Niedzielne pedałowanie

z dzi­wac­twami na uszach. Choć w sumie na tym bloku, to one takie dziwne nie są. W każ­dym razie — peda­ło­wa­nie w nie­dzielę po parku jest czyn­no­ścią abso­lut­nie nie pro­wo­ku­jąca do żadnej aktyw­no­ści myślo­wej, wystar­czy tylko instynk­tow­nie wymi­jać rodziny wie­lo­dzietne i mul­ti­me­ga­wie­lo­dzietne, więc na uszach mogą być nawet audio­bo­oki, ale jakoś nie lubię. Za to bar­dzo mi pasuje, jak w cza­sie jazdy ktoś mi opo­wiada jakieś histo­rie, więc Rogall i jego Elec­tric Side Show Cir­cus zna­leźli się dziś jak najlepiej.

Mam świa­do­mość, że wszystko z odnie­sie­niami do cyrku łykam bez­kry­tycz­nie, bo się od lat fascy­nuję tym kli­ma­tem nie­zdrowo (nie­stety jestem za duży na karła, choć tylko tro­chę), ale to panom z R&ESSC przy­znał­bym i tak — cudowna pod­róba kla­sycz­nego, ame­ry­kań­skiego fre­ak­show im wyszła, roz­pi­sana na 12 pio­se­nek. Muzycz­nie jest pro­sto — przy­naj­mniej tak się wydaje, bo z początku sły­chać samą kla­sykę — gitary, piły, naje­ba­nych gości, wrzesz­czą­cego kon­fe­ran­sjera i roz­stro­jo­nych sak­so­fo­nów. Tyle, że potem zaczy­nają dziać się rze­czy dziwne, bo spora kom­pa­nia muzy­ków pod dowódz­twem Ste­fana Rogalla, który kie­dyś pro­du­ko­wał i współ­two­rzył jeden z naj­lep­szych skła­dów nu jaz­zo­wych dla prze­lan­so­wa­nych pań w gar­son­kach — Mica­tone - zaczyna grać kon­kret­nie pomie­szaną muzykę, do cudow­nie popier­do­lo­nych tek­stów, a w dodatku sięga po wzorce, które uwiel­biam, bo do tra­dy­cyj­nej ame­ri­cany dorzu­cają patenty pod­pa­trzone czy to u Barry’ego Adam­sona czy u Mor­phine (kawa­łek Wil­dlife — w życiu nie sły­sza­łem tak dobrej pod­róbki brzmie­nia zarówno całej kapeli, jak i na maksa cha­rak­te­ry­stycz­nego wokalu Sand­mana, bez bólu można by go wsta­wić na The Night na przy­kład i nie ma szans na roz­po­zna­nie w ślepej pró­bie), a do tego wszyst­kiego docho­dzi jesz­cze gdzieś w tłach dys­kret­nie pocho­wana sterta elek­tro­niki, dzięki któ­rej na pły­cie wypeł­nio­nej brzmie­niami z pogra­ni­cza coun­try i hek­to­li­trów taniej whi­sky, główny rytm wyzna­cza cza­sem mocno housowy bass, a całość mimo prze­mi­łego poje­ba­nia brzmi niczym pro­fe­sjo­nalny pro­dukt z hicia­kami do radia — zresztą parę kawał­ków, zwłasz­cza tam gdzie głos dają laski, a pano­wie orien­tują się bar­dziej na rocka, bez bólu by prze­szło nawet w przed­po­łu­dnio­wych plej­li­stach. Gdyby nie teksty.

Bo to jed­nak o słowo mówione cho­dzi w tej muzyce, a tego na tej pły­cie nie powsty­dziłby się ani Tom Waits, ani Mar­tin Jacques. Chore histo­rie o indiań­skich klą­twach rzu­ca­nych na kie­row­ców, demo­nach pędzą­cych przez pusty­nie, napa­dach na banki, listach zaku­pów, dup­cze­niu jado­wi­tych węży i piciu wódy z dziw­kami, zapo­dane jed­nak z mak­sy­mal­nym, spa­ghetti wester­no­wym dystan­sem, który momen­tal­nie powo­duje kre­tyń­ski wyszczerz na roz­ra­do­wa­nej mor­dzie. Kawał dobrych, maniac­kich opo­wie­ści gości zaczy­na­ją­cych dzień od kulek meskaliny.

No i tak se zro­bi­łem pięć run­dek po parku, czu­jąc się jak cyr­kowy miś tro­chę (umiem jed­no­cze­śnie jechać i odpa­lać fajki, więc jakieś pod­sta­wowe skille już mam) i mocno się cie­sząc, że mi ta kapela z nieba spa­dła. Za nowi są, żeby mieć porządny tele­dysk, więc tylko kawa­łek z kon­certu, wię­cej na ich­pej­sach, a płytę wam Google Blog Search znaj­dzie w mig.

Be the first to like.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

2 Responses to Niedzielne pedałowanie

  1. lewar says:

    We take a shot and then we fall into the world of songs about FUCKED UP THINGS.

    Zako­cha­łem się w tym.

    (Cytuj)

  2. wolfik says:

    ależ anons… michael buf­fer by się nie powstydził

    (Cytuj)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.