<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Pocztówki z Paranoi</title>
	<atom:link href="http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp</link>
	<description>Książki, kobiety, popkultura</description>
	<lastBuildDate>Fri, 04 May 2012 19:09:31 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.2</generator>
		<item>
		<title>Jeden dzień z życia Erica Packera</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1187</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1187#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 04 May 2012 19:09:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1187</guid>
		<description><![CDATA[Eric Packer, bohater powieści Dona DeLillo „Cosmopolis”, ma wszystko. Czterdziestoośmiopokojowy apartament w najwyższym budynku mieszkalnym świata, żywego rekina w akwarium, radziecki bombowiec strategiczny Tu-160, który został kupiony przez niego tylko po to, by stał na pustyni i niszczał. Packer jest multimiliarderem, genialnym spekulantem, żonglerem kursów akcji i walut. Modną – drogą, najdroższą – sztukę awangardową [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Eric Packer, bohater powieści Dona DeLillo „Cosmopolis”, ma wszystko. Czterdziestoośmiopokojowy apartament w najwyższym budynku mieszkalnym świata, żywego rekina w akwarium, radziecki bombowiec strategiczny Tu-160, który został kupiony przez niego tylko po to, by stał na pustyni i niszczał. Packer jest multimiliarderem, genialnym spekulantem, żonglerem kursów akcji i walut. Modną – drogą, najdroższą – sztukę awangardową skupuje w ilościach hurtowych. Ma 28 lat i płyty z kararyjskiego marmuru na podłodze swojej limuzyny. Ma wszystko.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-full wp-image-1188" title="nowe_zdjecia_348[1]" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/05/nowe_zdjecia_3481.jpg" alt="" width="322" height="500" /></p>
<p style="text-align: justify;">Nocami jednak nie może spać. Cierpi na ten rodzaj bezsenności, na który nie skutkują leki i wypróbowane sposoby. Czyta wówczas poezję, teksty naukowe, obserwuje miasto, przemiany tego miasta. Z napiętą uwagą śledzi jak powoli wydobywa się ono z mroku, budzi, uaktywnia, rozpoczyna działalność, wchodzi w kolejną fazę, w następną dobę. Jest kwiecień roku 2000.</p>
<p style="text-align: justify;">Ale tak naprawdę odkąd Eric Packer osiągnął wszystko – gigantyczny majątek, pozycję na szczycie i władzę – przestał mieć cokolwiek. Packer niczego już bowiem nie pragnie i nic już nie jest w stanie wywołać u niego dreszczu prawdziwej emocji, lęku, pożądania. To fantom wydrążony przez ennui i przesyt. Cyniczna i znudzona persona, który funkcjonuje prawie wyłącznie w środowisku ekranów, na których mienią się cyfry, dane i wykresy. Ktoś, kto nie współżyje z ludźmi, a jedynie wchodzi z nimi w praktyczne i merkantylne interakcje. Packer zachowuje się jak bóg – wyniosły, samowystarczalny, gotowy w sekundę zetrzeć z powierzchni ziemi całe kraje, wyzywająco obojętny.</p>
<p style="text-align: justify;">Pewnego dnia postanawia wybrać się do fryzjera. Ten dzień i ta wyprawa stanowią treść „Cosmopolis”. Opancerzona limuzyna z Packerem w środku z mozołem brnie przez zakorkowane ulice Nowego Jorku. Na dodatek w Nowym Jorku wrze i się przelewa. Z wizytą bawi tutaj prezydent i jego gargantuiczna kolumna, alterglobaliści wywołują zamieszki, anarchiści walczą z policją, aktywiści dokonują samospaleń, wielotysięczna rzesza żegna przedwcześnie zmarłego Brutha Feza, gwiazdora sufickiego rapu i duchowego nauczyciela wielu.</p>
<p style="text-align: justify;">Ale Packerowi to nie przeszkadza. Robi swoje – ostro gra jenem, przyjmuje w limuzynie gości, interesantów, współpracowników, nawet własną żonę, z którą jest w związku małżeńskim od 22 dni. Nie przerywając sobie rozmowy z szefową swoich finansów, poddaje się badaniu prostaty. Tempo jazdy jest na tyle ślamazarne, że Packer wyskakuje do księgarni i jednej z kochanek. Nie zauważa nawet kiedy dostaje się w strefę rozruchów, totalnej demolki i biedy.</p>
<p style="text-align: justify;">Jednak to nie wzburzone tłumy i nie zawistna konkurencja stanowią realne zagrożenie dla Packera. Ktoś inny postanawia rzucić mu wyzwanie. Richard Sheets vel Benn Levin, były pracownik imperium Packera, nikt, zero, bezrobotny, były człowiek.</p>
<p style="text-align: justify;">Sheets/Levin to typowa delillowska figura: opuszczony, sfrustrowany, rozpalony paranoją i chęcią odwetu facet, dla którego nie ma już miejsca w systemie. Egzystuje teraz na marginesie – w ruderze, tu czeka i czyha. Nie posiada niczego w sensie społecznym i materialnym, ale i co za tym idzie: nie ma nic do stracenia, może wszystko, paradoksalnie może więcej niż Packer. Laknie więc czystej destrukcji, domaga się nie trwałej zmiany świata, ale jego chwilowego zaburzenia, wytrącenia z rytmu. Poszukuje sposobu, by zostawić piętno na rzeczywistości, wypalić w niej dziurę. Obsesyjnie zapisuje swoje myśli, konstatacje, wspomnienia i plany. Pośród nich umieszcza credo:</p>
<p style="text-align: justify;">„Chcę wznieść się od słów widniejących na papierze i dokonać czegoś, zranić kogoś. Siedzi we mnie coś domagającego się krzywdy innego człowieka i nie zawsze zdawałem sobie z tego sprawę. Sam akt i głębia pisania powiedzą mi, czy jestem do tego zdolny”.</p>
<p style="text-align: justify;">Marzeniem Sheetsa/Levina jest zabicie Erica Packera. Po przeczytaniu tej świetnej, ironicznej, teatralnej i dołującej powieści Dona DeLillo dowiecie się, czy zostało ono zrealizowane.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1187</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Henry i Miron</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1178</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1178#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 25 Apr 2012 16:33:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>
		<category><![CDATA[demo emo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1178</guid>
		<description><![CDATA[Oni się martwią o literaturę, czy o siebie? Ci rozemocjonowani obrońcy kultury wysokiej, którzy prognozują, że wraz z nastaniem przyszłości i urządzeń przyszłości znikną na amen te łakocie, ekstazy i przewagi, jakich teraz jakoby doświadczamy. Znikną, gdy książkę zastąpi czytnik. Konkret zostanie wyparty przez widmo. Z naszych pokojów ulotnią się aleksandryjskie księgozbiory i odtąd nagie, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Oni się martwią o literaturę, czy o siebie? Ci rozemocjonowani obrońcy kultury wysokiej, którzy prognozują, że wraz z nastaniem przyszłości i urządzeń przyszłości znikną na amen te łakocie, ekstazy i przewagi, jakich teraz jakoby doświadczamy. Znikną, gdy książkę zastąpi czytnik. Konkret zostanie wyparty przez widmo. Z naszych pokojów ulotnią się aleksandryjskie księgozbiory i odtąd nagie, prymitywne ściany będą służyć za tło mieszczańskim farsom i tragediom. Horror!</p>
<p style="text-align: justify;">Obstawiam, że to jednak wcale nie troska o kruche jutro cywilizacji i nie żal nad niweczonym dziedzictwem odpowiadają za ich dętą retorykę, ale najzwyklejszy lęk, który z reguły opanowuje wątlejsze natury w obliczu likwidowania się tego, co ustalone, bezpieczne, znane. Widzą, że oto na ich oczach burzy się właśnie to dekorum, w którym od lat zażywali schronienia. Było im tam dobrze. Czuli się zwolnieni z krytycznych powinności, o ile tylko pozowali jak należy. Książka nie była dla nich tym, czym w istocie jest, a więc pudełkiem z tygrysem w środku, lecz rekwizytem, który się wdzięcznie komponował z filiżanką cynamonowej herbaty, zapaloną lampką, pościelą i z całą kulturalną sytuacją. Przejęci estetycznymi niuansami i smaczkami, pomijali najważniejsze. Otóż sednem całej sprawy jest opowieść, a nie opakowanie. Książka jest naczyniem, którego się używa, by skorzystać z jego zawartości. Klatką, w której śpiewa żywy ptaszek. Kopertą na list – nie listem.</p>
<p style="text-align: justify;">Nie interesują mnie cacuszka w aniołki i gryfy z bibliofilskiego serwisu. Interesuje mnie za to – i to bardzo – ta narracja o losie człowieka, która się ciągnie przez pokolenia i formaty aż od brutalnych, dziewiczych i ekologicznie nienagannych czasów, gdy bestii było więcej niż ludzi. Proces, w trakcie którego ci utalentowani dodają lub ujmują ze wspólnej schedy, a reszta może w tym na żywo uczestniczyć. Czytać, śledzić, jeżyć się, komentować i wyklinać. Obojętne – czy poprzez zwój czy ajpad.</p>
<p style="text-align: justify;">Dlatego mam ochotę głośno protestować – i protestuję, ale nieco ciszej – za każdym razem, gdy próbuje mi się wmówić, że „Tęczę grawitacji” kupuje ten, kto chce niuchnąć oparów z celulozy. Że „Nagi lunch” nabywają fetyszyści zorientowani na tekturę i farbę drukarską. Że „Łaskawe” miło ciążą na podołku A pocieranie co drugiej strony w egzemplarzu „Pod osłoną nocy” ubogaca wewnętrznie i sprawia, że można się bez mała zaciągnąć swądem palonego Londynu. Ejże, to w końcu używamy, czy używani jesteśmy?</p>
<p style="text-align: justify;">Ale, i tu wam będę, ludzie z minionego, nie tyle może bratem, nie przesadzajmy, ale, powiedzmy, życzliwym kuzynem, taką poczciwą siódmą wodą po kisielu do strony cioci Marysi, jest coś, czego utratę, gdyby ziścił się wasz najczarniejszy sen i ebuk z dnia na dzień stał się hegemonem, mam zamiar, pewnie krótko, lecz, obiecuję, esencjonalnie, wspominać w nastroju minorowym, ze szklistym wzrokiem i z goryczą w ustach. Mianowicie – inserta i glosy. Co przełożone z języka sfer na nasz oznacza: brudy i bazgroły.</p>
<p style="text-align: justify;">Tak, tak, książka od czasu do czasu potrafiła zafundować niespodziankę nie lada. Nie wiem, czy w tej materii ta elektroniczna podoła i tradycję podtrzyma. Raczej – nie. Stąd moja notka i solenna obietnica późniejszego żalu.</p>
<p style="text-align: justify;">Bo ile radochy sprawiały te ślady, które w książkach z biblioteki, antykwariatu czy wysępionych od znajomego zostawiali poprzednicy, poprzedniczki i studenci! Te materialne dowody ich mniej lub bardziej intensywnej bytności między kartkami. Obiekcje wyrażane za pomocą subtelnego pytajnika. Polemiki z autorem przy użyciu regularnych bluzgów, szyderczego „ha-ha”, wykrzyknika osadzonego na marginesie jak dzida w klacie. Streszczenia własne co mroczniejszych kawałków, erudycyjne komentarze, dosadne zdania odrębne, iluminacje, już to natchnione, już to niszczycielskie. Dyskretne podpisy pierwszych właścicieli. Albo tych, co uważali się za ostatnich. Szczodre życzenia pod tytułem. Cętka ekslibrisu.  Numery telefonów zapisane w poprzek strony. Receptury ciast na wyklejkach. Słupki cyfr, na których przeprowadzano jakieś niecne eksperymenty matematyczne. Gargantuiczne fallusy, które wyrażały na sposób symboliczny stosunek konsumenta treści do treści i autora treści.</p>
<p style="text-align: justify;">Co jeszcze? Sporo. Plamy niewiadomego pochodzenia i uprzedniej konsystencji. Linie papilarne. Paznokcie. Zwłaszcza te imponujące okazy z męskiego palucha u stopy, które wyglądały jak kieł mamuta. Włosy, dużo włosów, najczęściej włosy. Czytanie, taki wniosek, włosom szkodzi. Popiół z fajek. Zmumifikowane owady. Po wielokroć – liście. Rzadziej – pieniądze i ważne bilety. Pocztówki z daleka, na których w zwięzłych akapitach relacjonowano tygodnie w bałkańskim słońcu. Opakowania po batonika, chusteczki. Raz znalazłem bibułkę, na którą czyjaś niecierpliwa ręka naniosła kilka pierwszych linijek wiersza. Dodam, że słabego i o przewidywalnej puencie. Innym razem – autentyczną dziecięcą skarpetkę. Skarpeteczkę właściwie, skarpetunię.</p>
<p style="text-align: justify;">By nie być gołosłownym zapodam przykład z życia. Na dodatek – ze swojego.</p>
<p style="text-align: justify;">Otóż zachodzę któregoś dnia do antykwariatu Silva Rerum w Łodzi na Piotrkowskiej. Patrzę – w gablocie lśni „Zwrotnik raka” Henry Millera. Czytałem, ale nie miałem. Kupiłem. Cena więcej niż atrakcyjna, bo 12 złotych. Profit nad profity. Kolekcja Millerów (po polsku) w moim domu wreszcie kompletna. Wieczorem zasiadam do lektury. Pomyślałem, że sobie odświeżę te ekstazy sprzed lat wielu. Czytam. To był wtorek. W środę czytam dalej. Entuzjazm nieco oklapł. Czwartek – to samo. Ale czytam. Skończyłem. Już teraz poczynić wyznanie? W porządku. Bo nie dla amerykańskiego klasyka kontynuowałem tę jazdę, pomimo coraz większego oporu powietrza, ale dla niego, dla Mirona. Miller mnie znudził kosmicznie. Owszem, zaznaczyłem parę siarczystych puent, uśmiechnąłem się raz i drugi, pokiwałem głową nad apokaliptycznymi zamiarami tego nienasyconego i jurnego zawodnika, który w postaci „Zwrotnika raka” przekazał potomności raport z bytowania w Paryżu o pustym brzuchu i pełnym łóżku. Ale – on, Miller, wrzeszczy. Ciągle jest pobudzony. Szparki. Nie dla mnie dziś takie prędkości. Wolę detal, majstrów od detalu. Pewnie bym tego Millera sobie darował po jakiejś 1/3, gdyby nie Miron, Mirona więź z Gosiulą.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-large wp-image-1179" title="P1090942" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/04/P1090942-684x1024.jpg" alt="" width="684" height="1024" /></p>
<p style="text-align: justify;">Czy to nie przejmujące? I czy nas, melancholików w średnim wieku, nas – smutne faje, nie rusza to bardziej niż kutasy, cipy i ruchanka importowanego obrazoburcy? Mnie wzięło na tyle, że zacząłem stawiać pytania. Żona do męża? Nie, chyba nie. Bo jak mąż o żonie może nie pamiętać i o niej zapomnieć? W małżeństwie się raczej tego rodzaju próśb nie przedkłada. Byli więc przyjaciółmi? Nie dotykali się? Ale jednak – „kochanemu”. Coś było na rzeczy. Może się więc chociaż poocierali, naelektryzowali wzajemnie w bocznym pokoiku na imprezie. Lecz jeśli nawet i było, i skoro aż taki żar został tutaj uwieczniony, to czemu on się tej książki pozbył? Ile za nią dostał? Dychę? Zatem – po co? A może Miron zszedł i jacyś Mirona krewni Mirona pamiątki wyprzedali? Smutna sprawa przecież: za bezcen upłynniać takie artefakty. No i jaka płocha ta Gosiula musiała być. Kupiła mu coś takiego jak „Zwrotnik raka”, biblię zabawy i zepsucia, bo sama jest rakiem. Figlarka? Nie miała pojęcia, że to pieśni erekcji?</p>
<p style="text-align: justify;">Co robi Miron? Miron Millera chłonie. Bez przesady, ale zaznacza. Łowi z tekstu bon-moty. Czerwonym długopisem powtarza za autorem: „Słowa są samotnością”. Mironie, na co ci to? Zgaduję, próbuje zgadnąć, nie wiem. Potem powtarza za Millerem to, co Miller powtórzył za Emersonem: „Życie jest dla nas tym, czemu przez cały dzień poświęcamy naszą myśl”. Ołówkiem, taka odmiana. Potem – pustynia. Aż do 187 strony. Między 187 a 188 znalazłem to.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-large wp-image-1180" title="P1090944" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/04/P1090944-684x1024.jpg" alt="" width="684" height="1024" /></p>
<p style="text-align: justify;">W tym miejscu utknął? Może. Bo ponownie znika, zostawiając mi za fatygę ten piękny banknot, wymięte, zielonkawe, spracowane, poważnie doświadczone 10 randów z nosorożcem, które przebyło kilka tysięcy kilometrów – z Kapsztadu, powiedzmy, do Zgierza – by mi umaić pewien marcowy wieczór. Miron podróżnik? Miłośnik Afryki? Majętny turysta wybywający regularnie na safari? Tymczasem – przepadł. Odnajduję go dopiero w posłowiu. Hmmm… Dojechał prawie do dwustu, spasował i jął pryciać w objaśniającym szkicu autorstwa Lesława Ludwiga. Za łatwo, Mironie, za łatwo. Bałeś się, że Gosiula może jednak zagadnąć o czym ta rzecz o rakach, zwrotnikach i zodiakach? Zachciało ci się przed nią odegrać komedię, że, wiesz, Gosiulo, ten Miller, to znakomity i frapujący tytuł. Świni, lecz warto. Nie wiem, tak kombinuję. Kombinował tu i Miron. Podpisał się. Czarnym pisakiem podkreślił: „Fakt opisania świata w stanie rozkładu staje się aktem obłaskawienia go, zwycięstwem nad losem”. I drukowanymi strzelił na samej górze: AKTEM OBŁASKAWIENIA. I znowu, ale inaczej. Lamuje „Celem jest przywołanie i wprowadzenia poczucia realności opisywanego świata”. Na szczyt zaś daje: „obscena”. To jego z książką i ze mną pożegnanie. Bo już go nie ma, Miron disparue.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-medium wp-image-1181" title="P1090946" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/04/P1090946-300x200.jpg" alt="" width="300" height="200" /></p>
<p style="text-align: justify;">Tego będzie mi szkoda. Poza tym – spoko.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1178</wfw:commentRss>
		<slash:comments>12</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>I would prefer not to</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1169</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1169#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 15 Apr 2012 18:55:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1169</guid>
		<description><![CDATA[Nie dalej jak dwa tygodnie temu napisał do mnie znajomy. Na pozór – nic nadzwyczajnego. Każdego dnia przecież prowadzę obfitą korespondencję, zarówno służbową, jak i prywatną. Jednak ten mail okazał się  i n n y. Sprawił, że zacząłem zadawać sobie pytanie elementarne, czego od dawna już nie robiłem, i popadłem, nie tyle za sprawą odpowiedzi, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Nie dalej jak dwa tygodnie temu napisał do mnie znajomy. Na pozór – nic nadzwyczajnego. Każdego dnia przecież prowadzę obfitą korespondencję, zarówno służbową, jak i prywatną. Jednak ten mail okazał się  i n n y. Sprawił, że zacząłem zadawać sobie pytanie elementarne, czego od dawna już nie robiłem, i popadłem, nie tyle za sprawą odpowiedzi, lecz właśnie z powodu ich braku, w stan duchowej, fizycznej i higienicznej prostracji. Ów na dodatek sprzągł się z dołującą aurą tegorocznej wiosny, wiosny chybionej. Ległem więc. Oddałem się zasugerowanej lekturze. Pozorowałem pracę, obserwowałem okna. Kwiecień świnił mi szybę po szybie. Koty cięły przez mokrą jezdnię. Opuszczały osiedle i na powrót parły ku swoim zimowym kryjówkom na działkach pod lasem. Ludzie się wymijali. Autobusy szły prosto. Gdzie nie spojrzysz: niż. Niebo z ołowiu. Ołów w kolanach. Nocami słuchałem wiatru, który w przewodach wentylacyjnych mojego bloku udawał emerytowaną diwę, zwierzęta u wrót ubojni, ścieżkę dźwiękową włoskiego horroru. Gdy było jasno, czytałem. Potem – udawałem, że czytam.</p>
<p style="text-align: justify;">Wahałem się przez chwilę, czy mogę upublicznić tego maila. Ale doszedłem do wniosku, że jak najwięcej osób winno poznać jego treść. Ufam, że i taka, acz może wyłożona w nieco zawoalowany sposób, była wola nadawcy.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-full wp-image-1170" title="bartleby-i-spolka[1]" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/04/bartleby-i-spolka1.jpg" alt="" width="500" height="500" /></p>
<p style="text-align: justify;">„Drogi Ł.</p>
<p style="text-align: justify;">Zauważyłeś z pewnością, że ostatnio jest mnie jakby mniej. To nie przypadek, to strategia. Odkąd wszedłem w posiadanie tej niezwykłej książki, nie umiem, nie staram się i nie chcę funkcjonować jak kiedyś. Po kolei, żeby nie wzbudzać zbytniej sensacji, kasuję swoje profile w sieci. Nie odświeżam bloga, pozwalam mu się do woli zachwaszczać. Nie odpisuję na maile. Nie biorę nowych zleceń. Nie wychodzę z domu. Nie ma mnie. Pragnę, żeby właśnie tak zostało już do końca. Chcę być nikim.    Czy to jednak nie jest komiczne, okrutne i komiczne, że ta arcyciekawa książka, mądra, wartościowa i świetnie napisana spoczywała w Matrasie nie na wyeksponowanym miejscu, ale w koszu z wyprzedażami za 5 złotych, pod warstwami chłamu, gnieciona makulaturą, zasypana tandetą, omal na samym dnie? Nie, przepraszam, nawet nie za 5 złotych. Ale – 4,90. Ujęto z niej 10 groszy, żeby zaskomlała i zwróciła na siebie czyjąkolwiek uwagę. Znalazłem ją i kupiłem. To było w listopadzie, końcówka, kiedy jeszcze chodziłem po mieście.</p>
<p style="text-align: justify;">Enrique Vila-Matas „Bartleby i spółka”</p>
<p style="text-align: justify;">Nie znałem go wcześniej. „Bartleby i spółka” to rodzaj dziennika prowadzonego przez samotnego, nieszczęśliwego garbusa, zahukanego pracownika biurowego, który nazywa siebie QuasiWattem. Jest byłym pisarzem. Po swoim debiucie milczał przez 25 lat. Teraz postanawia przemówić. Nie pisze powieści, zbioru opowiadań, wspomnień. Pisze o takich jak on, o bartlebych. Czyli o pisarzach, którzy świadomie, z premedytacją i będąc na ogół w pełni sił twórczych odmówili dalszego wytwarzania słów. Albo zostawiali swoje dzieła naumyślnie pęknięte, niedokończone. Albo z rozmysłem usuwali się w głęboki cień, schodzili światu z oczu. QuasiWatt tropi ich i znajduje w każdej epoce.</p>
<p style="text-align: justify;">Keats, Jimenez, Rimbaud, Hoffmanstahl, Salinger, Walser (Robert), Crane, Kafka, Pynchon, De Quincey, Felisberto Hernandez i inni.</p>
<p style="text-align: justify;">Pamiętasz bohatera noweli Melville’a „Kopista Bartleby. Historia z Wall Street” i jego zabójczą kwestię „wolałbym nie”? Właśnie o to się rozchodzi.</p>
<p style="text-align: justify;">„Bartleby i spółka” to historia tych artystów, którzy powiedzieli „nie”. Którzy przystawili do swojego języka paralizator i nacisnęli spust. Mogę, ale nie, dziękuję. Umiem, lecz nie chcę. Proponuję przestać. Dość, tyle na tym.</p>
<p style="text-align: justify;">To opowieść o tych, co zaufali nicości. Za swoją muzę uznali Negację. Rimbaud, który wybrał podróżowanie i handel bronią, a nie bezpieczny fotel przy biurku. De Quincey, który przeleżał na kanapie 17 lat w kłębie dymu z opium. Kafka, który pewnej dżdżystej niedzieli, gdy nareszcie dysponuje wolnym czasem, zamiast pisać, woli oglądać swoje palce. Crane, który pisał, że można pisać wyłącznie o głębokiej niemożności pisania. Niewidzialny Salinger, Pynchon o konstytucji z liter.</p>
<p style="text-align: justify;">Narrator „Bartleby’ego i spółki” mozolnie składa swoją antologię NIE. Na jej marginesach zostawia komentarze, które nas, przyzwyczajonych do tego, że dużo znaczy dobrze, więcej równa się lepiej, im głośniej, tym poważniej, mogą przyprawić o zawrót głowy. Użytkujemy rzeczywistość, w której nie jest już istotna wartość tego, co robisz, ale intensywność z jaką o tym informujesz. Artysta nie może przestać. Musi w nieskończoność powielać te formuły, które  przypadły do gustu publiczności. Nie jest ważny jego rozwój, moc jego dzieł, ścieżki poszukiwań – ważna jest jego ciągła obecność.</p>
<p style="text-align: justify;">To było to, pierdolnięcie, na które czekałem. Dzięki niemu zrozumiałem, że sztuką dzisiaj nie jest mówić, ale odmówić. Usunąć się, kiedy jeszcze można, a nie gdy popychają cię do wyjścia. Dobrowolnie zstąpić do podziemi.</p>
<p style="text-align: justify;">Literatura to są ćwiczenia z godności. Chuj ze stylem.</p>
<p style="text-align: justify;">Lektura „Bartleby’ego i spółki” zmieniła u mnie wszystko. Pojąłem jak daremne były moje literackie próby. Ta powieść o Szatanie, te pornograficzne bajki z niejednoznacznym morałem. Większą korzyść przyniesie mi nie postawienie ostatniej kropki, ale wciśnięcie „usuń”. Następnie – wyobrażanie sobie, o czym mogły być to rzeczy. To mi starczy. Ciekawsze są przecież te strony, których nie napisałem.</p>
<p style="text-align: justify;">Teraz stawiam na bezczynność, wprawiam się w rezygnacji. Nie odróżniam jednego dnia od drugiego, nocy od nocy. Pragnę uciec ze swojego pokoju, nie ruszając się ze swojego pokoju. Uwolniłem się już od zobowiązań. Zresztą – jakie one były? Tłumacz, kopyratjer, przelewacz z pustego w próżne, nieudany mąż. Z żoną porozumiewam się samogłoskami, minami i ciszą. Marzę o tym, żeby pewnego dnia pomyliła mnie z meblem. Wróciła z pracy i powiesiła na mnie swoją marynarkę lub torbę. Żeby widziała mnie, ale nie zauważyła.</p>
<p style="text-align: justify;">Nikt ci nie przeszkadza, bo wszyscy sądzą, że śpisz. Nie budźmy go, on śpi. Uważajmy na niego. To właśnie mam zamiar osiągnąć.</p>
<p style="text-align: justify;">Przeczytaj „Bartleby’ego i spółkę”. Po lekturze – rozciągnij się wygodniej na łóżku.</p>
<p style="text-align: right;">Twój XXX.”</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1169</wfw:commentRss>
		<slash:comments>22</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Erntefest w Rwandzie</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1158</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1158#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 31 Mar 2012 18:13:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1158</guid>
		<description><![CDATA[„Od rana ludzie zaczęli nieśmiało zabijać na ulicach”. Zdanie, które mi ustawiło cały tekst Hatzfelda. Nie musiałem na nie długo czekać, pojawia się już na 29 stronie jego „Sezonu maczet”. Jest skondensowane, oszczędne, ironiczne i okrutne. Co najważniejsze – wiernie oddaje i przekazuje dwuznaczny charakter tych brutalnych aktów, które opisał lub zrelacjonował. Czemu? Bo znajduje [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">„Od rana ludzie zaczęli nieśmiało zabijać na ulicach”.</p>
<p style="text-align: justify;">Zdanie, które mi ustawiło cały tekst Hatzfelda. Nie musiałem na nie długo czekać, pojawia się już na 29 stronie jego „Sezonu maczet”. Jest skondensowane, oszczędne, ironiczne i okrutne. Co najważniejsze – wiernie oddaje i przekazuje dwuznaczny charakter tych brutalnych aktów, które opisał lub zrelacjonował. Czemu? Bo znajduje się w nim to, co wywołuje zgrozę, ale zarazem nie ma tego, co na ogół ją łagodzi i czyni przystępniejszą. Informacji o rozpoczęciu powszechnej jatki nie rozcieńczają tutaj bowiem wielkie słowa, uogólnienia, terminy militarne, oficjalna dykcja. Wręcz przeciwnie. Czytając je można wręcz odnieść wrażenie, że czyta się pierwszą linijkę maila od znajomego, który zawiadamia nas o widowiskowych acz zwyczajnych obyczajach, jakie panują w jego stronach. Normalna rzecz, nic wielkiego. Mniej więcej tak to wszystko wyglądało, ta rzeź w Rwandzie, naturalnie, mechanicznie, na masową skalę, wedle prostej metody.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-full wp-image-1159" title="maczety[1]" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/03/maczety1.jpg" alt="" width="374" height="600" /></p>
<p style="text-align: justify;">Nie wiem w istocie do kogo należy to zdanie. Do odsiadującego wyrok za ludobójstwo Leoporda Twagirayezu, który tymi właśnie słowy odtwarzał atmosferę tamtego wyjątkowego kwietnia roku 94 na bagnach, wzgórzach i w miasteczkach prowincji Nyamata? Do Hatzfelda, jego rozmówcy, przerażonego słuchacza, sekretarza, dociekliwego reportera? Czy może do tłumacza, któremu jakaś łaskawa muza podsunęła akurat ten kapitalny przysłówek? Ale czy w tym wypadku precyzyjne ustalenie autorstwa jest takie ważne? Najważniejsze, że to „nieśmiało” robi swoje. Opowiada o początkach tego horroru, gdy zginął prezydent Rwandy Juvenal Habyariman i Hutu postanowili wykorzystać jego śmierć do wzięcia rewanżu na Tutsi.</p>
<p style="text-align: justify;">Ci z okolic Nyamata nie ruszyli od razu. Czekali, szykowali się. Zauważyli co prawda, że niektórzy spośród ich ziomków znikają, próbują zwiać, kryją gdzie się da, ale im w tym nie przeszkadzali. Wiedzieli, że tak naprawdę nie ma stąd ucieczki. I że nikt tutejszym Tutsi nie pomoże. Żołnierze ONZ w swoich opancerzonych wozach wywieźli kilka dni wcześniej białych księży i białe zakonnice – i przepadli bez śladu. Ten 6 kwietnia nie był więc dla nich sygnałem do totalnego ataku, ale ostatnim gongiem przed mającym się zaraz rozpocząć przedstawieniem. Do odegrania którego byli przygotowywani od lat – od swoich starców, dziadków, rodziców i mentorów, słyszeli o mitycznych krzywdach, jakie aroganccy, wyniośli i zachłanni Tutsi wyrządzali od pokoleń Hutu. Propaganda radiowa ich w tym utwierdzała i dopingowała w rozwijanie w sobie nienawiści. Zawodowi podżegacze agitowali z pasją na rynkach, placach i na przedmieściach. Ostrzegali przed karaluchami, wężami i pasożytami, które niegdyś zwały się Tutsi, a które teraz jak najrychlej należy wytępić. Wszyscy uwielbiali wulgarne skecze i poniżające piosenki o Tutsi. Nawet i sami Tutsi. To była osełka dla ich maczet. Ale i tak nie wzięli się do tego z marszu. Już do nich dotarły wieści, że w innych rejonach kraju w najlepsze trwa zabijanie, ale u siebie jeszcze trochę odczekali. Tutsi zbiegli na pobliskie bagna, niektórzy jednak zostali w miasteczkach i osadach. Od nich rozpoczęto. Ich oprawcy w pierwszych godzinach rzezi jeszcze jakby nie do końca wierzyli, że wreszcie można. Działali chaotycznie, z ociąganiem, niekiedy zaś zbyt pospiesznie. Byli jak dziecko, które męczy mniejsze i słabsze od siebie stworzenie, lecz jeszcze przez moment odsuwa od siebie myśl, iż może je zgładzić bez jakichkolwiek dla siebie konsekwencji. Dlatego to zdanie jest takie istotne i cenne.</p>
<p style="text-align: justify;">„Od rana ludzie zaczęli nieśmiało zabijać na ulicach”.</p>
<p style="text-align: justify;">Potem szło gładko – z dnia na dzień coraz lepiej. To co najważniejsze powiedziane zostało wprost: macie zabić wszystkich Tutsi. Bez wyjątku. Klarowny przekaz. Świetna organizacji, odkąd przyszły wytyczne z Kigali, stolicy. Zbiórka na boisku, sycący posiłek, wymarsz. Stała pora pracy – od 09:30 do 16:00. Przez cały tydzień. Po robocie – odpoczynek i zabawa. Sporo alkoholu. Następnie spokojny, kamienny sen, jak to po znojnych zajęciach.</p>
<p style="text-align: justify;">Oni szli ławą, z maczetami w garściach, z pieśnią na ustach i w pierwszorzędnych humorach. Za nimi często podążały żony, siostry, córki. Mężczyźni mordowali, kobiety – grabiły domy, ogałacały zwłoki, gromadziły dobra. Było tego sporo, bo zabijano każdego Tutsi. Nie oglądano się na wiek, płeć czy stopień znajomości. W tym dziele Hutu byli nareszcie zjednoczeni – rzezali chłopcy, dojrzali panowie, rolnicy, dyrektorzy szkół, burmistrzowie, intelektualiści i wojskowi.</p>
<p style="text-align: justify;">Szybko dano sobie spokój z natchnionymi oracjami inspiratorów, indoktrynacją i wydumanymi urazami sprzed stuleci. Tutaj liczył się konkret. Samica Tutsi, krowa Tutsi, majątek Tutsi, blacha z dachu Tutsi, żyzna parcela Tutsi. Magnetofony po Tutsi bębniły co noc i były to dla Hutu dobre noce. Reasumując – to był zbożny czas dla Hutu. Którzy jedli, ile chcieli i wyprawiali, co chcieli. Codzienny mozół na swoich jałowych rolach zastąpili wydajnym żęciem i plonami. Nudę – zabawą w wypróbowanym towarzystwie.</p>
<p style="text-align: justify;">W niewiele ponad miesiąc w Nyamata i okolicy zamordowano 50 spośród 59 tysięcy Tutsi. Około miliona w całej Rwandzie w przeciągu 100 dni.</p>
<p style="text-align: justify;">Jean Hatzfeld w „Sezonie maczet” udziela głosu osadzonym w więzieniu katom. Po książkach Arendt, Browninga i Drakulić już chyba nikogo nie powinno dziwić, że okazują się oni nie potworami o ośmiu mackach czy urodzonymi sadystami, ale zwykłymi ludźmi, których w pewnym momencie zacugowała nienawiść i bezkarność. To o czym opowiada ta paczka z Kibungo, dziesięciu kumpli, który ramię w ramię od poniedziałku do niedzieli wycinali w pień Tutsi, jest przerażające, koszmarne i nie do wyobrażenia. Jednak nie tylko przez to, co składa się na treść tych wyznań, ale również przez sposób, w jaki to robią. Swobodnie, bez emocji. W ich ujęciu to bardziej relacja z przedsięwzięcia, które nie powiodło się z przyczyn, dajmy na to, technicznych, niż spowiedź morderców.</p>
<p style="text-align: justify;"> O ile łatwo było mi wskazać zdanie, które otworzyło mi tę książkę, nadało ton mojej lekturze i interpretacji, to z tym, które ją zamknęło i podsumowało mam nie lada problem. Jest ich bowiem zbyt wiele. Po męczących pertraktacjach z samym sobą i przeprowadzeniu radykalnej selekcji nadal nie umie wybrać tego właściwego. Waham się między dwoma.</p>
<p style="text-align: justify;">„Każdy zabijał jak umiał, jak czuł, w swoim własnym tempie”.</p>
<p style="text-align: justify;">lub</p>
<p style="text-align: justify;">„Ścinaliśmy znajomych, ścinaliśmy sąsiadów, ścinaliśmy wszystkich”.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">[Autor notki jest od niedawna redaktorem w Wydawnictwie Czarne. Ale nie umiał się powstrzymać przed zarekomendowaniem tej niezwykłej ksiązki.]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1158</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Edukacja sensualna (i intelektualna)</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1148</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1148#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 25 Mar 2012 09:57:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1148</guid>
		<description><![CDATA[Kto do tej pory nie poznał jeszcze pisarstwa Edmunda White’a, niech to jak najszybciej uczyni. Bo i warto – i wypada. Ale nie dlatego, że White stał się znienacka sznytem tego sezonu, a jego książki obowiązkowym rekwizytem w dłoniach kulturalnego człowieka z wielkomiejskiej klasy latte. Nic z tych rzeczy. Zresztą – czy należy w ogóle [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Kto do tej pory nie poznał jeszcze pisarstwa Edmunda White’a, niech to jak najszybciej uczyni. Bo i warto – i wypada. Ale nie dlatego, że White stał się znienacka sznytem tego sezonu, a jego książki obowiązkowym rekwizytem w dłoniach kulturalnego człowieka z wielkomiejskiej klasy latte. Nic z tych rzeczy. Zresztą – czy należy w ogóle podejmować tak absorbującą czynność jak czytanie, żeby w rezultacie osiągnąć jakieś błahe i ulotne korzyści? Przecież w pewnym wieku nie godzi się już obcować z literaturą po to, by dzięki niej coś zyskać w towarzystwie – wywołać dreszcz podniecenia na białych plecach kulturoznawczyń czy pomruk aprobaty u kolegów nihilistów. Obcować z White’em powinno się z przyczyn elementarnych i osobistych: bo Edmund White jest mistrzem, bo „Zuch” to arcydzieło.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-full wp-image-1149" title="BL_Img__2012.02.09__Edmund_White_Zuch[1]" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/03/BL_Img__2012.02.09__Edmund_White_Zuch1.jpg" alt="" width="250" height="351" /></p>
<p style="text-align: justify;">„Zucha” zwykło się anonsować i klasyfikować jako powieść o dojrzewaniu. Lecz srodze zawiedzie się ten, kto po nią sięgnie, by otrzymać amerykańską wersję bildungsroman – budującą opowieść o korzyściach płynących z pilnej nauki, wakacyjnej pracy zarobkowej i higieny całego ciała. Tego akurat od White’a nie dostanie. Ale – spokojnie. White jest autorem więcej niż hojnym dla swoich czytelników. Zaskakuje, karmi, obdarza, ubogaca z nawiązką niczym Elvis swoich przyjaciół.</p>
<p style="text-align: justify;">Bohaterem „Zucha” jest pochodzący z dobrej i majętnej rodziny kilkunastoletni chłopiec, który zdaje sobie sprawę z własnej inności – i wyższości nad otoczeniem. Mówi, porusza się, gestykuluje i odczuwa w odmienny sposób niż reszta. Wokół niego dzieje się zachowawcza Ameryka lat pięćdziesiątych. Jego rodzice się rozwodzą. Przez co bywa raz u matki, a raz u ojca. Mimo że na pozór niczego mu nie brakuje, to jednak on sam wcale nie uznaje się za szczęśliwego.   Jest pełen sprzeczności. To zadeklarowany laluś – ale laluś spragniony brutalnych przygód z udziałem nieznajomych facetów. Łaknie samotności, dystansu i wyizolowania się z merkantylnej i przyziemnej społeczności, lecz zarazem bardzo chce, żeby inni go polubili i lubili. Czuje się bezpiecznie, gdy otacza go rodzinny dostatek, a marzy o ucieczce w pojedynkę do obcego miasta i egzystencji na własny rachunek. Choć bez końca syci się romantycznymi fantazjami ze sobą w roli głównej i literaturą, to jednak dopiero z czysto fizycznych kontaktów czerpie konkretną przyjemność. Kocha i pożąda mężczyzn – i próbuje wygasić w sobie te oskomy za pomocą wszelkich możliwych środków, jakimi mógł wówczas dysponować chłopiec z zamożnego domu: religia, psychoanaliza, męska szkoła z internatem, randki z dziewczynami, erotyczny trójkąt z nauczycielem i jego żoną.</p>
<p style="text-align: justify;">„Zuch” to jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałem. Po mistrzowsku napisana, zakomponowana i poprowadzona, literacko zrobiona na błysk, czuła, wyrafinowana, perwersyjnie autoreferencyjna i ostentacyjnie arcydzielna. White w „Zuchu” pisze jak Nabokov w swoich najlepszych kawałkach – z niewymuszoną lekkością i powagą geniusza. Bo fraz, które wyszły spod jego pióra właściwie się nie czyta, ale się je zwiedza, bada, lamuje ołówkiem, niespiesznie obchodzi, powraca do nich. Za pomocą kilku wyrazów stwarza bowiem White niepowtarzalne metafory i obrazy – kochający się chłopcy, którzy wydzielają kwaskowaty zapach szalotek w deszczu, chromodruk ukazujący Chrystusa i jego soczyste, odsłonięte serce, gumowe zwieńczenie laski, które to ciemniej, to blaknie ponad głową siedzącego w oszklonej czytelni bohatera.</p>
<p style="text-align: justify;">„Zuch” Edmunda White’a to powieść przewrotna i odważna. To historia bolesnego wyzbywania się złudzeń, gromadzenia przykrych doświadczeń i obserwacji, zaznawania nigdy dość satysfakcjonujących zbliżeń, wprawiania się w perfidii, okrucieństwie i rozczarowaniu. Po prostu – w życie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1148</wfw:commentRss>
		<slash:comments>15</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Maestro Marse</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1139</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1139#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 09 Mar 2012 13:10:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1139</guid>
		<description><![CDATA[Juan Marse pomału staje się jednym z moich ulubionych hiszpańskich pisarzy. Najpierw była genialna „Dziewczyna w złotych majtkach”, rzecz, która wywróciła mi serce na drugą stronę i do której od tego momentu wracam regularnie co roku, a teraz – świetne „Ogony jaszczurki”, powieść miejscami tak hipnotycznie wciągająca, że w trakcie jej lektury prawie nie zauważyłem, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Juan Marse pomału staje się jednym z moich ulubionych hiszpańskich pisarzy. Najpierw była genialna „Dziewczyna w złotych majtkach”, rzecz, która wywróciła mi serce na drugą stronę i do której od tego momentu wracam regularnie co roku, a teraz – świetne „Ogony jaszczurki”, powieść miejscami tak hipnotycznie wciągająca, że w trakcie jej lektury prawie nie zauważyłem, iż w Zgierzu i okolicach anulowano właśnie zimę. Kiedy podniosłem głowę, było więc już po wszystkim. Ani śladu po śniegu – sam kompost.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-full wp-image-1140" title="352x500[1]" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/03/352x5001.jpg" alt="" width="289" height="400" /></p>
<p style="text-align: justify;">Od kilku tygodni czytam dużo złej literatury. Bardzo złej. Bardzo dużo. Taką mam pracę. Niekiedy stężenie grafomanii w moim pokoju, organizmie i netbuku bywa tak wysokie, że się zaczynam na serio zastanawiać – i, co zrozumiałe, niepokoić – czy aby jakiś czas temu po prostu nie zszedłem w prędki, schludny i bezbolesny sposób i nie trafiłem do piekła, w którym za karę obcuje się z najgorszymi książkami świata. Wcale nie z Hitlerem, chłopakami z Ku-Klux-Klanu czy z wygasłymi gwiazdami rocka progresywnego, ale z czterystustronicową autobiografią piekarza, nudnymi powieściami historycznymi, ambitnymi debiutami, gargantuicznym monologiem o niedolach i żądzach pracownicy ZUS-u, dziarskimi reportażami luzaków zadających szyku na Wyspach i siejących lęk i odrazę w mieście Luton, mówię wam, sami na maksa zakręceni kolesie, mięsko, piwko, lasencje i koks w ilościach przemysłowych.</p>
<p style="text-align: justify;">Umiem jednak i z takiej sytuacji granicznej wyłuskać solidny profit dla siebie. Otóż im dłużej przeżuwam trociny, tym głośniej mlaszczę, gdy trafi mi się smakołyk. Mogę wreszcie w pełni docenić kunszt, profeskę i moc wyobraźni tych, którzy wiedzą jak poprowadzić narrację przez 200 czy 300 stron i potrafią lepić zapadające w ucho i pamięć frazy, dialogi i sceny. To jednak wielka sztuka uszyć tak, że nie znać szwów i materiał nie puszcza.</p>
<p style="text-align: justify;">Taki Marse, na przykład. Bierze sobie</p>
<p style="text-align: justify;">Barcelonę za panowania generała Franco,</p>
<p style="text-align: justify;">gorące lato roku 1945,</p>
<p style="text-align: justify;">dwunastolatka o imieniu Dawid, który jest nad wyraz wrażliwym i dobrym chłopcem, fantastą, łgarzem i medium, dialogującym jak równy z równym ze zmarłymi i nieobecnymi,</p>
<p style="text-align: justify;">starego, schorowanego, owrzodzonego, głuchego i ślepego jamnika, który wabi się „Iskierka”,</p>
<p style="text-align: justify;">ciężarną Rosę Bartra (ksywa: „Ruda”), najpiękniejszą kobietę w okolicy, matkę Dawida, słomianą wdowę, od której nawiał mąż anarchista,</p>
<p style="text-align: justify;">gadający płód, który w niedalekiej przyszłości zostanie nazwany Victorem i stanie się rodzonym bratem Dawida,</p>
<p style="text-align: justify;">inspektora Galvana, funkcjonariusza reżymu, adoratora Rosy, arcywroga Dawida,</p>
<p style="text-align: justify;">brata Dawida, Juana, który zginął kilka lat temu podczas bombardowania Barcelony i teraz w świecie przedstawionym powieści występuje jako jednonogi duch w uwalanym cegłą ubraniu,</p>
<p style="text-align: justify;">Paulino, serdecznego przyjaciela Dawida, wykorzystywanego seksualnie przez własnego wuja i knującego nań krwawą zemstę,</p>
<p style="text-align: justify;">pilota Spitfire’a, który zstępuje co jakiś czas z okładki niemieckiego pisma „Adler” i uprzejmie dywaguje z Dawidem w jego pokoju,</p>
<p style="text-align: justify;">Amandę</p>
<p style="text-align: justify;">wrzuca do cylindra wszystkie te postacie, elementy i wątki, miesza, wypowiada formułkę i – <em>włala!</em> – wyjmuje kapitalną książkę. „Ogony jaszczurki” to powieść o tym jak bogate w doświadczenia i osobliwości i jak obfite w straty może być dzieciństwo. Prócz tego to gorzka historia zawiedzionej miłości i opowieść o kobiecie, której kilku facetów zjebało życie. No i kolejny, acz oryginalny i frapujący, głos w sprawie hiszpańskiej wojny domowej. Marse opowiada tutaj nie tyle o bitwach i armiach, co o tragicznej schedzie tego bratobójczego konfliktu: dyktaturze, strachu, prześladowaniach, inwigilacji i głębokich bolesnych podziałach pośród mieszkańców jednego kraju.</p>
<p style="text-align: justify;">Co więcej – i tutaj także upatruję dowodów na jego maestrię – Marse z wirtuozerią unika w „Ogonach jaszczurki” wszelkich pułapek i kompromitacji na jakie naraża się autor, który do swojego utworu wprowadza chłopięce inicjacje, przedstawicieli krainy zmarłych, halucynogenną wyobraźnię mówiącego do siebie dwunastolatka i tokowanie wprost z matczynego łona. Nie dość, że unika, to jeszcze i wyzyskuje dla siebie najróżniejsze żywioły i konwencje literackie, by stworzyć energetyczne, wzruszające i nieprzeciętne dzieło.</p>
<p style="text-align: justify;">Przede mną jeszcze „Jeśli powiedzą ci, że padłem” i „Wrócę pewnego dnia”– by całemu Marse po polsku stało się w moim przypadku zadość. Będę więc o nich w przyszłości na Pocztówkach z Paranoi pisał, będę dawał świadectwo.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1139</wfw:commentRss>
		<slash:comments>12</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Senor Holmes</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1118</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1118#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 19 Feb 2012 19:50:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1118</guid>
		<description><![CDATA[Długo mnie tutaj nie było. Za długo. Ale to nie jest tak, że sobie przez ten miesiąc srogich temperatur, ACTA i Małej Madzi hulałem gdzieś na plażach Maghrebu na all inclusive sponsorowanym przez Gosię i teraz wracam i pytam naiwnie od progu: hej, a skąd tutaj tyle kurzu?  Dużo by jednak opowiadać o tym, gdzie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Długo mnie tutaj nie było. Za długo. Ale to nie jest tak, że sobie przez ten miesiąc srogich temperatur, ACTA i Małej Madzi hulałem gdzieś na plażach Maghrebu na all inclusive sponsorowanym przez Gosię i teraz wracam i pytam naiwnie od progu: hej, a skąd tutaj tyle kurzu?  Dużo by jednak opowiadać o tym, gdzie bawiłem i co robiłem. Gwoli jednak usprawiedliwienia wyjawię, że od ostatniej notki przeszedłem z jednego wydawnictwa do drugiego, jak i przeszedłem zapalenie spojówek oraz mozolny proces kanałowego leczenia górnej prawej 4. Próbuję wciąż jeszcze przejść i na dietę 1500 kalorii, ale nie jest to, niestety, takie łatwe, gdyż Szatan nie ustaje i nogę podkłada. Krótko mówiąc – nie było mocy na wyrób pocztówek. Ale teraz już jest.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-full wp-image-1119" title="81614_sherlock-holmes-i-madrosc-umarlych_309[1]" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/02/81614_sherlock-holmes-i-madrosc-umarlych_3091.jpg" alt="" width="309" height="500" /></p>
<p style="text-align: justify;">Jest, bo sobie dzięki tym wspomnianym powyżej przejściom wyregulowałem już humory, priorytety i poziom bólu w organizmie. Od jakiegoś tygodnia moje dni są równie interesujące, jak wcześniej bywały moje weekendowe noce. Czytam, czytam, czytam. Potem udaję się na krótki spacer po ośnieżonym lasku, w trakcie którego się intensywnie inhaluję, rozglądam i dumam na tym, co przeczytam, kiedy wrócę. Po powrocie – czytam. Po zmroku piszę maile i układam plan lektur na kolejną dobę. Między jedną a drugą książką, które czytam z obowiązku wynikającego z mojej umowy o pracę, czytam też i na własne potrzeby. W ten właśnie sposób poznałem ostatnio „Sherlocka Holmesa i mądrość umarłych” autorstwa hiszpańskiego pisarza Rudolfa Martineza. Książkę idealną na wolny wieczór lub dwa.</p>
<p style="text-align: justify;">„Sherlock Holmesa i mądrość umarłych” to coś więcej niż znaczące mrugnięcie w kierunku miłośników genialnego detektywa. To dłoń w długiej aksamitnej rękawiczce, co zrobi im dobrze. Martinez nie zapodaje bowiem powieści, która ot tak sobie wykorzystuje postacie i myki z szerloków Arthura Conan Doyle’a, ale wznosi kilkupiętrową narrację, którą zwiedza się z uśmiechem na ustach.</p>
<p style="text-align: justify;">Martinez odessał z kanonu esencję, wtłoczył ją do swojej książki i dodał coś ekstra. „Sherlock Holmesa i mądrość umarłych” jest więc przyjemnym kryminałem, w którym Sherlock i doktor Watson muszą rozwiązać zagadkę tajemniczej zbrodni, ustalić tożsamość makabrycznie zmasakrowanych zwłok, złamać zakodowane inskrypcje z indiańskiego cmentarza, przejąć KSIĘGĘ, by ta nie wpadła w łapy złych ludzi, i stawić czoła połowie przestępczego świata z masonami na czele. A bonusem, który dokłada nam Martinez jest to, że przeciwnikiem Sherlocka, jego arcywrogiem, jest tutaj niejaki Winfield Scott Lovecraft, amerykański złoczyńca na występach gościnnych w Londynie.</p>
<p style="text-align: justify;">Elegancka fraza, ładnie zakomponowana intryga, umiejętnie puentowana narracja, igraszki z konwencją, dziewiętnastowieczna Anglia, sherlockowskie uniwersum puszczone w ruch przez pana z Hiszpanii. Czego chcieć więcej, gdy ziąb za oknem?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1118</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nocą</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1109</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1109#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 22 Jan 2012 16:51:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1109</guid>
		<description><![CDATA[Już sama pierwsza część tej powieści wystarczy, by się przekonać jak potężnymi pisarskimi mocami dysponuje Sarah Waters. Owa część, zatytułowana „1947”, jest bowiem kompletnym pod każdym względem, wychuchanym na każdym z poziomów i dociągniętym do ostatniej kreski w ostatniej literce, jaka wyszła spod opuszków genialnej Waters, dziełem, które z powodzeniem dałoby sobie radę jako autonomiczna [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Już sama pierwsza część tej powieści wystarczy, by się przekonać jak potężnymi pisarskimi mocami dysponuje Sarah Waters. Owa część, zatytułowana „1947”, jest bowiem kompletnym pod każdym względem, wychuchanym na każdym z poziomów i dociągniętym do ostatniej kreski w ostatniej literce, jaka wyszła spod opuszków genialnej Waters, dziełem, które z powodzeniem dałoby sobie radę jako autonomiczna rzecz o burej rzeczywistości tużpowojennej Anglii – mistrzowska nowela, w której autorka z wirtuozerią odtworzyła siatkę skomplikowanych międzyludzkich relacji, społecznych, miłosnych, erotycznych, wszelakich.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-full wp-image-1110" title="pod_oslona[1]" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/01/pod_oslona1.jpg" alt="" width="300" height="466" /></p>
<p style="text-align: justify;">2 lata po wojnie, Londyn. 4 osoby dramatu. Rozgoryczona Kay, opuszczona przez swoją kochankę, samotna, żyjąca wspomnieniami, spędzająca dnie na snuciu się po londyńskich ulicach. W czasie nalotów Luftwaffe ofiarnie niosła pomoc jako ratowniczka medyczna, wyciągała spod gruzów rannych, gasiła bomby zapalające, transportowała trupy. Teraz jest obiektem kpin, złośliwych docinków i zgorszonych spojrzeń, bo zacni mieszczanie mają problem z zaakceptowaniem noszącej się po męsku lesbijki. Jej byłą jest Helen, która w swoim nowym związku z wziętą pisarką Julią zmaga się z własną zazdrością i koniecznością ukrywania przed ludźmi ich miłości. Helen prowadzi z Vivian biuro matrymonialne. Vivian od lat trwa w toksycznym związku z żonatym Reggim, cynicznym facecikiem, który za cielesne przyjemności wywdzięcza się jej konserwami mięsnymi i mami obietnicami rychłego rozwodu. Duncan to brat Vivian. Podobnie jak i Kay i on doświadcza mniej lub bardziej jawnej wrogości ze strony miłych, zdrowych i normalnych. Napiętnowany jest niedawnym pobytem w więzieniu, w którym wylądował po tragiczno-obyczajowej aferze ze swoim przyjacielem. Dzisiaj zasuwa w fabryce oświetlenia i pomieszkuje u starszego pana Mundy’ego.</p>
<p style="text-align: justify;">Waters zręcznie żongluje tutaj wątkami, umiejętnie skacze od jednej postaci do drugiej, zmienia perspektywy narracyjne i nasyca swoją opowieść niedomówieniami, aluzjami, echami dawnych spraw. Dzięki czemu otrzymujemy pasjonującą i szarpiącą za trzewia fabułę, w której wszystkiego jest akurat: patosu, cierpkiego humoru, kapitalnych fraz, skanów ludzkiej duszy i realistycznie odtworzonego Londynu sprzed ponad pół wieku.</p>
<p style="text-align: justify;">Ale na tym nie koniec. Po „1947” następują dwie kolejne części – „1944” i „1941”. I to już jest konkretna jazda – i dowód na maestrię pióra Waters, która kawałek po kawałku obnaża przed nami motywacje swoich bohaterów, ścieżki jakimi poszli i jakimi mogli pójść, środowisko jakie ich ukształtowało, ich nieziszczalne nadzieje, zbagatelizowane omeny, kruche postanowienia i jeszcze kruchsze uczucia. Dzięki „1944” i „1941” dowiemy się dlaczego w pierwszej części „Pod osłoną nocy” Vic oddaje Kay na ulicy obrączkę, czemu Duncana prześladowały wizje zalanego krwią pokoju, jak narodziła się obsesja zazdrości u Helen, z jakiego powodu Reggi zasługuje na miano chujka nad chujkami, kim jest Robert Fraser a kim pan Mundy.  „1944” i „1941” służą także i po to, by ci którzy nie skumali tego już po „1947” zrozumieli, że Waters to jedna z najlepszych brytyjskich pisarek.</p>
<p style="text-align: justify;">Przeczytajcie koniecznie „Pod osłoną nocy” Sarah Waters. To przepiękna powieść o wojnie, miłości lesbijskiej, angielskiej mentalności i zwykłej człowieczej niewdzięczności – jebaniutkiej oschłości serca, od której rośnie stężenie zła we wszechświecie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1109</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zaangażowany i angażujący</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1097</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1097#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 14 Jan 2012 19:06:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1097</guid>
		<description><![CDATA[Mateusz Marczewski napisał świetny reportaż. Mocny, cierpki, wciągający. „Niewidzialni” to wiele w jednym. Marczewskiemu udała się tutaj sztuka nie lada – zmagazynował w swojej książce najróżniejsze żywioły, tak formalne, jak i fabularne, a ich odmienność wygrał na własną korzyść. Dzięki czemu obcujemy z intrygującą i złożoną narracją, w której historia miesza się ze współczesnością, kwestie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Mateusz Marczewski napisał świetny reportaż. Mocny, cierpki, wciągający. „Niewidzialni” to wiele w jednym. Marczewskiemu udała się tutaj sztuka nie lada – zmagazynował w swojej książce najróżniejsze żywioły, tak formalne, jak i fabularne, a ich odmienność wygrał na własną korzyść. Dzięki czemu obcujemy z intrygującą i złożoną narracją, w której historia miesza się ze współczesnością, kwestie socjalne z mitami, wnikliwa dziennikarska proza z zapisem iluminacyjnych jebnięć. W „Niewidzialnych” Marczewski dokonuje jeszcze czegoś. Mimo że do kontaktów z czytelnikiem używa najczęściej pierwszej osoby liczby pojedynczej i mnogiej, to jednak nie robi z siebie herosa całej opowieści. Nie popada w megalomanię. Nie zapada na typową dla tego zawodu pychę – kamuflowaną literkami ochotę na to, by pokazać się jako ten odważny, mądry i wrażliwy, przyjaciel planety, ziomal słusznych partyzantów i dzieci. Marczewski nie opisuje zatem jak ze łzami w oczach czochrał afro smagłego ośmiolatka, nie relacjonuje swojej walki wręcz ze stadem rozochoconych krokodyli. O czym i o kim więc pisze? O tych, którzy pewnego dnia stali się niewidzialni. O Aborygenach.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-full wp-image-1098" title="47060101700KS[1]" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/01/47060101700KS1.jpg" alt="" width="450" height="450" /></p>
<p style="text-align: justify;">Ale nie o tych fotogenicznych kudłaczach z folderów reklamowych biur podroży i protest-songu Roberta Gawlińskiego. Marczewski pisze o prawdziwych Aborygenach. To nie są wcale mili goście. Cuchną, są głośni, brudni, wokół siebie robią zawsze konkretną trzodę. Doją socjal i spędzają dnie na piciu, spaniu, wizytach w ichniej Biedronce i nawykowym inicjowaniu chaosu. Polscy żule z bumerangami. Też nie – nawet bumerangi maja już tylko takie, które nie wracają.</p>
<p style="text-align: justify;">Nie wiadomo za bardzo co z nimi począć. Z tym kontyngentem obcych, z tym uwalonymi zwierzętami na dwóch nogach. Kiedyś można było ich przynajmniej zabić, zutylizować choćby i część w jakimś radosnym niedzielnym pogromie. Dzisiaj już nie wypada. Lecz jeśli jesteśmy biali, bogobojni i bogaci, to i tak możemy się wykazać. Możemy zamknąć Aborygenów w rezerwatach, wydzielić dla nich rewir w jednym z podlejszych dzielnic jednego z naszych lepszych miast, możemy w końcu udawać, że ich nie widzimy. Co miało być zrobione, i tak już zostało. Na tym polegał ów piękny myk. Zajumać dla siebie najkorzystniejsze lokalizacje, ocienione doliny, żyzne zatoki, pagórki pod polis, im zaś zostawić spalone pustkowia. A potem powiedzieć:  patrzcie na tych debili, oni niczego nie potrafią.</p>
<p style="text-align: justify;">Nas i ich dzieli wszystko. To rudymentarna różnica w mentalności. Głęboka, nie do zasypania. Oni są jak dzieci. Używają świata, ale nie spekulują na temat jego struktur, nie rozumieją jego reguł i układów. Aborygeni funkcjonują w innym czasie – w kontinuum, które sięga aż po wtedy, gdy ich praprzodkowie wmaszerowali do Sahulandu. My nie możemy przeniknąć do sedna ich kultury, rozkminić jej formuł, rozrysować sobie schematów aborygeńskiego postępowania, myślenia i czucia. Natomiast oni w ogóle nie chcą badać naszej kultury. Związek pomiędzy nimi a nami polega więc na postępującym kanibalizmie. Z naszej strony, oczywiście. Najpierw kęs po kęsie skonsumowaliśmy ich terytoria, potem – resztę. Przetworzyliśmy ich tradycję na kolekcję łatwo przyswajalnych symboli, cieszących oko ikon, tanich morałów. Skomercjalizowaliśmy ich unikatowe malarstwo, z którego przez to kompletnie wyciekł przekaz, a została oferta dla turystów: oryginalne formy, niepowtarzalne asocjacje kolorów. Zaburzyliśmy skutecznie Czas Snu – rozszczelniliśmy ten zbiornik ze świętą cieczą, w którym od wieków żyli. Dzięki któremu żyli. Ich ziemia już nie jest łącznikiem pomiędzy żywymi a zmarłymi, terminalem na granicy wymiarów, włączoną non-stop stacją, która odbiera sygnały stamtąd i wysyła te stąd. Dzisiaj to wyjałowiona zona, martwa, nieprzewodząca. A na niej oni, czarne brodawki na różowiutkiej skórze nowoczesnego społeczeństwa.</p>
<p style="text-align: justify;">„Niewidzialni” Mateusza Marczewskiego to również wypisy z wielkiej księgi nikczemności białego człowieka. Czego tu nie ma! Faszerowana strychniną konina wręczana w darze opornym klanom, lokalne holokausty, rekreacyjne polowania na Aborygena, obligatoryjny rasizm, wszechobecna pogarda wobec „dzikich”. Wyjątkowo dojmującym doświadczeniem jest czytanie u Marczewskiego o przymusowej asymilacji, jakiej poddano w Australii w latach 1900–1970 około stu tysięcy osób. Wówczas to dzieci ze związku białego i Aborygenki były odbierane siłą i wtrącane do ośrodków wychowawczych. Maluchom wmawiano, że ich rodzice nie żyją, albo że byli dla nich źli. Następnie tępiono w nich jakiekolwiek wartości wyniesione z domów i przyuczano do wykonywania najprostszych fachów: służących i roboli.</p>
<p style="text-align: justify;">Aborygenów dopiero w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku wykreślono z Księgi Flory i Fauny – i uznano za ludzi. Dopiero wówczas otrzymali oni także australijskie obywatelstwa.</p>
<p style="text-align: justify;">Marczewski jest blisko opisywanych przez siebie zjawiska. Po Australii podróżuje stopem, sypia w namiocie, odwiedza zarówno metropolie, jak i osuwające się w nicość dziury. Darwin, Sydney, Alice Springs, Ziemia Arnhema, Katherine, osady na skraju pustyni, wioski w buszu, miasteczka na spalonej na wiór prowincji. Jest blisko, ale zawsze o pół kroku w tyle. Nie ingeruje w to, co dzieje się na jego oczach, nie wszczyna wydarzeń, nie podbechtuje innych do działania. Czuwa, rejestruje. Nie lituje się po wielkopańsku nad biednymi Aborygenami.  Osiąga za to wyższy poziom empatii, na którym lepiej widać zalety i wady. Dlatego Marczewski nie waha się napisać gorzkich słów o Aborygenach, o tym, że mogą stwarzać zagrożenie, budzić lęk, odstręczać. Pisze też o dwuznaczności pomocy socjalnej, którą ci cywilizowani i biali wypłacają, żeby mieć spokój z tymi prymitywnymi i czarnymi. Ale to nie rozwiązuje problemów Aborygenów, wręcz przeciwnie – piętrzy kolejne. Zasiłki są w ich przypadku jak narkotyki: łagodzą rzeczywistość i przyjemnie otępiają, ale na dłuższą metę nieodwracalnie niszczą.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
„Niewidzialni” to takie dziennikarstwo, w którym język nie tylko służy, ale i stwarza. Marczewski nie produkuje płaskich komunikatywnych fraz – nie poprzestaje na doborze czasowników, za pomocą których streszcza się jakąś rewelację o rajskim azjatyckim zakątku, który trawi fast food czy fosfor. Marczewski wytapia dobre zdania w dobrym dziele. Niekiedy wiedzie go to na skraj, za którym otwiera się kraina słabych metafor dopełniaczowych, ale na szczęście w porę zawraca. Należy się więc tylko radować, że autor zaryzykował i tak brutalne kwestie wyłożył tak wyrafinowanym stylem.
</p>
<p style="text-align: justify;">„Niewidzialni” Mateusza Marczewskiego są reportażem zaangażowanym w obronę słabszych, dotkliwie poobijanych i wydymanych po całości. „Niewidzialni” Mateusza Marczewskiego są reportażem angażującym, by stać po stronie słabszych, dotkliwie poobijanych i wydymanych po całości.</p>
<p style="text-align: justify;">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1097</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czeski cyrk</title>
		<link>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1082</link>
		<comments>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1082#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 06 Jan 2012 17:39:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Łukasz</dc:creator>
				<category><![CDATA[biblioteka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.ultramaryna.pl/pzp/?p=1082</guid>
		<description><![CDATA[Więcej niż pyszne otwarcie nowego sezonu. Za oknem najsroższa jesień od lat, jesień stulecia, wilgoć zamiast tlenu, pandemia melancholii, której nie zbijają słodycze ni leki, w autobusach ludzie z mokrymi futrami, na mieście totalna wyprzedaż złej energii, zmierzch obowiązujący od 14, wiatr cisnący się do mieszkań jak dym i Eugeniusz Kłopotek w telewizji. Biorę więc [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Więcej niż pyszne otwarcie nowego sezonu. Za oknem najsroższa jesień od lat, jesień stulecia, wilgoć zamiast tlenu, pandemia melancholii, której nie zbijają słodycze ni leki, w autobusach ludzie z mokrymi futrami, na mieście totalna wyprzedaż złej energii, zmierzch obowiązujący od 14, wiatr cisnący się do mieszkań jak dym i Eugeniusz Kłopotek w telewizji. Biorę więc książkę z półki i w niej znikam. Na szczęście nie trafia mi się kryjówka na chwilę, ale prawdziwa Królicza Nora, przejściówka do innego świata, rejonu wojny, demonów i przygód, po którym można błądzić godzinami, w strachu, w euforii.</p>
<p style="text-align: justify;"><img class="aligncenter size-full wp-image-1083" title="76376[1]" src="http://www.ultramaryna.pl/pzp/wp-content/uploads/2012/01/763761.jpg" alt="" width="300" height="439" /></p>
<p style="text-align: justify;">„Strefa cyrkowa” Jachyma Topola przypadnie do gustu wszystkim lubującym się w mocnych akcjach z udziałem dzieci. Ceniących sobie literaturę, która nie udaje, że dzieciństwo to zawsze i dla każdego sielanka w kręgu przyjaznych osób, ale udziela głosu także i tym, dla których ów czas to pora koszmaru, upokorzenia i kontaktów z niemiłymi postaciami o lodowatych dłoniach. To rzecz i dla tych, co nie wierzą, że młode potomstwo ludzkich ssaków składa się wyłącznie z płowowłosych istotek o dźwięcznych imionach i w związku z czym żywią uzasadnione obawy, iż w sprzyjających okolicznościach mogą się one, te Oskarki, Natalki, Eryczki, jednoczyć w gangi okrutników, zabijaków, małych doktorów Mengele. „Strefę cyrkową” pokochają zatem wielbiciele „Fabryki os” Banksa, entuzjaści „Chłopaka rzeźnika” McCabe’a, miłośnicy „Władcy much” Goldinga, „Krainy traw” Cullina i wczesnego Iana McEwana.</p>
<p style="text-align: justify;">O czym więc jest „Strefa cyrkowa”? O małym Rusku, Ilji, sierocie, którego, wraz z niedorozwiniętym młodszym bratem o ksywie Małpiszon, zostawiono na pastwę w powojennej Czechosłowacji i zamknięto w domu dziecka w gminie Sirem, zapuszczonej enklawie dla takich jak oni, znajd, bękartów, debili, odmieńców, bezprizornych. O srogim reżymie, jaki w tym domu zaprowadziły siostry, siostra Leontyna, siostra Albrechta, siostra Eulalia, siostra Zdzisława, siostra Dolores i siostra Emiliana. Tutaj urwisów pojono autentycznym dziegciem a wyjątkowych urwisów zamykano na noc w piwnicy ze szczurami. „Takie gnojki dawniej wpychało się pod lód, mówił pan Cimbura”. O tragicznej smierci Małpiszona. O dniu, w którym wywieziono siostry i w bidulu zapanowała radosna anarchia. O pojawieniu się w ich miejsce komunistycznych komendantów, którzy zaprowadzili wojskowy dryl. O chłopcu, który nazywał się Margosz, który przybył razem z kapitanem Vyzlatą i który był kubek w kubek podobny do Ilji. O słabości kapitana do małoletnich ciał i konsekwencjach, jakie za to poniósł. O roku 68 i inwazji państw Układu Warszawskiego na Czechosłowację. O III wojnie światowej. O radzieckich pancerniakach wykonujących na wrogim terenie niebezpieczną i tajną misję, która polega na odnalezieniu przepadłego w wojennej zawierusze enerdowskiego cyrku Hygea. A jak się szuka, to się i coś znajdzie. Czerwonoarmiści znajdują więc ścierwo cyrkowego hipopotama, odcięty łeb żyrafy, żywą syrenę, trzódkę wielbłądów i karła Dagoberta, który będzie robił za maskotkę na ich szarżujących tankach. O tym, że efektowna bohaterszczyzna nie popłaca, za to na dwulicowości wychodzi sie zawsze do przodu. W związku z czym Ilja z gracją przemieszcza się od swoich do tamtych i z powrotem, będąc a to synem sowieckiego pułku, a to pupilkiem czechosłowackiego ruchu oporu. O milionie innych kosmicznych, groteskowych i przerażających sytuacji. O projekcie zbudowania Czeskiego Morza.</p>
<p style="text-align: justify;">Czy wiecie, że w tej książce pada najpiękniejsza fraza dekady? Brzmi ona tak:</p>
<p style="text-align: center;">„Towariszczi kanibali, ja niewkusnyj malczik”.</p>
<p style="text-align: justify;">„Strefa cyrkowa” Jachyma Topola zachwyciła mnie od razu, od pierwszej strony poczułem, że to jest to. Nie było między nami żadnego oswajania się, grymaszenia, niezdecydowania. Konkret, pewność. „Strefa cyrkowa” jest piękną, wzruszającą i okrutną baśnią o dziecko w zjebanym świecie dorosłych, w której Topol po mistrzowsku oscyluje między onirycznością a realizmem. Z pewnością właśnie dzięki temu udaje mu się w genialny i arcyciekawy sposób pokazać formującą się na oczach Ilji historię, która nie jest wcale logicznym następstwem heroicznych aktów, ale krwawym dzikim karnawałem, zgęstką mitów, plotek i prawdziwych trupów. Topol co i rusz nabija się z czytelnika i wyprowadza go na manowce – ale czytelnik jest mu za to po stokroć wdzięczny. Każdy z rodzimych literatów, zanim dotknie tematu PRL-u, pacyfikacji kopalni Wujek i Generała, powinien sięgnąć po tę powieść, żeby się nauczyć, jak omijać patos a wytwarzać dobro. Bo „Strefa cyrkowa” to produkt, który w stu procentach składa się z dobra.</p>
<p style="text-align: justify;">A czy już pisałem, że pojawia się w niej i jajo dinozaura?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.ultramaryna.pl/pzp/?feed=rss2&#038;p=1082</wfw:commentRss>
		<slash:comments>11</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

<!-- Performance optimized by W3 Total Cache. Learn more: http://www.w3-edge.com/wordpress-plugins/

Served from: www.ultramaryna.pl @ 2012-05-17 10:18:05 -->
