Jeden dzień z życia Erica Packera

Posted: 4th Maj 2012 by Łukasz in biblioteka

Eric Pac­ker, boha­ter powie­ści Dona DeLillo „Cosmo­po­lis”, ma wszystko. Czter­dzie­sto­ośmio­po­ko­jowy apar­ta­ment w naj­wyż­szym budynku miesz­kal­nym świata, żywego rekina w akwa­rium, radziecki bom­bo­wiec stra­te­giczny Tu-160, który został kupiony przez niego tylko po to, by stał na pustyni i nisz­czał. Pac­ker jest mul­ti­mi­liar­de­rem, genial­nym spe­ku­lan­tem, żongle­rem kur­sów akcji i walut. Modną – drogą, naj­droż­szą – sztukę awan­gar­dową sku­puje w ilo­ściach hur­to­wych. Ma 28 lat i płyty z kara­ryj­skiego mar­muru na pod­ło­dze swo­jej limu­zyny. Ma wszystko.

Nocami jed­nak nie może spać. Cierpi na ten rodzaj bez­sen­no­ści, na który nie skut­kują leki i wypró­bo­wane spo­soby. Czyta wów­czas poezję, tek­sty naukowe, obser­wuje mia­sto, prze­miany tego mia­sta. Z napiętą uwagą śledzi jak powoli wydo­bywa się ono z mroku, budzi, uak­tyw­nia, roz­po­czyna dzia­łal­ność, wcho­dzi w kolejną fazę, w następną dobę. Jest kwie­cień roku 2000.

Ale tak naprawdę odkąd Eric Pac­ker osią­gnął wszystko – gigan­tyczny mają­tek, pozy­cję na szczy­cie i wła­dzę – prze­stał mieć cokol­wiek. Pac­ker niczego już bowiem nie pra­gnie i nic już nie jest w sta­nie wywo­łać u niego dresz­czu praw­dzi­wej emo­cji, lęku, pożą­da­nia. To fan­tom wydrą­żony przez ennui i prze­syt. Cyniczna i znu­dzona per­sona, który funk­cjo­nuje pra­wie wyłącz­nie w środo­wi­sku ekra­nów, na któ­rych mie­nią się cyfry, dane i wykresy. Ktoś, kto nie współ­żyje z ludźmi, a jedy­nie wcho­dzi z nimi w prak­tyczne i mer­kan­tylne inte­rak­cje. Pac­ker zacho­wuje się jak bóg – wynio­sły, samo­wy­star­czalny, gotowy w sekundę zetrzeć z powierzchni ziemi całe kraje, wyzy­wa­jąco obojętny.

Pew­nego dnia posta­na­wia wybrać się do fry­zjera. Ten dzień i ta wyprawa sta­no­wią treść „Cosmo­po­lis”. Opan­ce­rzona limu­zyna z Pac­ke­rem w środku z mozo­łem brnie przez zakor­ko­wane ulice Nowego Jorku. Na doda­tek w Nowym Jorku wrze i się prze­lewa. Z wizytą bawi tutaj pre­zy­dent i jego gar­gan­tu­iczna kolumna, alter­glo­ba­li­ści wywo­łują zamieszki, anar­chi­ści wal­czą z poli­cją, akty­wi­ści doko­nują samo­spa­leń, wie­lo­ty­sięczna rze­sza żegna przed­wcze­śnie zmar­łego Bru­tha Feza, gwiaz­dora sufic­kiego rapu i ducho­wego nauczy­ciela wielu.

Ale Pac­ke­rowi to nie prze­szka­dza. Robi swoje – ostro gra jenem, przyj­muje w limu­zy­nie gości, inte­re­san­tów, współ­pra­cow­ni­ków, nawet wła­sną żonę, z którą jest w związku mał­żeń­skim od 22 dni. Nie prze­ry­wa­jąc sobie roz­mowy z sze­fową swo­ich finan­sów, pod­daje się bada­niu pro­staty. Tempo jazdy jest na tyle ślama­zarne, że Pac­ker wyska­kuje do księ­garni i jed­nej z kocha­nek. Nie zauważa nawet kiedy dostaje się w strefę roz­ru­chów, total­nej demolki i biedy.

Jed­nak to nie wzbu­rzone tłumy i nie zawistna kon­ku­ren­cja sta­no­wią realne zagro­że­nie dla Pac­kera. Ktoś inny posta­na­wia rzu­cić mu wyzwa­nie. Richard She­ets vel Benn Levin, były pra­cow­nik impe­rium Pac­kera, nikt, zero, bez­ro­botny, były człowiek.

Sheets/Levin to typowa delil­low­ska figura: opusz­czony, sfru­stro­wany, roz­pa­lony para­noją i chę­cią odwetu facet, dla któ­rego nie ma już miej­sca w sys­te­mie. Egzy­stuje teraz na mar­gi­ne­sie – w rude­rze, tu czeka i czyha. Nie posiada niczego w sen­sie spo­łecz­nym i mate­rial­nym, ale i co za tym idzie: nie ma nic do stra­ce­nia, może wszystko, para­dok­sal­nie może wię­cej niż Pac­ker. Lak­nie więc czy­stej destruk­cji, domaga się nie trwa­łej zmiany świata, ale jego chwi­lo­wego zabu­rze­nia, wytrą­ce­nia z rytmu. Poszu­kuje spo­sobu, by zosta­wić piętno na rze­czy­wi­sto­ści, wypa­lić w niej dziurę. Obse­syj­nie zapi­suje swoje myśli, kon­sta­ta­cje, wspo­mnie­nia i plany. Pośród nich umiesz­cza credo:

Chcę wznieść się od słów wid­nie­ją­cych na papie­rze i doko­nać cze­goś, zra­nić kogoś. Sie­dzi we mnie coś doma­ga­ją­cego się krzywdy innego czło­wieka i nie zawsze zda­wa­łem sobie z tego sprawę. Sam akt i głę­bia pisa­nia powie­dzą mi, czy jestem do tego zdolny”.

Marze­niem Sheetsa/Levina jest zabi­cie Erica Pac­kera. Po prze­czy­ta­niu tej świet­nej, iro­nicz­nej, teatral­nej i dołu­ją­cej powie­ści Dona DeLillo dowie­cie się, czy zostało ono zrealizowane.

Henry i Miron

Posted: 25th Kwiecień 2012 by Łukasz in biblioteka, demo emo

Oni się mar­twią o lite­ra­turę, czy o sie­bie? Ci roz­e­mo­cjo­no­wani obrońcy kul­tury wyso­kiej, któ­rzy pro­gno­zują, że wraz z nasta­niem przy­szło­ści i urzą­dzeń przy­szło­ści znikną na amen te łako­cie, eks­tazy i prze­wagi, jakich teraz jakoby doświad­czamy. Znikną, gdy książkę zastąpi czyt­nik. Kon­kret zosta­nie wyparty przez widmo. Z naszych poko­jów ulot­nią się alek­san­dryj­skie księ­go­zbiory i odtąd nagie, pry­mi­tywne ściany będą słu­żyć za tło miesz­czań­skim far­som i tra­ge­diom. Horror!

Obsta­wiam, że to jed­nak wcale nie tro­ska o kru­che jutro cywi­li­za­cji i nie żal nad niwe­czo­nym dzie­dzic­twem odpo­wia­dają za ich dętą reto­rykę, ale naj­zwy­klej­szy lęk, który z reguły opa­no­wuje wątlej­sze natury w obli­czu likwi­do­wa­nia się tego, co usta­lone, bez­pieczne, znane. Widzą, że oto na ich oczach burzy się wła­śnie to deko­rum, w któ­rym od lat zaży­wali schro­nie­nia. Było im tam dobrze. Czuli się zwol­nieni z kry­tycz­nych powin­no­ści, o ile tylko pozo­wali jak należy. Książka nie była dla nich tym, czym w isto­cie jest, a więc pudeł­kiem z tygry­sem w środku, lecz rekwi­zy­tem, który się wdzięcz­nie kom­po­no­wał z fili­żanką cyna­mo­no­wej her­baty, zapa­loną lampką, pościelą i z całą kul­tu­ralną sytu­acją. Prze­jęci este­tycz­nymi niu­an­sami i smacz­kami, pomi­jali naj­waż­niej­sze. Otóż sed­nem całej sprawy jest opo­wieść, a nie opa­ko­wa­nie. Książka jest naczy­niem, któ­rego się używa, by sko­rzy­stać z jego zawar­to­ści. Klatką, w któ­rej śpiewa żywy pta­szek. Kopertą na list – nie listem.

Nie inte­re­sują mnie cacuszka w aniołki i gryfy z biblio­fil­skiego ser­wisu. Inte­re­suje mnie za to – i to bar­dzo – ta nar­ra­cja o losie czło­wieka, która się cią­gnie przez poko­le­nia i for­maty aż od bru­tal­nych, dzie­wi­czych i eko­lo­gicz­nie nie­na­gan­nych cza­sów, gdy bestii było wię­cej niż ludzi. Pro­ces, w trak­cie któ­rego ci uta­len­to­wani dodają lub ujmują ze wspól­nej schedy, a reszta może w tym na żywo uczest­ni­czyć. Czy­tać, śledzić, jeżyć się, komen­to­wać i wykli­nać. Obo­jętne – czy poprzez zwój czy ajpad.

Dla­tego mam ochotę gło­śno pro­te­sto­wać – i pro­te­stuję, ale nieco ciszej – za każ­dym razem, gdy pró­buje mi się wmó­wić, że „Tęczę gra­wi­ta­cji” kupuje ten, kto chce niuch­nąć opa­rów z celu­lozy. Że „Nagi lunch” naby­wają fety­szy­ści zorien­to­wani na tek­turę i farbę dru­kar­ską. Że „Łaskawe” miło ciążą na podołku A pocie­ra­nie co dru­giej strony w egzem­pla­rzu „Pod osłoną nocy” ubo­gaca wewnętrz­nie i spra­wia, że można się bez mała zacią­gnąć swą­dem palo­nego Lon­dynu. Ejże, to w końcu uży­wamy, czy uży­wani jesteśmy?

Ale, i tu wam będę, ludzie z minio­nego, nie tyle może bra­tem, nie prze­sa­dzajmy, ale, powiedzmy, życz­li­wym kuzy­nem, taką poczciwą siódmą wodą po kisielu do strony cioci Marysi, jest coś, czego utratę, gdyby ziścił się wasz naj­czar­niej­szy sen i ebuk z dnia na dzień stał się hege­mo­nem, mam zamiar, pew­nie krótko, lecz, obie­cuję, esen­cjo­nal­nie, wspo­mi­nać w nastroju mino­ro­wym, ze szkli­stym wzro­kiem i z gory­czą w ustach. Mia­no­wi­cie – inserta i glosy. Co prze­ło­żone z języka sfer na nasz ozna­cza: brudy i bazgroły.

Tak, tak, książka od czasu do czasu potra­fiła zafun­do­wać nie­spo­dziankę nie lada. Nie wiem, czy w tej mate­rii ta elek­tro­niczna podoła i tra­dy­cję pod­trzyma. Raczej – nie. Stąd moja notka i solenna obiet­nica póź­niej­szego żalu.

Bo ile rado­chy spra­wiały te ślady, które w książ­kach z biblio­teki, anty­kwa­riatu czy wysę­pio­nych od zna­jo­mego zosta­wiali poprzed­nicy, poprzed­niczki i stu­denci! Te mate­rialne dowody ich mniej lub bar­dziej inten­syw­nej byt­no­ści mię­dzy kart­kami. Obiek­cje wyra­żane za pomocą sub­tel­nego pytaj­nika. Pole­miki z auto­rem przy uży­ciu regu­lar­nych blu­zgów, szy­der­czego „ha-ha”, wykrzyk­nika osa­dzo­nego na mar­gi­ne­sie jak dzida w kla­cie. Stresz­cze­nia wła­sne co mrocz­niej­szych kawał­ków, eru­dy­cyjne komen­ta­rze, dosadne zda­nia odrębne, ilu­mi­na­cje, już to natchnione, już to nisz­czy­ciel­skie. Dys­kretne pod­pisy pierw­szych wła­ści­cieli. Albo tych, co uwa­żali się za ostat­nich. Szczo­dre życze­nia pod tytu­łem. Cętka eks­li­brisu.  Numery tele­fo­nów zapi­sane w poprzek strony. Recep­tury ciast na wyklej­kach. Słupki cyfr, na któ­rych prze­pro­wa­dzano jakieś nie­cne eks­pe­ry­menty mate­ma­tyczne. Gar­gan­tu­iczne fal­lusy, które wyra­żały na spo­sób sym­bo­liczny sto­su­nek kon­su­menta tre­ści do tre­ści i autora treści.

Co jesz­cze? Sporo. Plamy nie­wia­do­mego pocho­dze­nia i uprzed­niej kon­sy­sten­cji. Linie papi­larne. Paznok­cie. Zwłasz­cza te impo­nu­jące okazy z męskiego palu­cha u stopy, które wyglą­dały jak kieł mamuta. Włosy, dużo wło­sów, naj­czę­ściej włosy. Czy­ta­nie, taki wnio­sek, wło­som szko­dzi. Popiół z fajek. Zmu­mi­fi­ko­wane owady. Po wie­lo­kroć – liście. Rza­dziej – pie­nią­dze i ważne bilety. Pocz­tówki z daleka, na któ­rych w zwię­złych aka­pi­tach rela­cjo­no­wano tygo­dnie w bał­kań­skim słońcu. Opa­ko­wa­nia po bato­nika, chu­s­teczki. Raz zna­la­złem bibułkę, na którą czy­jaś nie­cier­pliwa ręka nanio­sła kilka pierw­szych lini­jek wier­sza. Dodam, że sła­bego i o prze­wi­dy­wal­nej puen­cie. Innym razem – auten­tyczną dzie­cięcą skar­petkę. Skar­pe­teczkę wła­ści­wie, skarpetunię.

By nie być goło­słow­nym zapo­dam przy­kład z życia. Na doda­tek – ze swojego.

Otóż zacho­dzę któ­re­goś dnia do anty­kwa­riatu Silva Rerum w Łodzi na Piotr­kow­skiej. Patrzę – w gablo­cie lśni „Zwrot­nik raka” Henry Mil­lera. Czy­ta­łem, ale nie mia­łem. Kupi­łem. Cena wię­cej niż atrak­cyjna, bo 12 zło­tych. Pro­fit nad pro­fity. Kolek­cja Mil­le­rów (po pol­sku) w moim domu wresz­cie kom­pletna. Wie­czo­rem zasia­dam do lek­tury. Pomy­śla­łem, że sobie odświeżę te eks­tazy sprzed lat wielu. Czy­tam. To był wto­rek. W środę czy­tam dalej. Entu­zjazm nieco oklapł. Czwar­tek – to samo. Ale czy­tam. Skoń­czy­łem. Już teraz poczy­nić wyzna­nie? W porządku. Bo nie dla ame­ry­kań­skiego kla­syka kon­ty­nu­owa­łem tę jazdę, pomimo coraz więk­szego oporu powie­trza, ale dla niego, dla Mirona. Mil­ler mnie znu­dził kosmicz­nie. Owszem, zazna­czy­łem parę siar­czy­stych puent, uśmiech­ną­łem się raz i drugi, poki­wa­łem głową nad apo­ka­lip­tycz­nymi zamia­rami tego nie­na­sy­co­nego i jur­nego zawod­nika, który w postaci „Zwrot­nika raka” prze­ka­zał potom­no­ści raport z byto­wa­nia w Paryżu o pustym brzu­chu i peł­nym łóżku. Ale – on, Mil­ler, wrzesz­czy. Cią­gle jest pobu­dzony. Szparki. Nie dla mnie dziś takie pręd­ko­ści. Wolę detal, maj­strów od detalu. Pew­nie bym tego Mil­lera sobie daro­wał po jakiejś 1/3, gdyby nie Miron, Mirona więź z Gosiulą.

Czy to nie przej­mu­jące? I czy nas, melan­cho­li­ków w śred­nim wieku, nas – smutne faje, nie rusza to bar­dziej niż kutasy, cipy i ruchanka impor­to­wa­nego obra­zo­burcy? Mnie wzięło na tyle, że zaczą­łem sta­wiać pyta­nia. Żona do męża? Nie, chyba nie. Bo jak mąż o żonie może nie pamię­tać i o niej zapo­mnieć? W mał­żeń­stwie się raczej tego rodzaju próśb nie przed­kłada. Byli więc przy­ja­ciółmi? Nie doty­kali się? Ale jed­nak – „kocha­nemu”. Coś było na rze­czy. Może się więc cho­ciaż poocie­rali, naelek­try­zo­wali wza­jem­nie w bocz­nym poko­iku na impre­zie. Lecz jeśli nawet i było, i skoro aż taki żar został tutaj uwiecz­niony, to czemu on się tej książki pozbył? Ile za nią dostał? Dychę? Zatem – po co? A może Miron zszedł i jacyś Mirona krewni Mirona pamiątki wyprze­dali? Smutna sprawa prze­cież: za bez­cen upłyn­niać takie arte­fakty. No i jaka pło­cha ta Gosiula musiała być. Kupiła mu coś takiego jak „Zwrot­nik raka”, biblię zabawy i zepsu­cia, bo sama jest rakiem. Figlarka? Nie miała poję­cia, że to pie­śni erekcji?

Co robi Miron? Miron Mil­lera chło­nie. Bez prze­sady, ale zazna­cza. Łowi z tek­stu bon-moty. Czer­wo­nym dłu­go­pi­sem powta­rza za auto­rem: „Słowa są samot­no­ścią”. Miro­nie, na co ci to? Zga­duję, pró­buje zgad­nąć, nie wiem. Potem powta­rza za Mil­le­rem to, co Mil­ler powtó­rzył za Emer­so­nem: „Życie jest dla nas tym, czemu przez cały dzień poświę­camy naszą myśl”. Ołów­kiem, taka odmiana. Potem – pusty­nia. Aż do 187 strony. Mię­dzy 187 a 188 zna­la­złem to.

W tym miej­scu utknął? Może. Bo ponow­nie znika, zosta­wia­jąc mi za fatygę ten piękny bank­not, wymięte, zie­lon­kawe, spra­co­wane, poważ­nie doświad­czone 10 ran­dów z noso­roż­cem, które prze­było kilka tysięcy kilo­me­trów – z Kapsz­tadu, powiedzmy, do Zgie­rza – by mi umaić pewien mar­cowy wie­czór. Miron podróż­nik? Miło­śnik Afryki? Majętny tury­sta wyby­wa­jący regu­lar­nie na safari? Tym­cza­sem – prze­padł. Odnaj­duję go dopiero w posło­wiu. Hmmm… Doje­chał pra­wie do dwu­stu, spa­so­wał i jął pry­ciać w obja­śnia­ją­cym szkicu autor­stwa Lesława Ludwiga. Za łatwo, Miro­nie, za łatwo. Bałeś się, że Gosiula może jed­nak zagad­nąć o czym ta rzecz o rakach, zwrot­ni­kach i zodia­kach? Zachciało ci się przed nią ode­grać kome­dię, że, wiesz, Gosiulo, ten Mil­ler, to zna­ko­mity i fra­pu­jący tytuł. Świni, lecz warto. Nie wiem, tak kom­bi­nuję. Kom­bi­no­wał tu i Miron. Pod­pi­sał się. Czar­nym pisa­kiem pod­kre­ślił: „Fakt opi­sa­nia świata w sta­nie roz­kładu staje się aktem obła­ska­wie­nia go, zwy­cię­stwem nad losem”. I dru­ko­wa­nymi strze­lił na samej górze: AKTEM OBŁASKAWIENIA. I znowu, ale ina­czej. Lamuje „Celem jest przy­wo­ła­nie i wpro­wa­dze­nia poczu­cia real­no­ści opi­sy­wa­nego świata”. Na szczyt zaś daje: „obscena”. To jego z książką i ze mną poże­gna­nie. Bo już go nie ma, Miron disparue.

Tego będzie mi szkoda. Poza tym – spoko.

I would prefer not to

Posted: 15th Kwiecień 2012 by Łukasz in biblioteka

Nie dalej jak dwa tygo­dnie temu napi­sał do mnie zna­jomy. Na pozór – nic nad­zwy­czaj­nego. Każ­dego dnia prze­cież pro­wa­dzę obfitą kore­spon­den­cję, zarówno służ­bową, jak i pry­watną. Jed­nak ten mail oka­zał się  i n n y. Spra­wił, że zaczą­łem zada­wać sobie pyta­nie ele­men­tarne, czego od dawna już nie robi­łem, i popa­dłem, nie tyle za sprawą odpo­wie­dzi, lecz wła­śnie z powodu ich braku, w stan ducho­wej, fizycz­nej i higie­nicz­nej pro­stra­cji. Ów na doda­tek sprzągł się z dołu­jącą aurą tego­rocz­nej wio­sny, wio­sny chy­bio­nej. Ległem więc. Odda­łem się zasu­ge­ro­wa­nej lek­tu­rze. Pozo­ro­wa­łem pracę, obser­wo­wa­łem okna. Kwie­cień świnił mi szybę po szy­bie. Koty cięły przez mokrą jezd­nię. Opusz­czały osie­dle i na powrót parły ku swoim zimo­wym kry­jów­kom na dział­kach pod lasem. Ludzie się wymi­jali. Auto­busy szły pro­sto. Gdzie nie spoj­rzysz: niż. Niebo z oło­wiu. Ołów w kola­nach. Nocami słu­cha­łem wia­tru, który w prze­wo­dach wen­ty­la­cyj­nych mojego bloku uda­wał eme­ry­to­waną diwę, zwie­rzęta u wrót ubojni, ścieżkę dźwię­kową wło­skiego hor­roru. Gdy było jasno, czy­ta­łem. Potem – uda­wa­łem, że czytam.

Waha­łem się przez chwilę, czy mogę upu­blicz­nić tego maila. Ale dosze­dłem do wnio­sku, że jak naj­wię­cej osób winno poznać jego treść. Ufam, że i taka, acz może wyło­żona w nieco zawo­alo­wany spo­sób, była wola nadawcy.

Drogi Ł.

Zauwa­ży­łeś z pew­no­ścią, że ostat­nio jest mnie jakby mniej. To nie przy­pa­dek, to stra­te­gia. Odkąd wsze­dłem w posia­da­nie tej nie­zwy­kłej książki, nie umiem, nie sta­ram się i nie chcę funk­cjo­no­wać jak kie­dyś. Po kolei, żeby nie wzbu­dzać zbyt­niej sen­sa­cji, kasuję swoje pro­file w sieci. Nie odświe­żam bloga, pozwa­lam mu się do woli zachwasz­czać. Nie odpi­suję na maile. Nie biorę nowych zle­ceń. Nie wycho­dzę z domu. Nie ma mnie. Pra­gnę, żeby wła­śnie tak zostało już do końca. Chcę być nikim.    Czy to jed­nak nie jest komiczne, okrutne i komiczne, że ta arcy­cie­kawa książka, mądra, war­to­ściowa i świet­nie napi­sana spo­czy­wała w Matra­sie nie na wyeks­po­no­wa­nym miej­scu, ale w koszu z wyprze­da­żami za 5 zło­tych, pod war­stwami chłamu, gnie­ciona maku­la­turą, zasy­pana tan­detą, omal na samym dnie? Nie, prze­pra­szam, nawet nie za 5 zło­tych. Ale – 4,90. Ujęto z niej 10 gro­szy, żeby zaskom­lała i zwró­ciła na sie­bie czy­ją­kol­wiek uwagę. Zna­la­złem ją i kupi­łem. To było w listo­pa­dzie, koń­cówka, kiedy jesz­cze cho­dzi­łem po mieście.

Enri­que Vila-Matas „Bar­tleby i spółka”

Nie zna­łem go wcze­śniej. „Bar­tleby i spółka” to rodzaj dzien­nika pro­wa­dzo­nego przez samot­nego, nie­szczę­śli­wego gar­busa, zahu­ka­nego pra­cow­nika biu­ro­wego, który nazywa sie­bie Quasi­Wat­tem. Jest byłym pisa­rzem. Po swoim debiu­cie mil­czał przez 25 lat. Teraz posta­na­wia prze­mó­wić. Nie pisze powie­ści, zbioru opo­wia­dań, wspo­mnień. Pisze o takich jak on, o bar­tle­bych. Czyli o pisa­rzach, któ­rzy świa­do­mie, z pre­me­dy­ta­cją i będąc na ogół w pełni sił twór­czych odmó­wili dal­szego wytwa­rza­nia słów. Albo zosta­wiali swoje dzieła naumyśl­nie pęk­nięte, nie­do­koń­czone. Albo z roz­my­słem usu­wali się w głę­boki cień, scho­dzili światu z oczu. Quasi­Watt tropi ich i znaj­duje w każ­dej epoce.

Keats, Jime­nez, Rim­baud, Hof­f­man­stahl, Salin­ger, Wal­ser (Robert), Crane, Kafka, Pyn­chon, De Quin­cey, Felis­berto Her­nan­dez i inni.

Pamię­tasz boha­tera noweli Melville’a „Kopi­sta Bar­tleby. Histo­ria z Wall Street” i jego zabój­czą kwe­stię „wolał­bym nie”? Wła­śnie o to się rozchodzi.

Bar­tleby i spółka” to histo­ria tych arty­stów, któ­rzy powie­dzieli „nie”. Któ­rzy przy­sta­wili do swo­jego języka para­li­za­tor i naci­snęli spust. Mogę, ale nie, dzię­kuję. Umiem, lecz nie chcę. Pro­po­nuję prze­stać. Dość, tyle na tym.

To opo­wieść o tych, co zaufali nico­ści. Za swoją muzę uznali Nega­cję. Rim­baud, który wybrał podró­żo­wa­nie i han­del bronią, a nie bez­pieczny fotel przy biurku. De Quin­cey, który prze­le­żał na kana­pie 17 lat w kłę­bie dymu z opium. Kafka, który pew­nej dżdży­stej nie­dzieli, gdy naresz­cie dys­po­nuje wol­nym cza­sem, zamiast pisać, woli oglą­dać swoje palce. Crane, który pisał, że można pisać wyłącz­nie o głę­bo­kiej nie­moż­no­ści pisa­nia. Nie­wi­dzialny Salin­ger, Pyn­chon o kon­sty­tu­cji z liter.

Nar­ra­tor „Bartleby’ego i spółki” mozol­nie składa swoją anto­lo­gię NIE. Na jej mar­gi­ne­sach zosta­wia komen­ta­rze, które nas, przy­zwy­cza­jo­nych do tego, że dużo zna­czy dobrze, wię­cej równa się lepiej, im gło­śniej, tym poważ­niej, mogą przy­pra­wić o zawrót głowy. Użyt­ku­jemy rze­czy­wi­stość, w któ­rej nie jest już istotna war­tość tego, co robisz, ale inten­syw­ność z jaką o tym infor­mu­jesz. Arty­sta nie może prze­stać. Musi w nie­skoń­czo­ność powie­lać te for­muły, które  przy­pa­dły do gustu publicz­no­ści. Nie jest ważny jego roz­wój, moc jego dzieł, ścieżki poszu­ki­wań – ważna jest jego cią­gła obecność.

To było to, pier­dol­nię­cie, na które cze­ka­łem. Dzięki niemu zro­zu­mia­łem, że sztuką dzi­siaj nie jest mówić, ale odmó­wić. Usu­nąć się, kiedy jesz­cze można, a nie gdy popy­chają cię do wyj­ścia. Dobro­wol­nie zstą­pić do podziemi.

Lite­ra­tura to są ćwicze­nia z god­no­ści. Chuj ze stylem.

Lek­tura „Bartleby’ego i spółki” zmie­niła u mnie wszystko. Poją­łem jak daremne były moje lite­rac­kie próby. Ta powieść o Sza­ta­nie, te por­no­gra­ficzne bajki z nie­jed­no­znacz­nym mora­łem. Więk­szą korzyść przy­nie­sie mi nie posta­wie­nie ostat­niej kropki, ale wci­śnię­cie „usuń”. Następ­nie – wyobra­ża­nie sobie, o czym mogły być to rze­czy. To mi star­czy. Cie­kaw­sze są prze­cież te strony, któ­rych nie napisałem.

Teraz sta­wiam na bez­czyn­ność, wpra­wiam się w rezy­gna­cji. Nie odróż­niam jed­nego dnia od dru­giego, nocy od nocy. Pra­gnę uciec ze swo­jego pokoju, nie rusza­jąc się ze swo­jego pokoju. Uwol­ni­łem się już od zobo­wią­zań. Zresztą – jakie one były? Tłu­macz, kopy­ra­tjer, prze­le­wacz z pustego w próżne, nie­udany mąż. Z żoną poro­zu­mie­wam się samo­gło­skami, minami i ciszą. Marzę o tym, żeby pew­nego dnia pomy­liła mnie z meblem. Wró­ciła z pracy i powie­siła na mnie swoją mary­narkę lub torbę. Żeby widziała mnie, ale nie zauważyła.

Nikt ci nie prze­szka­dza, bo wszy­scy sądzą, że śpisz. Nie budźmy go, on śpi. Uwa­żajmy na niego. To wła­śnie mam zamiar osiągnąć.

Prze­czy­taj „Bartleby’ego i spółkę”. Po lek­tu­rze – roz­cią­gnij się wygod­niej na łóżku.

Twój XXX.”

Erntefest w Rwandzie

Posted: 31st Marzec 2012 by Łukasz in biblioteka

Od rana ludzie zaczęli nie­śmiało zabi­jać na ulicach”.

Zda­nie, które mi usta­wiło cały tekst Hatz­felda. Nie musia­łem na nie długo cze­kać, poja­wia się już na 29 stro­nie jego „Sezonu maczet”. Jest skon­den­so­wane, oszczędne, iro­niczne i okrutne. Co naj­waż­niej­sze – wier­nie oddaje i prze­ka­zuje dwu­znaczny cha­rak­ter tych bru­tal­nych aktów, które opi­sał lub zre­la­cjo­no­wał. Czemu? Bo znaj­duje się w nim to, co wywo­łuje zgrozę, ale zara­zem nie ma tego, co na ogół ją łago­dzi i czyni przy­stęp­niej­szą. Infor­ma­cji o roz­po­czę­ciu powszech­nej jatki nie roz­cień­czają tutaj bowiem wiel­kie słowa, uogól­nie­nia, ter­miny mili­tarne, ofi­cjalna dyk­cja. Wręcz prze­ciw­nie. Czy­ta­jąc je można wręcz odnieść wra­że­nie, że czyta się pierw­szą linijkę maila od zna­jo­mego, który zawia­da­mia nas o wido­wi­sko­wych acz zwy­czaj­nych oby­cza­jach, jakie panują w jego stro­nach. Nor­malna rzecz, nic wiel­kiego. Mniej wię­cej tak to wszystko wyglą­dało, ta rzeź w Rwan­dzie, natu­ral­nie, mecha­nicz­nie, na masową skalę, wedle pro­stej metody.

Nie wiem w isto­cie do kogo należy to zda­nie. Do odsia­du­ją­cego wyrok za ludo­bój­stwo Leoporda Twa­gi­ray­ezu, który tymi wła­śnie słowy odtwa­rzał atmos­ferę tam­tego wyjąt­ko­wego kwiet­nia roku 94 na bagnach, wzgó­rzach i w mia­stecz­kach pro­win­cji Nyamata? Do Hatz­felda, jego roz­mówcy, prze­ra­żo­nego słu­cha­cza, sekre­ta­rza, docie­kli­wego repor­tera? Czy może do tłu­ma­cza, któ­remu jakaś łaskawa muza pod­su­nęła aku­rat ten kapi­talny przy­słó­wek? Ale czy w tym wypadku pre­cy­zyjne usta­le­nie autor­stwa jest takie ważne? Naj­waż­niej­sze, że to „nie­śmiało” robi swoje. Opo­wiada o począt­kach tego hor­roru, gdy zgi­nął pre­zy­dent Rwandy Juve­nal Haby­ari­man i Hutu posta­no­wili wyko­rzy­stać jego śmierć do wzię­cia rewanżu na Tutsi.

Ci z oko­lic Nyamata nie ruszyli od razu. Cze­kali, szy­ko­wali się. Zauwa­żyli co prawda, że nie­któ­rzy spo­śród ich ziom­ków zni­kają, pró­bują zwiać, kryją gdzie się da, ale im w tym nie prze­szka­dzali. Wie­dzieli, że tak naprawdę nie ma stąd ucieczki. I że nikt tutej­szym Tutsi nie pomoże. Żołnie­rze ONZ w swo­ich opan­ce­rzo­nych wozach wywieźli kilka dni wcze­śniej bia­łych księży i białe zakon­nice – i prze­pa­dli bez śladu. Ten 6 kwiet­nia nie był więc dla nich sygna­łem do total­nego ataku, ale ostat­nim gon­giem przed mają­cym się zaraz roz­po­cząć przed­sta­wie­niem. Do ode­gra­nia któ­rego byli przy­go­to­wy­wani od lat – od swo­ich star­ców, dziad­ków, rodzi­ców i men­to­rów, sły­szeli o mitycz­nych krzyw­dach, jakie aro­ganccy, wynio­śli i zachłanni Tutsi wyrzą­dzali od poko­leń Hutu. Pro­pa­ganda radiowa ich w tym utwier­dzała i dopin­go­wała w roz­wi­ja­nie w sobie nie­na­wi­ści. Zawo­dowi pod­że­ga­cze agi­to­wali z pasją na ryn­kach, pla­cach i na przed­mie­ściach. Ostrze­gali przed kara­lu­chami, wężami i paso­ży­tami, które nie­gdyś zwały się Tutsi, a które teraz jak naj­ry­chlej należy wytę­pić. Wszy­scy uwiel­biali wul­garne ske­cze i poni­ża­jące pio­senki o Tutsi. Nawet i sami Tutsi. To była osełka dla ich maczet. Ale i tak nie wzięli się do tego z mar­szu. Już do nich dotarły wie­ści, że w innych rejo­nach kraju w naj­lep­sze trwa zabi­ja­nie, ale u sie­bie jesz­cze tro­chę odcze­kali. Tutsi zbie­gli na pobli­skie bagna, nie­któ­rzy jed­nak zostali w mia­stecz­kach i osa­dach. Od nich roz­po­częto. Ich oprawcy w pierw­szych godzi­nach rzezi jesz­cze jakby nie do końca wie­rzyli, że wresz­cie można. Dzia­łali cha­otycz­nie, z ocią­ga­niem, nie­kiedy zaś zbyt pospiesz­nie. Byli jak dziecko, które męczy mniej­sze i słab­sze od sie­bie stwo­rze­nie, lecz jesz­cze przez moment odsuwa od sie­bie myśl, iż może je zgła­dzić bez jakich­kol­wiek dla sie­bie kon­se­kwen­cji. Dla­tego to zda­nie jest takie istotne i cenne.

Od rana ludzie zaczęli nie­śmiało zabi­jać na ulicach”.

Potem szło gładko – z dnia na dzień coraz lepiej. To co naj­waż­niej­sze powie­dziane zostało wprost: macie zabić wszyst­kich Tutsi. Bez wyjątku. Kla­rowny prze­kaz. Świetna orga­ni­za­cji, odkąd przy­szły wytyczne z Kigali, sto­licy. Zbiórka na boisku, sycący posi­łek, wymarsz. Stała pora pracy – od 09:30 do 16:00. Przez cały tydzień. Po robo­cie – odpo­czy­nek i zabawa. Sporo alkoholu. Następnie spo­kojny, kamienny sen, jak to po znoj­nych zajęciach.

Oni szli ławą, z macze­tami w gar­ściach, z pie­śnią na ustach i w pierw­szo­rzęd­nych humo­rach. Za nimi czę­sto podą­żały żony, sio­stry, córki. Męż­czyźni mor­do­wali, kobiety – gra­biły domy, oga­ła­cały zwłoki, gro­ma­dziły dobra. Było tego sporo, bo zabi­jano każ­dego Tutsi. Nie oglą­dano się na wiek, płeć czy sto­pień zna­jo­mo­ści. W tym dziele Hutu byli naresz­cie zjed­no­czeni – rze­zali chłopcy, doj­rzali pano­wie, rol­nicy, dyrek­to­rzy szkół, bur­mi­strzo­wie, inte­lek­tu­ali­ści i wojskowi.

Szybko dano sobie spo­kój z natchnio­nymi ora­cjami inspi­ra­to­rów, indok­try­na­cją i wydu­ma­nymi ura­zami sprzed stu­leci. Tutaj liczył się konkret. Samica Tutsi, krowa Tutsi, mają­tek Tutsi, bla­cha z dachu Tutsi, żyzna par­cela Tutsi. Magne­to­fony po Tutsi bęb­niły co noc i były to dla Hutu dobre noce. Reasu­mu­jąc – to był zbożny czas dla Hutu. Któ­rzy jedli, ile chcieli i wypra­wiali, co chcieli. Codzienny mozół na swo­ich jało­wych rolach zastą­pili wydaj­nym żęciem i plo­nami. Nudę – zabawą w wypró­bo­wa­nym towarzystwie.

W nie­wiele ponad mie­siąc w Nyamata i oko­licy zamor­do­wano 50 spo­śród 59 tysięcy Tutsi. Około miliona w całej Rwan­dzie w prze­ciągu 100 dni.

Jean Hatz­feld w „Sezo­nie maczet” udziela głosu osa­dzo­nym w wię­zie­niu katom. Po książ­kach Arendt, Brow­ninga i Dra­ku­lić już chyba nikogo nie powinno dzi­wić, że oka­zują się oni nie potwo­rami o ośmiu mac­kach czy uro­dzo­nymi sady­stami, ale zwy­kłymi ludźmi, któ­rych w pew­nym momen­cie zacu­go­wała nie­na­wiść i bez­kar­ność. To o czym opo­wiada ta paczka z Kibungo, dzie­się­ciu kum­pli, który ramię w ramię od ponie­działku do nie­dzieli wyci­nali w pień Tutsi, jest prze­ra­ża­jące, kosz­marne i nie do wyobra­że­nia. Jed­nak nie tylko przez to, co składa się na treść tych wyznań, ale rów­nież przez spo­sób, w jaki to robią. Swo­bod­nie, bez emo­cji. W ich uję­ciu to bar­dziej rela­cja z przed­się­wzię­cia, które nie powio­dło się z przy­czyn, dajmy na to, technicznych, niż spo­wiedź morderców.

 O ile łatwo było mi wska­zać zda­nie, które otwo­rzyło mi tę książkę, nadało ton mojej lek­tu­rze i inter­pre­ta­cji, to z tym, które ją zamknęło i pod­su­mo­wało mam nie lada pro­blem. Jest ich bowiem zbyt wiele. Po męczą­cych per­trak­ta­cjach z samym sobą i prze­pro­wa­dze­niu rady­kal­nej selek­cji nadal nie umie wybrać tego wła­ści­wego. Waham się mię­dzy dwoma.

Każdy zabi­jał jak umiał, jak czuł, w swoim wła­snym tempie”.

lub

Ścina­li­śmy zna­jo­mych, ścina­li­śmy sąsia­dów, ścina­li­śmy wszystkich”.

[Autor notki jest od nie­dawna redak­to­rem w Wydaw­nic­twie Czarne. Ale nie umiał się powstrzy­mać przed zare­ko­men­do­wa­niem tej nie­zwy­kłej ksiązki.]

Edukacja sensualna (i intelektualna)

Posted: 25th Marzec 2012 by Łukasz in biblioteka

Kto do tej pory nie poznał jesz­cze pisar­stwa Edmunda White’a, niech to jak naj­szyb­ciej uczyni. Bo i warto – i wypada. Ale nie dla­tego, że White stał się znie­nacka szny­tem tego sezonu, a jego książki obo­wiąz­ko­wym rekwi­zy­tem w dło­niach kul­tu­ral­nego czło­wieka z wiel­ko­miej­skiej klasy latte. Nic z tych rze­czy. Zresztą – czy należy w ogóle podej­mo­wać tak absor­bu­jącą czyn­ność jak czy­ta­nie, żeby w rezul­ta­cie osią­gnąć jakieś błahe i ulotne korzy­ści? Prze­cież w pew­nym wieku nie godzi się już obco­wać z lite­ra­turą po to, by dzięki niej coś zyskać w towa­rzy­stwie – wywo­łać dreszcz pod­nie­ce­nia na bia­łych ple­cach kul­tu­ro­znaw­czyń czy pomruk apro­baty u kole­gów nihi­li­stów. Obco­wać z White’em powinno się z przy­czyn ele­men­tar­nych i oso­bi­stych: bo Edmund White jest mistrzem, bo „Zuch” to arcydzieło.

Zucha” zwy­kło się anon­so­wać i kla­sy­fi­ko­wać jako powieść o doj­rze­wa­niu. Lecz sro­dze zawie­dzie się ten, kto po nią się­gnie, by otrzy­mać ame­ry­kań­ską wer­sję bil­dung­sro­man – budu­jącą opo­wieść o korzy­ściach pły­ną­cych z pil­nej nauki, waka­cyj­nej pracy zarob­ko­wej i higieny całego ciała. Tego aku­rat od White’a nie dosta­nie. Ale – spo­koj­nie. White jest auto­rem wię­cej niż hoj­nym dla swo­ich czy­tel­ni­ków. Zaska­kuje, karmi, obda­rza, ubo­gaca z nawiązką niczym Elvis swo­ich przyjaciół.

Boha­te­rem „Zucha” jest pocho­dzący z dobrej i majęt­nej rodziny kil­ku­na­sto­letni chło­piec, który zdaje sobie sprawę z wła­snej inno­ści – i wyż­szo­ści nad oto­cze­niem. Mówi, poru­sza się, gesty­ku­luje i odczuwa w odmienny spo­sób niż reszta. Wokół niego dzieje się zacho­waw­cza Ame­ryka lat pięć­dzie­sią­tych. Jego rodzice się roz­wo­dzą. Przez co bywa raz u matki, a raz u ojca. Mimo że na pozór niczego mu nie bra­kuje, to jed­nak on sam wcale nie uznaje się za szczę­śli­wego.   Jest pełen sprzecz­no­ści. To zade­kla­ro­wany laluś – ale laluś spra­gniony bru­tal­nych przy­gód z udzia­łem nie­zna­jo­mych face­tów. Łaknie samot­no­ści, dystansu i wyizo­lo­wa­nia się z mer­kan­tyl­nej i przy­ziem­nej spo­łecz­no­ści, lecz zara­zem bar­dzo chce, żeby inni go polu­bili i lubili. Czuje się bez­piecz­nie, gdy ota­cza go rodzinny dosta­tek, a marzy o ucieczce w poje­dynkę do obcego mia­sta i egzy­sten­cji na wła­sny rachu­nek. Choć bez końca syci się roman­tycz­nymi fan­ta­zjami ze sobą w roli głów­nej i lite­ra­turą, to jed­nak dopiero z czy­sto fizycz­nych kon­tak­tów czer­pie kon­kretną przy­jem­ność. Kocha i pożąda męż­czyzn – i pró­buje wyga­sić w sobie te oskomy za pomocą wszel­kich moż­li­wych środ­ków, jakimi mógł wów­czas dys­po­no­wać chło­piec z zamoż­nego domu: reli­gia, psy­cho­ana­liza, męska szkoła z inter­na­tem, randki z dziew­czy­nami, ero­tyczny trój­kąt z nauczy­cie­lem i jego żoną.

Zuch” to jedna z naj­pięk­niej­szych ksią­żek, jakie czy­ta­łem. Po mistrzow­sku napi­sana, zakom­po­no­wana i popro­wa­dzona, lite­racko zro­biona na błysk, czuła, wyra­fi­no­wana, per­wer­syj­nie auto­re­fe­ren­cyjna i osten­ta­cyj­nie arcy­dzielna. White w „Zuchu” pisze jak Nabo­kov w swo­ich naj­lep­szych kawał­kach – z nie­wy­mu­szoną lek­ko­ścią i powagą geniu­sza. Bo fraz, które wyszły spod jego pióra wła­ści­wie się nie czyta, ale się je zwie­dza, bada, lamuje ołów­kiem, nie­spiesz­nie obcho­dzi, powraca do nich. Za pomocą kilku wyra­zów stwa­rza bowiem White nie­po­wta­rzalne meta­fory i obrazy – kocha­jący się chłopcy, któ­rzy wydzie­lają kwa­sko­waty zapach sza­lo­tek w desz­czu, chro­mo­druk uka­zu­jący Chry­stusa i jego soczy­ste, odsło­nięte serce, gumowe zwień­cze­nie laski, które to ciem­niej, to blak­nie ponad głową sie­dzą­cego w oszklo­nej czy­telni bohatera.

Zuch” Edmunda White’a to powieść prze­wrotna i odważna. To histo­ria bole­snego wyzby­wa­nia się złu­dzeń, gro­ma­dze­nia przy­krych doświad­czeń i obser­wa­cji, zazna­wa­nia nigdy dość satys­fak­cjo­nu­ją­cych zbli­żeń, wpra­wia­nia się w per­fi­dii, okru­cień­stwie i roz­cza­ro­wa­niu. Po pro­stu – w życie.

Maestro Marse

Posted: 9th Marzec 2012 by Łukasz in biblioteka

Juan Marse pomału staje się jed­nym z moich ulu­bio­nych hisz­pań­skich pisa­rzy. Naj­pierw była genialna „Dziew­czyna w zło­tych majt­kach”, rzecz, która wywró­ciła mi serce na drugą stronę i do któ­rej od tego momentu wra­cam regu­lar­nie co roku, a teraz – świetne „Ogony jasz­czurki”, powieść miej­scami tak hip­no­tycz­nie wcią­ga­jąca, że w trak­cie jej lek­tury pra­wie nie zauwa­ży­łem, iż w Zgie­rzu i oko­li­cach anu­lo­wano wła­śnie zimę. Kiedy pod­nio­słem głowę, było więc już po wszyst­kim. Ani śladu po śniegu – sam kompost.

Od kilku tygo­dni czy­tam dużo złej lite­ra­tury. Bar­dzo złej. Bar­dzo dużo. Taką mam pracę. Nie­kiedy stę­że­nie gra­fo­ma­nii w moim pokoju, orga­ni­zmie i net­buku bywa tak wyso­kie, że się zaczy­nam na serio zasta­na­wiać – i, co zro­zu­miałe, nie­po­koić – czy aby jakiś czas temu po pro­stu nie zsze­dłem w prędki, schludny i bez­bo­le­sny spo­sób i nie tra­fi­łem do pie­kła, w któ­rym za karę obcuje się z naj­gor­szymi książ­kami świata. Wcale nie z Hitle­rem, chło­pa­kami z Ku-Klux-Klanu czy z wyga­słymi gwiaz­dami rocka pro­gre­syw­nego, ale z czte­ry­stu­stro­ni­cową auto­bio­gra­fią pie­ka­rza, nud­nymi powie­ściami histo­rycz­nymi, ambit­nymi debiu­tami, gar­gan­tu­icz­nym mono­lo­giem o nie­do­lach i żądzach pra­cow­nicy ZUS-u, dziar­skimi repor­ta­żami luza­ków zada­ją­cych szyku na Wyspach i sie­ją­cych lęk i odrazę w mie­ście Luton, mówię wam, sami na maksa zakrę­ceni kole­sie, mię­sko, piwko, lasen­cje i koks w ilo­ściach przemysłowych.

Umiem jed­nak i z takiej sytu­acji gra­nicz­nej wyłu­skać solidny pro­fit dla sie­bie. Otóż im dłu­żej prze­żu­wam tro­ciny, tym gło­śniej mlasz­czę, gdy trafi mi się sma­ko­łyk. Mogę wresz­cie w pełni doce­nić kunszt, pro­fe­skę i moc wyobraźni tych, któ­rzy wie­dzą jak popro­wa­dzić nar­ra­cję przez 200 czy 300 stron i potra­fią lepić zapa­da­jące w ucho i pamięć frazy, dia­logi i sceny. To jed­nak wielka sztuka uszyć tak, że nie znać szwów i mate­riał nie puszcza.

Taki Marse, na przy­kład. Bie­rze sobie

Bar­ce­lonę za pano­wa­nia gene­rała Franco,

gorące lato roku 1945,

dwu­na­sto­latka o imie­niu Dawid, który jest nad wyraz wraż­li­wym i dobrym chłop­cem, fan­ta­stą, łgarzem i medium, dia­lo­gu­ją­cym jak równy z rów­nym ze zmar­łymi i nieobecnymi,

sta­rego, scho­ro­wa­nego, owrzo­dzo­nego, głu­chego i ślepego jam­nika, który wabi się „Iskierka”,

cię­żarną Rosę Bar­tra (ksywa: „Ruda”), naj­pięk­niej­szą kobietę w oko­licy, matkę Dawida, sło­mianą wdowę, od któ­rej nawiał mąż anarchista,

gada­jący płód, który w nie­da­le­kiej przy­szło­ści zosta­nie nazwany Vic­to­rem i sta­nie się rodzo­nym bra­tem Dawida,

inspek­tora Galvana, funk­cjo­na­riu­sza reżymu, ado­ra­tora Rosy, arcyw­roga Dawida,

brata Dawida, Juana, który zgi­nął kilka lat temu pod­czas bom­bar­do­wa­nia Bar­ce­lony i teraz w świe­cie przed­sta­wio­nym powie­ści wystę­puje jako jed­no­nogi duch w uwa­la­nym cegłą ubraniu,

Pau­lino, ser­decz­nego przy­ja­ciela Dawida, wyko­rzy­sty­wa­nego sek­su­al­nie przez wła­snego wuja i knu­ją­cego nań krwawą zemstę,

pilota Spitfire’a, który zstę­puje co jakiś czas z okładki nie­miec­kiego pisma „Adler” i uprzej­mie dywa­guje z Dawi­dem w jego pokoju,

Amandę

wrzuca do cylin­dra wszyst­kie te posta­cie, ele­menty i wątki, mie­sza, wypo­wiada for­mułkę i – włala! – wyj­muje kapi­talną książkę. „Ogony jasz­czurki” to powieść o tym jak bogate w doświad­cze­nia i oso­bli­wo­ści i jak obfite w straty może być dzie­ciń­stwo. Prócz tego to gorzka histo­ria zawie­dzio­nej miło­ści i opo­wieść o kobie­cie, któ­rej kilku face­tów zje­bało życie. No i kolejny, acz ory­gi­nalny i fra­pu­jący, głos w spra­wie hisz­pań­skiej wojny domo­wej. Marse opo­wiada tutaj nie tyle o bitwach i armiach, co o tra­gicz­nej sche­dzie tego bra­to­bój­czego kon­fliktu: dyk­ta­tu­rze, stra­chu, prze­śla­do­wa­niach, inwi­gi­la­cji i głę­bo­kich bole­snych podzia­łach pośród miesz­kań­ców jed­nego kraju.

Co wię­cej – i tutaj także upa­truję dowo­dów na jego maestrię – Marse z wir­tu­oze­rią unika w „Ogo­nach jasz­czurki” wszel­kich puła­pek i kom­pro­mi­ta­cji na jakie naraża się autor, który do swo­jego utworu wpro­wa­dza chło­pięce ini­cja­cje, przed­sta­wi­cieli kra­iny zmar­łych, halu­cy­no­genną wyobraź­nię mówią­cego do sie­bie dwu­na­sto­latka i toko­wa­nie wprost z mat­czy­nego łona. Nie dość, że unika, to jesz­cze i wyzy­skuje dla sie­bie naj­róż­niej­sze żywioły i kon­wen­cje lite­rac­kie, by stwo­rzyć ener­ge­tyczne, wzru­sza­jące i nie­prze­ciętne dzieło.

Przede mną jesz­cze „Jeśli powie­dzą ci, że padłem” i „Wrócę pew­nego dnia”– by całemu Marse po pol­sku stało się w moim przy­padku zadość. Będę więc o nich w przy­szło­ści na Pocz­tów­kach z Para­noi pisał, będę dawał świadectwo.

Senor Holmes

Posted: 19th Luty 2012 by Łukasz in biblioteka

Długo mnie tutaj nie było. Za długo. Ale to nie jest tak, że sobie przez ten mie­siąc sro­gich tem­pe­ra­tur, ACTA i Małej Madzi hula­łem gdzieś na pla­żach Magh­rebu na all inc­lu­sive spon­so­ro­wa­nym przez Gosię i teraz wra­cam i pytam naiw­nie od progu: hej, a skąd tutaj tyle kurzu?  Dużo by jed­nak opo­wia­dać o tym, gdzie bawi­łem i co robi­łem. Gwoli jed­nak uspra­wie­dli­wie­nia wyja­wię, że od ostat­niej notki prze­sze­dłem z jed­nego wydaw­nic­twa do dru­giego, jak i prze­sze­dłem zapa­le­nie spo­jó­wek oraz mozolny pro­ces kana­ło­wego lecze­nia gór­nej pra­wej 4. Pró­buję wciąż jesz­cze przejść i na dietę 1500 kalo­rii, ale nie jest to, nie­stety, takie łatwe, gdyż Sza­tan nie ustaje i nogę pod­kłada. Krótko mówiąc – nie było mocy na wyrób pocz­tó­wek. Ale teraz już jest.

Jest, bo sobie dzięki tym wspo­mnia­nym powy­żej przej­ściom wyre­gu­lo­wa­łem już humory, prio­ry­tety i poziom bólu w orga­ni­zmie. Od jakie­goś tygo­dnia moje dni są rów­nie inte­re­su­jące, jak wcze­śniej bywały moje week­en­dowe noce. Czy­tam, czy­tam, czy­tam. Potem udaję się na krótki spa­cer po ośnie­żo­nym lasku, w trak­cie któ­rego się inten­syw­nie inha­luję, roz­glą­dam i dumam na tym, co prze­czy­tam, kiedy wrócę. Po powro­cie – czy­tam. Po zmroku piszę maile i ukła­dam plan lek­tur na kolejną dobę. Mię­dzy jedną a drugą książką, które czy­tam z obo­wiązku wyni­ka­ją­cego z mojej umowy o pracę, czy­tam też i na wła­sne potrzeby. W ten wła­śnie spo­sób pozna­łem ostat­nio „Sher­locka Hol­mesa i mądrość umar­łych” autor­stwa hisz­pań­skiego pisa­rza Rudolfa Mar­ti­neza. Książkę ide­alną na wolny wie­czór lub dwa.

Sher­lock Hol­mesa i mądrość umar­łych” to coś wię­cej niż zna­czące mru­gnię­cie w kie­runku miło­śni­ków genial­nego detek­tywa. To dłoń w dłu­giej aksa­mit­nej ręka­wiczce, co zrobi im dobrze. Mar­ti­nez nie zapo­daje bowiem powie­ści, która ot tak sobie wyko­rzy­stuje posta­cie i myki z szer­lo­ków Arthura Conan Doyle’a, ale wznosi kil­ku­pię­trową nar­ra­cję, którą zwie­dza się z uśmie­chem na ustach.

Mar­ti­nez ode­ssał z kanonu esen­cję, wtło­czył ją do swo­jej książki i dodał coś eks­tra. „Sher­lock Hol­mesa i mądrość umar­łych” jest więc przy­jem­nym kry­mi­na­łem, w któ­rym Sher­lock i dok­tor Wat­son muszą roz­wią­zać zagadkę tajem­ni­czej zbrodni, usta­lić toż­sa­mość maka­brycz­nie zma­sa­kro­wa­nych zwłok, zła­mać zako­do­wane inskryp­cje z indiań­skiego cmen­ta­rza, prze­jąć KSIĘGĘ, by ta nie wpa­dła w łapy złych ludzi, i sta­wić czoła poło­wie prze­stęp­czego świata z maso­nami na czele. A bonu­sem, który dokłada nam Mar­ti­nez jest to, że prze­ciw­ni­kiem Sher­locka, jego arcyw­ro­giem, jest tutaj nie­jaki Win­field Scott Love­craft, ame­ry­kań­ski zło­czyńca na wystę­pach gościn­nych w Londynie.

Ele­gancka fraza, ładnie zakom­po­no­wana intryga, umie­jęt­nie puen­to­wana nar­ra­cja, igraszki z kon­wen­cją, dzie­więt­na­sto­wieczna Anglia, sher­loc­kow­skie uni­wer­sum pusz­czone w ruch przez pana z Hisz­pa­nii. Czego chcieć wię­cej, gdy ziąb za oknem?

Nocą

Posted: 22nd Styczeń 2012 by Łukasz in biblioteka

Już sama pierw­sza część tej powie­ści wystar­czy, by się prze­ko­nać jak potęż­nymi pisar­skimi mocami dys­po­nuje Sarah Waters. Owa część, zaty­tu­ło­wana „1947”, jest bowiem kom­plet­nym pod każ­dym wzglę­dem, wychu­cha­nym na każ­dym z pozio­mów i docią­gnię­tym do ostat­niej kre­ski w ostat­niej literce, jaka wyszła spod opusz­ków genial­nej Waters, dzie­łem, które z powo­dze­niem dałoby sobie radę jako auto­no­miczna rzecz o burej rze­czy­wi­sto­ści tuż­po­wo­jen­nej Anglii – mistrzow­ska nowela, w któ­rej autorka z wir­tu­oze­rią odtwo­rzyła siatkę skom­pli­ko­wa­nych mię­dzy­ludz­kich rela­cji, spo­łecz­nych, miło­snych, ero­tycz­nych, wszelakich.

2 lata po woj­nie, Lon­dyn. 4 osoby dra­matu. Roz­go­ry­czona Kay, opusz­czona przez swoją kochankę, samotna, żyjąca wspo­mnie­niami, spę­dza­jąca dnie na snu­ciu się po lon­dyń­skich uli­cach. W cza­sie nalo­tów Luft­waffe ofiar­nie nio­sła pomoc jako ratow­niczka medyczna, wycią­gała spod gru­zów ran­nych, gasiła bomby zapa­la­jące, trans­por­to­wała trupy. Teraz jest obiek­tem kpin, zło­śli­wych docin­ków i zgor­szo­nych spoj­rzeń, bo zacni miesz­cza­nie mają pro­blem z zaak­cep­to­wa­niem noszą­cej się po męsku les­bijki. Jej byłą jest Helen, która w swoim nowym związku z wziętą pisarką Julią zmaga się z wła­sną zazdro­ścią i koniecz­no­ścią ukry­wa­nia przed ludźmi ich miło­ści. Helen pro­wa­dzi z Vivian biuro matry­mo­nialne. Vivian od lat trwa w tok­sycz­nym związku z żona­tym Reg­gim, cynicz­nym face­ci­kiem, który za cie­le­sne przy­jem­no­ści wywdzię­cza się jej kon­ser­wami mię­snymi i mami obiet­ni­cami rychłego roz­wodu. Dun­can to brat Vivian. Podob­nie jak i Kay i on doświad­cza mniej lub bar­dziej jaw­nej wro­go­ści ze strony miłych, zdro­wych i nor­mal­nych. Napięt­no­wany jest nie­daw­nym poby­tem w wię­zie­niu, w któ­rym wylą­do­wał po tragiczno-obyczajowej afe­rze ze swoim przy­ja­cie­lem. Dzi­siaj zasuwa w fabryce oświe­tle­nia i pomiesz­kuje u star­szego pana Mundy’ego.

Waters zręcz­nie żongluje tutaj wąt­kami, umie­jęt­nie ska­cze od jed­nej postaci do dru­giej, zmie­nia per­spek­tywy nar­ra­cyjne i nasyca swoją opo­wieść nie­do­mó­wie­niami, alu­zjami, echami daw­nych spraw. Dzięki czemu otrzy­mu­jemy pasjo­nu­jącą i szar­piącą za trze­wia fabułę, w któ­rej wszyst­kiego jest aku­rat: patosu, cierp­kiego humoru, kapi­tal­nych fraz, ska­nów ludz­kiej duszy i reali­stycz­nie odtwo­rzo­nego Lon­dynu sprzed ponad pół wieku.

Ale na tym nie koniec. Po „1947” nastę­pują dwie kolejne czę­ści – „1944” i „1941”. I to już jest kon­kretna jazda – i dowód na maestrię pióra Waters, która kawa­łek po kawałku obnaża przed nami moty­wa­cje swo­ich boha­te­rów, ścieżki jakimi poszli i jakimi mogli pójść, środo­wi­sko jakie ich ukształ­to­wało, ich nie­zisz­czalne nadzieje, zba­ga­te­li­zo­wane omeny, kru­che posta­no­wie­nia i jesz­cze kruch­sze uczu­cia. Dzięki „1944” i „1941” dowiemy się dla­czego w pierw­szej czę­ści „Pod osłoną nocy” Vic oddaje Kay na ulicy obrączkę, czemu Dun­cana prze­śla­do­wały wizje zala­nego krwią pokoju, jak naro­dziła się obse­sja zazdro­ści u Helen, z jakiego powodu Reggi zasłu­guje na miano chujka nad chuj­kami, kim jest Robert Fra­ser a kim pan Mundy.  „1944” i „1941” służą także i po to, by ci któ­rzy nie sku­mali tego już po „1947” zro­zu­mieli, że Waters to jedna z naj­lep­szych bry­tyj­skich pisarek.

Prze­czy­taj­cie koniecz­nie „Pod osłoną nocy” Sarah Waters. To prze­piękna powieść o woj­nie, miło­ści les­bij­skiej, angiel­skiej men­tal­no­ści i zwy­kłej czło­wie­czej nie­wdzięcz­no­ści – jeba­niut­kiej oschło­ści serca, od któ­rej rośnie stę­że­nie zła we wszechświecie.

Zaangażowany i angażujący

Posted: 14th Styczeń 2012 by Łukasz in biblioteka

Mate­usz Mar­czew­ski napi­sał świetny repor­taż. Mocny, cierpki, wcią­ga­jący. „Nie­wi­dzialni” to wiele w jed­nym. Mar­czew­skiemu udała się tutaj sztuka nie lada – zma­ga­zy­no­wał w swo­jej książce naj­róż­niej­sze żywioły, tak for­malne, jak i fabu­larne, a ich odmien­ność wygrał na wła­sną korzyść. Dzięki czemu obcu­jemy z intry­gu­jącą i zło­żoną nar­ra­cją, w któ­rej histo­ria mie­sza się ze współ­cze­sno­ścią, kwe­stie socjalne z mitami, wni­kliwa dzien­ni­kar­ska proza z zapi­sem ilu­mi­na­cyj­nych jeb­nięć. W „Nie­wi­dzial­nych” Mar­czew­ski doko­nuje jesz­cze cze­goś. Mimo że do kon­tak­tów z czy­tel­ni­kiem używa naj­czę­ściej pierw­szej osoby liczby poje­dyn­czej i mno­giej, to jed­nak nie robi z sie­bie herosa całej opo­wie­ści. Nie popada w mega­lo­ma­nię. Nie zapada na typową dla tego zawodu pychę – kamu­flo­waną liter­kami ochotę na to, by poka­zać się jako ten odważny, mądry i wraż­liwy, przy­ja­ciel pla­nety, zio­mal słusz­nych par­ty­zan­tów i dzieci. Mar­czew­ski nie opi­suje zatem jak ze łzami w oczach czo­chrał afro sma­głego ośmio­latka, nie rela­cjo­nuje swo­jej walki wręcz ze sta­dem roz­ocho­co­nych kro­ko­dyli. O czym i o kim więc pisze? O tych, któ­rzy pew­nego dnia stali się nie­wi­dzialni. O Aborygenach.

Ale nie o tych foto­ge­nicz­nych kudła­czach z fol­de­rów rekla­mo­wych biur podroży i protest-songu Roberta Gaw­liń­skiego. Mar­czew­ski pisze o praw­dzi­wych Abo­ry­ge­nach. To nie są wcale mili goście. Cuchną, są gło­śni, brudni, wokół sie­bie robią zawsze kon­kretną trzodę. Doją socjal i spę­dzają dnie na piciu, spa­niu, wizy­tach w ich­niej Bie­dronce i nawy­ko­wym ini­cjo­wa­niu cha­osu. Pol­scy żule z bume­ran­gami. Też nie – nawet bume­rangi maja już tylko takie, które nie wracają.

Nie wia­domo za bar­dzo co z nimi począć. Z tym kon­tyn­gen­tem obcych, z tym uwa­lo­nymi zwie­rzę­tami na dwóch nogach. Kie­dyś można było ich przy­naj­mniej zabić, zuty­li­zo­wać choćby i część w jakimś rado­snym nie­dziel­nym pogro­mie. Dzi­siaj już nie wypada. Lecz jeśli jeste­śmy biali, bogo­bojni i bogaci, to i tak możemy się wyka­zać. Możemy zamknąć Abo­ry­ge­nów w rezer­wa­tach, wydzie­lić dla nich rewir w jed­nym z pod­lej­szych dziel­nic jed­nego z naszych lep­szych miast, możemy w końcu uda­wać, że ich nie widzimy. Co miało być zro­bione, i tak już zostało. Na tym pole­gał ów piękny myk. Zaju­mać dla sie­bie naj­ko­rzyst­niej­sze loka­li­za­cje, ocie­nione doliny, żyzne zatoki, pagórki pod polis, im zaś zosta­wić spa­lone pust­ko­wia. A potem powie­dzieć:  patrz­cie na tych debili, oni niczego nie potrafią.

Nas i ich dzieli wszystko. To rudy­men­tarna róż­nica w men­tal­no­ści. Głę­boka, nie do zasy­pa­nia. Oni są jak dzieci. Uży­wają świata, ale nie spe­ku­lują na temat jego struk­tur, nie rozu­mieją jego reguł i ukła­dów. Abo­ry­geni funk­cjo­nują w innym cza­sie – w kon­ti­nuum, które sięga aż po wtedy, gdy ich pra­przod­ko­wie wma­sze­ro­wali do Sahu­landu. My nie możemy prze­nik­nąć do sedna ich kul­tury, roz­k­mi­nić jej for­muł, roz­ry­so­wać sobie sche­ma­tów abo­ry­geń­skiego postę­po­wa­nia, myśle­nia i czu­cia. Nato­miast oni w ogóle nie chcą badać naszej kul­tury. Zwią­zek pomię­dzy nimi a nami polega więc na postę­pu­ją­cym kani­ba­li­zmie. Z naszej strony, oczy­wi­ście. Naj­pierw kęs po kęsie skon­su­mo­wa­li­śmy ich tery­to­ria, potem – resztę. Prze­two­rzy­li­śmy ich tra­dy­cję na kolek­cję łatwo przy­swa­jal­nych sym­boli, cie­szą­cych oko ikon, tanich mora­łów. Sko­mer­cja­li­zo­wa­li­śmy ich uni­ka­towe malar­stwo, z któ­rego przez to kom­plet­nie wyciekł prze­kaz, a została oferta dla tury­stów: ory­gi­nalne formy, nie­po­wta­rzalne aso­cja­cje kolo­rów. Zabu­rzy­li­śmy sku­tecz­nie Czas Snu – roz­sz­czel­ni­li­śmy ten zbior­nik ze świętą cie­czą, w któ­rym od wie­ków żyli. Dzięki któ­remu żyli. Ich zie­mia już nie jest łączni­kiem pomię­dzy żywymi a zmar­łymi, ter­mi­na­lem na gra­nicy wymia­rów, włą­czoną non-stop sta­cją, która odbiera sygnały stam­tąd i wysyła te stąd. Dzi­siaj to wyja­ło­wiona zona, mar­twa, nie­prze­wo­dząca. A na niej oni, czarne bro­dawki na różo­wiut­kiej skó­rze nowo­cze­snego społeczeństwa.

Nie­wi­dzialni” Mate­usza Mar­czew­skiego to rów­nież wypisy z wiel­kiej księgi nik­czem­no­ści bia­łego czło­wieka. Czego tu nie ma! Fasze­ro­wana strych­niną konina wrę­czana w darze opor­nym kla­nom, lokalne holo­kau­sty, rekre­acyjne polo­wa­nia na Abo­ry­gena, obli­ga­to­ryjny rasizm, wszech­obecna pogarda wobec „dzi­kich”. Wyjąt­kowo doj­mu­ją­cym doświad­cze­niem jest czy­ta­nie u Mar­czew­skiego o przy­mu­so­wej asy­mi­la­cji, jakiej pod­dano w Austra­lii w latach 1900–1970 około stu tysięcy osób. Wów­czas to dzieci ze związku bia­łego i Abo­ry­genki były odbie­rane siłą i wtrą­cane do ośrod­ków wycho­waw­czych. Malu­chom wma­wiano, że ich rodzice nie żyją, albo że byli dla nich źli. Następ­nie tępiono w nich jakie­kol­wiek war­to­ści wynie­sione z domów i przy­uczano do wyko­ny­wa­nia naj­prost­szych fachów: słu­żą­cych i roboli.

Abo­ry­ge­nów dopiero w poło­wie lat sześć­dzie­sią­tych XX wieku wykre­ślono z Księgi Flory i Fauny – i uznano za ludzi. Dopiero wów­czas otrzy­mali oni także austra­lij­skie obywatelstwa.

Mar­czew­ski jest bli­sko opi­sy­wa­nych przez sie­bie zja­wi­ska. Po Austra­lii podró­żuje sto­pem, sypia w namio­cie, odwie­dza zarówno metro­po­lie, jak i osu­wa­jące się w nicość dziury. Dar­win, Syd­ney, Alice Springs, Zie­mia Arn­hema, Kathe­rine, osady na skraju pustyni, wio­ski w buszu, mia­steczka na spa­lo­nej na wiór pro­win­cji. Jest bli­sko, ale zawsze o pół kroku w tyle. Nie inge­ruje w to, co dzieje się na jego oczach, nie wsz­czyna wyda­rzeń, nie pod­bech­tuje innych do dzia­ła­nia. Czuwa, reje­struje. Nie lituje się po wiel­ko­pań­sku nad bied­nymi Abo­ry­ge­nami.  Osiąga za to wyż­szy poziom empa­tii, na któ­rym lepiej widać zalety i wady. Dla­tego Mar­czew­ski nie waha się napi­sać gorz­kich słów o Abo­ry­ge­nach, o tym, że mogą stwa­rzać zagro­że­nie, budzić lęk, odstrę­czać. Pisze też o dwu­znacz­no­ści pomocy socjal­nej, którą ci cywi­li­zo­wani i biali wypła­cają, żeby mieć spo­kój z tymi pry­mi­tyw­nymi i czar­nymi. Ale to nie roz­wią­zuje pro­ble­mów Abo­ry­ge­nów, wręcz prze­ciw­nie – pię­trzy kolejne. Zasiłki są w ich przy­padku jak nar­ko­tyki: łago­dzą rze­czy­wi­stość i przy­jem­nie otę­piają, ale na dłuż­szą metę nie­od­wra­cal­nie niszczą.

„Nie­wi­dzialni” to takie dzien­ni­kar­stwo, w któ­rym język nie tylko służy, ale i stwa­rza. Mar­czew­ski nie pro­du­kuje pła­skich komu­ni­ka­tyw­nych fraz – nie poprze­staje na dobo­rze cza­sow­ni­ków, za pomocą któ­rych stresz­cza się jakąś rewe­la­cję o raj­skim azja­tyc­kim zakątku, który trawi fast food czy fos­for. Mar­czew­ski wyta­pia dobre zda­nia w dobrym dziele. Nie­kiedy wie­dzie go to na skraj, za któ­rym otwiera się kra­ina sła­bych meta­for dopeł­nia­czo­wych, ale na szczę­ście w porę zawraca. Należy się więc tylko rado­wać, że autor zary­zy­ko­wał i tak bru­talne kwe­stie wyło­żył tak wyra­fi­no­wa­nym stylem.

Nie­wi­dzialni” Mate­usza Mar­czew­skiego są repor­ta­żem zaan­ga­żo­wa­nym w obronę słab­szych, dotkli­wie poobi­ja­nych i wydy­ma­nych po cało­ści. „Nie­wi­dzialni” Mate­usza Mar­czew­skiego są repor­ta­żem anga­żu­ją­cym, by stać po stro­nie słab­szych, dotkli­wie poobi­ja­nych i wydy­ma­nych po całości.

Czeski cyrk

Posted: 6th Styczeń 2012 by Łukasz in biblioteka

Wię­cej niż pyszne otwar­cie nowego sezonu. Za oknem naj­sroż­sza jesień od lat, jesień stu­le­cia, wil­goć zamiast tlenu, pan­de­mia melan­cho­lii, któ­rej nie zbi­jają sło­dy­cze ni leki, w auto­bu­sach ludzie z mokrymi futrami, na mie­ście totalna wyprze­daż złej ener­gii, zmierzch obo­wią­zu­jący od 14, wiatr cisnący się do miesz­kań jak dym i Euge­niusz Kło­po­tek w tele­wi­zji. Biorę więc książkę z półki i w niej zni­kam. Na szczę­ście nie tra­fia mi się kry­jówka na chwilę, ale praw­dziwa Kró­li­cza Nora, przej­ściówka do innego świata, rejonu wojny, demo­nów i przy­gód, po któ­rym można błą­dzić godzi­nami, w stra­chu, w euforii.

Strefa cyr­kowa” Jachyma Topola przy­pad­nie do gustu wszyst­kim lubu­ją­cym się w moc­nych akcjach z udzia­łem dzieci. Cenią­cych sobie lite­ra­turę, która nie udaje, że dzie­ciń­stwo to zawsze i dla każ­dego sie­lanka w kręgu przy­ja­znych osób, ale udziela głosu także i tym, dla któ­rych ów czas to pora kosz­maru, upo­ko­rze­nia i kon­tak­tów z nie­mi­łymi posta­ciami o lodo­wa­tych dło­niach. To rzecz i dla tych, co nie wie­rzą, że młode potom­stwo ludz­kich ssa­ków składa się wyłącz­nie z pło­wo­wło­sych isto­tek o dźwięcz­nych imio­nach i w związku z czym żywią uza­sad­nione obawy, iż w sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach mogą się one, te Oskarki, Natalki, Eryczki, jed­no­czyć w gangi okrut­ni­ków, zabi­ja­ków, małych dok­to­rów Men­gele. „Strefę cyr­kową” poko­chają zatem wiel­bi­ciele „Fabryki os” Banksa, entu­zja­ści „Chło­paka rzeź­nika” McCabe’a, miło­śnicy „Władcy much” Gol­dinga, „Kra­iny traw” Cul­lina i wcze­snego Iana McEwana.

O czym więc jest „Strefa cyr­kowa”? O małym Rusku, Ilji, sie­ro­cie, któ­rego, wraz z nie­do­ro­zwi­nię­tym młod­szym bra­tem o ksy­wie Mał­pi­szon, zosta­wiono na pastwę w powo­jen­nej Cze­cho­sło­wa­cji i zamknięto w domu dziecka w gmi­nie Sirem, zapusz­czo­nej enkla­wie dla takich jak oni, znajd, bękar­tów, debili, odmień­ców, bez­pri­zor­nych. O sro­gim reży­mie, jaki w tym domu zapro­wa­dziły sio­stry, sio­stra Leon­tyna, sio­stra Albrechta, sio­stra Eula­lia, sio­stra Zdzi­sława, sio­stra Dolo­res i sio­stra Emi­liana. Tutaj urwi­sów pojono auten­tycz­nym dzieg­ciem a wyjąt­ko­wych urwi­sów zamy­kano na noc w piw­nicy ze szczu­rami. „Takie gnojki daw­niej wpy­chało się pod lód, mówił pan Cim­bura”. O tra­gicz­nej smierci Małpiszona. O dniu, w któ­rym wywie­ziono sio­stry i w bidulu zapa­no­wała rado­sna anar­chia. O poja­wie­niu się w ich miej­sce komu­ni­stycz­nych komen­dan­tów, któ­rzy zapro­wa­dzili woj­skowy dryl. O chłopcu, który nazy­wał się Mar­gosz, który przy­był razem z kapi­ta­nem Vyzlatą i który był kubek w kubek podobny do Ilji. O sła­bo­ści kapi­tana do mało­let­nich ciał i kon­se­kwen­cjach, jakie za to poniósł. O roku 68 i inwa­zji państw Układu War­szaw­skiego na Cze­cho­sło­wa­cję. O III woj­nie świa­to­wej. O radziec­kich pan­cer­nia­kach wyko­nu­ją­cych na wro­gim tere­nie nie­bez­pieczną i tajną misję, która polega na odna­le­zie­niu prze­pa­dłego w wojen­nej zawie­ru­sze ener­dow­skiego cyrku Hygea. A jak się szuka, to się i coś znaj­dzie. Czer­wo­no­ar­mi­ści znaj­dują więc ścierwo cyr­ko­wego hipo­po­tama, odcięty łeb żyrafy, żywą syrenę, trzódkę wiel­błą­dów i karła Dago­berta, który będzie robił za maskotkę na ich szar­żu­ją­cych tan­kach. O tym, że efek­towna boha­tersz­czy­zna nie popłaca, za to na dwu­li­co­wo­ści wycho­dzi sie zawsze do przodu. W związku z czym Ilja z gra­cją prze­miesz­cza się od swo­ich do tam­tych i z powro­tem, będąc a to synem sowiec­kiego pułku, a to pupil­kiem cze­cho­sło­wac­kiego ruchu oporu. O milio­nie innych kosmicz­nych, gro­te­sko­wych i prze­ra­ża­ją­cych sytu­acji. O pro­jek­cie zbu­do­wa­nia Cze­skiego Morza.

Czy wie­cie, że w tej książce pada naj­pięk­niej­sza fraza dekady? Brzmi ona tak:

Towa­risz­czi kani­bali, ja nie­wku­snyj malczik”.

Strefa cyr­kowa” Jachyma Topola zachwy­ciła mnie od razu, od pierw­szej strony poczu­łem, że to jest to. Nie było mię­dzy nami żadnego oswa­ja­nia się, gry­ma­sze­nia, nie­zde­cy­do­wa­nia. Kon­kret, pew­ność. „Strefa cyr­kowa” jest piękną, wzru­sza­jącą i okrutną baśnią o dziecko w zje­ba­nym świe­cie doro­słych, w któ­rej Topol po mistrzow­sku oscy­luje mię­dzy oni­rycz­no­ścią a reali­zmem. Z pew­no­ścią wła­śnie dzięki temu udaje mu się w genialny i arcy­cie­kawy spo­sób poka­zać for­mu­jącą się na oczach Ilji histo­rię, która nie jest wcale logicz­nym następ­stwem hero­icz­nych aktów, ale krwa­wym dzi­kim kar­na­wa­łem, zgęstką mitów, plo­tek i praw­dzi­wych tru­pów. Topol co i rusz nabija się z czy­tel­nika i wypro­wa­dza go na manowce – ale czy­tel­nik jest mu za to po sto­kroć wdzięczny. Każdy z rodzi­mych lite­ra­tów, zanim dotknie tematu PRL-u, pacy­fi­ka­cji kopalni Wujek i Gene­rała, powi­nien się­gnąć po tę powieść, żeby się nauczyć, jak omi­jać patos a wytwa­rzać dobro. Bo „Strefa cyr­kowa” to pro­dukt, który w stu pro­cen­tach składa się z dobra.

A czy już pisa­łem, że poja­wia się w niej i jajo dinozaura?