Obcy

- Jerona! A tyn durś ino na tych sło­dach sie­dzi! – wście­kła się Woź­ni­cowo. – Puć no sam, giź­dzie! Zaś cie wyciepła?

Khrk smutno poki­wał głową i pod­niósł się z lodo­wa­tych scho­dów, uwa­ża­jąc, żeby nie zaha­czyć o sufit. Kolejna noc spę­dzona na kory­ta­rzu fami­loka nie nale­żała do przy­jem­no­ści. Bez kurtki i butów nie odwa­żył się wyjść na zewnątrz, wie­dząc, że mar­cowe tem­pe­ra­tury dają ostro popa­lić nawet tutej­szym miesz­kań­com, a co dopiero jemu, przy­wy­kłemu do cie­pła. Szu­ra­jąc odnó­żami roz­po­czął powolną wspi­naczkę do miesz­ka­nia sąsiadki.

- Gelyn­dra byś się chy­cił – pora­dziła sto­jąca w drzwiach kobieta. – Dyć jo się zawsze boja, że keryś z wos się zło­mie na dwoje.

Igno­ru­jąc jej dobre rady spa­zma­tycz­nymi susami poko­ny­wał kolejne stop­nie, tak manew­ru­jąc swoim czte­ro­me­tro­wym obłym cia­łem, by mie­ściło się w wąskich kory­ta­rzy­kach, cha­rak­te­ry­stycz­nych dla tutej­szej zabu­dowy. Chłodna lam­pe­ria ocie­rała się o jego boki, pozo­sta­wia­jąc smugi farby w kolo­rze, który loka­to­rzy fami­loka w przy­pły­wie dobrego humoru zwy­kli okre­ślać „sracz­ko­wa­tym”. Poje­dyn­cze, gołe żarówki wiszące na pół­pię­trach jarzyły się paskud­nym żółtym świa­tłem, od któ­rego coraz bar­dziej bolała go głowa. Wresz­cie dopeł­znął pod drzwi miesz­ka­nia numer pięć.

- A jesz­cze wczora we wie­czór żech godała Hor­stowi, że zaś u wos jakieś larmo – powi­tała go sąsiadka. – Mieli my nawet zwo­nić po poli­cjo, ale łone sam niy lubiom prziy­eż­dżać. Coś rich­tich ner­wowo sie ta twoja Andzia zro­biła, niy? – mach­nęła ręką, zapra­sza­jąc go do środka. — Wla­zuj ino sam, tyju ci zro­bia, łogrze­jesz się.

- A mie­li­by­ście som­siatko jakiś won­gel? – zain­te­re­so­wał się nagle Khrk, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie zigno­ro­wać ból zębów i całego gar­dła, wciąż nie przy­zwy­cza­jo­nych do twar­dych, wibru­ją­cych gło­sek języka Hanystown.

- Wyście to som rich­tich prze­pa­dzite – uśmiech­nęła się kobieta, odgar­nia­jąc fioletowo-biały lok opa­da­jący na pomarsz­czone, sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­let­nie czoło. – Wej­rzyj sie ino tam, do kouka­stli, Horst wczo­raj przi­nies dwa kibelki z piwnicy.

Wymi­ja­jąc ją w drzwiach skie­ro­wał się pro­sto do kuchni, sta­ra­jąc się nie zawa­dzić o prze­szkloną meblo­ściankę w salo­nie, zasta­wioną dzie­siąt­kami krysz­ta­ło­wych wazo­nów i por­ce­la­no­wych ozdó­bek. Sto­jący we wnęce tele­wi­zor nasta­wiony na lokalne wia­do­mo­ści nada­wał nie­koń­czącą się rela­cję z wybu­rza­nia Super­jed­nostki. Khrk zatrzy­mał się na chwilę, patrząc jak kłę­bo­wi­sko jego roda­ków szczel­nie wypeł­nia wąskie kory­ta­rze potęż­nego budynku, który przez ostat­nie 80 lat peł­nił rolę naj­więk­szego sku­pi­ska Khe­lian na całym Gór­nym Śląsku, a teraz musiał ustą­pić miej­sca 50 metro­wemu pomni­kowi Szty­gara, mają­cemu sym­bo­li­zo­wać prze­my­słowe dzie­dzic­two Auto­no­micz­nej Metro­po­lii Śląskiej. Wszy­scy Khe­lia­nie musieli się wypro­wa­dzić do sta­rych, zruj­no­wa­nych kolo­nii robot­ni­czych na Niki­szowcu, gdzie przy­go­to­wano dla nich całą infra­struk­turę, wzo­ro­waną na roz­wią­za­niach pocho­dzą­cych z ich wła­snej pla­nety. Wła­dze co prawda zapew­niały, że to posu­nię­cie nie ma na celu stwo­rze­nia getta i wynika z roz­pi­sa­nego na wiele lat planu prze­bu­dowy mia­sta, nikt im jed­nak nie wie­rzył. Pano­wało ogólne prze­ko­na­nie, że posło­wie Sejmu Śląskiego posta­no­wili raz na zawsze roz­wią­zać pro­blem przy­by­szy, wypro­wa­dza­jąc ich na pery­fe­rie mia­sta, z dala od tury­stów i biz­nes­me­nów wypeł­nia­ją­cych ruchliwe cen­trum metro­po­lii. Nie obyło się oczy­wi­ście bez pro­te­stów – ekran tele­wi­zora wypeł­niała wła­śnie zapła­kana, szaro-zielona twarz star­szej Khe­lianki, tulą­cej do swego boku trzy lub cztery ruchliwe pędraki i bła­ga­ją­cej łamaną śląsz­czy­zną: „Dej­cie wy nom wszy­skim świynty pokój. Przeca nic wom tukej niy wadzymy”. Khrk nie mógł patrzeć na łzy swo­jej rodaczki, skrę­cił więc do nie­wiel­kiej kuchni, kie­ru­jąc się pro­sto do węglarki sto­ją­cej obok pieca. Lśniące, czarne bryły wypeł­nia­jące ją po brzegi momen­tal­nie wywo­łały u niego ślino­tok. Woź­ni­cowo sta­nęła w przej­ściu i trzy­ma­jąc ręce w kie­szeni fio­le­to­wego far­tu­cha z nie­skry­waną rado­ścią patrzyła jak jej gość pochła­nia kolejne twarde grudy, chru­piąc z olbrzy­mim entu­zja­zmem i nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej nawet uwagi na węglowy miał, który po chwili pokrył cała podłogę.

- Zawsze godom — noj­piyrw zjeść, potym sie mar­twić. Chcie­li­by­ście może kom­pot? Dobry mom, z wie­prz­ków, na nie­dziela żech robiyła – widząc jego pota­ku­jące ski­nię­cie głową, się­gnęła do kre­densu wyj­mu­jąc litrowy słoik pełen żółtobrą­zo­wej cie­czy, w któ­rej pły­wały jakieś nie­zi­den­ty­fi­ko­wane far­focle. Napeł­niła nią szklankę i podała Khe­lia­ni­nowi, uwa­ża­jąc by nie dotknąć twar­dych, chi­ty­no­wych kol­ców pora­sta­ją­cych jego grzbiet.

- Podzien­ko­woł – wymam­ro­tał, wypi­ja­jąc zawar­tość jed­nym hau­stem. Przez ostat­nie trzy dni musiał się żywić prze­pa­lo­nym żużlem, wygrze­ba­nym ze śmiet­nika, dzię­ku­jąc jed­no­cze­śnie w duchu, że stare piece w fami­lo­kach wciąż korzy­stają z tego paliwa. Na osie­dlu przy­szłoby mu umrzeć z głodu. Mógłby co prawda wła­mać się do któ­rejś piw­nicy i najeść się nor­mal­nego, peł­no­war­to­ścio­wego węgla, jed­nak pię­cio­letni pobyt w Hany­stown nauczył go, że cze­goś takiego miej­scowi nie wyba­czają. Co i rusz któ­ryś z sąsia­dów wspo­mi­nał koło­wa­tego Zeflika, który tak długo cho­dził po piw­ni­cach, krad­nąc ludziom kom­poty i ziem­niaki, aż wresz­cie wszy­scy miesz­kańcy Szi­cówy zebrali się pew­nego wie­czora i spu­ścili mu zbio­rowy łomot. Od tej pory nikt go już nie widział, a cała oko­lica wie­działa, że piw­nice są objęte świę­tym i nie­zby­wal­nym pra­wem wła­sno­ści. Dla­tego Khrk ogra­ni­czał się jedy­nie do grze­ba­nia w śmiet­ni­kach, licząc na to, że znaj­dzie jakieś nie do końca spa­lone kawałki.

Wresz­cie zaspo­koił pierw­szy głód i przyj­mu­jąc zapro­sze­nie Woź­ni­co­wej roz­siadł się na niskim, bia­łym tabo­re­cie, pozwa­la­jąc, by oba cięż­kie wola zawi­sły swo­bod­nie po bokach stołka. Ziem­skie meble nie były przy­sto­so­wane do khe­liań­skich kształ­tów, ale przy odro­bi­nie dobrej woli można się było do nich przy­zwy­czaić. O wiele więk­szy pro­blem spra­wiały niskie sufity tutej­szych miesz­kań, z rzadka się­ga­jące ponad 3 metry, co dla mie­rzą­cego jakiś metr wię­cej Khrka było źródłem nie­usta­ją­cego bólu, prze­ni­ka­ją­cego cały pochy­lony grzbiet. Tyle dobrze, że sie­dzieli w kuchni, nie musiał więc tym razem uwa­żać na krysz­ta­łowy żyran­dol, sta­no­wiący oczko w gło­wie pani Edel­traudy („Łod cery żech dostała, z Raj­chu mi przi­wio­zła jesz­cze w łoziym­dzie­sion­tych latach” – wyja­śniła, gdy pierw­szy raz odwie­dzili ją z Anią, nie potra­fiąc się wymi­gać od tra­dy­cyj­nego poczę­stunku. Do dziś pamię­tał swoje prze­ra­że­nie, kiedy po sło­wach – Mom lo wos tako dobro zista z makiym – na stole poja­wiły się czarno-brązowe grudy cze­goś przy­po­mi­na­ją­cego zbry­lony pia­sek, wymie­szany z węglem. Od tam­tych cza­sów nauczył się grzecz­nie odma­wiać poczę­stunku, choć musiał przy­znać, że walka ze śląskim ter­ro­rem gościn­no­ści była jed­nym z naj­trud­niej­szych wyzwań z jakimi przy­szło mu się zmie­rzyć na tej pla­ne­cie). Deli­kat­nie macha­jąc czte­rema gór­nymi koń­czy­nami zmiótł ze stołu i kre­densu resztki miału i nie dba­jąc o żadną dys­kre­cję wrzu­cił je sobie peł­nymi gar­ściami do ust. Naprawdę mu tego brakowało.

- I co ty boraj­stwo terozki ze sobom zro­bisz? – Edel­trauda zaczęła się krzą­tać przy kuchence, zaczy­na­jąc przy­go­to­wa­nia do obiadu. Nie odpo­wia­dał, patrząc w mil­cze­niu, jak wyj­muje z lodówki szare klu­ski i kroi je na cien­kie pla­sterki, które chwile póź­niej wylą­do­wały na patelni z roz­grza­nym ole­jem – Z wczo­raj sie łostały – wyja­śniła widząc jego zacie­ka­wiony wzrok. – Jo to nawet wola tak, tarte na drugi dziyń som lep­sze, ale mój chop cołki czos wajo, że majom być świyże.

Khrk już dawno temu prze­stał się zasta­na­wiać nad śląską kuch­nią, którą jego zda­niem dzie­liła się na dwie kate­go­rie potraw: cał­ko­wi­cie nie­ja­dal­nych oraz powo­du­ją­cych bole­sny zgon, nie mógł jed­nak ode­rwać wzroku od pre­cy­zji ruchów star­szej kobiety, która wyglą­dała tak, jakby od 60 lat nie zaj­mo­wała się niczym innym. Uświa­do­mił sobie, że bio­rąc pod uwagę tutej­sze zwy­czaje, naj­praw­do­po­dob­niej tak wła­śnie było.

- Niy wiym, pani Traudo, rich­tich niy wiym – odparł w końcu, kry­jąc obie pary oczu w sze­ścio­pal­cza­stych dło­niach. – Łona już coł­kiym rozum stra­ciła. Teroz pedziała, że mi już wcale niy pszaje i mom, wyboc­cie, ino zacy­tuja: „wypier­da­lać, skon­dech przi­szoł”. A dyć jo nawet ken­karty niy mom.

- Jak to? – zdzi­wiła się sąsiadka. – Dyć żeś robiył na gru­bie, niy? Tam wszy­skim dowa­jom auswajs i kenkarta.

- No ja – zgo­dził się Khrk. – Ale po tym, jak zli­kwi­do­wali naszo kopal­nia, mioł żech ino czi mie­siące na łodno­wiy­nie tyj wizy, a łona mi kaś scho­wała wszyst­kie papióry. Pedziała, że sama z tym pódzie do urzyndu, bo jo sie dogo­dać z niymi niy umia i w końcu nie poszła, wcie­pła to kaś do nachka­stlika i zapo­mniała. Ino cze­kać aż sie jakieś urzynd­niki za mie wezmo.

- Ja, ja, z niymi to żodyn szpas – kobieta poki­wała głową, dorzu­ca­jąc do pod­sma­żo­nych klu­sek parę łyżek czer­wo­nej kapu­sty i wyj­mu­jąc lodówki dwie rolady leżące na bia­łym tale­rzyku z nie­bie­skim szlacz­kiem. – Pamiyn­tom, jak mój Horst szoł na rynta, to co my sie musieli z tymi pie­ro­nami nauży­rać, rich­tich menka pań­sko. Tu jakoś bumaga, sam jakoś pie­czontka, kasi jakiś pod­pis, a ty ino łaź cowieku i proś sie, coby jaśnie pani urzynd­niczka ci co pod­pi­sała. Sodoma z Gomoro, godom ci.

- Wła­śnie – wes­tchnął smutno Khrk. – I co jo mom teroz zrobić?

Sąsiadka patrzyła na niego przez chwilę, wyraź­nie się nad czymś zastanawiając.

- A do swo­ich niy możesz? – zapy­tała w końcu.

- Kaj tam, pani kochano. Dyć żodyn z nos niy wi, jak dugo my sam jesz­cze bydymy miesz­kać. Sami widzi­cie, co sie dzieje – ski­nął głową w stronę tele­wi­zora. – Wycie­pu­jom nos z coł­kigo mia­sta, goda­jom, że momy iśc furt na Nikisz i sie tam po swo­jemu urzą­dzić, ale tak po prow­dzie, to nasze ludzie pada­jom, że cza już wra­cać, że tukej niy momy już żodnych szans. Won­gel sie koń­czy, cyny coroz wyż­sze, dziecka pła­czom, bo niy przy­wy­kłe do jed­nego słońca, a i wasze baby naszych syn­ków już niy chcom tak bar­dzo jak kie­dyś. Sami zresz­tom sły­sze­li­ście– Andzi też przeszło.

- Łod razu żech godała, że tak bydzie — podała mu kolejną szklankę kom­potu. – Naści, bo sły­sza, że mosz chrypka. Jak ino pedzieli w tele­wi­zo­rze, że zaś łod wos lecom, toch wej­rzała na Hor­sta i pedziała, że nic dobrego nom z tego niy przi­dzie. Prowda Horst? – odwró­ciła głowę woła­jąc w stronę przed­po­koju, w któ­rym od dłuż­szej chwili sły­chać było odgłosy zdej­mo­wa­nia butów i cięż­kie posapywanie.

- No ja – odparł tubalny głos – Już żech ci wtedy godoł, że mosz recht. Dobry! – w drzwiach kuchni poja­wiła się wielka, łysie­jąca głowa ozdo­biona potęż­nym wąsem i oczach obwie­dzio­nych nie­usu­wal­nymi obwód­kami z czar­nego, węglo­wego pyłu. – Zaś żeście sie powa­dzili, pra? – zapy­tał patrząc na Khrka. Przy­bysz ski­nął głową.

- Wie­dzio­łeś, że łon niy mo ken­n­karty? – Edel­trauda popa­trzyła na swo­jego męża.

- Jerona! – Horst nie krył zasko­cze­nia. – Cobyś ino skuli tego jakiś pro­ble­mów niy mioł. Cap­nom cię poli­cjanty i wyciep­nom, jak jakigo auslyn­dera. A tyś przeca już jes nasz, bar­dzij niż te Poloki, co sam przijeżdżajom.

Khrk nastro­szył kolce, sły­sząc nie­na­wistne okre­śle­nie. Horst bły­ska­wicz­nie zorien­to­wał się, co zaszło.

- POLOKI, godom – powtó­rzył. – Niy PULOKI. Poloki to te gupie ludzie z drugi strony Bry­nicy, co sam kie­dyś pró­bo­wali sie urzon­dzać. Dyć bych cie tak niy nazy­woł, jo niy jest aż taki gupi.

Przy­bysz uspo­koił się, się­ga­jąc odru­chowo po kolejną bryłkę węgla. Chru­piąc dono­śnie pró­bo­wał zapo­mnieć o palą­cym wsty­dzie, jaki go ogar­nął, kiedy po raz pierw­szy zro­zu­miał, co ozna­cza słowo, jakimi okre­ślały sam­ców jego gatunku śląskie kobiety. Prze­cież nie mogli nic na to pora­dzić, że z zaokrą­glo­nymi gło­wami, dłu­gim, obłym cia­łem i podwój­nym wolem zwi­sa­ją­cym od pasa aż do samej ziemi, koja­rzyli im się z peni­sami ziem­skich męż­czyzn. To, że pewne hor­mony i umie­jęt­no­ści sek­su­alne Khe­lian wywo­łały swego rodzaju małą rewo­lu­cję sek­su­alną na całej pla­ne­cie, rów­nież w niczym nie poma­gało. Wręcz prze­ciw­nie – gdyby nie pociąg Śląza­czek do czte­ro­me­tro­wych fal­licz­nych osob­ni­ków, to nigdy nie zna­la­złby się w takiej sytu­acji. A prze­cież swoje kształty zawdzię­czali tylko temu, że całe dotych­cza­sowe życie spę­dzali w więk­szo­ści pod zie­mią, prze­gry­za­jąc się przez kolejne war­stwy pla­nety w poszu­ki­wa­niu życio­daj­nego węgla. To wła­śnie węgiel stał się głów­nym powo­dem pod­ję­cia wyprawy na Zie­mię, po tym, gdy pierw­sza kosmiczna eks­pe­dy­cja Hany­sów osią­gnęła rodzinną pla­netę Khe­lian. Dzień lądo­wa­nia „Bar­bórki” na Khel stał się pań­stwo­wym świę­tem w obu świa­tach, od tam­tego czasu wza­jemne sto­sunki zdą­żyły się już jed­nak zna­cząco popsuć. Jego pobra­tymcy na Ziemi narze­kali na brak tole­ran­cji, prze­śla­do­wa­nia i dra­styczną segre­ga­cję rasową, pod­czas gdy Zie­mia­nie coraz ostrzej bro­nili swych córek przed pomy­słem zwią­za­nia się z jaki­miś Khe­lia­ni­nem. Pary mie­szane cie­szyły się złą sławą wśród obu ras, a wśród naj­młod­szych wciąż poku­to­wały legendy o dra­ma­tycz­nych skut­kach mię­dzy­ra­so­wej kopu­la­cji, sku­tecz­nie pro­pa­go­wane przez Kościół i saty­ry­ków, któ­rzy rzadko umieli się oprzeć poku­sie nary­so­wa­nia czte­ro­me­tro­wego fiuta, wygła­sza­ją­cego jakiś „zabawny” komentarz.

- To ło co żeście sie powa­dziyli? – głos Edel­traudy wyrwał go z tych ponu­rych roz­my­ślań. – Zaś żeś ji niy umioł dogodzić?

Khrk poczuł, że się rumieni. To zna­czy poczułby, gdyby potra­fił, a tak pozo­stało mu tylko poło­że­nie kol­ców po sobie i odru­chowe pod­kur­cze­nie wola. To, że przed kil­koma tygo­dniami w cał­kiem podob­nej sytu­acji przy­znał się sąsiadce do pew­nych nie­po­wo­dzeń w sfe­rze sek­su­al­nej, oka­zało się jed­nak spo­rym błę­dem. Był świę­cie prze­ko­nany, że do teraz wie­dzą o tym już wszyst­kie kla­chule, a ostat­nia kłót­nia z Anią zda­wała się tego dowo­dzić. Usły­szał od niej, że „nawet zgnity banan je lep­szy niż ty”, a potem nastą­piła lita­nia skarg i zaża­leń, zakoń­czona wywa­le­niem go za drzwi po raz kolejny, trzeci w tym mie­siącu. Kum­ple ostrze­gali go co prawda, że Ślązaczki mają dość ostry tem­pe­ra­ment, nie spo­dzie­wał się jed­nak, że przyj­dzie mu wziąć ślub z samo­bież­nym tor­na­dem nie­usta­ją­cego wkurwu i fru­stra­cji, potrze­bu­ją­cym jakie­goś celu, o który mogłoby walić z całej siły. Teraz miał za swoje – bez pracy, bez papie­rów, bez dachu nad głową, w cał­ko­wi­cie obcym środo­wi­sku, wysta­wiony na pośmie­wi­sko i opusz­czony przez jedyną osobę, która kie­dyś zda­wała się go rozu­mieć. Nie miał poję­cia, co począc w takiej sytuacji.

- Niy – odpo­wie­dział z waha­niem, decy­du­jąc się na pomi­nię­cie prawdy. – Som żech poszoł. Dyć niy byda sie­dzioł na gowie komuś, fto mi niy pszaje. Łona sie zresz­tom już znoj­dła nowego gacha – zamilkł, widząc pod­eks­cy­to­wany błysk w oku sąsiadki. Wie­dząc, że już zła­pała haczyk, dodał zre­zy­gno­wa­nym gło­sem – I to Murzina.

- Jez­der­ku­sie! Corny? U nos w fami­loku? Dyć to gańba na cołko ulica! – prze­ra­ziła się nie na żarty pani Edle­trauda. – To sie dopiero kla­chule zle­com, jak sie dowie­dzom! Sły­szołś Horst – Andzia sie znoj­dła Murzina!

- W rzi­ciach sie tym modym poprzew­ra­cało – wes­tchnął jej mąż, dra­piąc się po oka­za­łym brzu­chu. – Już im nie styk­nie zwy­kły szwarny synek, jak tyn – wska­zał na Khrka. – Egzo­tyki im sie, pie­rona, zachciywo.

- No ja, wszy­sko przez ta tele­wi­zjo i inter­nety. Kie­dyś sty­kło, że synek mioł szwaje cyste, żeby wszyj­skie za nim leciały, a teroz to sie zro­biło wybredne jak niy wiym co.

Khrk przy­słu­chi­wał się ich roz­mo­wie, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, jak doszło do tego, że wła­śnie wśród tutaj czuje się naj­le­piej. Może dla­tego, że nigdy nie patrzyli na niego jak na dzi­wo­wi­sko, trak­to­wali, jak rów­nego sobie, mimo, ze wyglą­dał zupeł­nie ina­czej, a jego zacho­wa­nia nie miały nic wspól­nego z nor­mami przy­ję­tymi na tej pla­ne­cie. Ist­niały oczy­wi­ście teo­rie, wedle któ­rych tak dobre poro­zu­mie­nie miesz­kań­ców Hany­stown z Khe­lia­nami wyni­kało ze wspól­nego umi­ło­wa­nia węgla, ale jakoś w nie nie wie­rzył, widząc w pracy czę­ste bójki, do któ­rych docho­dziło przy podziale urobku. Zie­mia­nie upie­rali się przy pale­niu węgla, pod­czas gdy dla Khe­lian była to jedna z naj­gor­szych zbrodni (bryłkę, która wpa­dła przy­pad­kiem do ognia nale­żało natych­miast wyjąć i poca­ło­wać), dla­tego też kon­flikty na tym tle stały się wkrótce codzien­no­ścią Gór­nego Śląska, a akty wan­da­li­zmu w rodzaju wywra­ca­nia kok­sow­ni­ków, ogrze­wa­ją­cych zamar­z­nięte przy­stanki zda­rzały się po kilka razy dzien­nie, potę­gu­jąc wro­gie nastroje (wielki trans­pa­rent z napi­sem PULOKI RAUS! wiszący z opusz­czo­nego biu­rowca DOKP, był solą w oku wielu Khe­lian, nikt jed­nak nie wie­dział, jak się go pozbyć). Musiało tkwić w tym coś wię­cej, niż wspólna zależ­ność od jed­nego surowca, nie potra­fił jed­nak odpo­wie­dzieć, co to było. Spoj­rzał na oboje mał­żon­ków, któ­rzy w mię­dzy cza­sie zaczęli coś mię­dzy sobą szeptać.

- Suchej ino, synek – ode­zwał się nagle Horst, który po pię­ciu latach sąsiedz­twa do per­fek­cji opa­no­wał sztukę pomi­ja­nia jego imie­nia, brzmią­cego, jak tłu­ma­czył swoim kom­pa­nom po szych­cie „jakby sie ftoś zdrzi­stoł alfa­be­tym”. – Tak dużyj być niy może. Ty musisz mieć swoja god­ność. Dyć baba niy bydzie tobom pomia­tać. Musisz sie kaś znojść jakoś ajncla i tam się prze­klu­dzić. Moja oma, co ji już sib­nund­nojn­ciś idzie, mo taki jedyn pokój u sie­bie, kaj żodyn niy mieszko. Pogo­dom z niom, zapy­tom czy by cie niy wzięła. Łona już sama mało co pora­dzi zro­bić, to byś ji won­gel nosiył i do sklepu cza­sym poszed. Muszymy cię przeca zabrać lod tyj lata­wicy, bo coł­kiym nom się przi nij zmarnujesz.

- Ja! Tak cza zro­bić, noj­le­pij już – zgo­dziła się entu­zja­stycz­nie Edel­trauda. – A jo zaroz póda do Mali­now­skij, już ta jij rzić łobo­robi, jak sie ino dowie ło tym Murzi­nie. Wy sie sam chopy spo­koj­nie posiedź­cie, a jo gibko łobórca tam i nazod — To mówiąc porwała z wie­szaka brą­zowy płaszcz i narzu­ca­jąc go na far­tuch, się­gnęła ręką do klamki.

- Dobry, pani Woź­ni­cowo – ode­zwał się nagle jakiś kobiecy głos w drzwiach. – Niy widzie­li­ście kaś tego mojego podciepa?

- Dobry, pani Aniu – odparła Edel­trauda, sta­ran­nie mode­lu­jąc każdą sylabę, jak zawsze, gdy przy­szło jej roz­ma­wiać z kimś, kogo uzna­wała za gorola. Sztuczny akcent pło­wo­wło­sej sąsiadki, któ­rej rodzice, jak twier­dziły kla­chule, spro­wa­dzili się Śląsk gdzieś spod Kra­kowa zale­d­wie 40 lat temu, nigdy nie budził jej zaufa­nia. – Sie­dzom w kuchni z moim sta­rym i coś tam sie łospra­wia­jom – poin­for­mo­wała. – Ale niy wiem, czy bydzie chciał z wami godać.

- Jak to? – zdzi­wiła się drobna blon­dynka w oku­la­rach, ubrana w ele­gancką gar­sonkę. – Dyc dopiero żech z roboty przi­szła. Patrza w doma – niy ma gizda, zna­czy zaś kaś poloz. Myśla se, może się łobra­ziył, boch mu tro­cha łostat­nio nazdała, no ale to przeca niy powód, coby ucie­kać, pra?

- Jo tam niy wiym, wola sie do wos niy wtrą­cać – kobieta nie­chęt­nie odsu­nęła się od drzwi, prze­pusz­cza­jąc sąsiadkę. – Puć dzioł­cha do środka, pogo­dej­cie sie.

Khrk widząc Anię sto­jącą w progu kuchni odru­chowo zwi­nął się w kłę­bek, zbi­ja­jąc przy­pad­kiem jedną z szy­bek kre­densu. Brzęk tłu­czo­nego szkła zagłu­szył jej pierw­sze słowa, wcale jed­nak nie musiał ich sły­szeć, żeby zro­zu­mieć, że wszystko znów zacznie się od nowa. Wie­dział, że za chwilę zoba­czy łzy na jej twa­rzy, w jego uszach zaczną roz­brzmie­wać kolejne wyszep­tane obiet­nice, a całe ciało zadrży pod naj­lżej­szym cho­ciażby doty­kiem jej dłoni. Ogar­nięty nagłą rezy­gna­cją zsu­nął się z tabo­retu i wymi­ja­jąc wszyst­kich obec­nych wypeł­znął na kory­tarz, podej­mu­jąc powolną wspi­naczkę w stronę ich miesz­ka­nia na 4 pię­trze. Ania uśmiech­nęła się do obojga star­szych sąsia­dów i ruszyła za nim.

- Widziołś to? – Edel­trauda spoj­rzała na swo­jego męża, kiedy tylko dotarł do nich trzask zamy­ka­nych drzwi i coraz gło­śniej­sze kobiece krzyki. – Tyn pulok to mo rich­tich nasrane w gowie skuli tyj dziołchy.

- Co chcesz, Trautko, co chcesz… — wes­tchnął Horst. – Modzi som, to sie kocha­jom, no niy? My tyż kie­dyś takie byli… — co powie­dziaw­szy się­gnął po nie­do­je­dzony przez Khrka węgiel i schru­pał go ze sma­kiem. Musiał przy­znać, że jeśli cho­dzi o kuch­nię, to Khe­lia­nie nadal bili jego żonę o głowę.

—–

(inspi­red by, czyli dla­czego czy­ta­nie po nocach skut­kuje głu­pimi pomy­słami z rana, a jeśli ktoś miałby ochotę się dopie­przyć do formy zapisu języka, to infor­muję, że tak się godo w Alte König­shütte — co nie ozna­cza, że 5 prze­cznic dalej godo się tak samo)

70 osób uznało, że da się to czy­tać.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

23 Responses to Obcy

  1. urbane.abuse says:

    REWELACJA! Trzeba to wydru­ko­wać i roz­rzu­cić na wszyst­kich kale­kich ryn­kach naszej metro­po­lii. ‘Hanysy w kosmo­sie’ to byłby BTW świetny serial.

    (Cytuj)

  2. bu says:

    wow, świetne :) lecę po węgiel do apteki!

    (Cytuj)

  3. dr Charles Kinbote says:

    Okla­sky. Naresz­cie robisz coś poży­tecz­nego w życiu. Nie cudze wyci­skasz z klawy — a swoje.

    (Cytuj)

  4. bartoszcze says:

    A Cho­rzów Stary to wogle jest König­shütte, choby Alte?

    (Cytuj)

  5. Marceli says:

    Oma zawsze godali, że ja, na placu my tyż tak godali.
    A Niymce zaś goda­jom, że niy — http://de.wikipedia.org/wiki/Chorzów_Stary

    (Cytuj)

  6. login99195 says:

    Jo ci padom, Mar­celi, tyś mioł ta geszichta nie w inter­ne­tach skro­bać, ino od rozu taki film do kinow dre­jo­wać. To by ci jesz­cze jakiego uoskara szen­kli. Bo ta geszichta to je bar­dzi lep­sza niźli u ame­ry­ka­now — niby o o alie­nach, ale mo tako, jak to w lajerce goda­jom, “socjalno komponenta”.

    (Cytuj)

  7. Marceli says:

    Geszichta z socjal­nom kom­po­nen­tom to będzie ofi­cjalny pod­ty­tuł, ok? :)

    (Cytuj)

  8. kolega Tetrix says:

    Yes! Hałda 9 z peni­sami zamiast kre­we­tek!!! A sceny walki — czło­wieku, to jest insta­win do sześcianu.

    (Cytuj)

  9. squarantina says:

    Kom­pletny odlot :)

    (Cytuj)

  10. ewamewa says:

    Ladne!
    A co na to zona? Miala ‘chuja w oczach’ czy pokle­pala z apro­bata po ramieniu?

    (Cytuj)

  11. Marceli says:

    Potrze­bo­wała tłumacza :)

    (Cytuj)

  12. fan­ta­styczne!!! wzru­szy­lem sie :)

    (Cytuj)

  13. pijotr says:

    Alte König­shütte to podobna egzo­tyka, jak peni­so­kształte Alieny, więc dla Polo­ków fan­ta­styka będzie podwójna. Piękne.

    (Cytuj)

  14. bongozz says:

    Podzie­ko­wal za ubaw po pachy. Gorol zza Brynicy.

    (Cytuj)

  15. obly says:

    Wyn­glorz nie paskarz, cudze udra­pie ale i swoje upiździ…

    (Cytuj)

  16. Ausir says:
  17. squirk says:

    Prze­czy­ta­łam, bo Bar­tosz­cze kazał (on mi zawsze każe czy­tać to, co mu sie podoba, ja to mam życie) i oczy­wi­ście mnie też się podo­bało.
    :-)

    (Cytuj)

  18. vontrompka says:

    ha! ładne bardzo.

    (Cytuj)

  19. Kezlog says:

    Bar­dzo dobre.

    (Cytuj)

  20. Pingback:Honourable mention – publiczna dusza prywatna

  21. Pingback:Ględzenie Shadowa » Blog Archive » Zajdle 2012 – drobny komentarz do nominacji

  22. kowal says:

    Zaje­bi­ste!
    Czemu Ty się Szpaku nie chwa­lisz takimi perełkami.

    (Cytuj)

  23. Pingback:Literacki rock and roll – wywiad z Jakubem Ćwiekiem | Booklips.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.