Oni się martwią o literaturę, czy o siebie? Ci rozemocjonowani obrońcy kultury wysokiej, którzy prognozują, że wraz z nastaniem przyszłości i urządzeń przyszłości znikną na amen te łakocie, ekstazy i przewagi, jakich teraz jakoby doświadczamy. Znikną, gdy książkę zastąpi czytnik. Konkret zostanie wyparty przez widmo. Z naszych pokojów ulotnią się aleksandryjskie księgozbiory i odtąd nagie, prymitywne ściany będą służyć za tło mieszczańskim farsom i tragediom. Horror!
Obstawiam, że to jednak wcale nie troska o kruche jutro cywilizacji i nie żal nad niweczonym dziedzictwem odpowiadają za ich dętą retorykę, ale najzwyklejszy lęk, który z reguły opanowuje wątlejsze natury w obliczu likwidowania się tego, co ustalone, bezpieczne, znane. Widzą, że oto na ich oczach burzy się właśnie to dekorum, w którym od lat zażywali schronienia. Było im tam dobrze. Czuli się zwolnieni z krytycznych powinności, o ile tylko pozowali jak należy. Książka nie była dla nich tym, czym w istocie jest, a więc pudełkiem z tygrysem w środku, lecz rekwizytem, który się wdzięcznie komponował z filiżanką cynamonowej herbaty, zapaloną lampką, pościelą i z całą kulturalną sytuacją. Przejęci estetycznymi niuansami i smaczkami, pomijali najważniejsze. Otóż sednem całej sprawy jest opowieść, a nie opakowanie. Książka jest naczyniem, którego się używa, by skorzystać z jego zawartości. Klatką, w której śpiewa żywy ptaszek. Kopertą na list – nie listem.
Nie interesują mnie cacuszka w aniołki i gryfy z bibliofilskiego serwisu. Interesuje mnie za to – i to bardzo – ta narracja o losie człowieka, która się ciągnie przez pokolenia i formaty aż od brutalnych, dziewiczych i ekologicznie nienagannych czasów, gdy bestii było więcej niż ludzi. Proces, w trakcie którego ci utalentowani dodają lub ujmują ze wspólnej schedy, a reszta może w tym na żywo uczestniczyć. Czytać, śledzić, jeżyć się, komentować i wyklinać. Obojętne – czy poprzez zwój czy ajpad.
Dlatego mam ochotę głośno protestować – i protestuję, ale nieco ciszej – za każdym razem, gdy próbuje mi się wmówić, że „Tęczę grawitacji” kupuje ten, kto chce niuchnąć oparów z celulozy. Że „Nagi lunch” nabywają fetyszyści zorientowani na tekturę i farbę drukarską. Że „Łaskawe” miło ciążą na podołku A pocieranie co drugiej strony w egzemplarzu „Pod osłoną nocy” ubogaca wewnętrznie i sprawia, że można się bez mała zaciągnąć swądem palonego Londynu. Ejże, to w końcu używamy, czy używani jesteśmy?
Ale, i tu wam będę, ludzie z minionego, nie tyle może bratem, nie przesadzajmy, ale, powiedzmy, życzliwym kuzynem, taką poczciwą siódmą wodą po kisielu do strony cioci Marysi, jest coś, czego utratę, gdyby ziścił się wasz najczarniejszy sen i ebuk z dnia na dzień stał się hegemonem, mam zamiar, pewnie krótko, lecz, obiecuję, esencjonalnie, wspominać w nastroju minorowym, ze szklistym wzrokiem i z goryczą w ustach. Mianowicie – inserta i glosy. Co przełożone z języka sfer na nasz oznacza: brudy i bazgroły.
Tak, tak, książka od czasu do czasu potrafiła zafundować niespodziankę nie lada. Nie wiem, czy w tej materii ta elektroniczna podoła i tradycję podtrzyma. Raczej – nie. Stąd moja notka i solenna obietnica późniejszego żalu.
Bo ile radochy sprawiały te ślady, które w książkach z biblioteki, antykwariatu czy wysępionych od znajomego zostawiali poprzednicy, poprzedniczki i studenci! Te materialne dowody ich mniej lub bardziej intensywnej bytności między kartkami. Obiekcje wyrażane za pomocą subtelnego pytajnika. Polemiki z autorem przy użyciu regularnych bluzgów, szyderczego „ha-ha”, wykrzyknika osadzonego na marginesie jak dzida w klacie. Streszczenia własne co mroczniejszych kawałków, erudycyjne komentarze, dosadne zdania odrębne, iluminacje, już to natchnione, już to niszczycielskie. Dyskretne podpisy pierwszych właścicieli. Albo tych, co uważali się za ostatnich. Szczodre życzenia pod tytułem. Cętka ekslibrisu. Numery telefonów zapisane w poprzek strony. Receptury ciast na wyklejkach. Słupki cyfr, na których przeprowadzano jakieś niecne eksperymenty matematyczne. Gargantuiczne fallusy, które wyrażały na sposób symboliczny stosunek konsumenta treści do treści i autora treści.
Co jeszcze? Sporo. Plamy niewiadomego pochodzenia i uprzedniej konsystencji. Linie papilarne. Paznokcie. Zwłaszcza te imponujące okazy z męskiego palucha u stopy, które wyglądały jak kieł mamuta. Włosy, dużo włosów, najczęściej włosy. Czytanie, taki wniosek, włosom szkodzi. Popiół z fajek. Zmumifikowane owady. Po wielokroć – liście. Rzadziej – pieniądze i ważne bilety. Pocztówki z daleka, na których w zwięzłych akapitach relacjonowano tygodnie w bałkańskim słońcu. Opakowania po batonika, chusteczki. Raz znalazłem bibułkę, na którą czyjaś niecierpliwa ręka naniosła kilka pierwszych linijek wiersza. Dodam, że słabego i o przewidywalnej puencie. Innym razem – autentyczną dziecięcą skarpetkę. Skarpeteczkę właściwie, skarpetunię.
By nie być gołosłownym zapodam przykład z życia. Na dodatek – ze swojego.
Otóż zachodzę któregoś dnia do antykwariatu Silva Rerum w Łodzi na Piotrkowskiej. Patrzę – w gablocie lśni „Zwrotnik raka” Henry Millera. Czytałem, ale nie miałem. Kupiłem. Cena więcej niż atrakcyjna, bo 12 złotych. Profit nad profity. Kolekcja Millerów (po polsku) w moim domu wreszcie kompletna. Wieczorem zasiadam do lektury. Pomyślałem, że sobie odświeżę te ekstazy sprzed lat wielu. Czytam. To był wtorek. W środę czytam dalej. Entuzjazm nieco oklapł. Czwartek – to samo. Ale czytam. Skończyłem. Już teraz poczynić wyznanie? W porządku. Bo nie dla amerykańskiego klasyka kontynuowałem tę jazdę, pomimo coraz większego oporu powietrza, ale dla niego, dla Mirona. Miller mnie znudził kosmicznie. Owszem, zaznaczyłem parę siarczystych puent, uśmiechnąłem się raz i drugi, pokiwałem głową nad apokaliptycznymi zamiarami tego nienasyconego i jurnego zawodnika, który w postaci „Zwrotnika raka” przekazał potomności raport z bytowania w Paryżu o pustym brzuchu i pełnym łóżku. Ale – on, Miller, wrzeszczy. Ciągle jest pobudzony. Szparki. Nie dla mnie dziś takie prędkości. Wolę detal, majstrów od detalu. Pewnie bym tego Millera sobie darował po jakiejś 1/3, gdyby nie Miron, Mirona więź z Gosiulą.

Czy to nie przejmujące? I czy nas, melancholików w średnim wieku, nas – smutne faje, nie rusza to bardziej niż kutasy, cipy i ruchanka importowanego obrazoburcy? Mnie wzięło na tyle, że zacząłem stawiać pytania. Żona do męża? Nie, chyba nie. Bo jak mąż o żonie może nie pamiętać i o niej zapomnieć? W małżeństwie się raczej tego rodzaju próśb nie przedkłada. Byli więc przyjaciółmi? Nie dotykali się? Ale jednak – „kochanemu”. Coś było na rzeczy. Może się więc chociaż poocierali, naelektryzowali wzajemnie w bocznym pokoiku na imprezie. Lecz jeśli nawet i było, i skoro aż taki żar został tutaj uwieczniony, to czemu on się tej książki pozbył? Ile za nią dostał? Dychę? Zatem – po co? A może Miron zszedł i jacyś Mirona krewni Mirona pamiątki wyprzedali? Smutna sprawa przecież: za bezcen upłynniać takie artefakty. No i jaka płocha ta Gosiula musiała być. Kupiła mu coś takiego jak „Zwrotnik raka”, biblię zabawy i zepsucia, bo sama jest rakiem. Figlarka? Nie miała pojęcia, że to pieśni erekcji?
Co robi Miron? Miron Millera chłonie. Bez przesady, ale zaznacza. Łowi z tekstu bon-moty. Czerwonym długopisem powtarza za autorem: „Słowa są samotnością”. Mironie, na co ci to? Zgaduję, próbuje zgadnąć, nie wiem. Potem powtarza za Millerem to, co Miller powtórzył za Emersonem: „Życie jest dla nas tym, czemu przez cały dzień poświęcamy naszą myśl”. Ołówkiem, taka odmiana. Potem – pustynia. Aż do 187 strony. Między 187 a 188 znalazłem to.

W tym miejscu utknął? Może. Bo ponownie znika, zostawiając mi za fatygę ten piękny banknot, wymięte, zielonkawe, spracowane, poważnie doświadczone 10 randów z nosorożcem, które przebyło kilka tysięcy kilometrów – z Kapsztadu, powiedzmy, do Zgierza – by mi umaić pewien marcowy wieczór. Miron podróżnik? Miłośnik Afryki? Majętny turysta wybywający regularnie na safari? Tymczasem – przepadł. Odnajduję go dopiero w posłowiu. Hmmm… Dojechał prawie do dwustu, spasował i jął pryciać w objaśniającym szkicu autorstwa Lesława Ludwiga. Za łatwo, Mironie, za łatwo. Bałeś się, że Gosiula może jednak zagadnąć o czym ta rzecz o rakach, zwrotnikach i zodiakach? Zachciało ci się przed nią odegrać komedię, że, wiesz, Gosiulo, ten Miller, to znakomity i frapujący tytuł. Świni, lecz warto. Nie wiem, tak kombinuję. Kombinował tu i Miron. Podpisał się. Czarnym pisakiem podkreślił: „Fakt opisania świata w stanie rozkładu staje się aktem obłaskawienia go, zwycięstwem nad losem”. I drukowanymi strzelił na samej górze: AKTEM OBŁASKAWIENIA. I znowu, ale inaczej. Lamuje „Celem jest przywołanie i wprowadzenia poczucia realności opisywanego świata”. Na szczyt zaś daje: „obscena”. To jego z książką i ze mną pożegnanie. Bo już go nie ma, Miron disparue.

Tego będzie mi szkoda. Poza tym – spoko.