Trujbój Kwietniowy to niewątpliwie najważniejszy wkład Polski w historię światowego sportu. Idea zawodów, łączących głębokie duchowe przeżycia z wytężonym wysiłkiem fizycznym narodziła się pierwotnie w środowisku pielgrzymkowym, jednak dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku nabrała skonkretyzowanego kształtu, przeradzając się z wolna w dyscyplinę olimpijską, której popularności zagrozić może jedynie curling. Pierwsze zawody w aktualnej formule odbyły się w 2015 roku i jak łatwo stwierdzić, zaglądając do historycznych opracowań, przyciągnęły milionową publiczność, spragnioną wysublimowanej rozrywki.
40 zawodników rozpoczęło swoja przygodę od najłatwiejszego etapu, zwanego „papieskim”. Startując ze stopni warszawskiej Świątyni Opatrzności, musieli dobiec do trybun ustawionych na krakowskich błoniach, by tam, zatrzymując się jedynie na moment, by zmienić przepocone dresy na odświętny ornat i wygłosić porywające kazanie do licznie zgromadzonej publiczności. Liczył się zarówno czas biegu, jak i zgodność kazania z wytycznymi zawartymi w encyklikach pana naszego, Jana Pawła Drugiego. Dodatkowe punkty przyznawano za każdy udokumentowany przypadek glosolalii wywołanej treścią kazania, a krakowska kuria ufundowała nagrody rzeczowe dla wszystkich, którzy przeżyli gwałtowne nawrócenie w trakcie tej części zawodów.

Zwycięzcą pierwszego etapu zawodów został niekwestionowany faworyt, student Seminarium Teologicznego w Katowicach, Maksymilian Popiełuszko, którego kazanie zaczynające się od słów „Ni Żyd, ni bagażnik nie są w stanie powstrzymać Chrystusa”, znalazło poczesne miejsce w szkolnych podręcznikach i znane jest każdemu prawdziwemu Polakowi. Jak to w Polsce nie obyło się oczywiście bez skandalu oraz protestów pozostałych drużyn, które próbowały wykazać, że tekst kazania skompilowano na podstawie fragmentów z Wikipedii, jednak powołana specjalnie w tym celu komisja kościelna oddaliła wszelkie zarzuty jako bezzasadne.
Kolejnego dnia przyszła pora na najtrudniejszy etap zawodów, wymagający od zawodników odporności zarówno psychicznej jak i fizycznej, a także lisiej wręcz przebiegłości. „Mamamadzi”, sport znany wśród fanów jako e-MM-a, okazał się dla wielu z nich barierą nie do przebycia, mimo, że wbrew protestom tradycjonalistów, żywe niemowlęta zastąpiono japońskimi robotami, które pierwotnie wykorzystywano na propagandowych zajęciach „przygotowania do życia w rodzinie”, a po likwidacji tego programu przez Biskupa Edukacji Narodowej, znalazły swoje nowe miejsce na sportowych arenach.
Po raz kolejny okazało się, że katowicki student Popiełuszko jest po prostu bezkonkurencyjny. Jego rzut dzieckiem, zakończony fantastycznymi złamaniami miednicy, kończyn, pęknięciem czaszki i uszkodzeniem wszystkich podzespołów stał się równie sławny jak gest Kozakiewicza, a bezbłędny plan ukrycia zwłok w obrębie stadionu do dziś bywa analizowany na zajęciach teoretycznych z kryminalistyki. Jak stwierdził ówczesny minister sprawiedliwości, K. Rutkowski – Czegoś takiego nie widzi się codziennie. To właśnie w takich sytuacjach ujawnia się cała wrodzona wielkość i inteligencja narodu polskiego, prawdziwy duch Zagłoby, który fortelem, fintą i łgarstwem potrafił wyprowadzić w pole każdego. Dodatkową ciekawostką może być fakt, że zwłok ukrytych przez Popiełuszkę 40 lat temu nie odnaleziono do dzisiaj, a nagroda za ich wykrycie, ustanowiona przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski i Episkopat wciąż czeka na swojego odbiorcę.

Przy tak wielkiej przewadze katowickiego faworyta, trzeci etap, wymagające niesamowitej koordynacji, odporności i zręczności „96 brzóz”, okazał się czystą formalnością. Popiełuszko już na samym początku wykorzystał swoją przewagę i jako pierwszy wskoczył za stery Tupolewa, podrywając maszynę do lotu. Licznie zgromadzona widownia z prawdziwą fascynacją obserwowała jego akrobacje nad brzozowym zagajnikiem, dopingując zawodnika histerycznymi okrzykami Pull Up! Pull Up!Kurwa! Kurwa!, a kiedy szczęśliwie rozbił maszynę o betonowy pas, popędziła natychmiast do olbrzymich telebimów, by nie stracić ani sekundy z ostatniego fragmentu zawodów, polegającego na ekshumacji i prawidłowej identyfikacji co najmniej 10 ciał poległych w smoleńskim zamachu. Kiedy udało mu się prawidłowo połączyć obie nogi prezydenta z głową, publiczność po prostu oszalała z radości i uniosła zwycięzcę w stronę podium. Tam, jak nakazuje tradycja, przybito go największego krzyża, a dwie mniejsze konstrukcje przypadły w udziale zdobywcom drugiego i trzeciego miejsca. Zwycięstwo w tych zawodach zapewniło Popiełuszce nie tylko upragniony tytuł Polskiego Mesjasza na rok 2015, pozwoliło mu także na natychmiastowe dołączenie do pocztu świętych.

Uzasadniając w dziesięć lat później swój wniosek o włączenie zawodów „Jan Paweł II ściga Mamę Madzi przez Brzozowy Zagajnik” do dyscyplin olimpijskich, Arcybiskup Ministerstwa Sportu pisał tak: „W sporcie tym, jak w każdej dziedzinie ludzkiego życia, chodzi o naśladowanie Chrystusa i promowanie ogólnoludzkich wartości, wyrosłych na krwi polskich patriotów i męczenników. Wprowadzając Trujbój Kwietniowy na międzynarodową arenę sportu, chcielibyśmy uwrażliwić przede wszystkim dzieci i młodzież, na straszliwą kondycję współczesnego świata, pogrążającego się coraz głębiej w grzechu i marazmie i pokazać im, jak poprzez wysiłek fizyczny można zbliżyć się do Boga.”
I trudno nie przyznać mu racji.