TP

Posted: 13th September 2014 by Łukasz in demo emo

Natomiast w tym tygodniu zapraszam szanowne towarzystwo do kiosków, saloników prasowych i tych przybytków kulturalnych (w tym internetowych), w których nabyć można legendarny, prestiżowy tygodnik opinii, czyli „Tygodnik Powszechny”. W nim to bowiem pomieszczono rozmowę ze mną, podczas której opowiadałem o swoich dwóch największych fascynacjach – sobie i Zgierzu. Do tego przygarść anegdot z polskiego ruchu wydawniczego, plotki o pięknych i bogatych, niepotwierdzone świadectwa z lat mojej burzliwej, rozerotyzowanej młodości, oczywiście, literatura, i parę gorzkich konstatacji natury ogólnej. Całość zawodowo skręciła Kalina Błażejowska, która postarała się i o wartką narrację z pobytu w naszym miasteczku, tym podupadłym Las Vegas. Ekskluzywnym bonusem są tutaj refleksyjne foty z wnętrza tramwaju nr 46, na których gruby zgierski raper wpatruje się w elementy wystroju, rzeczywistość za oknem, przyszłość naszego kraju. Tak.

IMG_8910

“Transmisje”, Book Rage Edition

Posted: 28th July 2014 by Łukasz in demo emo

Równo tydzień temu poczyniłem na Fejsbuku taki oto wpis. Dzisiaj go powtarzam tutaj.

No więc 21 lipca 2014 roku, imieniny Andrzeja i Praksedy. Jest to również ten dzień, kiedy moja książeczka pod niewyszukanym tytułem „Transmisje” ukazuje się w pakiecie książek domu wydawniczo-medialnego Book Rage. Po namowach i szantażach ze strony osób mi bliskich scaliłem cały swój dotychczasowy urobek fejsbukowo-blogowy i wyciosałem z tej bryły zwartą, rześką opowieść, na którą składają się miniatury, opowiadania, epifanie i wysięki natury intymno-społecznej. Wyciosałem i poddałem obróbce termicznej, oszlifowałem i zremasterowałem, tak. Rzecz dzieje się głównie w centralnej Polsce, ale i zdarzają się ekskursje do tak egzotycznych miejsca, jak Francja czy przeszłość. Podmiot liryczny tych wszystkich kawałków jest jeden i jest on dobrze wam znany. Akcje rozwijają się chronologicznie i trwają przez rok – od zimy do zimy. Jest to literatura taka trochę do śmichu, a trochę – nie. Bo jednak życie to bywa również i znój, i smutek, i kompleksowa chujnia. „Transmisje” zostały napisane w języku polskim i pochodnych.

10557229_343597465799930_7154167102053738306_n

Ale, ale. Nie jestem w tym sam – obstawę w pakiecie mam więcej niż zawodową. Pozwólcie, że przedstawię:

Karolina Pochwatka, liderka trójmiejskiej sceny noise und rap
Jakub Żulczyk, literat, człowiek sukcesu, reprezentant offowego mainstreamu
Paweł Ziętek, tajemniczy utalentowany człowiek z Poznania, autor powieści
Radek Teklak, warsiawski Homer i chan krasnostawski na wychodźstwie
Ziemowit Szczerek, gwiazda, honorowy obywatel Radomia, Lwowa i Las Vegas

Pakiet można nabyć tu: http://bookrage.org/

Tagami tego pakietu są: #gonzo #bluzgi #Polska #yolo #miłość #beka #melankolia #bruklyn #derTod #KrzysztofKrawczyk

Miłej lektury! Łatwych przelewów! Cała akcja trwa jeszcze przez kolejny tydzień.

Nic, Pessoa

Posted: 19th January 2014 by Łukasz in biblioteka

Jakiś czas temu napisałem tekst o nudzie i Pessoi. Klik-link.

 

Ksiega-niepokoju-spisana-przez-Bernarda-Soaresa-pomocnika-ksiegowego-w-Lizbonie_Fernando,images_product,23,978-83-63056-04-9

 

Endżoj.

Każdy tonie inaczej

Posted: 3rd January 2014 by Łukasz in biblioteka

„Jak wyjaśnić, dlaczego popadł w zapomnienie jeden z najsłynniejszych i najbardziej fascynujących pisarzy politycznych dwudziestego wieku – Victor Serge?”. Takim oto zdaniem otwiera swoje obszerne posłowie do „Sprawy Tułajewa” Susan Sontag. Po czym sama próbuje sobie – i nam – na tak postawione zapytanie odpowiedzieć. Odpowiadając, ostrożnie i z wprawą rozbraja ten splot niekorzystnych i dramatycznych okoliczności, wyroków historii, osobistych wyborów i zwykłego fatum, jakim niemal od początku było życie Serge’a.

sprawa-tulajewa.1948627.2

Serge – „Victor Serge” to pseudonim literacki, jego prawdziwym imieniem, a właściwie imionami, i nazwiskiem było: Wiktor Napoleon Lwowicz Kibalczycz – urodził się (jak dodawał w swoich memuarach, „przez przypadek”) w Brukseli w roku 1890. Bruksela była jednym z postoi na szlaku ciągłej wędrówki jego rodziców, którzy na początku lat 80 XIX wieku uciekli z carskiej Rosji przed tyranią i tyranii tej uciskiem. To z pewnością po nich odziedziczył Serge potrzebę zaangażowania polityczno-społecznego i, będący tejże pasji pochodną, mus – niekiedy i konieczność – ciągłego ruchu, przemieszczania się, porzucania jednego kraju na rzecz innego. W efekcie czego Serge żył, mieszkał, działał i tworzył w Belgii, Francji, Hiszpanii, Rosji, Niemczech, Austrii i Meksyku. Powiedzieć o nim, że był zaangażowany, to nic nie powiedzieć. Jako 28-latek zjawił się w Rosji i przyłączył do rewolucji bolszewickiej (a już i wcześniej zawodowo agitował i trafiał za swoją aktywność do więzień), brał udział w oblężeniu Piotrogrodu, udzielał się na rzecz Komiternu, był razem z Trockim w opozycji wobec Stalina, za co został wykluczony z partii i przez lata poddawano go najrozmaitszym szykanom i represjom, z zesłaniem do Orenburga włącznie. W roku 1936 pozwolono mu w końcu opuścić Związek Sowiecki. Parę lat później –  ze strachu przed Hitlerem i Stalinem – wyemigrował z Francji do Meksyku, gdzie zmarł w roku 1947. Lecz nie tylko koleje burzliwego życia mogły zaważyć na tym, że jego dzieło zostało zapomniane przez następne pokolenia. Sontag pośród tych rozlicznych przyczyn wymienia również jego późny dość – bo w wieku lat 39 – debiut beletrystyczny, wyjątkową płodność pisarską (Serge jest autorem niezliczonych tekstów prozatorskich, publicystycznych, historycznych, politologicznych etc.) i to, że był „bojkotowany w powojennej Europie Zachodniej zarówno przez prawicę, jak i lewicę […]”. Sprawy z pewnością nie ułatwiał także i fakt, że ten urodzony w Belgii rosyjski prozaik, publicysta i kosmopolita pisał po francusku.

„Sprawa Tułajewa” – czytelnik polski otrzymuje ją w przekładzie Krzysztofa Teodorowicza – to powieść wybitna, znakomicie skonstruowana i napisana, w której, co krok, co stronę, znać pewną rękę autora i jego kolosalne umiejętności z radzeniem sobie, przetwarzaniem i wyciskaniem z materiału dokumentarno-literackiego samej esencji. Dzięki temu rzecz Serge’a z jednej strony „waży” i traktuje o sprawach nad wyraz istotnych i tragicznych, jest rodzajem błyskotliwej rozprawy ze stalinizmem, a zarazem wiarygodnym jego studium, z drugiej zaś – „Sprawa Tułajewa” to książka wciągająca, barwna i o szerokiej epickiej perspektywie, którą się czyta bardzo dobrze i z narastającym zainteresowaniem.

Tytułową „Sprawą Tułajewa” jest tajemnicze zabójstwo jednego z sowieckich dygnitarzy, „towarzysza Tułajewa”, odpowiedzialnego za liczne deportacje i czystki oraz okrutne i rozległe śledztwo, jakie w rezultacie tej śmierci zostało uruchomione przez aparat terroru. Nie będzie chyba z mojej strony nadużyciem, bo wiedzę o tym można zdobyć już po przeczytaniu ledwie kilkudziesięciu pierwszych stron powieści Serge’a, jeśli napiszę, kto jest za ten akt odpowiedzialny. Tułajewa zastrzelił niejaki Kostia, który otrzymał pistolet od swojego współlokatora, równie jak i on przeciętnego  obywatela sowieckiej stolicy, Romaszkina („zastępcy kierownika w biurze płac trustu Moskwa-Konfekcja”). Sam Romaszkin tuż przed wyczynem Kostii mógł w podobny sposób zgładzić Stalina (figurującego w „Sprawie Tułajewa” jako „Szef”), ale zabrakło mu odwagi. Choć Kostia jednak Tułajewa zastrzelił (i wiedział do kogo strzela), to trudno w tym wypadku mówić o jakiejś nadzwyczajnej jego odwadze czy celowym zamyśle. To zabójstwo bardziej impulsywne – przypadkowe, które przywodzi na myśl podobne zachowania Mersaulta czy Lafcadia. Ważniejsze dla świata powieściowego i intrygi okazują się konsekwencje tego czynu. Strata Tułajewa dla (stalinowskiego) systemu opresji i obłudy nie znaczy nic, wręcz przeciwnie – przynosi mu wyłącznie korzyści w postaci tsunami oskarżeń, wyroków i egzekucji wymierzonych w (mniemanych na ogół) wrogów i spiskowców. To ponadto doskonała okazja do rozpętania wszelkiego rodzaju intryg i wojenek, dzięki którym można w końcu oficjalnie pozbyć się oponentów, krytyków i rywali z serca władzy. „Sprawa Tułajewa” nie oszczędza bowiem nikogo, ktokolwiek stanie na jej drodze, dostanie się w zasięg jej rażenia – bo miał kiedyś do czynienia z Tułajewem, bo mógł mieć, bo ktoś powiedział, że miał lub mógł mieć – zostaje natychmiast aresztowany i osądzony. Bez względu na to, jakimi zasługami legitymuje się, kim jest, kto jest – lub raczej był – jego przyjacielem i protektorem. „Sprawa Tułajewa” jest demokratyczna, skuteczna i bezlitosna niczym śmierć. Kosi bowiem zarówno starych, ważnych bolszewików, intelektualistów, oddanych działaczy z Moskwy i terenu, weteranów hiszpańskiej wojny domowej, ludzi skromnych, prostych i zwyczajnych, jak i samych prokuratorów, enkawudzistów i śledczych, kat nadzwyczaj sprawnie i prędko zamienia się tutaj w kolejną ofiarę. Fala zbrodni i nieprawości jest w pewnym momencie tak już wysoka i silna, że jasnym staje się, iż śmierć Tułajewa była tylko pretekstem, momentem wyczekiwanego przesilenia, bodźcem koniecznym do tego, by system oczyścił się i zaktualizował.

„Sprawa Tułajewa” Victora Serge’a to wielka literatura i autentyczna przyjemność, choć oczywiście podszyta i grozą wynikającą z jego tematyki, obcowania z dziełem napisanym zarówno wnikliwie i drobiazgowo, jak i z rozmachem. To doskonały, realistyczny obraz stalinowskiej wielkiej czystki u końca lat trzydziestych XX wieku – według historyków tylko od sierpnia 1937 do listopada 1938 roku rozstrzelano w Rosji około miliona ludzi – jak i opis mechanizmów, które stanowią nieodzowną, fundamentalną składową każdego reżimu, są jego kośćcem i układem krwionośnym. Serge umiejętnie i ze znawstwem pokazuje, w jaki sposób organizuje się i zarządza przemocą, hipokryzją, strachem, przywilejami i ludzkimi emocjami. W tym państwie żony donoszą na mężów, niewinni po dwudziestogodzinnych przesłuchaniach podpiszą się pod każdym fałszywym i absurdalnym przyznaniem się do winy, bliscy znikają bez słowa na zawsze, hałas na schodach może oznaczać wizytę oprawców. Jeden z rozdziałów „Sprawy Tułajewa” zatytułowany jest „Każdy tonie inaczej”. To prawda. Ale prawdą jest również i to, że toną tam wszyscy.   

batman

Posted: 3rd December 2013 by Łukasz in transmisje

Bywam Batmanem, dbam o osiedle. Spaceruję więc dzisiaj przed południem z Carmen – w tej narracji: drobnym, oddanym Robinem – i obserwuję rewir. Niby to na lajcie, lecz w istocie bacznie i na wsze strony. Jest! Stoi pod spożywczym na Boya i dudli piwo. Jeden z tych przytyranych istnieniem kolesi w wieku heroicznym+, którzy po cichych ekstazach weekendu muszą w poniedziałek jak najrychlej wprowadzić do swojego organizmu odpowiednie serum. Kurta, czapka, koszulinka. Jestem blisko, lukam. Lukam i naliczam punkty karne. Soczyste charknięcie – pierwszy, pet na chodnik ciśnięty – drugi, kapsel – trzeci. Czekam i już ściskam w dłoni batarang, gdyż i albowiem domyślam się, co za chwilę zrobi pan Mieczysław Dżoker. Zatem najpierw gromkie beknięcie, później – flaszka po Łomży odrzucona gestem pańskim a niedbałym na trawnik. No i to jest właśnie ten moment, kiedy złu mówimy dość. Zagajam.

– Alo, ta butelka, to co?
– Co?
– Butelka.
– No co?
– Proszę butelkę do śmietnika.

W bluzie bojowej typu SEBA II z kapturem, zimowej kurtce i tygodniowym zaroście wyglądam ponadto niczym studwudziestokilogramowy selekcjoner z klubu “Energia” o ksywie “Masa” lub “Ręce”. Wykorzystuję to. Ograniczam swój przekaz do meritum. Mięciutko.

– Proszę.

W odpowiedzi.

– Jak kulturalnie, to nie ma sprawy.

Podejmuje, odnosi, wyrzuca.

Smoleńsk i nuda

Posted: 30th November 2013 by Łukasz in demo emo, socjeta

Poczyniłem ostatnimi czasy dwa spore teksty dla prestiżowego magazynu kulturalnego “dwutygodnik”. Jeden o literaturze smoleńskiej, drugi – o nudzie i pustce miejsc pomiędzy.

Michael-Douglas-as-Grady-Tripp-in-Paramounts-Wonder-Boys-22000-8

Endżoj!

Ludzkie momenty

Posted: 9th November 2013 by Łukasz in biblioteka

Złota polska jesień poszła się jebać. Z podrasowanego ciepłem i światłem października został wrak. Pod osłoną nocy, coraz to dłuższych, chłodniejszych, im bliżej było rotacji pór, zezłomowano tę wypasioną gablotę, dzięki której woziliśmy się luksusowo po okolicy przez ostatnie tygodnie. Nastał listopad – miesiąc wilgoci i małych, domowych zgorzknień. Wyszły mgły. Bliźni zostali u siebie, w sobie. Na spacerach z suczką już nie brodzę pośród opadłych z drzew liści – kruchych pancerzy jakiejś dziwnej odmiany skorupiaków o barwie oranżu i rdzy, które akurat w Zgierzu postanowiła dokonać swojego żywota – ale ślizgam się po gnoju. Działki opustoszały, osiedle również. Mrok narasta, na maksa rozkręcają się mżawki. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak zakonspirować się w pokoju, nakupować sobie książek i aż do wiosny sycić mózg literami. Karmmy się więc.    

angel1 

Don DeLillo to jeden z moich ulubionych pisarzy. To jeden z najlepszych kronikarzy epoki zamętu, niestałości, terroru i informacji, czyli naszej współczesności. Specjalista od płynnej rzeczywistości, paranoi, Ameryki i scen zbiorowych. Nikt tak jak on nie umie bowiem za pomocą zdań oddać masowych uniesień, religijnych, sportowych, politycznych. Nowojorczyk z krwi i kości pisujący regularnie o Nowym Jorku, lecz nie bezrefleksyjny piewca tego miasta, nie wytwórca landszafcików i urokliwych pocztówek ze Statuą Wolności, Central Parkiem i rozżarzonym Times Square, ale ten, który ukazuje zwyczajność i mozół istnienia w zgiełku metropolii, ten, który zstępuje do gett, wypuszcza się na przedmieścia, obcina z uwagą podejrzane zaułki i wymarłe budynki, rejestruje życie w podnajmowanych kawalerkach, kiepskich barach, ostatnich kursach metra, a zarazem jednak umie i wie, w jaki sposób stworzyć hiperrealistyczną narrację o multimiliarderach, właścicielach prywatnych akwariów z rekinami,  lokatorów 48-pokojowych apartamentów.  

„Anioł Esmeralda” (w przekładzie Krzysztofa Obłuckiego) jest tomem opowiadań, które powstawały na przestrzeni blisko ćwierć wieku, między rokiem 1979 a 2011. Lecz bez obaw. Po pierwsze, nie są to absolutnie jakieś strużyny z warsztatu klasyka, odpadki z jego stołu, ale pełnoprawne, pełnowymiarowe i znakomite kawałki prozy, po drugie – DeLillo w swoich skromniejszych objętościowo formach, to wciąż ten sam stuprocentowy DeLillo, co i w powieściach. Może jedynie w pierwszym z nich, najstarszym, zatytułowanym „Stworzenie świata” nie czuć jeszcze i nie znać tego jego charakterystycznego tonu, frazowania, jego sztuczek. Lecz to i tak interesująca, zręcznie napisana opowieść o zażywającym ekscytującego urlopu małżeństwie uwięzionym przez biurokrację, chaos i niespodziewany fatalizm na tropikalnej wyspie, w pozornym raju, który z wolna staje się piekiełkiem, sprawdzianem dla nich i ich więzi. Reszta opowiadań jest już z ducha, formy i głębi stricte dellilowska.

„Ludzkie momenty w czasie trzeciej wojny światowej” to opowiadanie zupełnie wyjątkowe. Fascynująca rzecz o parze kosmonautów, którzy orbitują wokół pogrążonej w globalnych walkach Ziemi na pokładzie szpiegowskiego statku kosmicznego. Robią to, co do nich należy. Obserwują kontynenty i ruchy wojsk, zbierają cenne dla ich ojczyzny dane, łączą się z centralą, myślą, tęsknią i odbierają pogłosy starych audycji radiowych błąkających się po eterze, wsłuchują się w aplauz sprzed kilkudziesięciu lat, w śmiech i głosy umarłych. Ponadto organizują sobie „ludzkie momenty” – celebrują wspomnienia, drobne, pamiątkowe precjoza, zdjęcia bliskich, kamyki z rodzinnego podwórka i tym podobne. Takie na pozór przeciętne artefakty i czynności uświadamiają im, kim i gdzie są. DeLillo znakomicie wygrywa tutaj dwuznaczność ich położenia. To z lekka zdezorientowani goście na służbie, trybiki SPRAWY, którzy wykonują rozkazy innych, tych ważniejszych z dołu, a zarazem ci, którzy patrzą na planetę okiem boga lub obcej inteligencji, bezpieczni, totalnie wycięci ze wszystkiego, powożący arką.

Także i inne opowiadania z tego tomu można czytać i interpretować pod tym właśnie kątem (choć oczywiście nie tylko; „Anioł Esmeralda” to nad wyraz bogata oferta programowo-problemowa) – idąc tropem ludzkich momentów, rzadkich, nie tylko przecież w życiu bohaterów DeLillo, ale i w ogóle – w życiu, chwil gdy spadają maski i więdną pozy, kiedy doznajmy ukłucia rzeczywistych potrzeb, prawdziwych emocji, zapomnianych, wydawałoby się, stanów, miłości, przerażenia, ekstazy, dumy, czegokolwiek na tyle mocnego, że zdolne jest wybudzić nas z amoku konsumpcji i zamkniętego obiegu niusów i obrazów. Dla nauczycielki muzyki z „Akrobatki z kości słoniowej” będzie to ciągłe zagrożenie (kolejnym) trzęsieniem ziemi, lokalna apokalipsa, wobec której należy sobie na nowo ustawić hierarchię ważności osób i spraw, dla więźnia z „Sierpa i młota” widok jego córek w telewizji, jak i ruch i szum pojazdów na pobliskiej autostradzie, protagonista „Biegacza” niespodziewanie dla samego siebie zmieni się w  świadka absurdalnej i niewytłumaczalnej agresji wobec dziecka, stara zakonnica z opowiadania tytułowego stanie w obliczu cudu – objawienia zdolnego wstrząsnąć każdym, w tym i jej wiarą, bo objawiającą się tysiącom nie jest niewieścia postać z biblijnego kanonu, ale zgwałcona i zamordowana dwunastolatka z sąsiedztwa – w „Baader-Meinhof” DeLillo wystawi na ciężką próbę kobietę, która nazbyt pochopnie zaufała spotkanemu w galerii nieznajomemu mężczyźnie, realna brutalność, jakiej rychło po tym doświadczy we własnym domu jest dosadnie skontrastowana z brutalnością uwiecznioną i oswojoną za pomocą sztuki, tuż przed oboje dywagują bowiem w najlepsze o obrazach, na których sportretowano czołowych terrorystów RAF-u. „Północ u Dostojewskiego” i „Zamorzona” to z kolei pisanie zorientowane na istotne kwestie związane z rzeczywistością, jej percepcją, interpretacją jej materialnych i nie przejawów, zastępowaniem tejże przez hipotezy, wymysły, marzenia i teoryjki, które rodzą się w pobudzonych lub schorowanych umysłach. Zwłaszcza „Zamorzona” jest warta szczególnej uwagi. To wybitne opowiadanie o obsesji. Wpierw tej, powiedzmy, niegroźnej, którą jest maniakalne przemierzanie każdego dnia Nowego Jorku i oglądanie starych filmów w opustoszałych sala kinowych, później – niebezpieczniejszej, zwłaszcza dla jej obiektu. Leo Zhelezniak, główny bohater „Zamorzonej”, to zdziwaczały wielbiciel kina – ktoś, kto bywa na seansach filmowych 3, 4, razy dziennie, „siedział w ciemności, czcił obrazy”, kto zakłada i prowadzi dziesiątki zeszytów, w których skrupulatnie notuje informacje na temat widzianych przez siebie filmów, twarde dane wyrażane za pomocą liczb, okoliczności, pogoda etc. – który przedzierzga się raptem w wytrwałego stalker, delikatnego oprawcę, prześladowcę pewnej – nieznanej mu – kobiety. Zhelezniak będzie ja tropił i podglądał, poznawała jej życie, wymyślał sobie jej życie, żonglował w wyobraźni jego wariantami, rolami, jakie może ona ogrywać w świecie i społeczeństwie, jej kostiumami. Wszystko po to, by doprowadzić do zamierzonego finału, oczyszczającej, gwałtownej konfrontacji.

Dawno, muszę przyznać, nie czytałem literatury tak gęstej, intensywnej, głębokiej, zrobionej z taką mistrzowską wprawą i precyzją, upominającą się o tych, którym nie wyszło, przegranych, oszukanych, doświadczonych przez nieprawość i agresję, ale czyniącej to bez tkliwości obliczonej na efekt, bez zbędnych retoryczno-eufonicznych ozdóbek i bicia moralizatorskiej piany. „Anioł Esmeralda” to przeżycie.     

Słowo jest Burroughsem

Posted: 19th October 2013 by Łukasz in biblioteka

Burroughsa albo się lubi, albo nie. Dosadniej może jeszcze, ostrzej: albo się go uwielbia, albo odrzuca. Bo temu, komu w literaturze nie w smak są najdziksze eksperymenty formalne, parzenie słowa z obrazem, w tym ruchomym, i dźwiękiem, demolowanie tego, co zwykliśmy nazywać fabułą, rezygnacja z powoływania do istnienia pełnowymiarowych bohaterów,omal ludzkich bytów wyposażonych w maniery, imię i własną biografię, wyrzeczenie się logicznej i przyczynowo-skutkowej intrygi na rzecz akcji, która po prostu trwa i której celem nie jest wyrychtowanie efektownego finału, domknięcia z morałem, ostentacyjne i naturalne dzielenie się z czytelnikiem własnymi obsesjami, koszmarami i wizjami – makabra i brutalność level hard – groteskowe modyfikacje świata przedstawionego, w którym dzieje się albo dziać się może wszystko (i to naraz), naturalistyczno-poetyckie opisy miłości z chłopcami, ćpania, mordu, życia na marginesie społeczeństwa i w gettach widmowych i realnych metropolii, w slumsach i lochach Ziemi, ten do Burroughsa się nie przekona. Dla tych drugich Rafał Księżyk napisał książkę.  

09.11.indd 

„23 cięcia dla Wiliama S. Burroughsa” to pierwsza monografia Burroughsa w Polsce, biograficzno-krytyczny esej, który ubogaca chudą jak dotąd biblioteczkę teksów o Burroughsie w języku Stefana Żeromskiego – tekstów o niezwykłym człowieku, oryginalnym myślicielu i awangardowym pisarzu. Dotąd, wydaje mi się, jedynie w tangierowskim numerze Literatury na Świecie (nr 7-8 2005) można było znaleźć jakiekolwiek omówienia twórczości Burroughsa i glosy tyczące się jego burzliwej, tragicznej i niezwykłej egzystencji. Dzisiaj – i wraz z pojawianiem się u nas kolejnych tłumaczeń książek Burroughsa –  zaczyna się to, na szczęście, powoli zmieniać.    

„23 cięcia” to frapujące i zgrabne kompendium wiedzy o dziele i przygodach demonicznego, zawsze niepoprawnego wujaszka Bila, jak i komunikatywny przewodnik po jego systemie, tym osobnym uniwersum, które zbudowal w pojedynkę. Księżyk nie naucza tutaj z ambony, nie wykuwa jedynej i obowiązującej interpretacji, nie żongluje zbędną erudycją i hermą – Księżyk wskazuje kierunki i objaśnia, jest kimś w rodzaju pomocnego i kompetentnego Wergiliusza, który prowadzi nas pewnie po spiralach burroughsowskiej otchłani, w głąb inferna Interzone.     

W „23 cięciach” ciekawie i w przystępnym sposób wskazane zostały i opisane główne składowe estetyki i filozofii Burroughsa (wirusowa teoria słowa, proklamowanie Nova Mit etc.), jego techniki narracyjne (cut-up!), koleje życia i osoby, które miały mniej lub bardziej bezpośrednie przełożenie na kształt jego twórczości i wpływ, jaki wywarł on – a jest to wpływ nie do zakwestionowania i przemożny – na artystów mu współczesnych i tych którzy pojawili się po nim. W ujęciu Księżyka jawi się Burroughs jako bezkompromisowy eksperymentator, autsajder i guru, niezmordowany poszukiwacz uciech, doświadczeń i możliwości wyrazu, skwaszony mentor, wyrafinowany geniusz i wieszcz, który zapowiedział lub wręcz zainicjował sporo z tego, w czym obecnie funkcjonujemy.

(proza Burroughsa – dop. mój) Przepowiada świat wymieszania kultur i ras, omotany przez wszechwładne manipulatorskie media i globalne korporacje nieustannie doskonalące maszynerie kontroli. Daje przy tym instrukcje przetrwania dla człowieka, który się rozprasza. Wszystko to uczyniło Burroughsa jednym z najważniejszych myślicieli epoki informacji na długo przed tym, nim się zaczęła.

Książka dla Burroughsa to nie wyściełane sreberkiem pudełko z pralinkami i ptasim mleczkiem, nie rozwijana harmonijka z historyjką, ale laboratoryjna kolba, w której miesza się trucizny, chemię, bimbry i kwasy – wypija zeń i czeka na efekty. Albo brudna bomba. Albo nielegalne radio, które nadaje poniżej częstotliwości korporacyjnych i rządowych, wzywa do buntu, anarchizuje eter, staje się głosem w waszych głowach.    

Za najważniejszą procedurę rewolucyjną uznawał Burroughs poszukiwanie technik odwarunkowania. Usunięcie automatycznych reakcji nabytych w procesie socjalizacji i odreagowanie całej kulturowej przeszłości. Oto cele prawdziwej rewolty, która może doprowadzić do zmiany świadomości, jeśli posłuży się nowymi mediami. Masowa perswazja to obecnie najważniejsza gałąź techniki: „Kto włada komunikacją, kontroluje kraj”. Jej technologie mogą jednak posłużyć wyzwolicielskiemu przeprogramowaniu. Media są dostępne każdemu. Z definicji nie podlegają kontroli. Bywają formą dominacji tylko wtedy, gdy tworzą monopol. Rewolucjonista staje się nomadycznym partyzantem, ale nade wszystko technikiem na froncie nieustającej wojny informacyjnej. Nie może obalić rządu, może zakłócić komunikację i wywołać chaos.

23_ciecia_kolaz

„23 cięcia dla Williama Burroughsa” to nad wyraz pożywna lektura, wydarzenie i fachowa robota kogoś, kto Burroughsa zna na wylot i wielbi, obcuje z nim od lat, ale to uwielbienie nie skłania go do wznoszenia mu pomnika i regularnego spopielania pod nim kadzidła, ale do infekowania innych fascynacją i szacunkiem wobec tak wybitnego pisarza. W pakiecie kapitalne kolaże autorstwa Krzysztofa Stryjewskiego, obszerne kalendarium życia i twórczości Burroughsa, jego bibliografia, dyskografia i filmografia oraz indeks. Koniecznie.

Jest już po końcu świata, jak zwykł mawiać Sun Ra, a Bill zaczyna się krzątać.

Święto różowej mięty

Posted: 14th October 2013 by Łukasz in biblioteka

Napisałem w “dwutygodniku” o najnowszej (u nas) książce wujka Billa.

Delikatny-mechanizm_vis-a-vis-Etiuda,images_big,31,978-83-7858-040-9

 

Endżoj.

pieski

Posted: 4th October 2013 by Łukasz in transmisje
My Polacy tak mamy, że lubimy pieski. No dobra – nie wszyscy Polacy. Ofiary piesków, ludzie pokąsani, zwaleni na glebę, obślinieni, ci, którym wyobracano garderobę i zdekompletowano genitalia, pewnie jednak piesków nie lubią. Podobnie jak specjaliści z terenów ludowych od przetwórstwa piesków na cudowny, leczniczy smalec i chodniczki kąpielowe, zwykłe. Są jeszcze i tacy, którym szkodzi pieska woń, sierść pieska i sam piesek. Bo od pieska nawiedzają ich łzy i obrzęki. Za pieskami ponadto nie przepadają sąsiedzi panów i pań z pieskami, którzy sami piesków nie posiadają. I tu – paradoks. Otóż ja dysponuję pieskiem a za pieskiem tych z dołu nie przepadam. Albowiem jest to piesek opętany. Ściślej rzecz ujmując, opętany bywa. Gdyż w każdy dzień powszedni po godzinie 12 w pieska dotąd cichego i spokojnego wstępuje Bardzo Demon i z pieska powstaje biesek, czyli mały bies, który przez kilka następnych godzin wyje i ujada. Piesków również nie darzą sympatią właściciele kotów, listonosze, włamywacze i kibice drużyn piłkarskich. Tak czy siak, psiarzy i piesków mamy w ojczyźnie sporo. W Zgierzu to nawet i więcej, bo tutaj piesek, co krok, kopczyk kału, balkon, co krata w sklepie, co polanka. Lecz nie wiem, doprawdy, czym to, aż taką obfitość piesków akurat u nas, wytłumaczyć.

Dzisiaj miałem z pieskami lokalnymi taką oto przygodę. Wczesnym popołudniem udałem się do Biedronki po owoce i nabiał. Nakupiwszy sobie, wyszedłem. Przed marketem – auto przy aucie, więc lawirowałem z siatami, klnąc pod nosem i wyświetlając na wewnętrznym ekranie hd pożogę, ulewę meteorytów, gości w kominiarkach i z osprzętem do skórowania lakieru, do perforowania opon. Raptem zajechał mi drogę Grand Cherokee – zwany w pewnych specyficznych kręgach społecznych “Szerokim” – z którego wolno i z wystudiowaną ostentacją wysiadła kobieta około czterdziestoletnia. Właściwie – pańcia. Była to pańcia z wszelkimi tego konsekwencjami natury estetycznej i międzyludzkiej. Zatem – na głowie pszeniczny blond i okulary przeciwsłoneczne, choć czwartek jesienny z tych zgasłych, pochmurnych, poniżej głowy – masywny cyc w bluzce, pas z klamrą, legginsy-panterki, kozaczki. Obwieszona metalami kolorowymi i minerałami. Całość dopełniał charyzmatyczny makijaż. Otworzyła tylne drzwi i sięgnęła po torbę. Przez nieuwagę otworzyła je nazbyt szeroko, z czego skwapliwie skorzystały trzy żwawe yorki, które wyskoczyły na zewnątrz. To komando metroseksualnych piesków – lśniące, wypielęgnowane włosie, kokardka (u każdego w innym kolorze), śnieżnobiałe uzębienie – w try miga dopadło mojej nogawki. Jazgot, sztruks w zagrożeniu. Pańcia-Yorczyca zainterweniowała natychmiast. Zawołała pieski po imieniu i one karnie wróciły. Szło tak:

– Szanel!
– Guci!
– Gabana!

Na brzegu parkingu Biedry usiadłem i płakałem.