naokrą­głego słu­cha­nia mam go na zawsze wbity w mózg, z tek­stami, ski­tami i melo­diami, cytuje mi się kom­pul­syw­nie w roz­mo­wach z ludźmi i w ogóle zapo­mi­nam, że jest jaka­kol­wiek inna muzyka. Muzycz­nie już jestem na eta­pie, który trwa do dzi­siaj, kape­lom bez Murzy­nów i roz­bu­ja­nych bitów mówię na wstę­pie wypier­da­lać i z rzadka jakiś bia­łas do mnie tra­fia, chyba, że jest cybor­giem i obsłu­guje maszyny hałasu, a Skin­ner czę­stuje mnie płytą, która nie dość, że buja, jak naj­lep­sze nagra­nia Roots Manuva, to jesz­cze tek­stowo miaż­dży na każ­dym moż­li­wym poziomie

YouTube Preview Image

Dry your Eyes, It Was Supos­sed to be Easy, Blin­ded by Lights, wstępna opo­wieść, o stra­co­nym tysiącu fun­tów, Fit but You Know it — każdy kolejny kawa­łek to nie­sa­mo­wity ban­ger i jesz­cze nie­sa­mo­wit­sza umie­jęt­ność zmiany codzien­nych wkur­wów i iry­ta­cji, na rymy, które momen­tal­nie zapa­dają w pamięć

Where’s my phone have I got it, Oh this is a crock of shit
I lost the fuc­king thing, oh here it is in my pocket
But the bat­te­ries nearly flat, gotta call quick snap
Aww shit, the bat­tery is flat
Today I’ve achie­ved abso­lu­tely nought
In just being out of the house, I’ve lost out
If I wan­ted to end up with more now
I should’ve just stayed in bed, like I know how

Bie­gam jak poje­bany po tej księ­garni, mam­ro­cąc po nosem

I would actu­ally much pre­fer to just sit here and chill
Roaching a spliff, wat­ching East Enders or the Bill

i wła­ści­wie już nawet nie jestem fanem Skin­nera, tylko wyznawcą, reli­gij­nym poje­bem, każda linijka z Grand Don’t Come for Free ma impri­ma­tur OTOOWO BOŻE i pierw­szy raz w życiu roz­wa­żam ideę pier­dol­nię­cia tym wszyst­kim, wsko­cze­nia w pociąg i poje­cha­nia nad morze, gdzie na Ope­ne­rze, Skin­ner miał się poja­wić po raz pierw­szy live w Pol­sce. Plan oczy­wi­ście nie wypala, bo nad morze pol­skie to ja mogę ewen­tu­al­nie tylko wtedy, gdy wszyst­kie inne kie­runki ewa­ku­acji zostaną zablo­ko­wane przez hordy radio­ak­tyw­nych zom­bie, ale wła­ści­wie już w 2006 roku mam album dekady i ta opi­nia pozo­staje nie­zmienna do dziś.

YouTube Preview Image

Mijają kolejne dwa lata, po zaba­wie w księ­ga­rza pozo­staje mi sporo ksią­żek, kilku wrogo nasta­wio­nych ludzi i umie­jęt­ność wkrę­ca­nia impro­wi­zo­wa­nej ściemy każ­demu przed­sta­wi­cie­lowi biura obsługi klienta w każ­dym banku oraz posta­no­wie­nie — never­more. Skin­ner nato­miast zostaje gwiazdą. Ja podej­muję decy­zję, że od tej chwili żadnych eta­tów i dzia­łal­no­ści gospo­dar­czych, on nato­miast opo­wiada o tym, że bycie sław­nym jest chu­jowe. The Har­dest Way to Make an Easy Living. Tro­chę ponad 30 minut muzyki, z którą wła­ści­wie nie wiem, co zro­bić, bo sin­glowy hiciak mnie męczy

YouTube Preview Image

do tego stop­nia, że go w końcu wyci­nam na amen z plej­li­sty na mp3plejerce, a z dru­giej strony znowu koleś grze­bie mi w głowie:

I need some­thing in my life to stra­igh­ten me out

i zapo­daje hiciaki przy któ­rych chce mi się ska­kać, fru­wać i prze­mo­de­lo­wy­wać rzeczywistość

YouTube Preview Image

czego jed­nak nie robię. Osta­tecz­nie stwier­dzam po kil­ku­na­stu prze­słu­cha­niach, że w sumie meh, co to za The Stre­ets, które wszy­scy kochają, fana­ty­zuję się nato­miast na zupeł­nie innych bia­ła­sów, któ­rych Skin­ner wcią­gnął do swo­jej wytwórni

YouTube Preview Image

Kolejne dwa lata… a nie, rok tylko, bo nim przyj­dzie czas na następną płytę Skin­nera, jako samo­zwań­cza trans­la­tor­ska kurew pro­fe­sjo­nalna, co żadnych zle­ceń się nie boi, biorę na cyce bry­tol­ski best­sel­ler kry­mi­nalny, tom 18 z serii, gdzie, ku mojemu zdu­mie­niu, kawa­łek Stre­et­sów, Fit But You Know It, odgrywa nader istotna rolę w fabule, będąc jed­no­cze­śnie inspi­ra­cją dla zbrod­nia­rza, jak i ele­men­tem, który pozwala go osta­tecz­nie ziden­ty­fi­ko­wać. Patrzę na autora — star­szy czło­wiek w końcu, a tek­ście zamiesz­cza kilka co naj­mniej aka­pi­tów, w któ­rych Skin­ner zostaje koro­no­wany na wiesz­cza, rapu­ją­cego Szek­spira i naj­praw­dziw­szy głos mło­dych Bry­tów z LMC.

Nie­stety kolejna płyta tego nie potwier­dza. Opu­bli­ko­wane w 2008 r. Eve­ry­thing Is Bor­ro­wed robi mi ogólne WTF? czło­wieku, men, co to za kupa i dopiero piąte czy dzie­siąte prze­słu­cha­nie pozwala mi zro­zu­mieć, że tam też są nie­złe kawałki, a w war­stwie lirycz­nej Skin­ner wymiata jak zawsze

YouTube Preview Image

Nie pamię­tam jed­nak zbyt długo o tym faka­pie, bo już chwile póź­niej, po 6 latach ostrego fano­wa­nia i przej­ściu wszyst­kich bi-polarnych cykli miło­śnika jakiejś kapeli, wresz­cie będę miał oka­zję zoba­czyć Stre­ets na żywo. Tak też się dzieje

Gene­ral­nie, jakimś cudem mały, brzydki koleżka, co wygląda jak odrzut z castingu Tra­in­spot­ting udo­wod­nił, że hasło z pla­katu rekla­mu­jące go jako głos mło­dego bry­tyj­skiego poko­le­nia było za wąskie, ponie­waż dosko­nale nadaje się też na wyra­zi­ciela emo­cji miesz­kań­ców zim­nego kraju w dupie Europy.

I znów jestem fanem, goto­wym pobiec po auto­graf (czego oczy­wi­ście nie robię, bo nawet samo­ośmie­sza­nie się ma jakieś granice).

Rok 2009 — Twe­ets of The Stre­ets. I o tak mi rób, tak jest dobrze, Skin­ner w wtór­nym ander­gran­dzie, roz­da­jący za darmo szki­cowe kawałki, zro­bione w domu, to znów jest czło­wiek, któ­remu mogę wie­rzyć, tru hard­core, który robi muzykę, bo lubi, a nie dla­tego, że ma kontrakt.

YouTube Preview Image

Dziś — moja przy­szłość znów wygląda różowo, po raz pierw­szy od lat mam etat, na szczę­ście nie zmu­sza­jący do wyj­ścia z domu, a od sied­miu godzin mojego plej­ste­szon nie opusz­cza pen-drive z Com­pu­ter and Blues. Pół dnia leci już ban­ger za ban­ge­rem, dzie­siąt­ko­wych hicia­ków nali­czy­łem co naj­mniej pięć, począw­szy od Sol­diers, skoń­czyw­szy na

YouTube Preview Image

i wiem, że tym, co naj­moc­niej będzie mi się koja­rzyć z latami 00′, to wła­śnie pięć i pół albumu The Stre­ets, które razem z tą płytą, osta­tecz­nie koń­czy swoją dzia­łal­ność. Pra­wie dzie­sięć lat obec­no­ści w moim życiu i dzi­waczna umie­jęt­ność publi­ko­wa­nia płyt aku­rat w klu­czo­wych momen­tach, do tego stop­nia, że pod­świa­do­mie zaczą­łem cze­kać na to, jak Skin­ner sko­men­tuje to co dzieje się wokół i czy nadal widzimy więk­szość rze­czy tak samo. Com­pu­ter and Blues poka­zuje, że tak, zapo­da­jąc reflek­sje lekko zgorzk­nia­łego trzy­dzie­sto­latka, który koń­czy pewien etap

I go out without blinking

ale wciąż jest mega pozy­tyw­nie nasta­wiony do tego, co mu się może przy­tra­fić. Zamyka kata­log fru­stra­cji, towa­rzy­szą­cych mu przez ostat­nie 10 lat i rusza dalej, choć nie bar­dzo wie dokąd i po co. Jeśli fak­tycz­nie ten album okaże się ostat­nia pro­duk­cją The Stre­ets, to nie można sobie wyobra­zić faj­niej­szego, dają­cego więk­sze nadzieje odej­ścia. Mike Skin­ner — nie było lep­szego w pierw­szej deka­dzie XXI wieku.

40 osób uznało, że da się to czy­tać.

15 komentarzy

  • At 2011.02.09 17:40, Tomek said:

    wyj­dzie, że jestem lizy­du­pem — kurwa, za każ­dym razem kiedy piszesz takie coś, to się mi przy­po­mina, czemu kie­dyś doda­łem two­jego bloga do ere­sesa. A z cza­sem jest coraz lepiej.

    (Cytuj)

    • At 2011.02.09 17:51, iammacio said:

      debiut the sre­ets to płyta dekady wg guardiana.

      (Cytuj)

      • At 2011.02.09 20:02, dr Charles Kinbote said:

        Jak nie upra­wiasz tej bez­sen­sow­nej pracy zarob­ko­wej i nie drżysz z obawy przed ostrzem dedlajna, to od razu jesteś lep­szym czło­wie­kiem. Gdy­byś nie gene­ro­wał wyso­kich kosz­tow wła­snych, z chę­cią bym cię wziął na utrzy­ma­nie. Ty — sile­siań­ski Dżojs czy Rilke spod hałdy, ja — zbla­zo­wana matrona +50 sypiąca z trzosa dla uta­len­to­wa­nego cynicz­nego gnoma, który nawet nie ukrywa za co ją ma.
        Napiszmy do wszyst­kich wydaw­nictw w RP, żeby nie dawały mu tłu­ma­czeń. Niech sie­dzi i opo­wiada o swoim życiu. Załó­zmy fun­da­cję — “Przy­gar­nij Szpaka”. Po 1% z PIT-a od dobrych dziew­czyn i chło­pa­ków. Niech tylko pisze.

        (Cytuj)

        • At 2011.02.09 20:29, Marceli said:

          ej no, ja jestem tani w utrzy­ma­niu. Dzien­nie potrze­buję; 2ch paczek fajek, 1 kon­kret­nego posiłku, 4ch kaw, butelki wody. Jeśli chcesz mieć mnie w for­mie, to docho­dzą do tego jesz­cze 3 butelki wina tygo­dniowo (nie jestem szcze­gól­nie wybredny) + ele­ment baśniowy w ilo­ści 10 gr/miesiąc. Potrzeby kul­tu­rowe obsłu­guje sobie sam, z reguły bez­go­tów­kowo, odzie­żo­wych nie mam, bo nie wycho­dzę z domu. W ter­ra­rium muszę mieć miękka wyściółkę, stałą tem­pe­ra­turę w oko­li­cach 26–28 stopni Cel­sju­sza, widok na prze­strzeń, gdzie się coś dzieje (może być kawa­łek przy­rody, ale bez prze­gięć, wię­cej ludzi niż drzew), mini­mum 3 popiel­niczki w stra­te­gicz­nych miej­scach, sofę, fotel, łóżko, tele­wi­zor, 2 kompy, kon­solę i kolumny. Regały mogą oka­zać się przy­datne, bo nawet jak nie kupuje ksią­żek, to jakimś cudem do mnie tra­fią parę razy w tygo­dniu. Raz na jakiś czas trzeba mnie wypro­wa­dzić na kon­cert, bo to mi pomaga utrzy­mać rów­no­wagę psy­chiczną, z dwa razy do roku należy popu­ścić mi smycz i pozwo­lić na trzyd­niówkę, w trak­cie któ­rej będę się delek­to­wał wyna­laz­kami alter­na­tyw­nej far­ma­cji i to już wła­ści­wie wszystko. Sam się myję i sprzą­tam po sobie nie­czy­sto­ści. Myślę, że roczny koszt takiej imprezy to jakieś 60–80 tysięcy, więc jestem tań­szy w utrzy­mani niż pyton ozdobny. I nie budzę kompleksów.

          (Cytuj)

          • At 2011.02.09 20:47, dr Charles Kinbote said:

            Najs. Wymy­ślę ci tylko jakieś ory­gi­nalne nowe imię, w duchu Brad i Ange­lina defor­mu­łują kalen­darz gre­gio­riań­ski, i skła­dam papiery. Ale co z żoną? Da się jakoś udo­wod­nić, że to jed­nak twoja sio­stra? To bym wziął was parę.

            +28? Żyjesz w gorącu i zamknię­ciu jak Bek­siń­ski. On sobie nawet colę z Ker­fura przez inter­net zamawiał.

            (Cytuj)

        • At 2011.02.09 21:22, Mariusz Herma said:

          Moc.

          (Cytuj)

          • At 2011.02.09 23:06, zara2stra said:

            Słu­cham dużo, róż­nie, lubuję się też w wyrzy­gli­wym pito­le­niu spod znaku King Crim­son (choć oni raczej nie nagry­wali con­cept albu­mów — to Gene­sis, Yes i cała masa progresywno-metalowych ban­dów), ale hip hop raczej omi­ja­łem. Jeśli kto­kol­wiek będzie mnie w sta­nie nawró­cić na taką muzykę, to wła­śnie Mar­celi W. Szpak. Rispekt za tekst.

            (Cytuj)

            • At 2011.02.09 23:27, nameste said:

              hip hop raczej omijałem

              Bo oni się nie­po­trzeb­nie kon­cen­trują na tekście.

              (Cytuj)

              • At 2011.02.10 01:46, mrw said:

                TRACKBACK: http://mrw.blox.pl/2011/02/Oko-patrzacego.html Piękna nocia, panie redaktorze.

                (Cytuj)

                • At 2011.02.10 02:10, mrw said:

                  Bo oni się nie­po­trzeb­nie kon­cen­trują na tekście. 

                  W więk­szo­ści hh tekst jest pretekstowy.

                  (Cytuj)

                • At 2011.02.10 08:57, nosiwoda said:

                  i realise 5yrs went by and i’m older
                  memo­ries smo­ul­der win­ters col­der
                  but that same piano loops over and over and over”

                  A kon­cert w Sto­dole był epicki. Co prawda wszy­scy poza mną znali już tek­sty z naj­now­szej płyty, ale co tam, sta­łem przed gło­śni­kiem i dzwo­niło mi jesz­cze 24h póź­niej. Moc.

                  (Cytuj)

                  • At 2011.02.10 17:12, M said:

                    pier­dolę, nie robię, prze­cież go sobie kupię w pre­zen­cie na 40 uro­dziny i będzie to samo, w końcu i tak tylko cho­dzi o wabik na młode, roz­gar­nięte panny

                    Nie wie­dzia­łem że lecą na rakie rze­czy. ;O

                    (Cytuj)

                    (Required)
                    (Required, will not be published)

                    Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.