Nocą

Posted: 22nd Styczeń 2012 by Łukasz in biblioteka

Już sama pierw­sza część tej powie­ści wystar­czy, by się prze­ko­nać jak potęż­nymi pisar­skimi mocami dys­po­nuje Sarah Waters. Owa część, zaty­tu­ło­wana „1947”, jest bowiem kom­plet­nym pod każ­dym wzglę­dem, wychu­cha­nym na każ­dym z pozio­mów i docią­gnię­tym do ostat­niej kre­ski w ostat­niej literce, jaka wyszła spod opusz­ków genial­nej Waters, dzie­łem, które z powo­dze­niem dałoby sobie radę jako auto­no­miczna rzecz o burej rze­czy­wi­sto­ści tuż­po­wo­jen­nej Anglii – mistrzow­ska nowela, w któ­rej autorka z wir­tu­oze­rią odtwo­rzyła siatkę skom­pli­ko­wa­nych mię­dzy­ludz­kich rela­cji, spo­łecz­nych, miło­snych, ero­tycz­nych, wszelakich.

2 lata po woj­nie, Lon­dyn. 4 osoby dra­matu. Roz­go­ry­czona Kay, opusz­czona przez swoją kochankę, samotna, żyjąca wspo­mnie­niami, spę­dza­jąca dnie na snu­ciu się po lon­dyń­skich uli­cach. W cza­sie nalo­tów Luft­waffe ofiar­nie nio­sła pomoc jako ratow­niczka medyczna, wycią­gała spod gru­zów ran­nych, gasiła bomby zapa­la­jące, trans­por­to­wała trupy. Teraz jest obiek­tem kpin, zło­śli­wych docin­ków i zgor­szo­nych spoj­rzeń, bo zacni miesz­cza­nie mają pro­blem z zaak­cep­to­wa­niem noszą­cej się po męsku les­bijki. Jej byłą jest Helen, która w swoim nowym związku z wziętą pisarką Julią zmaga się z wła­sną zazdro­ścią i koniecz­no­ścią ukry­wa­nia przed ludźmi ich miło­ści. Helen pro­wa­dzi z Vivian biuro matry­mo­nialne. Vivian od lat trwa w tok­sycz­nym związku z żona­tym Reg­gim, cynicz­nym face­ci­kiem, który za cie­le­sne przy­jem­no­ści wywdzię­cza się jej kon­ser­wami mię­snymi i mami obiet­ni­cami rychłego roz­wodu. Dun­can to brat Vivian. Podob­nie jak i Kay i on doświad­cza mniej lub bar­dziej jaw­nej wro­go­ści ze strony miłych, zdro­wych i nor­mal­nych. Napięt­no­wany jest nie­daw­nym poby­tem w wię­zie­niu, w któ­rym wylą­do­wał po tragiczno-obyczajowej afe­rze ze swoim przy­ja­cie­lem. Dzi­siaj zasuwa w fabryce oświe­tle­nia i pomiesz­kuje u star­szego pana Mundy’ego.

Waters zręcz­nie żongluje tutaj wąt­kami, umie­jęt­nie ska­cze od jed­nej postaci do dru­giej, zmie­nia per­spek­tywy nar­ra­cyjne i nasyca swoją opo­wieść nie­do­mó­wie­niami, alu­zjami, echami daw­nych spraw. Dzięki czemu otrzy­mu­jemy pasjo­nu­jącą i szar­piącą za trze­wia fabułę, w któ­rej wszyst­kiego jest aku­rat: patosu, cierp­kiego humoru, kapi­tal­nych fraz, ska­nów ludz­kiej duszy i reali­stycz­nie odtwo­rzo­nego Lon­dynu sprzed ponad pół wieku.

Ale na tym nie koniec. Po „1947” nastę­pują dwie kolejne czę­ści – „1944” i „1941”. I to już jest kon­kretna jazda – i dowód na maestrię pióra Waters, która kawa­łek po kawałku obnaża przed nami moty­wa­cje swo­ich boha­te­rów, ścieżki jakimi poszli i jakimi mogli pójść, środo­wi­sko jakie ich ukształ­to­wało, ich nie­zisz­czalne nadzieje, zba­ga­te­li­zo­wane omeny, kru­che posta­no­wie­nia i jesz­cze kruch­sze uczu­cia. Dzięki „1944” i „1941” dowiemy się dla­czego w pierw­szej czę­ści „Pod osłoną nocy” Vic oddaje Kay na ulicy obrączkę, czemu Dun­cana prze­śla­do­wały wizje zala­nego krwią pokoju, jak naro­dziła się obse­sja zazdro­ści u Helen, z jakiego powodu Reggi zasłu­guje na miano chujka nad chuj­kami, kim jest Robert Fra­ser a kim pan Mundy.  „1944” i „1941” służą także i po to, by ci któ­rzy nie sku­mali tego już po „1947” zro­zu­mieli, że Waters to jedna z naj­lep­szych bry­tyj­skich pisarek.

Prze­czy­taj­cie koniecz­nie „Pod osłoną nocy” Sarah Waters. To prze­piękna powieść o woj­nie, miło­ści les­bij­skiej, angiel­skiej men­tal­no­ści i zwy­kłej czło­wie­czej nie­wdzięcz­no­ści – jeba­niut­kiej oschło­ści serca, od któ­rej rośnie stę­że­nie zła we wszechświecie.

Zaangażowany i angażujący

Posted: 14th Styczeń 2012 by Łukasz in biblioteka

Mate­usz Mar­czew­ski napi­sał świetny repor­taż. Mocny, cierpki, wcią­ga­jący. „Nie­wi­dzialni” to wiele w jed­nym. Mar­czew­skiemu udała się tutaj sztuka nie lada – zma­ga­zy­no­wał w swo­jej książce naj­róż­niej­sze żywioły, tak for­malne, jak i fabu­larne, a ich odmien­ność wygrał na wła­sną korzyść. Dzięki czemu obcu­jemy z intry­gu­jącą i zło­żoną nar­ra­cją, w któ­rej histo­ria mie­sza się ze współ­cze­sno­ścią, kwe­stie socjalne z mitami, wni­kliwa dzien­ni­kar­ska proza z zapi­sem ilu­mi­na­cyj­nych jeb­nięć. W „Nie­wi­dzial­nych” Mar­czew­ski doko­nuje jesz­cze cze­goś. Mimo że do kon­tak­tów z czy­tel­ni­kiem używa naj­czę­ściej pierw­szej osoby liczby poje­dyn­czej i mno­giej, to jed­nak nie robi z sie­bie herosa całej opo­wie­ści. Nie popada w mega­lo­ma­nię. Nie zapada na typową dla tego zawodu pychę – kamu­flo­waną liter­kami ochotę na to, by poka­zać się jako ten odważny, mądry i wraż­liwy, przy­ja­ciel pla­nety, zio­mal słusz­nych par­ty­zan­tów i dzieci. Mar­czew­ski nie opi­suje zatem jak ze łzami w oczach czo­chrał afro sma­głego ośmio­latka, nie rela­cjo­nuje swo­jej walki wręcz ze sta­dem roz­ocho­co­nych kro­ko­dyli. O czym i o kim więc pisze? O tych, któ­rzy pew­nego dnia stali się nie­wi­dzialni. O Aborygenach.

Ale nie o tych foto­ge­nicz­nych kudła­czach z fol­de­rów rekla­mo­wych biur podroży i protest-songu Roberta Gaw­liń­skiego. Mar­czew­ski pisze o praw­dzi­wych Abo­ry­ge­nach. To nie są wcale mili goście. Cuchną, są gło­śni, brudni, wokół sie­bie robią zawsze kon­kretną trzodę. Doją socjal i spę­dzają dnie na piciu, spa­niu, wizy­tach w ich­niej Bie­dronce i nawy­ko­wym ini­cjo­wa­niu cha­osu. Pol­scy żule z bume­ran­gami. Też nie – nawet bume­rangi maja już tylko takie, które nie wracają.

Nie wia­domo za bar­dzo co z nimi począć. Z tym kon­tyn­gen­tem obcych, z tym uwa­lo­nymi zwie­rzę­tami na dwóch nogach. Kie­dyś można było ich przy­naj­mniej zabić, zuty­li­zo­wać choćby i część w jakimś rado­snym nie­dziel­nym pogro­mie. Dzi­siaj już nie wypada. Lecz jeśli jeste­śmy biali, bogo­bojni i bogaci, to i tak możemy się wyka­zać. Możemy zamknąć Abo­ry­ge­nów w rezer­wa­tach, wydzie­lić dla nich rewir w jed­nym z pod­lej­szych dziel­nic jed­nego z naszych lep­szych miast, możemy w końcu uda­wać, że ich nie widzimy. Co miało być zro­bione, i tak już zostało. Na tym pole­gał ów piękny myk. Zaju­mać dla sie­bie naj­ko­rzyst­niej­sze loka­li­za­cje, ocie­nione doliny, żyzne zatoki, pagórki pod polis, im zaś zosta­wić spa­lone pust­ko­wia. A potem powie­dzieć:  patrz­cie na tych debili, oni niczego nie potrafią.

Nas i ich dzieli wszystko. To rudy­men­tarna róż­nica w men­tal­no­ści. Głę­boka, nie do zasy­pa­nia. Oni są jak dzieci. Uży­wają świata, ale nie spe­ku­lują na temat jego struk­tur, nie rozu­mieją jego reguł i ukła­dów. Abo­ry­geni funk­cjo­nują w innym cza­sie – w kon­ti­nuum, które sięga aż po wtedy, gdy ich pra­przod­ko­wie wma­sze­ro­wali do Sahu­landu. My nie możemy prze­nik­nąć do sedna ich kul­tury, roz­k­mi­nić jej for­muł, roz­ry­so­wać sobie sche­ma­tów abo­ry­geń­skiego postę­po­wa­nia, myśle­nia i czu­cia. Nato­miast oni w ogóle nie chcą badać naszej kul­tury. Zwią­zek pomię­dzy nimi a nami polega więc na postę­pu­ją­cym kani­ba­li­zmie. Z naszej strony, oczy­wi­ście. Naj­pierw kęs po kęsie skon­su­mo­wa­li­śmy ich tery­to­ria, potem – resztę. Prze­two­rzy­li­śmy ich tra­dy­cję na kolek­cję łatwo przy­swa­jal­nych sym­boli, cie­szą­cych oko ikon, tanich mora­łów. Sko­mer­cja­li­zo­wa­li­śmy ich uni­ka­towe malar­stwo, z któ­rego przez to kom­plet­nie wyciekł prze­kaz, a została oferta dla tury­stów: ory­gi­nalne formy, nie­po­wta­rzalne aso­cja­cje kolo­rów. Zabu­rzy­li­śmy sku­tecz­nie Czas Snu – roz­sz­czel­ni­li­śmy ten zbior­nik ze świętą cie­czą, w któ­rym od wie­ków żyli. Dzięki któ­remu żyli. Ich zie­mia już nie jest łączni­kiem pomię­dzy żywymi a zmar­łymi, ter­mi­na­lem na gra­nicy wymia­rów, włą­czoną non-stop sta­cją, która odbiera sygnały stam­tąd i wysyła te stąd. Dzi­siaj to wyja­ło­wiona zona, mar­twa, nie­prze­wo­dząca. A na niej oni, czarne bro­dawki na różo­wiut­kiej skó­rze nowo­cze­snego społeczeństwa.

Nie­wi­dzialni” Mate­usza Mar­czew­skiego to rów­nież wypisy z wiel­kiej księgi nik­czem­no­ści bia­łego czło­wieka. Czego tu nie ma! Fasze­ro­wana strych­niną konina wrę­czana w darze opor­nym kla­nom, lokalne holo­kau­sty, rekre­acyjne polo­wa­nia na Abo­ry­gena, obli­ga­to­ryjny rasizm, wszech­obecna pogarda wobec „dzi­kich”. Wyjąt­kowo doj­mu­ją­cym doświad­cze­niem jest czy­ta­nie u Mar­czew­skiego o przy­mu­so­wej asy­mi­la­cji, jakiej pod­dano w Austra­lii w latach 1900–1970 około stu tysięcy osób. Wów­czas to dzieci ze związku bia­łego i Abo­ry­genki były odbie­rane siłą i wtrą­cane do ośrod­ków wycho­waw­czych. Malu­chom wma­wiano, że ich rodzice nie żyją, albo że byli dla nich źli. Następ­nie tępiono w nich jakie­kol­wiek war­to­ści wynie­sione z domów i przy­uczano do wyko­ny­wa­nia naj­prost­szych fachów: słu­żą­cych i roboli.

Abo­ry­ge­nów dopiero w poło­wie lat sześć­dzie­sią­tych XX wieku wykre­ślono z Księgi Flory i Fauny – i uznano za ludzi. Dopiero wów­czas otrzy­mali oni także austra­lij­skie obywatelstwa.

Mar­czew­ski jest bli­sko opi­sy­wa­nych przez sie­bie zja­wi­ska. Po Austra­lii podró­żuje sto­pem, sypia w namio­cie, odwie­dza zarówno metro­po­lie, jak i osu­wa­jące się w nicość dziury. Dar­win, Syd­ney, Alice Springs, Zie­mia Arn­hema, Kathe­rine, osady na skraju pustyni, wio­ski w buszu, mia­steczka na spa­lo­nej na wiór pro­win­cji. Jest bli­sko, ale zawsze o pół kroku w tyle. Nie inge­ruje w to, co dzieje się na jego oczach, nie wsz­czyna wyda­rzeń, nie pod­bech­tuje innych do dzia­ła­nia. Czuwa, reje­struje. Nie lituje się po wiel­ko­pań­sku nad bied­nymi Abo­ry­ge­nami.  Osiąga za to wyż­szy poziom empa­tii, na któ­rym lepiej widać zalety i wady. Dla­tego Mar­czew­ski nie waha się napi­sać gorz­kich słów o Abo­ry­ge­nach, o tym, że mogą stwa­rzać zagro­że­nie, budzić lęk, odstrę­czać. Pisze też o dwu­znacz­no­ści pomocy socjal­nej, którą ci cywi­li­zo­wani i biali wypła­cają, żeby mieć spo­kój z tymi pry­mi­tyw­nymi i czar­nymi. Ale to nie roz­wią­zuje pro­ble­mów Abo­ry­ge­nów, wręcz prze­ciw­nie – pię­trzy kolejne. Zasiłki są w ich przy­padku jak nar­ko­tyki: łago­dzą rze­czy­wi­stość i przy­jem­nie otę­piają, ale na dłuż­szą metę nie­od­wra­cal­nie niszczą.

„Nie­wi­dzialni” to takie dzien­ni­kar­stwo, w któ­rym język nie tylko służy, ale i stwa­rza. Mar­czew­ski nie pro­du­kuje pła­skich komu­ni­ka­tyw­nych fraz – nie poprze­staje na dobo­rze cza­sow­ni­ków, za pomocą któ­rych stresz­cza się jakąś rewe­la­cję o raj­skim azja­tyc­kim zakątku, który trawi fast food czy fos­for. Mar­czew­ski wyta­pia dobre zda­nia w dobrym dziele. Nie­kiedy wie­dzie go to na skraj, za któ­rym otwiera się kra­ina sła­bych meta­for dopeł­nia­czo­wych, ale na szczę­ście w porę zawraca. Należy się więc tylko rado­wać, że autor zary­zy­ko­wał i tak bru­talne kwe­stie wyło­żył tak wyra­fi­no­wa­nym stylem.

Nie­wi­dzialni” Mate­usza Mar­czew­skiego są repor­ta­żem zaan­ga­żo­wa­nym w obronę słab­szych, dotkli­wie poobi­ja­nych i wydy­ma­nych po cało­ści. „Nie­wi­dzialni” Mate­usza Mar­czew­skiego są repor­ta­żem anga­żu­ją­cym, by stać po stro­nie słab­szych, dotkli­wie poobi­ja­nych i wydy­ma­nych po całości.

Czeski cyrk

Posted: 6th Styczeń 2012 by Łukasz in biblioteka

Wię­cej niż pyszne otwar­cie nowego sezonu. Za oknem naj­sroż­sza jesień od lat, jesień stu­le­cia, wil­goć zamiast tlenu, pan­de­mia melan­cho­lii, któ­rej nie zbi­jają sło­dy­cze ni leki, w auto­bu­sach ludzie z mokrymi futrami, na mie­ście totalna wyprze­daż złej ener­gii, zmierzch obo­wią­zu­jący od 14, wiatr cisnący się do miesz­kań jak dym i Euge­niusz Kło­po­tek w tele­wi­zji. Biorę więc książkę z półki i w niej zni­kam. Na szczę­ście nie tra­fia mi się kry­jówka na chwilę, ale praw­dziwa Kró­li­cza Nora, przej­ściówka do innego świata, rejonu wojny, demo­nów i przy­gód, po któ­rym można błą­dzić godzi­nami, w stra­chu, w euforii.

Strefa cyr­kowa” Jachyma Topola przy­pad­nie do gustu wszyst­kim lubu­ją­cym się w moc­nych akcjach z udzia­łem dzieci. Cenią­cych sobie lite­ra­turę, która nie udaje, że dzie­ciń­stwo to zawsze i dla każ­dego sie­lanka w kręgu przy­ja­znych osób, ale udziela głosu także i tym, dla któ­rych ów czas to pora kosz­maru, upo­ko­rze­nia i kon­tak­tów z nie­mi­łymi posta­ciami o lodo­wa­tych dło­niach. To rzecz i dla tych, co nie wie­rzą, że młode potom­stwo ludz­kich ssa­ków składa się wyłącz­nie z pło­wo­wło­sych isto­tek o dźwięcz­nych imio­nach i w związku z czym żywią uza­sad­nione obawy, iż w sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach mogą się one, te Oskarki, Natalki, Eryczki, jed­no­czyć w gangi okrut­ni­ków, zabi­ja­ków, małych dok­to­rów Men­gele. „Strefę cyr­kową” poko­chają zatem wiel­bi­ciele „Fabryki os” Banksa, entu­zja­ści „Chło­paka rzeź­nika” McCabe’a, miło­śnicy „Władcy much” Gol­dinga, „Kra­iny traw” Cul­lina i wcze­snego Iana McEwana.

O czym więc jest „Strefa cyr­kowa”? O małym Rusku, Ilji, sie­ro­cie, któ­rego, wraz z nie­do­ro­zwi­nię­tym młod­szym bra­tem o ksy­wie Mał­pi­szon, zosta­wiono na pastwę w powo­jen­nej Cze­cho­sło­wa­cji i zamknięto w domu dziecka w gmi­nie Sirem, zapusz­czo­nej enkla­wie dla takich jak oni, znajd, bękar­tów, debili, odmień­ców, bez­pri­zor­nych. O sro­gim reży­mie, jaki w tym domu zapro­wa­dziły sio­stry, sio­stra Leon­tyna, sio­stra Albrechta, sio­stra Eula­lia, sio­stra Zdzi­sława, sio­stra Dolo­res i sio­stra Emi­liana. Tutaj urwi­sów pojono auten­tycz­nym dzieg­ciem a wyjąt­ko­wych urwi­sów zamy­kano na noc w piw­nicy ze szczu­rami. „Takie gnojki daw­niej wpy­chało się pod lód, mówił pan Cim­bura”. O tra­gicz­nej smierci Małpiszona. O dniu, w któ­rym wywie­ziono sio­stry i w bidulu zapa­no­wała rado­sna anar­chia. O poja­wie­niu się w ich miej­sce komu­ni­stycz­nych komen­dan­tów, któ­rzy zapro­wa­dzili woj­skowy dryl. O chłopcu, który nazy­wał się Mar­gosz, który przy­był razem z kapi­ta­nem Vyzlatą i który był kubek w kubek podobny do Ilji. O sła­bo­ści kapi­tana do mało­let­nich ciał i kon­se­kwen­cjach, jakie za to poniósł. O roku 68 i inwa­zji państw Układu War­szaw­skiego na Cze­cho­sło­wa­cję. O III woj­nie świa­to­wej. O radziec­kich pan­cer­nia­kach wyko­nu­ją­cych na wro­gim tere­nie nie­bez­pieczną i tajną misję, która polega na odna­le­zie­niu prze­pa­dłego w wojen­nej zawie­ru­sze ener­dow­skiego cyrku Hygea. A jak się szuka, to się i coś znaj­dzie. Czer­wo­no­ar­mi­ści znaj­dują więc ścierwo cyr­ko­wego hipo­po­tama, odcięty łeb żyrafy, żywą syrenę, trzódkę wiel­błą­dów i karła Dago­berta, który będzie robił za maskotkę na ich szar­żu­ją­cych tan­kach. O tym, że efek­towna boha­tersz­czy­zna nie popłaca, za to na dwu­li­co­wo­ści wycho­dzi sie zawsze do przodu. W związku z czym Ilja z gra­cją prze­miesz­cza się od swo­ich do tam­tych i z powro­tem, będąc a to synem sowiec­kiego pułku, a to pupil­kiem cze­cho­sło­wac­kiego ruchu oporu. O milio­nie innych kosmicz­nych, gro­te­sko­wych i prze­ra­ża­ją­cych sytu­acji. O pro­jek­cie zbu­do­wa­nia Cze­skiego Morza.

Czy wie­cie, że w tej książce pada naj­pięk­niej­sza fraza dekady? Brzmi ona tak:

Towa­risz­czi kani­bali, ja nie­wku­snyj malczik”.

Strefa cyr­kowa” Jachyma Topola zachwy­ciła mnie od razu, od pierw­szej strony poczu­łem, że to jest to. Nie było mię­dzy nami żadnego oswa­ja­nia się, gry­ma­sze­nia, nie­zde­cy­do­wa­nia. Kon­kret, pew­ność. „Strefa cyr­kowa” jest piękną, wzru­sza­jącą i okrutną baśnią o dziecko w zje­ba­nym świe­cie doro­słych, w któ­rej Topol po mistrzow­sku oscy­luje mię­dzy oni­rycz­no­ścią a reali­zmem. Z pew­no­ścią wła­śnie dzięki temu udaje mu się w genialny i arcy­cie­kawy spo­sób poka­zać for­mu­jącą się na oczach Ilji histo­rię, która nie jest wcale logicz­nym następ­stwem hero­icz­nych aktów, ale krwa­wym dzi­kim kar­na­wa­łem, zgęstką mitów, plo­tek i praw­dzi­wych tru­pów. Topol co i rusz nabija się z czy­tel­nika i wypro­wa­dza go na manowce – ale czy­tel­nik jest mu za to po sto­kroć wdzięczny. Każdy z rodzi­mych lite­ra­tów, zanim dotknie tematu PRL-u, pacy­fi­ka­cji kopalni Wujek i Gene­rała, powi­nien się­gnąć po tę powieść, żeby się nauczyć, jak omi­jać patos a wytwa­rzać dobro. Bo „Strefa cyr­kowa” to pro­dukt, który w stu pro­cen­tach składa się z dobra.

A czy już pisa­łem, że poja­wia się w niej i jajo dinozaura?

Tu Moskwa

Posted: 29th Grudzień 2011 by Łukasz in biblioteka

Nie wiem, co wam pomo­gło prze­trwać święta i to, co działo się przed nimi, ale w moim przy­padku był to Jurij Andru­cho­wycz. Jego „Mosco­viada” robiła mi za ostoję w tych cięż­kich dniach ody­se­jo­wa­nia po skle­pach, wyczy­no­wej kon­sump­cji i intym­nego obco­wa­nia z bliż­szą i dal­szą rodziną. Jeśli czu­łem, że mi jest za dużo, odbi­ja­łem w bok i łapa­łem się za Andru­cho­wy­cza. Dzięki niemu jakby tro­chę mniej bolała ta dookolna póź­no­gru­dniowa rze­czy­wi­stość, spi­sek agre­syw­nych, spo­krew­nio­nych i gło­śnych. Andru­cho­wycz oka­zał się reme­dium ide­al­nym. „Mosco­viada” to gęsta muzyka odci­na­jąca cię na kilka godzin od reszty. Podwójny album ukra­iń­skiego trip-hopu. Mia­zga w uszach.

Z Andru­cho­wy­czem mia­łem do czy­nie­nia już kilka lat temu: prze­czy­ta­łem jego „Dwa­na­ście krę­gów”. Nic, spły­nęły. Potem mnie jesz­cze od niego sku­tecz­nie odstra­szały te różne melo­re­cy­ta­cyjne pro­jekty, „Andru­cho­idy”, eseje o Ukra­inie i tym podobne. Jed­nak przez cały ten czas pamię­ta­łem, że Lem w któ­rymś z wywia­dów opo­wia­dał, jak został pora­żony „Mosco­viadą” nie­zna­nego mu wcze­śniej pisa­rza Jurija Andru­cho­wy­cza. Wstrząs musiał być kon­kretny, bo po skoń­czo­nej lek­tu­rze Lem kupił od razu wszyst­kie jego dostępne po pol­sku książki. Na któ­rych z kolei zawiódł się sro­dze – pięt­nu­jąc je za to inwek­tywą: „post­mo­der­ni­styczne”. Nie żeby mi Lem był tam dro­go­wska­zem na czy­tel­ni­czych roz­sta­jach. Ale – zostało. I mnie ta „Mosco­viada” jakoś przez to uwie­rała, nie dawała spo­koju. W końcu – spraw­dzi­łem. „Mosco­viada” jest wyjąt­kowa. Będę teraz potul­nie nad­ra­biał zale­gło­ści z Andruchowycza.

Mosco­viada” opi­suje jeden dzień z życia ukra­iń­skiego poety Ottona von F. Ale jaki dzień i gdzie spę­dzony! Nie ma takiej trans­gre­sji, roz­róby i zamie­sza­nia, w któ­rym by ów von F. nie wziął udziału. To nie­zwy­kła sobota w nie­zwy­kłej Moskwie. Bo Moskwa przez którą wie­dzie nas Andru­cho­wycz, to nie jest ta Moskwa ofi­cjalna, ta Moskwa od Kremla i Placu Czer­wo­nego. Postę­pu­jąc w ślad za von F. pozna­jemy Moskwę nie­le­galną, zaka­zaną i apo­ka­lip­tyczną. W uję­ciu Andru­cho­wy­cza jawi się ona już to jako zapusz­czone infer­num, już „ostat­nie mia­sto Azji”, już to ogromne ter­ra­rium, w któ­rym doko­nuje się eks­pe­ry­men­tów na żywych osob­ni­kach, wpusz­cza­jąc ich w skrajne sytu­acji spo­łeczne. Moskwa w „Mosco­via­dzie” to nie sto­lica szcze­rzą­cego kły i prę­żą­cego muskuły sowiec­kiego impe­rium, ale wszech­świa­towe cen­trum mara­zmu, zale­ga­li­zo­wa­nego obłędu i chaosu.

Lecz „Mosco­viada” to przede wszyst­kim komiczno-tragiczny żywot owego wspo­mnia­nego już powy­żej Ottona von F, ukra­iń­skiego pisa­rza w śred­nim wieku, zgorzk­nia­łego czło­wieka, boha­tera, który musi zma­gać się nie tylko z doskwie­ra­jącą mu na każ­dym kroku docze­sno­ścią zje­ba­nej metro­po­lii, ale i z całym zesta­wem uro­jeń, bole­snych wspo­mnień i widm. W związku z czym von F. robi to, czego wymaga od niego jego oso­bi­ste poło­że­nie i kon­wen­cja: pije na umór, snuje się godzi­nami po Moskwie, odwie­dza swoje kolejne miło­ści, spiera się z kolegami-literatami, wypo­mina wła­sne błędy, prze­żuwa stare klę­ski, orga­ni­zuje sobie uro­dzaj wyrzu­tów sumie­nia i popada w psy­chozę. Ani się obej­rzy, jak sta­nie się okru­chem w oku sił mroku, auten­tycz­nych waria­tów i KGB.

Mosco­viada” Jurija Andru­cho­wy­cza to małe arcy­dzieło – per­fek­cyj­nie funk­cjo­nu­jący mecha­nizm, w któ­rym wszyst­kiego, patosu, gro­te­ski, kapi­tal­nych fraz, traf­nych ana­liz, zde­wa­sto­wa­nej Moskwy, blu­zgów, zło­wiesz­czego śmie­chu, dobrano w sam raz. Jest ona dla mnie połą­cze­niem dwóch żywio­łów – ele­ganc­kiej iro­nii a’la Buł­ha­kow i nowo­cze­snej para­noi w duchu Pie­le­wina, z tejże całym dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza: eks­pan­syw­nymi szczu­rami, ter­ro­ry­stami, nie­ofi­cjal­nymi liniami metra i przed­sta­wi­cie­lami innych wymia­rów. I jest to naprawdę mocarna fuzja.

Po świętach

Posted: 26th Grudzień 2011 by Łukasz in demo emo

Po 3 dniach świąt czuję się jak Wiliam S. Bur­ro­ughs w 57 roku w Tan­ge­rze – orga­nizm prze­ta­cza już tylko cukier i mak. W słu­chaw­kach roz­pusz­cza się Sun Glit­ters, pre­zenty pylą syn­te­tycz­nym zapa­chem nowo­ści, za oknem gru­dzień udaje listo­pad z wier­szy Świe­tlic­kiego. Piszę. Czy­tam. Obcuję z Gosią. Niby więc powinno być dobrze. A jed­nak nie jest.

Ostat­nie 3–4 mie­siące tego roku prze­ży­łem w takim tem­pie i pod tak miaż­dżą­cymi ciśnie­niami, że teraz naj­chęt­niej bym tylko leżał i patrzył w sufit. Przez tydzień. Żeby mi się w gło­wie poukła­dało to, co do niej wpa­dło i ustało to, co się wzbu­rzyło. Żeby pousu­wać z sie­bie rze­czy zbędne, szko­dliwe i tanie. Gdyż i takich zebrało się we mnie od groma. Tak, tak. Potrze­buję grun­tow­nego resetu i posta­wie­nia pew­nych kwe­stii od początku. Czemu? Bo sam nie wiem kiedy naba­wi­łem się chro­nicz­nej nie­uf­no­ści wobec sie­bie i swo­ich wybo­rów, trzę­siączki duszy, nie­zde­cy­do­wa­nia na gra­nicy paniki. Czego mate­rial­nym uze­wnętrz­nie­niem jest te kilka(naście) otwar­tych opo­wia­dań, notek blo­go­wych i innych form, któ­rych nie mogę zamknąć od dłuż­szego już czasu. Część z nich z pew­no­ścią nie doczeka się puenty w ogóle. Część jed­nak, nawet jeśli skła­dają się na nią kawałki mar­niej­sze od tych z góry zakwa­li­fi­ko­wa­nych przeze mnie do sczeź­nię­cia, znaj­duje się w zasięgu moich umie­jęt­no­ści i wypada docią­gnąć je do krą­głej final­nej kropki. Takie posta­no­wie­nie na 2012.

A jeśli mam tego doko­nać w roz­sąd­nym ter­mi­nie i na zado­wa­la­ją­cym pozio­mie – zado­wa­la­ją­cym was, mnie, i ducha Witolda Gom­bro­wi­cza – muszę zmie­nić stra­te­gię pisar­ską, tematy, godziny pracy. Z uży­wa­nego do tej pory przeze mnie pióra spu­ścić stary inkaust i nabić je na powrót nie­na­wi­ścią, która zapie­cze tych złych, iro­nią i zawie­si­stą auto­bio­gra­ficzną juchą. Odświe­że­nia wymaga zestaw tri­ków, z któ­rego korzy­sta­łem w trak­cie pisa­nia Pocz­tó­wek z Para­noi. Same Pocz­tówki stoją rów­nież przed nie­małą meta­mor­fozą. Otóż chcę – i to bar­dzo – pro­wa­dzić na nich kilka rów­no­rzęd­nych lite­rac­kich żywio­łów, które będą zaspo­ka­jały moje skom­pli­ko­wane potrzeby este­tyczne. Zależy mi przede wszyst­kim na tym, by nieco przy­ga­sić neon z napi­sem: NOWOŚCI KSIĄŻKOWE. Nie po to, by od godziny zero pisać wyłącz­nie o niszo­wych pro­za­ikach z dwu­dzie­sto­le­cia mię­dzy­wo­jen­nego, ale żeby móc o nich pisać bez doj­mu­ją­cego uczu­cia, że zanie­dbuję swój pod­sta­wowy obo­wią­zek, jakim jest infor­mo­wa­nie na bie­żąco o tym, co z aktu­al­nej oferty wydaw­ni­czej prze­czy­tać warto a czego nie. Oczy­wi­ście, wiem. Nikt z was mnie tymi powin­no­ściami nie obar­czył. To ja sam i samemu sobie wyrzą­dzi­łem. Na wła­sne życze­nie wma­new­ro­wa­łem się w taki oto układ odnie­sień, w któ­rym data poja­wie­nia się książki na rynku zamiast być jedy­nie wyróż­ni­kiem, stała się walo­rem. Ściśle się to wią­zało z moimi inten­cjami – sro­dze ide­ali­stycz­nymi, dodajmy, i w prak­tyce nie­wy­ko­nal­nymi, uzu­peł­nijmy – które mi przy­świe­cały u zara­nia Pocz­tó­wek, by owe Pocz­tówki były prze­glą­dem, ran­kin­giem i prze­wod­ni­kiem po książ­ko­wych nowo­ściach. Z cza­sem jed­nak zało­że­nia te ule­gły daleko idą­cym wypa­cze­niom i dege­ne­ra­cjom, przez co pew­nego dnia obu­dzi­łem się w sytu­acji, w któ­rej czy­tam, powiedzmy, kolejną powieść Cor­maca McCarthy’ego czy Houel­le­be­cqa nie dla­tego, że nabra­łem uza­sad­nio­nych prze­czuć, iż znajdę w nich coś dla sie­bie istot­nego, ale z tego powodu, że miały wła­śnie swoją pre­mierę. Mało tego – bywało, że odkła­da­łem jakiś inte­re­su­jący tytuł, żeby poznać ten, który mógł się wyle­gi­ty­mo­wać datą 2011 jako data wyda­nia. Wobec zaś pozy­cji sprzed roku – nie mówiąc już o tych sprzed lat 10 czy 50 – żywi­łem głę­boką nie­uf­ność, czy ich ewen­tu­alna pre­zen­ta­cja na łamach Pocz­tó­wek spo­tka się z jakim­kol­wiek zain­te­re­so­wa­niem. Tak było. Ale nigdy nie jest za późno, żeby się zatrzy­mać i pójść w prze­ciwną stronę. Lub cho­ciaż mocno skręcić.

[foto allmoviephoto.com. All rights reserved.]

Houellebecq

Posted: 16th Grudzień 2011 by Łukasz in biblioteka

Czy­tam Houel­le­be­cqa po Masłow­skiej. Tego nowego ufe­to­wa­nego Houel­le­be­cqa po Masłow­skiej, którą w zeszłym tygo­dniu ścią­gną­łem z omsza­łej półeczki i z którą sobie potem jeź­dzi­łem wszę­dzie przez kilka dni jak z amu­le­tem. Bar­dziej auten­tyczna zmu­mi­fi­ko­wana kró­li­cza łapka niż pier­ścień Atlan­tów. Z Fin­ga­thing na uszach, pod kap­tu­rem z powodu kli­matu, z ogryz­kiem ołówka mię­dzy pal­cem wska­zu­ją­cym a kciu­kiem, by krzy­ży­kiem pięt­no­wać, co moc­niej­sze kawałki, tur­la­łem się środ­kami ojczy­stej komu­ni­ka­cji i bada­łem. Testo­wa­łem na 35-letnim Łuka­szu N., żywym ochot­niku z mar­twego mia­sta w zachod­niej Eura­zji, czy „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” wciąż działa. Więc – tak. Masłow­ska pie­ści niczym włą­czona suszarka wrzu­cona do kąpieli. Mnie, dodajmy. A co z Houellebecqiem?

Cze­ka­łem na Houel­le­be­cqa w listo­pa­dzie na tar­gach w Kra­ko­wie. Wszystko mia­łem gotowe – gonzo w gło­wie, apa­rat ze szpie­gow­skim zumem, dwie godziny wol­nego od sze­fo­wej, iro­niczny gry­mas wmon­to­wany na stałe w twarz. Bo umy­śli­łem, że wezmę udział w tym jego promo i zaist­nieję. Naj­pierw w mil­cze­niu i bier­nie, zwy­kły czy­tel­nik pod ścianą, któ­rego zwa­bił blask sław­nego autora, póź­niej już kon­kret­nie. Roz­wa­ża­łem naj­róż­niej­sze opcje ter­roru. Seria kło­po­tli­wych pytań? Obna­że­nie sut­ków? Atak tor­tem? W sumie – cokol­wiek. Byle go tylko wytrą­cić z tego osten­ta­cyj­nego zbla­zo­wa­nia, któ­rym gor­szy malucz­kich. Dowie­dzieć się, co pocznie, gdy w jego towa­rzy­stwie i ktoś inny zacznie gor­szyć. Czy znie­sie kon­ku­ren­cję w pro­wo­ko­wa­niu? Na któ­rym prze­cież się spasł a spasł, na któ­rym wszakże urósł. Więc może będzie zaja­dle bro­nił swo­jej pozy, by mu nikt nie wcho­dził w paradę? Co zrobi? Zba­ra­nieje? Po miesz­czań­sku zawe­zwie ochronę, żeby usu­nęła typa, który bruka mu szoł? Skuli się? Zaprosi do współ­pracy? Dowie­dzieć się, muszę się dowie­dzieć, dud­niło mi w sercu, gdy tak obmy­śla­łem stra­te­gię i oglą­da­łem swoje ciało w hote­lo­wym lustrze. Nie dowie­dzia­łem się jed­nak, bo Houel­le­becq nie dotarł. Pew­nie ktoś mu dał cynk, że się tutaj szy­kuję. Trudno. Zamiast niego – mam jego książkę. Małego skom­pre­so­wa­nego Houellebecqa.

Który to Houel­le­becq był dla mnie odkry­ciem i potęż­nym wstrzą­sem w prze­szło­ści. Mogę nawet pre­cy­zyj­nie okre­ślić kiedy. Pod­czas tam­tych mie­sięcy jało­wego zale­ga­nia na kwa­dra­cie, gdy po raz kolejny nie mia­łem pracy i ner­wica zaczy­nała się znowu do mnie dobie­rać, każ­dego dnia  zja­da­jąc mnie po kawa­łeczku. Pamię­tam jaki wtedy byłem. Pasywny, wkur­wiony, sku­piony, roz­ża­lony, obci­na­jący świat z ukosa. Otwarty na wszel­kie eks­tre­mi­zmy. Byłem jed­nym z tych face­tów, o któ­rych pisał DeLillo w „Librze”: cisi loka­to­rzy kawa­le­rek, wydy­mani przez życie, z duszą w sinia­kach i wrzą­cymi non-stop synap­sami, któ­rzy pię­trzą w sobie pomy­sły na to, jak wypa­lić dziurę w rze­czy­wi­sto­ści. Nie żeby wziąć na kimś rewanż. Po to, by ktoś się o nich w końcu dowiedział.

Pew­nie dla­tego Houel­le­becq od razu mi pod­pa­so­wał – tak non­sza­lancko wszedł do lite­ra­tury. Spra­wił, że na powrót mówiło się o niej, jak o czymś istot­nym i draż­li­wym. Powie­ści Houel­le­be­cqa były niczym tajny rzą­dowy raport o grze­chach i sła­bo­ściach bia­łych ludzi Zachodu z początku XXI wieku, który wyciekł do mediów. Sek­stu­ry­styka, impul­sywna prze­moc, nuda, por­no­gra­fia, demo­ra­li­zu­jący zby­tek, igrzy­ska swin­ger­sów, praca będąca źródłem cier­pie­nia, roz­le­ni­wia­jące bez­pie­czeń­stwo, fru­stra­cja jako nowy obo­wią­zu­jący ustrój. Houel­le­becq nie szwen­dał się ze zwier­cia­dłem po wyas­fal­to­wa­nych gościń­cach – on pod­ło­żył kamerki w nor­mal­nych dobrych domach, po czym udo­stęp­nił wszyst­kim zare­je­stro­wane tam obrazy, żywe sceny rodza­jowe. I jesz­cze ta jego świń­ska apa­ry­cja eks-proboszcza, któ­rego wyda­lono z kościoła za nie­skromne sesje z mło­dymi. Wszystko grało. Ukła­dało się w całość. W tydzień, może dwa, prze­czy­ta­łem „Cząstki ele­men­tarne”, „Plat­formę”, „Moż­li­wość wyspy” i „Posze­rze­nie pola walki”. Chcia­łem więcej.

Na coś wię­cej musia­łem pocze­kać do 2011.

Naj­now­sza książka Micha­ela Houl­le­be­cqa, „Mapa i tery­to­rium”, to bar­dzo dobrze napi­sana i skon­stru­owana powieść opo­wia­da­jąca o karie­rze awan­gar­do­wego arty­sty Jeda Mar­tina. Jed odnosi spek­ta­ku­larne suk­cesy na niwie sztuki wpierw jako autor ogrom­nych zdjęć map dro­go­wych Miche­lina, następ­nie zaś prze­rzuca się na malar­stwo i pod­bija rynek sztuki obra­zami o tak ape­tycz­nych tytu­łach jak „Bill Gates i Steve Jobs roz­ma­wia­jący o przy­szło­ści infor­ma­tyki” czy „Michel Houel­le­becq, pisarz”. Pry­watne życie Jeda to życie samotne, samo­wy­star­czalne i mono­tonne. Jed nie prze­pada za ludźmi i nie chce, żeby i ludzie za nim prze­pa­dali. Woli być kul­tu­ral­nym odlud­kiem, ama­to­rem drob­nych przy­jem­no­ści kon­su­mo­wa­nych w poje­dynkę, sto­no­wa­nym nihi­li­stą i uro­czo zgorzk­nia­łym czło­wie­kiem, na któ­rym ciążą rodzinne traumy – samo­bój­stwo matki, nie­czu­łość ojca. Nie­kiedy pozwala sobie na krót­kie wycieczki poza swój mate­rialny i duchowy azyl i wcho­dzi wów­czas w inten­sywne inte­rak­cji z innymi – roman­suje z piękną Rosjanką o imie­niu Olga, zadzierzga inte­lek­tu­alną więź z popu­lar­nym pisa­rzem Miche­lem Houel­le­be­cqiem. Ale tak naprawdę nic nie jest w sta­nie go porwać, wstrzą­snąć nim, zmie­nić go. Jed co naj­wy­żej uczest­ni­czy – w miło­ści, sztuce, przy­jaźni – lecz nigdy się nie anga­żuje. Bo ani odej­ście Olgi, ani bru­talne mor­der­stwo Houel­le­be­cqa, ani też śmier­telna cho­roba ojca nie wywoła w nim moc­nych praw­dzi­wych emo­cji. „Mapę i tery­to­rium” to paczuszka wypeł­niona waż­kimi tema­tami – czy­tel­nik znaj­dzie tu i iro­niczne kon­sta­ta­cje o zachod­niej cywi­li­za­cji, o współ­cze­snej lite­ra­tu­rze, malar­stwie, kry­tyce, jak i dywa­ga­cja o roli arty­sty w spo­łe­czeń­stwie, sta­ro­ści czy euta­na­zji. „Mapa i tery­to­rium” to cie­kawa książka. Ale co z tego?

Bo „Mapa i tery­to­rium” Micha­ela Houl­le­be­cqa jest jak plu­szowy kocyk w 666, jak ter­mo­for w kształ­cie Cthulhu, jak cie­płe mię­si­ste skar­pety inkru­sto­wane głów­kami Char­lesa Man­sona. Spodoba się każ­demu, nikomu nie zrobi krzywdy. I na doda­tek może się wyle­gi­ty­mo­wać metką made in demon, cer­ty­fi­ka­tem, że pocho­dzi od skan­da­li­sty. „Mapa i tery­to­rium” to powieść dosko­nale obła i obłud­nie dosko­nała. Nie spo­sób się jej cze­piać za jakieś nie­do­sko­na­ło­ści for­malne, bo tych po pro­stu nie ma. Sama „Mapa i tery­to­rium” rów­nież nie zacze­pia. Houl­le­becq stra­cił pazury i dziś ma do dys­po­zy­cji tylko tipsy zro­bione w  Judyta World Nails na Zachod­niej. Michael Houl­le­becq napi­sał książkę ide­alną pod nagrody, pod kry­ty­ków środka, listę best­sel­le­rów Wybor­czej, pod choinkę.

Teraz taka tro­chę puenta a tro­chę i credo. Otóż jakieś 3 lata temu Gosia spę­dzała waka­cje na połu­dniu Fran­cji, w oko­li­cach Nicei, w stre­fie raże­nia fio­le­to­wej bugen­willi i trzy­cy­fro­wych upa­łów. Pod­czas kąpieli w morzu dotkli­wie popa­rzyła ją meduza. Zosta­wiła Gosi na lewym udzie pręgę jak po sma­gnię­ciu batem – długi pur­pu­rowy ślad. Kiep­sko to wyglą­dało. Jesz­cze gorzej było mieć to na sobie. Bo „to” żyło na Gosi, żywiło się Gosią. Przez bite 2 tygo­dnie nie dawało o sobie zapo­mnieć. Nie skut­ko­wały maści ani kom­presy. Bolało, świerz­biło, nagrze­wało się, pul­so­wało. Pie­kło jak skur­wy­syn. No wła­śnie. Ocze­kuje, że to samo zrobi mi książka. Kro­pla kwasu wpusz­czona do mózgu.

Ultimate True Bang Bang Michaśka Kinky Show

Posted: 30th Listopad 2011 by Łukasz in demo emo, socjeta

W tym roku wcze­śniej odpa­ko­wa­łem jeden z gwiazd­ko­wych pre­zen­tów. Mogłem – pew­nie dla­tego, że przez ostat­nie 11 mie­sięcy byłem grzeczny i spo­le­gliwy niczym syn pro­bosz­cza. Daro­wa­łem więc sobie oprawę, prze­sze­dłem do sedna. Bo cóż z tego, że nie dowieźli jesz­cze śniegu, nie wypu­ścili na mia­sto miko­ła­jów i zgrai metro­sek­su­al­nych elfów, nie zarzą­dzili maso­wego rżnię­cia w szkół­kach leśnych? No cóż, skoro na wycią­gnię­cie ręki zna­la­zły się dobra nie lada? Roze­rwa­łem pozłotkę. Byłem wczo­raj na spo­tka­niu autor­skim Michała Witkowskiego.

Już w fuaje był ful. Sefora wisiała w powie­trzu, gdyż mło­dych naszło a naszło. Głów­nie stu­den­te­ria i wolne zawody. Sporo arty­stow­skiej hip­sterki – ciu­chy tak retro, że musiały kosz­to­wać ich sta­rych for­tunę, krępe oprawki oku­la­rów, włosy spię­trzone we fry­zury, za które na moim sta­rym zio­mal­skim adre­sie skal­po­wano na żywca. Nad­re­pre­zen­ta­cja pięk­nych dziew­czyn z póź­nych rocz­ni­ków osiem­dzie­sią­tych. Ja mia­łem na sobie bluzę śliw­kową i sta­łem z boku, oparty o ścianę. Weszliśmy.

Małej sali w Nowym lepiej zaaran­żo­wać nie było można. Sce­no­gra­fia kon­we­nio­wała z tre­ścią „Drwala” jak Grze­gorz Lato z Krę­ciną Zdzi­sła­wem. Ide­al­nie, w punkt. Z gło­śni­ków sączyły się przed­wo­jenne romanse o zakłu­tych dzie­wi­cach, bez­piecz­nej miło­ści i face­tach, któ­rzy gotowi są dla swo­ich heroin na każde z moż­li­wych poświę­ceń, głów­nie natury pato­lo­gicz­nej. Scenę od widzów sepa­ro­wała folia malar­ska krwią obfi­cie zbry­zgana. Ze ścian wyra­stały ryje wypcha­nych zwie­rząt. Był pie­niek, była sie­kiera w pie­niek wbita. Wszy­scy razem byli­śmy w domku na odlu­dziu. Po sezonie.

Nim zja­wił się Michaśka, wtar­gnął on, Hen­ryk z grupy Cen­tauro. Poeta, kosmita, trend­set­ter sza­ro­ści, stały motyw łódzkich imprez lite­rac­kich. Zawsze spóź­niony. Nie ina­czej i tym razem – na sekundę przed roz­po­czę­ciem mię­dzy fote­lami wybuchł jego okrzyk: „dzień dobry, są miej­sca?”. W końcu gdzieś tam się upchał, ale nie bez nie­ja­kiej trud­no­ści, gdyż na widowni zastał pełne obłożenie.

Naj­pierw scenka dra­ma­tyczna, mono­log Jadwigi Par­szy­wej, potem już Michaśka. Siadł w rogu na ławce, mię­dzy pro­wa­dzą­cymi. Jaka meta­mor­foza! Otóż ten wro­cław­ski pro­zaik rady­kal­nie zmie­nił imidż. Nie daj­cie się zwieść foto­gra­fiom w sieci – smu­kła, wylasz­czona i o poślad­kach ze spiżu Michaśka już nie ist­nieje. Teraz mamy do czy­nie­nia ze wschod­nio­eu­ro­pej­ską odmianą Tru­mana Capote. Słuszne piersi, wypu­czone policzki, figlarny uśmiech, kocie roz­le­ni­wie­nie w ruchach, uszatka. Tak, uszatka na gło­wie. Syrena prze­ciw­m­gielna buczała nam do wtóru.

Michaśka dobrze się wkrę­cił – i dobrze wszystko szło. Zde­fi­nio­wał pod­sta­rzałą pol­ską ciotę, „torebka”, „picie w torebce”, sprze­dał kuk­sańca Var­dze, opo­wia­dał o War­szawce, o auto­te­ma­ty­zmie w swej twór­czo­ści, o wujku Gom­bro­wi­czu i o  zimo­wym zbor­su­cze­niu. Podał prze­pis na luja. Pysz­nił się nakła­dem „Drwala” – 35 tysięcy – i pła­kał nad losem pisa­rza, który wła­snym gębo­fo­nem nagrywa audio­buka.  Sam też czy­tał swo­jego best­sel­lera i było to bar­dzo przy­jemne dozna­nie – ludo­żerka się ze śmie­chu pokła­dała a Michaśka w trak­cie lek­tury pod­ska­ki­wał z ukon­ten­to­wa­nia jak bączek. Nie dawał się inter­lo­ku­to­rom, paro­wał naiwne pyta­nia, żenił ripo­sty i blu­zgał, jeśli zaszła potrzeba. „Kurwy” i „chuje” śmigały po sali niczym lotki na kra­jo­wych mistrzo­stwach w bad­min­to­nie w Kuala Lum­pur. Ponad­go­dzinne Ulti­mate True Bang Bang Michaśka Kinky Show.

Po auto­graf Michaśki usta­wiła się kolejka pra­wie tak długa, jak ta, w któ­rej w 85 sta­łem na Rzgow­skiej za arbu­zem. Pamię­tam, że wtedy nie dane mi było jed­nak uto­pić zębów w soczy­stym miąż­szu, gdyż jakiś kolo przede mną drap­nął ostatni kró­lew­ski owoc. Sprze­dawca zapro­po­no­wał mi w zamian selera. Teraz nic podob­nego mnie nie spo­tkało. Nasza lite­ratka sie­działa i cier­pli­wie wypeł­niała dekla­ra­cje sym­pa­tii. Mało tego – zała­pa­łem się nawet na kilka bar­dzo miłych i bar­dzo indy­wi­du­al­nych zdań od niej. Ale wyja­wić ich nie mogę, gdyż jest przed 22.

Łódź to upa­dłe mia­sto, taki sie­dem­set­ty­sięczny Wał­brzych. Zwłasz­cza jesie­nią jest biedna i smutna – wypisz-wymaluj: Vio­letta Vil­las na eme­ry­tu­rze. Ale raz na jakiś czas na tej abso­lut­nej ciem­no­ści, która ją spo­wija, można zauwa­żyć błysk, ognik, pul­so­wa­nie świa­tła. Nie jest to feeria na stałe, bo i nikt już tutaj na taką nie czeka. To zale­d­wie sygnał obec­no­ści, że pod war­stwą tego mara­zmu i smogu wciąż funk­cjo­nują żywe istoty – jak naj­bar­dziej skłonne do rado­ści, zaan­ga­żo­wa­nia, kul­tu­ral­nej orgii i zbio­ro­wej wymiany cie­pła, o ile tylko stwo­rzy im się po temu oka­zję. Wczo­raj było u nas naprawdę jasno.

[zdję­cie autor­stwa Moniki Marlickiej-Robert]

Michaśka wraca

Posted: 20th Listopad 2011 by Łukasz in biblioteka

Nowy Wit­kow­ski daje radę. Wię­cej nawet – kopie dupę i pod­nosi stę­że­nie piękna i dobra w naszym ponu­rym sło­wiań­skim uni­wer­sum. Dzięki niemu ta jesień jest lep­sza. Mniej bolą lodo­wate poranki, II rząd Tuska, III tajem­nica smo­leń­ska. Radość tym więk­sza, bo zaczą­łem już otwar­cie powąt­pie­wać  w twór­cze moce Michaśki. A to za sprawą tego kosmicz­nego zonka, jaką była „Mar­got”, i tych sła­bych jak cho­mik po lewa­ty­wie felie­to­nów w „Poli­tyce”. Skoń­czy­łaś się, mała, prze­pa­dłaś z kre­te­sem w tej War­szawce, kocha­nie, mru­cza­łem sobie pod nosem, gdy czę­sto­wa­łem się ostat­nimi pro­duk­cjami Wit­kow­skiego. A tu rap­tem – bam. Bam, bum i bach! Po pro­stu wej­ście smo­czycy i jasnym się staje, że kró­lowa jest tylko jedna.

Drwal” to kry­mi­nał, ale zawiodą się ci, któ­rzy pod­biją do niego jak do jakie­goś kla­sycz­nego kawałka, w któ­rym łebski acz zapi­ja­czony detek­tyw roz­k­mi­nia kto dosy­pał cyjan­kali do ulu­bio­nego latte babci. Ojcem ducho­wym „Drwala” jest Gom­bro­wicz a nie Ray­mond Chan­dler. I wła­śnie gom­bro­wi­czow­ski „Kosmos” wydaje się być dla Wit­kow­skiego arcyw­zo­rem, wedle któ­rego skroił swoją powieść.

Boha­te­rem „Drwala” jest trzy­dzie­sto­sze­ścio­letni lite­rat o imie­niu Michał, hedo­ni­sta, gadże­ciarz, prze­ko­chany pro­siak z nad­wagą, hipo­chon­dryk, leko­man i ciotka, będąca psem na lujów, który daje nogę ze sto­licy, by w nad­mor­skich ostę­pach poukła­dać się ze sobą i w sobie. Prze­ja­dły mu się war­szaw­skie luk­susy, pti­fury i lasery, posta­na­wia więc zbiec tam, gdzie znaj­dzie tegoż wszyst­kiego prze­ci­wień­stwo – gdzie będzie tanio, kiczo­wato i nie­faj­nie, ale będzie praw­dzi­wie. Czy­sto. Lepiej wybrać Michał nie mógł – bał­tyc­kie wybrzeże po sezo­nie, Wolin, Świno­uj­ście, Mię­dzyz­droje bez let­niego maki­jażu, z nie­go­lo­nymi nogami, nago i na kacu. Pry­watną pasją Michała są faceci z dom­kami – starsi jego­mo­ście, któ­rzy się bor­su­czą w wygod­nych miej­sców­kach na odlu­dziu, zaj­mują służ­bówki, kan­ciapy i dziu­ple, tro­chę cie­ciują na obiek­cie, a tro­chę udają, że to robią. Mar­kot­nieją tam, milkną, melan­cho­li­zują się ile wle­zie. Michał zjeż­dża wła­śnie do takiego typa i zalega w jego leśni­czówce. Na początku jest siel­sko – bez skrę­po­wa­nia pod­jada z far­ma­ko­lo­gicz­nych zapa­sów Roberta, wła­ści­ciela lokum, zapada w kimę po godzi­nie 16, czyta stare pita­vale i inha­luje się świe­żym powie­trzem. Jed­nak idylla nie trwa długo. Cie­kaw­ski i szu­ka­jący na gwałt surowca do pla­no­wa­nego kry­mi­nału Michał wnet roz­kręci aferę od któ­rej zatrzę­sie się cała oko­lica i serce czytelnika.

Niczego wię­cej nie wyja­wię, żeby przy­jem­no­ści wam nie ska­zić. Dodam jed­nak, że powin­ni­ście czuć się usa­tys­fak­cjo­no­wani, bo Wit­kow­ski zadbał w tej książce o swoją klien­telę niczym hojny wujek-sponsor. Jest grubo. Mamy i tajem­ni­czą śmierć tajem­ni­czej femme fatale, gan­gu­sów rodem z serialu „07 zgłoś się”, opusz­czony rzą­dowy ośro­dek  wypo­czyn­kowy, w któ­rym duchy nazi­stów to naj­bar­dziej łagodna dole­gli­wość, kon­kretne wałki, sub­telne defrau­da­cje, skan­dy­naw­skich prze­stęp­ców, mężów-rogaczy, wyjące z zawi­ści żony i PRL. Ponadto Wit­kow­ski powo­łał do życia gale­rię kapi­tal­nych postaci – Roz­kle­ko­tany, Goguś, Jadzia Par­szywa, Kur­wi­szon Jaśka, Cier­pisz Mariola, praw­dziwy hip­ster, wąsaci tak­sia­rze, pro­sty­tutki w ceki­nach, jurne luje. Zwłasz­cza jeden, Mariu­szek, zale­zie Micha­łowi za skórę i przy­prawi go o miło­sny zawrót głowy. To współ­cze­sna inkar­na­cja gom­bro­wi­czow­skiego parobka, tego niż­szego, tego auten­tyku z poob­gry­za­nymi paznok­ciami, bez manier i w dre­sie, który sta­nowi żywą i fascy­nu­jącą anty­tezę wymu­ska­nych i zbla­zo­wa­nych mieszczuchów.

No i język. „Drwal” to księga naj­róż­niej­szych sty­ló­wek – port­fo­lio mistrzow­skich umie­jęt­no­ści Wit­kow­skiego. Czego tu nie ma!  Pasti­sze, alu­zje, tra­we­sta­cje, kryp­to­cy­taty, paro­die. Nar­ra­cja w pierw­szej oso­bie, w trze­ciej, w boskiej, pedal­skiej i a’la Nie­nacki. Zda­nia Michaśki żarzą się, wibrują, buczą i napier­da­lają po zwo­jach, że hej. „Drwal” to ponad 400 stron czy­ściut­kiej zabawy, gęstego jak żel mroku i przed­nich lite­rek. Brać i mlaskać!

 

Philip Kaczmarski Dick

Posted: 15th Listopad 2011 by Łukasz in demo emo, socjeta

Kolega Maciej Kacz­mar­ski jest dobrym kolegą. Nie tylko wzo­ro­wym kon­su­men­tem, pra­wym oby­wa­te­lem i jego­mo­ściem miłym w obej­ściu, ale i arty­stą. I to w dwóch posta­ciach. W pierw­szym z tych wcie­leń, jako Fabryka Dźwię­ków Syn­te­tycz­nych, infe­ko­wał nutami z kom­pu­tera i dzięki tłu­ściut­kim wyro­bom ze swo­jej pod­ręcz­nej gar­ma­żerki zapew­nił wujciowi-pocztówki-z-paranoi wiele twór­czych nocy. Tak, to prawda, nie­jedna z moich eks­ta­tycz­nych notek wyklu­wała się pośród mla­ska­nia bitów nada­wa­nych ze szcze­ciń­skiej cen­trali kolegi Kacz­mar­skiego. Ale kolega Kacz­mar­ski nie ogra­ni­cza się tylko do roli muzycz­nej Sze­he­re­zady. Kolega Kacz­mar­ski także pisze. Napi­sał książkę o Phi­li­pie K. Dicku zaty­tu­ło­waną „Bóg w sprayu” i trak­tu­jącą o: „gno­sty­cy­zmie, filo­zo­fii i reli­gii w lite­ra­tu­rze Phi­lipa K. Dicka”. Napi­sał, ale ma pro­blemy z je wyda­niem. Żeby móc fikać kozły pod sufi­tem z rado­ści i cza­ro­wać dziew­częta na ISBN, potrze­buje 3,5 tysiąca zło­tych. Zebrał już 1583.73 zł. Do końca pro­jektu zostało 15 dni.

Oddajmy głos kole­dze Kaczmarskiemu:

Opis pro­jektu:

<Bóg w sprayu — Gno­sty­cyzm, filo­zo­fia i reli­gia w lite­ra­tu­rze Phi­lipa K. Dicka> to licząca bli­sko 130 stron pozy­cja oma­wia­jąca związki pomię­dzy twór­czo­ścią pisa­rza a gno­sty­cy­zmem i filo­zo­fią, z naci­skiem na sta­ro­żytną filo­zo­fię grecką i średnio­wieczną. Doko­nuje się to na przy­kła­dzie wybra­nych pozy­cji z biblio­gra­fii Dicka. Zawar­tość sku­pia się głów­nie na zagad­nie­niach duali­zmu, kosmo­lo­gii, kosmo­go­nii, nie­trwa­ło­ści świa­tów, ilu­zji rze­czy­wi­sto­ści i innych moty­wów wspól­nych Dic­kowi i prą­dom myślo­wym z pogra­ni­cza filo­zo­fii i gno­sty­cy­zmu. Książkę otwiera krót­kie wpro­wa­dze­nie z omó­wie­niem poszcze­gól­nych roz­dzia­łów, wień­czy zaś zakoń­cze­nie z final­nymi kon­klu­zjami i obszerna biblio­gra­fia licząca ok. 50 pozycji”.

Pod tym lin­kiem znaj­dzie­cie wszystko:

http://www.polakpotrafi.pl/projekt/gnostycyzm

Walczmy o niego. Bez tej publi­ka­cji może się ów chło­piec do szczętu zde­mo­ra­li­zo­wać – wej­dzie do kibol­skiego młyna, zapi­sze się do PiS-u, albo jesz­cze i co gor­sze. Pomóż­cie. Los kolegi Kacz­mar­skiego jest w waszych rękach i kartach.

Streszczaj się, Paszeko!

Posted: 11th Listopad 2011 by Łukasz in biblioteka

Naj­now­szą książkę Kon­wic­kiego prze­czy­ta­łem mię­dzy Zgie­rzem a War­szawą, tro­chę tu a tro­chę tam, w pociągu, na ławeczce w Zło­tych Tara­sach, pod­czas szko­le­nia z pisa­nia wnio­sków mini­ste­rial­nych, w auto­bu­sie nr 1 i u sie­bie na kwa­dra­cie. U sie­bie na kwa­dra­cie – naj­wię­cej. Wyjąt­kowe doświad­cze­nie w wyjąt­ko­wych oko­licz­no­ściach. Jesień za pasem, słońce, które już tylko oświe­tla rze­czy, zamiast je ogrze­wać, wiatr otrzą­sa­jący drzewa jak czuły ogrod­nik, grube na pół­tora metra mgły, spek­ta­ku­larne wyprze­daże w Tesco, kul­tu­ralna depre­sja. Tade­usz Kon­wicki „W pośpiechu”.

W pośpie­chu” to roz­mowy Tade­usza Kon­wic­kiego z Prze­my­sła­wem Kaniec­kim. Już pierw­sza ich strona sprze­daje ci taką fangę, że wiesz, jak się czuł Endru Gołota przez te wszyst­kie 95 sekund swo­jej walki z Len­no­xem Lewi­sem. Bo oto prze­czy­ta­łeś nie wię­cej niż kilka aka­pi­tów a tu:

Pogrąża mnie też, że nie jest pan szcze­gól­nie szczę­śliwy z powodu samego pomy­słu tych spo­tkań. Nie mogę nie podzię­ko­wać za tę wspaniałomyślność.

W tym fil­mie Hasa Ręko­pis zna­le­ziony w Sara­gos­sie jest jedno zda­nie, które mogę panu powtó­rzyć. Bar­dzo ważne. <Stresz­czaj się, Paszeko!>”.

I tak jest już do końca: ugrzecz­niony acz czujny Kaniecki i roz­ju­szony Kon­wicki, który czę­sto sam zadaje sobie pyta­nia, odpo­wiada na nie i pro­wo­kuje następne. Kon­wicki waży 54 kg a ata­kuje jak mistrz sumo. Ileż on ma pary pod języ­kiem! Te roz­mowy to nie­usta­jąca i wynisz­cza­jąca walka, wojna totalna, ale nie pomię­dzy Kaniec­kim a Kon­wic­kim, lecz Kon­wic­kim a Kon­wic­kim – Kon­wicki ściera się tutaj ze swo­imi doświad­cze­niami, suk­ce­sami, poraż­kami, z całym swoim życiem. Wszystko jest tema­tem – par­ty­zantka, PRL, Litwa, lite­racka socjeta, robie­nie fil­mów, rodzina, War­szawa, goto­wa­nie się do umie­ra­nia. Żadnego odpusz­cza­nia, zero miziu-miziu z inter­lo­ku­to­rem. Od czasu do czasu pozwala sobie Kon­wicki na przy­po­mnie­nie, że jest osiem­dzie­się­cio­pię­cio­let­nim sta­rusz­kiem, ale wyłącz­nie po to, by zła­pać nieco odde­chu i już za chwilę wypro­wa­dzić kolejną nie­zwy­kłą replikę.

Naj­le­piej czyta się o prze­ży­ciach ze skra­jów bio­gra­fii Kon­wic­kiego – o jego wojen­nej mło­do­ści na Wileńsz­czyź­nie i o sta­ro­ści, tej nie­zno­śnej i prze­dłu­ża­ją­cej się ponad ludzką miarę koń­cówce, w trak­cie któ­rej odpa­dają kolejni przy­ja­ciele, szwan­kuje ciało a egzy­sten­cja zamie­nia się w ciąg nud­nych, powta­rza­nych każ­dego dnia, drob­nych czyn­no­ści. Par­tie o bojach w lesie, obła­wach NKWD i noc­nych posto­jach w śniegu po szyję chło­ną­łem z wypie­kami na twa­rzy i pię­trzącą się we mnie wdzięcz­no­ścią, że gdy ja mia­łem 18 lat, to moją naj­więk­szą tro­ską było to, iż Agnieszka nie oddzwo­niła. Przy oka­zji kapi­tal­nie roz­pra­wia się Kon­wicki z patrio­tami post fatum – tymi dziar­skimi zio­ma­lami z bogo­oj­czyź­nia­nej prasy, któ­rzy z bez­piecz­nej pozy­cji na kana­pie szer­mują zda­niami o tym kto zdrajca, komu usy­pać kopiec, i że dwu­na­sto­let­nie dziew­czynki nie pękały na gestapo. Kon­wicki wni­kli­wie opi­suje tamte czasy, obnaża płyn­ność postaw, świa­dectw, inter­pre­ta­cji – i roz­braja sporo biało-czerwonych mitów.

Nieco mniej prze­ko­ny­wu­jąca wypada Kon­wicki w swo­ich opo­wie­ściach o Pol­sce Ludo­wej. Czuć – i sły­chać – że wciąż stara się uspra­wie­dli­wiać, dwu­znacz­no­ści roz­strzy­gać na swoja korzyść i budo­wać obraz sie­bie jako poczci­wego lite­rata, który po tym jak naciął się na akce­sie do par­tii, to sta­rał się byto­wać już tylko ostroż­nie, po cichutku i na boczku. A jak już coś złego – to albo go namó­wili, albo dał się zwieść.

W pośpie­chu” to nie oralny pomnik Kon­wic­kiego, ale mate­rialny dowód na żywot­ność jego inte­lek­tu­al­nego obej­ścia. To nie jest kolejny wywiad-rzeka z zasłu­żo­nym pro­za­ikiem, lecz poru­sza­jące, trzy­stu­stro­ni­cowe wyzna­nie czło­wieka, który z nie­jed­nego pieca chleb jadał i widział całą krwawą epokę. Kaniecki od samego początku świet­nie to łapie – i nie prze­szka­dza: nie chce za wszelką cenę uro­snąć przy swoim mistrzu, nie łyska zja­dli­wymi pyta­niami, nie leje eru­dy­cyj­nej wody. Pozwala sobie jedy­nie na lek­kie nawi­go­wa­nie opo­wie­ści tej war­szaw­skiej Sze­he­re­zady, wyłu­ski­wa­nie leit­mo­ti­vów i kon­se­kwentne drą­że­nie tam, gdzie pod war­stwami wykrę­tów i mil­cze­nia Kon­wic­kiego, na dnie jakie­goś przed­po­to­po­wego wspo­mnie­nia, zalega – lub choćby zale­gać może – war­to­ściowy kruszec.

Ale i tak tym, co naj­bar­dziej mnie w tej lek­tu­rze wzięło, urze­kło i zafa­scy­no­wało była pol­sz­czy­zna Kon­wic­kiego. Kon­wicki kopie dupę nie tylko mnie, pro­stemu czy­tel­ni­kowi, lecz i zawo­do­wym lite­rat­kom i lite­ra­tom, któ­rzy ze swo­imi wypo­co­nymi fra­zami a’la późny Bern­hard czy środ­kowa Jeli­nek mogą mu sko­czyć. Bo to co wycho­dzi z ust Kon­wic­kiego to wiązka abso­lut­nie genial­nych słów, meta­for i obra­zów – zaser­wo­wana na doda­tek przy uży­ciu takich ryt­mów, że, panie, linie melo­dyczne kra­jo­wych tuzów pióra to przy nim napier­da­la­nie na raz i na dwa kijem o beczkę. Mowa Kon­wic­kiego jest żywym, bul­go­czą­cym i parzą­cym stru­mie­niem lawy, który żłobi sobie koryto w krajobrazie.

Po prze­czy­ta­niu „W pośpie­chu” Tade­usza Kon­wic­kiego takie marze­nie jedno mam: żeby któ­ryś z ope­ra­to­rów uru­cho­mił spe­cjalną, poźno­nocną linię, na któ­rej można by słu­chać go do woli za odpo­wied­nią opłatą, głos zje­chany przez fajki do naj­niż­szych reje­strów, wymowne pauzy, rela­cja z tam­tej strony.