oczywiście grabarz.
Trzeba było dziś uciekać przed internetem, który stał się chwilowo poletkiem propagandowego nudzenia ludzi, przejmujących się abstrakcyjnym pierdoleniem jakichś ćwoków od ustaw z których i tak nic nie wyniknie, więc się schowałem tam gdzie ciepło, bezpiecznie i wygodnie, czyli w książkę. Czytaną z początku głównie dlatego, że trafiła na szortlistę Bookera i ma zajebistą okładkę

a potem to już dlatego, że się okazała naprawdę zajebista w całości.
Western, to oczywiste, ale bardziej taki w stronę Małego Wielkiego Człowieka niż biblijno-apokaliptycznych Krwawych Południków, z parą przeuroczych bęcwałów w roli głównej, którzy, jako wynajęci zabójcy podróżują przez praktycznie całą Amerykę z misją wykończenia Hermanna Kermita Warma, kochanego człowieka i genialnego wynalazcy, który obrobił ich szefa. Panowie — jak to bracia — głównie się kłócą, piją i poddają testom swoją cierpliwość wobec siebie, mijając po drodze całą galerię postaci żywcem wyjętych z wszystkich anty-westernów, jakie dotychczas widzieliście. Odkrywają również zalety używania pasty do zębów, wprowadzają czytelnika w sekrety tradycyjnej, podnoszącej na duchu kowbojskiej masturbacji i zostawiają wszystkich w przekonaniu, że na Dzikim Zachodzie najgorzej było być koniem. (Miłośnikom koni w innej formie niż kiełbasa, szczerze tę powieść odlecam).
Wszystko pięknie poskładane w łotrzykowską opowiastkę, w której dzieje się dużo i wesoło, są morały, jest maksymalne stężenie przemocy i pięknego języka. Całość opowiada młodszy z braci, który ma trochę dosyć obranej ścieżki rozwoju zawodowego (w końcu osiągnęli wszystko: na całym Zachodzie nie ma człowieka, który nie kryłby się pod kamień, słysząc o przerażających Braciach Sisters) i czasem wpada w przekomiczną dostojewszczyznę, zastanawiając się czy słusznie rozwalili tego czy tamtego (a rozwalają tych i tamtych na kopy), co właściwie pozwalałoby na czytanie tej powieści jako opisu świata, który powoli się kończył (docierając do San Francisco bracia odkrywają telefon), gdyby nie to, że żadna z przedstawionych postaci tego końca nie wyczuwa, a Eli, ze swoimi skrupułami moralnymi jak z filmów Zanussiego, jest powszechnie uznawany za pierdolca.
Mnóstwo zabawy na niedzielne popołudnie, zwłaszcza w połączeniu z trzecim albumem The New Law, który od tygodnia nie schodzi mi z plejlisty, przynosząc westernowe instrumentale w hip-hopowym kluczu i ciesząc uszy tym, że po pierwszym dobrym albumie i drugim wybitnym albumie, panowie nagrali album trzeci — całkowicie genialny.
(Filmik z początku notki nie ma zbytniego związku z jej treścią, ale jest tak fajny, że nie mogłem się powstrzymać)
15 osób uznało, że da się to czytać.