Raymond Briggs — When the Wind Blows

Naj­pierw był komiks. Nawet dwa. Gen­tel­man Jim jesz­cze nie zapo­wia­dał rewolucji,kilkanaście stron satyry poli­tycz­nej w wyko­na­niu pary sta­rusz­ków, Jima i Hildy, któ­rzy marzą o lep­szym życiu. Jim czy­ści toa­lety i jak każdy praw­dziwy przed­sta­wi­ciel wor­king class pró­buje popra­wić swój sta­tus kla­sowy, naj­czę­ściej naśla­du­jąc tych, co w porządku dzio­ba­nia usta­wieni są wyżej Ot, sym­pa­tyczna lek­turka na parę minut, nie zosta­wia­jąca więk­szych wra­żeń niż powie­ści Dickensa.

Dwa lata póź­niej jed­nak, te same posta­cie poja­wiają się w When the Wind Blows. Pozor­nie nie zmie­nia się nic. Jim nadal wie­rzy w Anglię, Kró­lową i rząd, Hilda nadal reali­zuje się życiowo pra­su­jąc jego spodnie i przy­go­to­wu­jąc śniadania.

Tyle, że ten komiks powstaje w szczy­to­wym okre­sie histe­rii nukle­ar­nej, w 1982 roku, kiedy po róż­nych pomy­słach Reagana i jego radziec­kich odpo­wied­ni­ków, mnó­stwo ludzi spo­dzie­wało się, że ktoś naci­śnie czer­wony guzik.

W tym to cza­sie, rząd jej kró­lew­skiej mości, wydaje legen­darną bro­szurkę “Pro­tect and Survive”. Dziełko to dla wielu Angli­ków stało się odpo­wied­ni­kiem wel­le­sow­skiej Wojny Świa­tów znie­nacka wyemi­to­wa­nej w radio, budząc potworne prze­ra­że­nie i panikę na uli­cach. Dość jasno wyni­kało z niego, że ataku nukle­ar­nego nie prze­żyje nikt, a wszyst­kie rady zawarte w bro­szu­rze słu­żyły temu, by łatwiej było odna­leźć ciała ofiar.

Ta pro­pa­gan­dowa bro­szurka stała się także główną inspi­ra­cją dla komiksu Brig­gsa. Obser­wu­jemy jak Jim, cią­gle powta­rza­jąc fra­zesy o rzą­do­wej odpo­wie­dzial­no­ści i pomocy, o patrio­tycz­nych obo­wiąz­kach i dumie Anglii, przy­go­to­wuje pro­wi­zo­ryczny schron z drzwi i podu­szek, gro­ma­dzi zapasy pozwa­la­jące prze­trwać dwa tygo­dnie po Wybu­chu i wresz­cie stara się prze­ko­nać Hildę, by wraz z nim w owym schro­nie zamieszkała.

Byłaby to rado­sna kome­dia o sza­rym czło­wieku, któ­remu mózg wyprała pro­pa­ganda, gdyby nie pewien drobiazg.

Wybuch nastę­puje.

Komiks został okrzyk­nięty jed­nym z arcy­dzieł gatunku, więc kwe­stią czasu pozo­stało jedy­nie, ocze­ki­wa­nie na ekra­ni­za­cję. Ta powstała w 1986 roku i jeśli jest to w ogóle moż­liwe, jest jesz­cze bar­dziej depre­syjna, szy­der­cza i tra­giczna niż lite­racki pierwowzór.

Poja­wia się też w niej jeden ele­ment w komik­sie tylko deli­kat­nie suge­ro­wany, tu poka­zany zaś z całą mocą — w porów­na­niu z nukle­ar­nym ata­kiem, wszyst­kie okru­cień­stwa II Wojny świa­to­wej były jedy­nie nie­winną i nic nie zna­cząca przy­grywką. W serii dosko­na­łych frag­men­tów doku­men­tal­nych kawał­ków o nalo­tach na Lon­dyn w które wmon­to­wano pełné zapału i patrio­tycz­nej dumy ora­cje Jima, poja­wia się wnio­sek, że tamta wojna była cywi­li­zo­wana, bo kie­ro­wali nią ludzie. Ta, która nad­ciąga teraz jest zde­hu­ma­ni­zo­wana i bez­duszna, bo za wszyst­kim stoją kom­pu­tery. Frag­menty te mają wydźwięk mocno iro­niczny, nie zmie­nia to jed­nak faktu, że po jakimś cza­sie zaczy­namy się z Jimem zga­dzać, obser­wu­jąc następ­stwa ude­rze­nia bomba ato­mową w Anglię.

Tu i Briggs w komik­sie i ani­ma­to­rzy sto­sują jeden nie­sa­mo­wity patent, który ide­al­nie pod­kre­śla nara­sta­jące osa­mot­nie­nie i klau­stro­fo­bię nara­sta­jąca po ataku. Nie opusz­czamy domu Jima i Hildy nawet na chwilę, wszystko dzieje się na prze­strzeni kil­ku­na­stu metrów kwa­dra­to­wych, resztę świata pokrywa nie­prze­brana mgła, za którą nie wia­domo, co jest.

To zna­czy, my, widzo­wie wiemy, boha­te­ro­wie jed­nak nie, i opo­wieść tym samym staje się jesz­cze tra­gicz­niej­sza. W “Pro­tect and Survive”, któ­rym Jim nadal się kie­ruje, zale­d­wie kil­koma zda­niami wspo­mniano o nie­bez­pie­czeń­stwach wyni­ka­ją­cych z opadu radio­ak­tyw­nego, więc oboje nie trak­tują go poważ­nie, w pew­nym momen­cie pada jedno z naj­strasz­niej­szych zdań w fil­mie wypo­wie­dziane przez Hildę — Jeśli cze­goś nie widać, nie sły­chać i nie czuć, to nie może nam zro­bić krzywdy.

My wiemy, że to nie­prawda, więc z coraz więk­szym przy­gnę­bie­niem obser­wu­jemy ich spa­cery po ogródku, zbie­ra­nie desz­czówki, by zapew­nić sobie świeżą wodę, jedze­nie napro­mie­nio­wa­nej żywno­ści, wie­dząc, że to wszystko musi zakoń­czyć się w jeden, tra­giczny spo­sób. Scena ostat­nia, gdy mał­żon­ko­wie wypeł­niają ostat­nie zale­ce­nie z “Pro­tect and Survive”, po pro­stu wypala dziurę w mózgu. Widzimy dwójkę ludzi, któ­rzy nawet świa­domi tego, że nie ma już oca­le­nia, nadal wie­rzą w zbaw­cza moc rządu.

Wszystko to pod­kre­ślane jest dość awan­gar­dową jak na owe czasy ani­ma­cją, gdzie zwy­kła kre­ska, tro­chę przy­po­mi­na­jąca ligne cla­ire sto­so­waną choćby w Tin­ti­nie, nakła­dana jest na ani­ma­cje poklat­kowe i frag­menty sta­rych doku­men­tów, poja­wiają się też kawałki oni­ryczne, ryso­wane paste­lami i ołów­kiem, które na chwilę pozwa­la­jąc uciec z tego prze­ra­ża­ją­cego obrazu świata po kata­stro­fie, choc poja­wia się ta tech­nika także po to, by jeszce bar­dziej pod­kre­slić tra­gicz­ność zda­rzeń, szcze­gól­nie w sce­nach samego wybuchu.

Osobne zdanko należy się muzyce — film zaczyna się od pio­senki Bowiego, która momen­tal­nie wpro­wa­dza w kli­mat zimno-falowych opo­wie­ści o końcu świata, prze­wi­jają się też inni boha­te­ro­wie lat 80′ jak Gene­sis, ale główny trzon sta­nowi pra­wie pół­go­dzinna kom­po­zy­cja Rogera Watersa, sta­no­wiąca chyba jeden z naj­lep­szych posta­po­ka­lip­tycz­nych sound­trac­ków jakie w życiu sły­sza­łem. Nie zno­szę Watersa, jak i całego Pink Floyd, ale ta muzyka jest po pro­stu wielka.

Strasz­li­wie dołu­jący film, bez naj­mniej­szego nawet cie­nia nadziei, przy­gnę­bia­jący bar­dziej niż “Naj­dal­szy brzeg” Shute i kli­ma­tycz­nie zbli­żony do chyba naj­ge­nial­niej­szego opo­wia­da­nia Bradbury’ego There will come soft rains, bar­dzo wart zobaczenia.

Frag­ment kla­sycz­nego filmu “Pro­tect and Survive”:

(jest tego na tubie mnó­stwo, wystar­czy wrzu­cić w szukarkę)

Ray­mond Briggs — Gen­tel­man Jim
Hamish Hamil­l­ton
1980

Ray­mond Briggs — When the Wind Blows
Hamish Hamil­l­ton
1982

When the wind Blows
1986
Reży­se­ria: Jimmi T. Mura­kami
Sce­na­riusz: Ray­mond Briggs

Dostęp­ność po pol­sku — film ponoć ktoś wydał, ale nie widzia­łem legala na oczy, komik­sów nie ruszył nikt
Dostep­ność ogólna — komiksy cza­sem poja­wiają się na DC++ lub mule, film w kawał­kach na tubie i google vids, w cało­ści na torrentach

Be the first to like.

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

One Response to Raymond Briggs — When the Wind Blows

  1. fuzja 2 fiutów says:

    zastój sta­gna­cja. karm mnie.

    (Cytuj)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Chcesz dodać obrazek do komentarza? Kliknij i wstaw link.