Marcin Świetlicki — Trzynaście

okładka

Wydaw­nic­two EMG

Po latach dzie­więć­dzie­sią­tych pozo­stało mi parę nie­na­ru­szal­nych dogma­tów typu, że Maleń­czuk potrafi śpie­wać, Kazik się nie sta­rzeje, a gło­sem mło­dego poko­le­nia jest pod­sta­rzały poeta Świetlicki.

Co umac­niane było w wielu roz­mo­wach na tematy ogól­no­kul­tu­ralne z dziew­czę­tami i chłop­cami w moim wieku, któ­rzy w wido­wi­sko­wych miej­scach swo­ich lokali miesz­ka­nio­wych pre­cy­zyj­nie roz­rzu­cali egzem­pla­rze cza­so­pi­sma “Bru­lion”, co było jakąś formą rytu­ału tudzież religii.

W związku z czym, jako czło­wiek nie­chęt­nie zmie­nia­jący prze­ko­na­nia, nadal w te dogmaty wierzę.

Co spo­wo­do­wało, że zamiast spo­żyt­ko­wać zło­tych dwa­dzie­ścia i dzie­więć, minus rabata, o dzięki niech będą dziew­czę­ciu z księ­garni na M., na dwie paczki fajek i jakieś wino, zana­by­łem za nie drugą powieść pod­sta­rza­łego tym­cza­sem coraz bar­dziej poety Świe­tlic­kiego o wdzięcz­nym, acz pecha wró­żą­cym tytule “Trzy­na­ście”. Co jest fak­tem o tyle dener­wu­ją­cym, że dzieła pozo­sta­łych dwóch twór­ców z trójcy dostępne są w sys­te­mie wymiany bez­go­tów­ko­wej dzięki dobro­dziej­stwom nowo­cze­snej cywi­li­za­cji cyber­ne­tycz­nej i czło­wiek przy­naj­mniej nie czuje żalu, jak natknie się na takie strasz­liwe naru­sze­nia świę­to­ści, jak Maleń­czuk & Waglew­ski smęcą o pier­do­łach lub Kazik w psy­cho­tycz­nym widzie zma­ga­jący się z Waitsem.

A za książkę zapła­cić trza, no to i strach jest.

Opór przed inwe­sty­cją nie był zbyt wielki, bo i owszem, powieść poprzed­nia poety-emeryta Świe­tlic­kiego wzru­szeń dostar­czyła mi wiel­kich i nie­spo­dzia­nych, czemu zresztą dałem wyraz. Gdzie indziej.

Ale w sumie to wia­domo, jak jest z dru­gimi powie­ściami, nie? Nie każdy jest Masłow­ską i ma dar taki, że sie­cze jed­nego hard­kora za dru­gim w sys­te­mie pracy trójzmianowej.

Pod­sta­rzały poeta (a także) powie­ścio­pi­sarz Świe­tlicki, Masłow­ską na pewno nie jest. Co może i dobrze, bo jakby były jej dwie, to by się na pewno brały za kudły ku ucie­sze gawiedzi.

Pod­sta­rzały poeta Świe­tlicki pisząc “Trzy­na­ście” nadal jest pod­sta­rza­łym poetą Świe­tlic­kim, zna­czy face­tem, któ­rego, żeby go lubić, to trzeba go nie zauwa­żać, że jest naprawdę, tylko se go w kątku ser­duszka prze­peł­nio­nego mło­dzień­czym ide­ali­zmem hołu­bić jako wzo­rzec i wcie­le­nie poetyc­kich cnót wsze­la­kich wprost z kart wspo­mnia­nego już powy­żej cza­so­pi­sma “Brulion”.

Tak jak w dziele swym pro­za­tor­skim poprzed­nim, zaopa­trzo­nym w poręczny tytuł “Dwa­na­ście”, co dogod­nie nam pozwoli usta­wić “Trzy­na­ście” zaraz obok, nie zabu­rza­jąc przy tym har­mo­nii wszech­świata, i w tej powie­ści pod­sta­rzały poeta Świe­tlicki opi­suje swoje trzy wiel­kie miło­ści, zna­czy wódkę, sie­bie i Kra­ków, mia­sto takie nad Wisłą, ponoć modne, szcze­gól­nie wśród pija­nych Angli­ków. Kolej­ność jest wła­śnie taka.

Świe­tlicki kryje się tamże pod posta­cią mistrza, wódka kryje się pod posta­cią śliwo­wicy lub stocka, Kra­ków kryje się pod posta­cią rzeźby wybit­nego arty­sty i huma­ni­sty Igora Mito­raja, z któ­rej to rzeźby oczu, od czasu do czasu wychy­lają główki tury­stów w celu robie­nia sobie foto­gra­fii. Co słusz­nym jest, bo zdję­cie z rzeźbą Mito­raja powinno być w każ­dym pol­skim domu, zaraz obok repro­duk­cji Matejki, Siud­maka i Beksińskiego.

Prócz tych atrak­cji w powie­ści poja­wiają się także efekty spe­cjalne pod posta­cią wizyt w War­sza­wie, która się mistrzowi nie podoba, a mnie owszem oraz obra­zów mia­sta zagra­nicz­nego Moskwa, o któ­rej nie wia­domo czy się podoba, czy nie, bo to inny nar­ra­tor pod­ów­czas przej­muje snu­cie opo­wie­ści. Ale pew­nie się podoba, Moskwa się zawsze podoba Pola­kom, po to sobie w końcu War­szawę zbudowali.

Mówi się rów­nież o poli­tyce. Głów­nie źle i prze­śmiew­czo, acz­kol­wiek bez wyraź­nej złej woli. Nato­miast z wyraźną złą wolą mówi się o posia­da­czach tele­fo­nów komór­ko­wych i młodzieży.

I jesz­cze też jest w tym “Trzy­na­ście” fabuła — kry­jąca się pod posta­cią kry­mi­nału. Zupeł­nie nieistotna.

I jest rzecz naj­waż­niej­sza, czyli poezja. Scho­wana w każ­dym zda­niu, ukryta w każ­dym bon-mocie, prze­ni­ka­jąca każdy obraz. Kolejne 220 stron wier­szem o wódce, papie­ro­sach i śmierci. Cza­sem nawet się rymuje, ale głów­nie to raczej nie. Poezja ta smutna jest wielce, zupeł­nie nie­modna i taka, jak wszy­scy piszą, jak mają lat 15, tyle że Świe­tlic­kiemu udaje się ją wyda­wać i spra­wić, że nadal mogą się z nią iden­ty­fi­ko­wać pod­sta­rzałe tym­cza­sem głosy mło­dego pokolenia.

I mnie to wystarcza.

Ja nic wię­cej od Świe­tlic­kiego nie chcę. Świe­tlicki na szczę­ście nigdy nie chciał niczego ode mnie, choć kie­dyś mu posta­wi­łem łiski na kon­cer­cie. Za co na pewno mnie nie lubi i ja mu się nie dzi­wię. Nie sta­wia się wódki dogmatom.

5 osób uznało, że da się to czy­tać.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

One Response to Marcin Świetlicki — Trzynaście

  1. jatoty says:

    Ciężko się to czy­tało, jakieś pry­watne wycieczki do Świetlickiego?

    (Cytuj)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.